Samozwaniec, tom 3

Tekst
Z serii: Orły na Kremlu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec, tom 3
Samozwaniec, tom 3
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,68  51,74 
Samozwaniec, tom 3
Samozwaniec, tom 3
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Die 5 februarii/26 januarii
Gdzieś koło Briańska, południe

...do armaty, którą pchał, a czasem ciągnął przez śnieg pospołu z mrukliwymi i mało dobrymi kompanami.

Nielekko jest ciągnąć dwudziestofuntową Jaszczurkę przez moskiewskie śniegi i mrozy. W Koronie używa się do tego czterech par koni, a i tak zwykle zdejmuje się lufę z łoża i klinuje na potężnym, okutym wozie. Tu trzeba nie tylko ją pchać, ale i pochylać – bo łoże nie ma przodka z kołami. Nie wiadomo przy tym, czy lepiej popychać lufą do przodu, czy raczej ciągnąć – opuściwszy ją w dół i obróciwszy całą armatę w drugą stronę.

I jeszcze przeklęte po trzykroć łańcuchy. Nie można ich rzucić, bo plączą się między nogami albo wpadają pod koła, co może się skończyć jak najgorzej. Najlepiej owinąć je wokół rąk. I mieć czujne oko, aby nie zawadzały innym więźniom.


Dydyński był świadkiem, jak łańcuch zwieszający się z rąk niejakiego Narymunta zaplątał się między nogi Wąsowicza – ponurego, rosłego, nalanego na gębie draba z mazowieckiego zaścianka.

– Zwazaj, zwazaj, boćwino! – ryknął ze złością, a potem przyłożył wielkim jak bochen kułakiem w grzbiet Litwina. Raz, drugi, trzeci. Narymunt zwalił się w śnieg, łańcuch zaplątał się w koło, podniósł się krzyk, potem wrzaski.

Dydyński skoczył do Mazura, chciał go odtrącić barkiem, lecz z równym powodzeniem mógłby poprosić dzwonnicę, aby się przesunęła.

– Pohamuj się, waść, bo nie wytrzymam! Co robisz, do diabła rogatego!

Wąsowicz obrócił się w jego stronę, podniósł skute ręce jakby do ciosu, ale nie zdołał wszcząć zwady. Strzelcy rzucili się między nich, tłukąc korbaczami i styliskami berdyszy tak mocno, że więźniowie w mig rozplątali łańcuchy, podnieśli Narymunta i popchnęli armatę. Jacek czuł na sobie ponury wzrok Mazura, ale na złość i waśnie nie było czasu.

Jeść nie dawali. Do picia był śnieg. W nocy lodowate łańcuchy ziębiły ich mocniej niż mróz, choć okrywali je strzępami szat. Zbili się w kupę jak owce na pastwisku, strzelcy rzucili im z litości dwie baranice, ale nie dali rozpalić ognia.

Dopiero następnego dnia, kiedy dotarli do jakiejś wioszczyny, gdzie spośród śniegu i zarośli sterczało kilka kleci, kazali im stanąć, a potem wręczyli po dwie czarki gorzałki i po kubku piwa. Przynieśli też kilka bochnów, które rozdawali jak leci.

Dydyński przełamał chleb, próbował jeść, ale nie szło. Bochenek był ze słabej mąki, pół na pół z plewami, najgorsze jednak, że szelma piekarz dosypał zwykłego piasku, którego drobinki trzeszczały między zębami.

Jacek zjadł kawałek. Resztę chciał schować, lecz więzień, który pierwszego dnia podał mu pomocną dłoń, spoglądał na chleb niczym lis na sperkę.

– Masz, bracie. – Stolnikowic wręczył tamtemu resztę chleba. – Znaj polskiego pana!

Moskwicin rzucił się, wybierał dygocącymi, pokaleczonymi dłońmi sam miękisz ze środka. Skórę schował na później.

Przy drugiej armacie wszczął się rwetes. Któryś z Moskali – dzikooki, w łachmanach odsłaniających nagą pierś – krzyczał i darł się w łańcuchach.

– Ja carewicz Iwan Iwanowicz, wy bladiugi! Mnie się należy więcej!

– Ty, Iwaszko, przestań szczełkat jebalnikom! – zagrzmiał pleczysty strzelec z kapuzą nasuniętą na oczy. – Dostaniesz, ale w gębę!

Obdartus chyba miał zatkane uszy, bo oberwał. Dwa razy styliskiem berdysza po łbie, raz nahajem od dziesiętnika. To wystarczyło.

– Iwaszko heretyk – mruknął bezpalcy Moskal z gębą pełną chleba. – Z uma zszedł, bawi się w szuta, choć jeszcze nie Maslenica. Łżedymitr mu we łbie namieszał, bo podaje się, he, he, za syna cara Iwana Groźnego.

– Wy długo tak przykuci, batiuszka?

– Ja nie Moskal. Patrick Lockhard, Szkot, poddany miłościwego i najjaśniejszego pana Jakuba...

– Teraz już pewnie były poddany. Co za wiatry przywiały cię do tej barbarii?

– Sam przyjechałem – Szkot wsuwał ostatnie resztki jakby obawiał się, że Dydyński się rozmyśli – za chlebem.

– To masz swój chleb. Moskiewski!

– Kiedy wasz król Stefanus wziął Inflanty, najjaśniejszy, przesławny i wsieja Rusi samodzierżca batiuszka Iwan Groźny szukał na wyspach puszkarzy, mistrzów i pomocników. Tak i przybyłem wojować z Litwą.

– Wyjechać było trudniej.

– Wolien Boh...

– Przymknij gębę! Dosyć mam waszych hosudarów i bogów.

Nieszczęsny Lockhard, który odmienił skalistą Szkocję na lodowatą Moskowię, zamilkł i cierpliwie żuł chleb. Nie stracił jednak ochoty do rozmowy.

– Ja poznałem waszych ludzi, Litwę i Lachów – rzekł. – Dużo ich jest za Wołgą, prawie przy Kamieniu.

– Znasz może Michała Dydyńskiego? Albo innych o tym nazwisku?

Szkot wolno pokręcił głową.

– A skąd tam Polacy? Z niewoli?

– Zaraz po wojnie pskowskiej, za króla Stefana, Moskale, tfu! naród prawosławny, prawowierny, namówili wielu waszych na wojnę przeciwko Tatarom, obiecując dobry żołd i wolny powrót do domu, kiedy by chcieli. Wasi im uwierzyli, ale kiedy przyszło do bitwy, Polacy nie tańcowali po pohańsku, tak jak Moskwa, i ruszyli prosto do boju! Uderzyli na Tatarów, których było jakieś osiemdziesiąt tysięcy, aż znikli między czambułami. Kiedy to zobaczyła Moskwa, myśleli, że Litwa zdradziła. Zaczęli ustępować. Na szczęście Tatarzy za nimi nie poszli, obawiając się, że wpadną na działa.

– A nasi?

– Zostało z Litwy i Lachów jakieś tysiąc człowieka. Uszli z powrotem do Moskwy, a kiedy wymawiali bojarom, że ich nie wsparli, Moskale wymawiali im głupotę: A kto widział taki nierozum, aby biec do nieprzyjaciela, jakoby mu głaza z głowy wyjął, jakoście wy uczynili? Nacierać na kogo, a on do ciebie z piszczela wypala?

– I za to naszych ukarali?

– Prosili po tej bitwie, aby im pozwolono odejść. Carskie słowo nie dym, jednak... Rozesłali ich na różne miejsca, a najwięcej za Wołgę.

– A nas dokąd wiodą?

Szkot rozłożył ręce.

Dydyński wziął się na odwagę. Odwrócił się i podszedł, na ile pozwalały mu łańcuchy, do dziesiętnika strzeleckiego, który wraz z ospowatym strzelcem wpatrywał się w dymy na widnokręgu.

Jacek zdjął czapkę, skłonił się pokornie, bo wiedział, że za szlachecką fantazję zarobi tylko cięgi. A potem zapytał:

– Batiuszko ukochany, u Hospodyna prosim, powiedzże, z łaski, dokąd nas prowadzicie? Do Moskwy? Do Tuły? Do Kaługi?

– To wie tylko sam Boh i wieliki kniaź wsieja Rusi – odparł zapytany i dziwna rzecz, ale nie smagnął przy tym więźnia batem. – A jeśli taki ukaz będzie od gosudara, powiedziemy was nawet za Kamień, w Sybir, do pogan Ościaków i Permiaków, gdzie słońce nie zachodzi, a noc trwa pół roku.

Dydyński miął czapkę w dłoniach.

– Biedni wy jesteście, panowie Litwa – dziesiętnik, postawny i brzuchaty, w ferezji strzelczej po kostki, brnął poprzez śnieg – dlatego widzę dla was tylko jeden ratunek. Przyjmijcie – klepnął w ramię Wąsowicza – naszą wiarę. Każcie się ochrzcić w imię carskie, a zaraz sam wyślę gramotę do cara, prosząc zmiłowania. Bo car jako Boh: karaje i żałuje.

– Kto chce przyjąć naszą wiarę i poddaństwo? – zapytał ochryple pleczysty strzelec, który do tej pory rozgrzewał się, obijając pięściami boki. – Jest ktoś taki?

Więźniowie milczeli. Dydyński czekał, aż Wąsowicz wystąpi spomiędzy jeńców, ale Mazur z pogardą splunął na śnieg.

– Nie chcecie, Lachy sobaki, naszej wiary. Jołki wam połki, pizdy bisurmanskije! To pójdziemy – a dokąd, to Boh i chuj znajet! Jeszcze się odmienicie. Nu nic na szybko, powoli trzeba.

– Zbierać się! – krzyczeli strzelcy.

Dydyński wrócił do armaty. Ujął napuchniętymi, odmrożonymi dłońmi łoże przeklętej Jaszczurki. Świsnęły baty. Ruszyli.

– Wy zdechniecie, ale ja bede zył – seplenił z chłopska przez zaciśnięte zęby Wąsowicz. – Tańcować bede, jak wyzdychacie! Wy jus nie jasnie wielmozni, nie posesjonaty. Teraz jus ja bede panocek! Nie bedziem karku zginać. O nie!

– Było się ochrzcić w imię batiuszki gosudara – wymruczał Patrick do Jacka. – To jest jedyna szansa, zbawienie dla was, ludzie...

– A ty się chrzciłeś na schizmatyka?

– Ja... Dawno przyjąłem bizantyjski krzyż.

– I co masz z tego? Pchasz armatę jak my! – zakończył rozmowę zdyszany Dydyński. – To módl się teraz do świętego Sergiusza albo do samego diabła!

Die 7 februarii/28 januarii
Na drodze do Orła, chyba południe

Potem było piekło, a oni stali się potępieńcami pchającymi przez ogień i krew lawetę pełną strachu. Car Borys tryumfował po zwycięskiej bitwie. Godunow był gniewny na swój lud. Więc Szujski i Mścisławski drżeli ze strachu przed jego obliczem i folgowali nienawiści do tych, którzy popierali Samozwańca.

Od dwóch dni mijali spalone wioski, wyrżnięte osady, płonące, dogasające klecie i dwory. Wojska carskie srożyły się nad pokonaną Siewierszczyzną. Topili w przeręblach stronników carewicza, wbijali ich na pale, włóczyli końmi. Kobiety i dzieci sprzedawano za kwartę gorzałki Tatarom, mężczyzn rąbano bez litości szablami, berdyszami, przebijano rapierami, bo pośród strzelców i dworian najbardziej srożyli się zaciężni Niemcy, Anglicy i Inflantczycy.

Sotnie Kozaków wiernych carowi, Tatarów i strzelców rozsypały się po włościach i posadach. Gdzie tylko padł cień podejrzenia, że wioska sprzyjała Dymitrowi, tam zaraz puszczano czerwonego kura, bito, gwałcono i zabijano zgodnie z okrutnym prawem wojny.

 

Męczarnie były równie proste jak carskie sumienie. Mużyków i ich żony wieszano na drzewach, a potem strzelano do nich z łuków i rusznic. Niemowlęta wbijano na włócznie bądź rozbijano im głowy o mur. Niewiasty sadzano na rozpalonych gwoździach, mężczyzn wieszano za nogi i podpalano, a czasem w scenerii żywych pochodni kobiety i dzieci topiono w przeręblach, wciskając pod lód spisami i osękami.

A potem były obrazy jak dekoracje upiornego teatrum. Spalona wieś i plony Mścisławskiego – drzewa uginające się pod ciężarem powieszonych, naszpikowanych tatarskimi strzałami. Szkielety chałup jak poczerniałe żebra smoka, a na głównej ulicy gromady obdartych dziatek płaczących nad ciałami ojców, matek i braci, których zgubił wiek lub wzrost. Moskiewscy strzelcy bowiem oszczędzili tylko tych, co mogli przejść poniżej dyszla u kolasy.

Płonąca wieś rozrywana krzykiem rozpaczy. Uciekająca mużycka żona tuląca w ramionach dziecko i ścigający ją pijani Kozacy na spienionych bachmatach. Miała tyle szans co zając opadnięty w borze. Zabrali dziecko – pojechali oddać za kwartę gorzałki albo garść dienieg ordyńcom.

– Widzisz, panie Dydyński – szeptał rozgorączkowany Patrick – im gorzej. Nam tu... całkiem dobrze. Nie najgorzej...

Stolnikowic jeszcze mocniej pchał armatę.

Potem były ptaki. Stada wron i kawek lecące ku północy. Wszyscy dziwili się im, słuchali krakania, widzieli dorodne kruki szybujące w powietrzu, czasem przysiadające na śniegu, przypatrujące się skazańcom.

Leciały do Briańska – otoczonego lasem ciał. Wijących się na palach lub kołyszących na stryczkach. Ginęły wśród nich skośne krzyże Pokrowskiego soboru, a wieże dwóch cerkwi Swieńskiego monastyru wzniesionego w imię Bogomatierii pochylały się i błogosławiły konających.

Przed miastem, na pokrytej lodem Deśnie, rozgrywały się zwyczajne sceny grubiaństwa, okrucieństwa i zdrady. Topiono kogoś w przeręblu, nieszczęśnik zaś tak uporczywie trzymał się lodu mimo zachęty strzelców i posadzkich, że dowodzący ceremonią setnik zniecierpliwiony kazał przynieść topory. Gdzie indziej chłostano przywiązanych do drzew jeńców, pijani kumysem oraz gorzałką Tatarzy i Kozacy kłócili się o łupy zagarnięte z nieszczęsnych popleczników carewicza.

I wtedy buchnął krzyk i skwierk. Jakiś zakrwawiony chłop podstrzyżony na donicę, w koszuli i lipowych łyczakach biegł z wrzaskiem przez pole ścigany przez gromadę tałatajstwa.

Pędził wprost na niewolników przykutych do armaty. Nie widząc wyjścia, skoczył między nich, roztrącił, wcisnął się pod łoże obok Dydyńskiego.

W strzelców jakby diabeł wstąpił. Rzucili się z wrzaskiem ku jeńcom, bijąc batami, tłukąc styliskami berdyszy. Łańcuchy poplątały się w okamgnieniu, ludzie potrącali się i walili z nóg, a przestrzeń wokół działa zmieniła się w kłębowisko rozszalałych ogarów.

Dydyński wrzasnął, gdy nahaj przeorał mu plecy. Drugi cios spadł na głowę, strącając moskiewską czapę, obalając szlachcica na kolana.

– Bladin syn! Jebu twoju mat’! – ryczeli strzelcy. – Dawaj go! Bierz, trzymaj!

Więźniowie krzyczeli, kulili się od razów, chłop ryczał ze strachu pod lawetą. Dydyński dostał jeszcze raz i jeszcze. Poczuł ból, rwący, straszny. Zabiją go, zatłuką, jeszcze chwila!

Jednym ruchem rzucił się pod łoże armaty, chwycił za kark uciekiniera, oplótł mu szyję ramieniem, ścisnął z rozpaczliwą siłą. A potem wywlókł z kryjówki. Chłop wierzgał, jęczał, pluł, kopał, gryzł. Jacek, krzyczący z bólu, z żalu, ze zmęczenia, wstał z kolan, popchnął go dziesiętnikowi pod nogi.

Szybko schwytano zbiega, powleczono go za nogi i ręce w stronę rzeki. Stolnikowic usłyszał głos toporów rąbiących drzewo, zobaczył świeżo rychtowany pal, na który zaraz miano sadzać chłopa.

– Maładiec! – mruknął tymczasem dziesiętnik. – Masz! – Rzucił w śnieg kawał chleba i niedojedzony ochłap suszonego mięsa.

Dydyński nawet się nie schylił. Uczynił to Patrick. Podniósł, przełamał, połowę chleba wepchnął szlachcicowi do ręki.

– Bierz, bierz. Bo jeszcze strzelców rozsierdzisz. Brać trzeba, co dają z błogosławieństwem bożym, w imię batiuszki naszego kochanego, cara Borysa, welikeho...

Minęli Briańsk bokiem. Parli na wschód, przez śniegi, mrozy, zamarznięte błota. Strzelcy nie popędzali ich, gwarzyli cicho, przekazując sobie najnowsze wieści. Car Borys świętował dobrynickie zwycięstwo. Kazał śpiewać z radości i bić we wszystkie dzwony w Moskwie. Sam udał się – niesiony przez dworzan – do Troicko­­‍-Siergiejewskiej ławry. Michałowi Borysowiczowi Szeinowi dał urząd okolniczego. Wojewodom złote medale z flamandzkich dukatów. Samemu wojsku dał wypłacić osiemdziesiąt tysięcy rubli, Niemcom aż dziesięć. Dowódcy zaciężnych rot Walter Rosen i Jakub Margeret wzięli w nagrodę soroki soboli, futra i carskie kubki skrzące się od dukatów.

A chyba w zamian za to jeńcom na drodze do Orła odmawiano nawet chleba, wydając go co drugi dzień. Setnik obiecał jednak, że wszystkie niewygody nagrodzi im, jeśli szybko i sprawnie dojdą do posadu.

Die 10 februarii/31 januarii
Orzeł, plac przed Małym Ostrogiem, poranek

Ciągnęli armaty do Orła, weszli do miasta od wschodu, przez wrota Karaczewskie. Szli wycieńczeni jak potępieńcy wielką ulicą, przez brudny, szary śnieg, prosto ku Małemu Ostrogowi. I właśnie tutaj, na placu między dworami celnym i kabacznym, z widokiem na Wielką Basznię i wieże soboru Bożego Narodzenia, czekały na nich widoki i nowiny, od których Dydyńskiemu zrobiło się tak zimno, że prawie przestał zważać na moskiewski mróz i chłód.

Z Małego Ostroga wypędzano długie kolumny jeńców wziętych pod Dobryniczami i później – w czasie odwrotu Dymitra. Razem z nimi gnano i tabuny koni, wśród których z żalem wypatrzyć można było wierzchowce pobrane z pól bitewnych i obozów – ciemnookie polskie rumaki i wielkookie, śmigłe turki.

Drogi jeńców przecinały się – powstało zamieszanie. Poza tym na placu pokazywano właśnie pozłacaną i ozdobioną białymi piórami paradną kopię Dymitra Iwanowicza, którą Mścisławski polecił odesłać do Moskwy. Dziesiętnik kazał zatrzymać marsz. A wówczas jeńcy między targowymi ławami dostrzegli kilkunastu Polaków, schwytanych już po Dobryniczach i prowadzonych w kraje, o których Pan Bóg zapomniał, a diabeł nie chciał. Dydyński i Narymunt przysunęli się ku nim i wkrótce dowiedzieli się, jaki los spotkał moskiewską ekspedycję carewicza. Los, jak łatwo się domyślać, zgoła niewesoły.

Dymitr, opuszczony przez część wojsk, uciekł do Rylska. Dowiedziawszy się, że idzie na niego cała armia carska, wycofał się do Putywla, pozostawiając mieszczanom na jedyną pociechę resztę polskich chorągwi, obraz Madonny z Sambora, a także figurę Chrystusa Spasitiela.

Był on zaprawdę potrzebny rylszczanom, bowiem po ucieczce carewicza Polacy i Litwini nie przepuścili okazji do uczciwej żołnierskiej grabieży. Kiedy już jednak złupili kreml i posad, okazało się, że od zachodu nadciągnęły oddziały Fiodora Szeremietiewa i nie ma dokąd uciekać. Schwytane tym sposobem w pułapkę, chorągwie miały tylko jedno wyjście – bronić się do ostatniej kropli krwi, bowiem pomocy mogli oczekiwać chyba tylko z nieba.

Die 6 februarii/27 januarii
Wały Rylska, poranek

Dworycki przytknął lont do zapału armaty. Syk był tak głośny, że zagłuszał wrzawę i moskiewskie bębny. Narastał przez chwilę krótką jak zdmuchnięcie świecy, aż przeszedł w suchy, niski grzmot. Działo rąbnęło Moskalom prosto w ślepia, położyło pokotem strzelców pędzących na drewnianą ścianę posadu, zwiększając znacznie liczbę sierot babrzących się w błocie w strzeleckiej Słobodzie w Moskwie.

Drabiny z łoskotem opadały na wały, piesi cisnęli się blisko, pod osłonę parkanów.

– Ognia! – ryknął Dworycki, wspierając się na ramieniu sługi, który wraz z pocztowym prawie trzymał go na rękach.

Trzask wystrzałów, kłęby prochowego dymu, kule przeszywające kłębowisko ciał na dole.

Strzelcy pięli się w górę po drabinach, Kozacy przystawiali do murów osęki, włazili jedni po drugich, z pistoletami w garści, z szablami w zębach. Inni zaciekle rąbali siekierami drewniane bale i tarcice.

– Bij zabij! Na szable, bracia!

Starli się na zakrwawionych parapetach, rąbali jak równy z równym. Z mroków prochowego dymu wynurzały się kolejne brodate moskiewskie twarze. Towarzysze husarscy i petyhorcy, garść piechoty – ścinali się na wałach, bili szablami, pałaszami, dźgali wrogów koncerzami. Strzelali z przystawionych pistoletów...

Dworycki przygryzł wargi. Podtrzymywany przez czeladź mógł tylko przysłuchiwać się walce, być o krok, niepotrzebny, niesiony jak zwykły łachman, niczym proszalny dziad. Dydyński miał rację – Adam nie nadawał się na wojnę. Co zatem miał uczynić? Strzelić sobie w łeb? Gdyby miał konia, śmigałby nad polem bitwy jak ptak. Lecz jego dzielny Wrony nie wszedłby na wąskie wały.

Przeklęty los. Dworycki wiedział, że pod Dobryniczami to on powinien zginąć zamiast Dydyńskiego.

Die 10 februarii/31 januarii
Orzeł, plac przed Małym Ostrogiem
Dochodzi południe

– Ataman Koreła – szeptał Dydyńskiemu i Narymuntowi pan Brzuchański – zamknął się z Kozakami w Kromach. – Tam za murami struga sobie szutki z Mścisławskiego, mołojcy pokazują gołe zadki bojarom, którzy, da Bóg, połamią sobie zęby na wałach.

Die 10 februarii/31 januarii
Moskwa, Granowita Pałata na Kremlu Południe

Bojar Andriej Miasnikow bił czołem, jakby chciał wstrząsnąć posadami Granowitej Pałaty. Naprzeciwko niego Borys Godunow objawiał światu spod Czapki Monomacha opuchnięte i czerwone oblicze. Tak samo jak Dworycki na wałach Rylska, nie mógł chodzić, spać, myśleć ani modlić się. Wszystko z powodu Dymitra.

– Hosudarze nasz najjaśniejszy, wsieja Rusi samodzierżco, batiuszko umiłowany, nie wzięliśmy Krom. Ale staramy się, my, chołopiszki twoi, razem z kniaziem Mścisławskim, z bojarami. Koreła jak pies oblężony, jak wilk osaczony, niby lis w norze nie wymknie się. I jak bies będzie wam wydany.

– Nie ma czasu – wycharczał car. – Miasnikow... Nie łżyj! Kniaziowie obiecali mi zwycięstwo zaraz po święcie Spotkania Pańskiego! A tymczasem... Nie ma... Nie ma głowy Dymitra. A przecież kazałem ojcu Hiobowi przekląć go jako rostrygę – heretyka, zdrajcę, zmiennika. I co... Dlaczego, o Panie Boże, wspierasz syna zatracenia, antychrysta i bestię? Dlaczego rozdzierać każesz świętą Ruś?

Dworacy przeżegnali się.

– Ataman Koreła – wyszeptał trwożliwie Miasnikow – to prawdziwy bies, czart na usługach Samozwańca. Czarami wałów broni, podkopy sypie, kontrminy i wały takie, że do nieba zdają się.

Car wyciągnął rękę, a okolniczy natychmiast wcisnął mu w dłoń wielki żelazny posoch. Borys wziął zamach i jednym ruchem, włożywszy w to całą swoją wściekłość, zdzielił bojara po łbie, dysząc przy tym i charcząc.

– Wy bliaduny! – zaryczał z trudem. – Wory, pizdiuki! Żopy gorbatyje! Wy byście tylko na piecu leżeli, do góry kałdunem! Ja wam dam czary i biesy. Jak was...

Za czwartym ciosem jego dłoń osłabła. Posoch potoczył się po kobiercach ze stłumionym łoskotem. I po kamiennej posadzce – z ponurym brzękiem.

– Płocho, płocho bije! – wyszeptał dumny diak Szczełkałow do ucha postielniczego Prochora. – Nie jak ojczulek Groźny, co jednym zamachem żebra i czaszki łamał. Nie ma car siły w ręku, nie będzie mu Najwyższy sprzyjał.

– Miasnikow! – wycharczał Borys. – Podajże mi posoch.

Blady, dygocący, zakrwawiony bojar popełzł w stronę żelaznej laski. Podniósł ją zakrwawioną dłonią i ruszył na kolanach do carskiego tronu.

– Caru, Hospodaru! – zaskomlał. – Wieliki kniaziu, żałuj ruczek twoich, które zmordujesz, bijąc mnie, chołopa swego, miej wzgląd sam na się, boś chory.

Borys wziął posoch, chciał zerwać się, aby dokończyć kaźni, lecz opuchnięte nogi odmówiły posłuszeństwa. Opadł bezsilnie na tron, na którym mógł już tylko siedzieć, zacharczał, dusił się, szarpiąc zapięcie sobolowej szuby.

– Kromy macie zdobyć do Zwiastowania Maryi. Chcę mieć tu Dymitra żywego, rozumiesz, bladin syn! Macie nie spać, nie jeść, nie pić. A złamać rostrygę. On jest pobity... Nie ma wojska. A mnie... pomazańca, chronią anioły i...

Nagle zadygotał.

– Powietrza! Dajcie... Boże, Ojcze Niebiesny!

Posoch toczył się po posadzce.

Bojarzy i kniaziowie kiwali w zadumie głowami.