Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom ITekst

Z serii: Orły na Kremlu #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom I
Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom I
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,33  53,06 
Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom I
Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom I
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Cykl Orły na Kremlu

*

Rozdział I. Ostatni rokoszanin

Rozdział II. Zniewolona caryca

Rozdział III. Z odsieczą!

Rozdział IV. Samozwańcy

Rozdział V. Szabla nam zagra

Rozdział VI. Bies w herbie

Rozdział VII. Biją dzwony w Moskwie

Additament, czyli przypisy i dodatki

Mapa

Książki Jacka Komudy

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Orły na Kremlu

Samozwaniec – tom 1

Samozwaniec – tom 2

Samozwaniec – tom 3

Samozwaniec – tom 4

Samozwaniec. Moskiewska ladacznica – tom 1

Car z żelaza


W roku od narodzenia Pańskiego tysiąc sześćsetnym i czwartym pojawił się w Rzeczypospolitej człowiek podający się za cudownie uratowanego carewicza Dymitra Iwanowicza, syna cara Iwana Groźnego i prawowitego następcę na moskiewskim tronie.

Szlachta wątpiła w jego pochodzenie, ale wojewoda sandomierski Jerzy Mniszech wydał za niego córkę Marynę. Dymitr, wspierany przez licznych awanturników, wyruszył na Moskwę.

Chociaż wyprawa wydawała się szaleństwem, carewicz zdobył miasto zwane Trzecim Rzymem. Jednak po roku panowania, w czasie wesela, został zamordowany przez kniazia Wasyla Szujskiego, który sam ogłosił się carem.

Maryna, jej ojciec i liczni Polacy zostali uwięzieni. Ich niewola nie oznaczała jednak końca kłopotów dla Szujskiego. We wszystkich miastach i wioskach moskiewskiej dziedziny zaczęli pojawiać się kolejni...

...samozwańcy!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział I
Ostatni rokoszanin

Drugi szalbierz w Starodubie się zjawił; do pierwszego w niczym oprócz tego, że człowiek, niepodobny.

Stanisław Żółkiewski,

hetman wielki koronny

Die 18 augusti nowego stylu, 8 starego

Anno Domini 1607

Roku 7115 od stworzenia świata

Owrucz na Ukrainie, godzina 8 przed południem

Na jarmarku w Owruczu był taki gwar i ścisk, jakby drugi raz ćwiartowali Kozaka Nalewajkę. Nieprzeliczone tłumy oblegały podwyższenie wzniesione na górze, obok rzeki Noryni, na pustym polu pod starym drewnianym, oparkanionym zamkiem. Napierały na grodowych Kozaków, rozpartych na szeroko ­rozstawionych nogach, wrzeszczących i spoconych, odpierających tłum drzewcami spis.

Tłum był pstrokaty, kolorowy jak mozaika pól i łąk Rzeczypospolitej. Chłopi w szarych świtach, w koszulach, mieszczanie w giermaczkach i kopieniakach, Tatarzy w kaftanach, zaściankowa szlachta czynszowa, osadzana za zasługi na poletkach wokół miasta, odziana od święta. Kozacy grodowi w zielonkawych żupanach i huniach. Do zbiegowiska cisnęli się oryle i chajdaje, pędzący na zachód stada czerwonawych ruskich krów, proszalne dziady i żebracy, lirnicy i gromady zabłoconych, umorusanych dzieci.

A na podwyższeniu z poczerniałych, poszarzałych desek stał woźny wojewódzki, albo też generalis ministerialis, jeśli łacińskim słowem chciało się dodać mu godności. W zielonym żupanie, w opadającej na oczy czapce – kuczmie, z sarnią torbą przy lewym boku.

Odczytywał na głos długie i pokrętne pismo, a tłum chłonął jego słowa jak modlitwę archimandryty.

– W imię prawa pospolitego, ustanowionego, z wyroków trybunału ziem ruskich, w imię Boga w Trójcy Świętej jedynego, dla poszanowania praw i zwyczajów publicznych... Za to, że jako Kain krew braterską szlachecką przelewał, głów dwadzieścia zabił, a siedem poszczerbił. Za dopuszczenie się crimen laesae maiestatis[1], gdyż na pana swego przyrodzonego króla Zygmunta podniósł rękę w bitwie guzowskiej... Albowiem przypadłszy do namiotu królewskiego, wołał: „Gdzie tu Szwed, dajcie Szweda!”. Za rzeczy ohydne i straszne in causa nos et Rempublicam afficiente[2]... Na mocy obyczaju starodawnego i konstytucji sejmowej, stanowiącej, że kto zajedzie dom szlachecki i gwałtu się dopuści, ten traci poczciwość ipso iure et facto[3]...

Nagle tłum zafalował. Rozległy się krzyki, gwizdy. Ludzie rozbiegli się, rozpychani końskimi piersiami, rozganiani chlaśnięciami nahajów, styliskami nadziaków i czekanów. Jak statek przez wzburzone morze pruła przez zbiegowisko grupa pięciu jeźdźców. Na czele na dropiatym drygancie, czyli wojskowym ogierze, jechał wysoki, chudy jak szczapa szlachcic w żółtawym, wyszywanym w kwieciste wzory żupanie wojskowym, w siedmiogrodzkiej kolczudze i obłoczystej czapce z trzęsieniem. Oblicze miał blade, ciemnobrązowe włosy podgolone z boków szlacheckim obyczajem, z tyłu i na górze zostawione długie, bo cały kłąb opadał mu aż na kark. Jego chudą twarz przecinała blizna, deformująca lewą brew i ciągnąca się dalej – aż do przekrzywionego nosa. Błękitne oczy jarzyły się jak dwie pochodnie – bez jakiegokolwiek wyrazu. Za pasem miał pozłocisty, nabijany turkusami buzdygan.

Tuż przed podwyższeniem dał koniowi ostrogi. Był dobrym jeźdźcem, koń też niekiepski, bo w jednej chwili, bez sprzeciwu wpadł na drewniane schody, bez fochów wspiął się na platformę. Deski i dyle aż zatrzeszczały pod ciężarem. Szlachcic prawie najechał na zaskoczonego woźnego. Nieszczęsny ministerialis chciał ukryć się za plecami dwóch asystujących mu chudopachołków. Nie miał szans – kompani byli szybsi – niezależnie od tego, jak żwawo się cofał, zawsze stali... za jego plecami.

Nieznajomy obrócił konia, stojąc nad tłumem, nad placem. Wyrwał woźnemu pismo z ręki tak szybko, że tamten nie zdołał zaprotestować. Przybliżył do oczu. I dokończył litanię.

– Powołując się na prawo pospolite i wyroki trybunału ziem ruskich, urodzonego Aleksandra Józefa Lisowskiego herbu Jeż skazujemy zaocznie na banicję wieczystą z granic ziem koronnych i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Spod prawa pospolitego wyjmujemy i bezecnym ogłaszamy!

Głos miał zimny i spokojny, czytał to tak, jakby śmiał się ze wszystkich obecnych – woźnego, szlachty, chłopów, Kozaków, z trybunału ziem ruskich, a nawet z wyroków sądów Jego Królewskiej Mości.


– Ja jestem tym banitą! – powiedział wesoło. – Ja jestem Aleksander Józef Lisowski, porucznik koronny. Dziś sam siebie wywołuję i ogłaszam bezecnym.

Jednym ruchem wyciągnął szablę z łańcuszkiem przy jelcu, przebił i zatknął na niej papier z wyrokiem.

– I zapytuję, jest tu ktoś, kto by chciał mnie pojmać? Odstawić do jego mości starosty księcia Michała Wiśniowieckiego? Znajdzie się taki mocarz?

Nagle dał koniowi ostrogi, bojowy drygant drgnął, szarpnął łbem, zagrzebał przednią nogą, wyciągnął się...

Zeskoczył na plac, aż posypało się próchno i wióry z bali! Lekko, zwinnie, jak tancerka.

Lisowski obrócił konia w miejscu w lewo, w prawo, przegalopował przed cofającym się tłumem.

– Jest ktoś, kto chce mnie pojmać? Ty tam, panie szlachcic w delurce? Jegomościu w butach czerwonych jak u krakowskiej kurwy? A może ty, gołociarzu wołyński, łajnem śmierdzący? He, he, tak myślałem! Nie po drodze ci do mnie. Ty, Kozaku w dziegciu wykąpany? Przyjdziesz po moją głowę? Łatwy zarobek u króla! Stoję tu sam jeden, nawet z konia zejdę. Kto się odważy? Nikt? Na zamek – wskazał za siebie – macie blisko. Podstarości pod bokiem. Może ktoś chociaż doniesie? Biegiem!

Nikt nie wystąpił. Wszyscy cofali się, rakiem, bokiem, rejterowali do bud i szałasów, do miejskich domów i zagród. Spuszczali wzrok pod okiem porucznika.

 

– Tyle jesteście warci, co plewy na wietrze. Co te wyroki, mandaty królewskie i trybunały. Furda mi one! Do diabła! Poszły precz. A ty, łgarzu pospolity, szczekaczu zawzięty, weźmiesz teraz słuszną karę za spotwarzanie mego imienia! – I dodał ciszej: – Przyjmij wyrok z pokorą, bo jak powiedział jeden pogański filozof: niechaj kara będzie lekarstwem na twą zgniłą duszę!

I nagle na znak – opuszczenie szabli – trzej ludzie pana Lisowskiego wpadli na podwyższenie. Dużo wcześniej zeskoczyli z koni, czekali na sygnał. Wszyscy jak z jednej bajki – w żupanach, ferezjach, podgoleni, przycięci: krótko z przodu, długo z tyłu, a wąsy na przedzie. I nie tylko brzytwą, bo i szablą – jeden miał bliznę ciągnącą się od nosa, pod okiem, aż na lewy policzek, drugiemu spod przekrzywionej czapki wyzierało przecięte na pół ucho. Trzeci chyba nie był naznaczony.

W jednej chwili złapali woźnego, wyciągnęli na środek podestu.

Zabłysnął kindżał! Nie, nie było ciosu. Tylko z cichym chrzęstem rozpruto żupan na plecach, obalono na deski.

– Do dwudziestu odlicz! – rozkazał Lisowski.

– Gwałt! Gwałt na osobie urzędowej! – zaryczał woźny. – Za wszystko będziesz waść odpowiadał! W sądzie, w trybunale! Jak Zborowski dasz głowę!

– Licz! – warknął postawny, wąsaty sługa porucznika. – Licz, bo jak zmylisz...

Nagle zabłysnął w słońcu nadziak – długie, zakrzywione ostrze i obuch na drugim końcu.

Ten trzeci pocztowy Lisowskiego – teraz widać to było – nie miał dwóch palców u lewej ręki.

Nadziak podniósł się. Opadł z furią, bijąc ciało, krusząc kości.

Raz, drugi, trzeci, woźny zawył.

– Przestańcie! Jezuuu...

– Licz, bo nie ustaniemy.

Znów dostał cios: jeden, drugi, trzeci. Mocne uderzenia nadziaków, płazów szabel, plecy od razu zalały się krwią.

– Licz, bo nie ustaniemy! Licz, głupcze!

Kozacy grodowi nie wytrzymali. Skoczyli na podniesienie, gdzie gwałcono powagę urzędu, plugawiono godności woźnego i trybunału ziem ruskich. Ale po drodze – rozpierzchli się jak stadko kuropatw.

Tłum też rozpadał się, uciekał, wyjąc, krzycząc, pokazując coś palcami. Coś, co szło jak długi, gruby wąż traktem z północy, od Mozyra. Ludzie znikali między domami, zagrodami, wychylali się ciekawie.

Stępa nadciągała kozacka rota, na koniach, po czterech w rzędzie. Najpierw chorąży ze sztandarem, na którym widniał czarny jeż w krasnym polu, potem czwórkami panowie towarzystwo, muzykanci, wreszcie pocztowi. Oddział liczny, sprawny, na bojowych drygantach, na polskich i wołoskich podjezdkach. Ludzie w kolczugach, bechterach, w kaftanach i pelerynkach biskupich. W czakach, niektórzy w misiurkach. Zbrojni w szable, koncerze, łuki, pistolety, czeladnicy z kałkanami zarzuconymi na plecy. Okryci kurzem, ale bojowi. Nikt w Owruczu nie śmiałby zmierzyć się z taką siłą.

Podążali na wschód – na Kijów. Wjechali na plac pod zamkiem, jak morska fala obleli, obstąpili podwyższenie. I wtedy woźny, sam jeden, bez pomocy, zawył, zakrzyczał, zanim wydusił z siebie słowo jak klucz:

– Jeeeeeeeedeeeeeeen!

I tak już poszło. Drugi, trzeci, czwarty i dziesiąty. Przy dwudziestym Lisowski skinął ręką.

– Za zdrowie króla, jeszcze pięć! – rozkazał.

– Łaski! Miłosierdzia! Zbrodniarze, szelmy, warchoły – jęczał woźny. – Dwadzieścia byyyyło...

– Licz. Licz głośno!

– Nie czuję nóg! – zawył za którymś razem woźny. – Łaski, mości panowie, com ja...

– Licz!

– Syn mnie pomści! Na waszych gardłach! Bodajście pomału konali. Dwadzieee...

– Licz!

Lisowski nawet nie patrzył na ofiarę. A kiedy jego pocztowi skończyli, dał znać, by wsiadać na koń. Ruszyli galopem na południe i wschód, na gościniec wiodący na Radomyśl, na Kijów, samotni, gniewni, jak straceńcy. Za nimi poszła chorągiew. Żegnały ich krzyki, złorzeczenia. I wyrok trybunalski miotany przez wiatr na pustym placu, przedziurawiony szablą pana Lisowskiego.

Die 20 augusti nowego stylu, 10 starego

Biłgorodka pod Kijowem, dom podstarościego Kołodyńskiego, około godziny 10

Hetmanowi Janowi Karolowi Chodkiewiczowi strzelono w łeb jak psu. W sam środek wysokiego czoła, pod zawinięty zawadiacko czub. Między oczy, którymi wypatrywał przez lata wrogów Rzeczypospolitej. W rozum, którym ogarnął i wygrał bitwę pod Kircholmem, zmiatając niby miotłą armię szwedzką spod Rygi do morza...

Hetman spadł na podłogę z łoskotem, ale się nie przewrócił; trwał oparty o chruścianą ścianę, wylepioną spękaną gliną.

Przyskoczyli doprawić go szablami, rąbali z zamachem, raz za razem, wprawnymi ruchami zawodowych żołnierzy. Przez łeb, krzyżem na skos, po wielkiej litewskiej buławie, którą Jan Karol trzymał w wypielęgnowanej prawej dłoni. Po sobolowym kołnierzu pańskiej delii...

Siekali z wściekłością, aż poszły wióry z portretu hetmana, odmalowanego koślawo na lipowej desce, niby ikona chałtura. Pocięli w strzępy, na kawałki, które potem walały się na twardej polepie.

– Chodkiewicz, Belzebub, diabeł, bies! – darł się Stefan Kazimierski, największy buntownik w towarzystwie, człowiek starszy, z długą, posiwiałą brodą, jak z senatorskiego nagrobka, w szerokim giermaku. – Bodaj go żywcem do piekła wzięli, za naszą i Rzeczypospolitej niedolę. Razem z hetmanem Żółkiewskim!

– I z królem jegomością! – zawtórował mu ktoś.

– Z jezuickim pomiotem, ze Skargą, Bartschem! Z... Maciejowskim!

– I z wojewodą krakowskim! – warknął ktoś z kąta.

– Amen – rzekł Ludwik Poniatowski, znany rotmistrz, sławny pułkownik, choć raczej ze złej niż dobrej strony wojaczki.

Aleksander Lisowski nic nie mówił. Siedział, od dawna jak gdyby lekceważąc kompanów. Tylko jego nieruchome oczy świeciły jak dwie gwiazdy.

– Siadajcie, waszmościowie – powiedział Kazimierski – do koła. Do rady.

– Po co siadać, skoro zaraz będziemy się rozjeżdżać? – zapytał Wespazjan Rusiecki.

– A może raczej uchodzić! – mruknął Tyszkiewicz. – Kiedy skończy się nasze koło rycerskie, a my nic nie uchwalimy, będzie tu pożar w zamtuzie!

Wskazał za siebie, na wąskie okno wylepione błonami. Słyszeli to co jakiś czas – dochodzący zza ściany gwar, raz głośniejszy, innym razem cichszy, jakby ogromna rzesza ludzi zgromadziła się wokół domu.

– Żołnierze czekają – powiedział Tyszkiewicz. – Na nasze słowa. Abyśmy znaleźli właściwe!

Zwalił się na ławę, inni też przysiedli. Sięgnęli po cynowe kufle bursztynowego piwa z sążycy, trunku niczym gęsta śmietana, po kubki z miodem, czarki z gorzałką.

– Zebraliśmy się na naradę, cóż czynić z naszymi rotami. Czy zwijać chorągwie, rozpuszczać ludzi, czy może ciągle... trwać?

– Wybacz, waszmość, ale po co? – zapytał Paweł Rudzki, rotmistrz husarski. – Rokosz się skończył. Przegraliśmy. Finita la comedia!

– Panowie Herburt i Pękosławski już w więzieniu – zastękał Rusiecki. – Pan wojewoda Zebrzydowski boćkał króla w rękę jak rodzoną matkę, Stadnicki diabeł jak zwykle uszedł, książę Radziwiłł umywa ręce. A my... My co?

– Zostaliśmy. Sami, zdradzeni.

– I po guzach, które zadali nam Chodkiewicz i Żółkiewski pod Guzowem, zarobimy jeszcze po banicji od króla i sejmu – rzekł Kazimierski.

– Cha, cha, cha – roześmiał się Ludwik Poniatowski. – Guzy spod Guzowa, wyborny koncept.

– Niektórzy z nas, jak jego mość pan Lisowski, już doznali gniewu królewskiego, bo włości, jak Krakoszyn i Wołki, wzięli mu w sekwestr. Teraz jest banitą na własnej ziemi.

– Nie zawsze – mruknął porucznik – jest się zarówno dobrym człowiekiem, jak i dobrym obywatelem. I gdzie jest twoja polityka? Gdzie logika? – odezwał się zimno Lisowski. – A waść policz lepiej gachów u podołka żony, a nie moje włości. Bo już jest na ciebie dekret, jak na Herburta, na gardło i na łapanie.

– Parol, panie Lisowski! – wybuchnął Kazimierski. – Szablą odpowiesz...

– Przez wzgląd na siwiznę nie odpowiem. Chyba że pierwszy zaczepisz, to proszę, choćby zaraz.

– Uspokójcie się! – wrzasnął Tyszkiewicz. – Obaj! Nie czas rzucać się do gardeł. Czas radzić.

– Cóż chcesz uczynić, mości panie Kazimierski? Podnosimy chorągwie? Drzewka i dzidy? Siodłamy konie? I dokąd? Na Warszawę czy najpierw na Kraków? – zapytał Poniatowski.

– Waści to bawi, a ogromna krzywda Rzeczypospolitej się stała! – wykrzyknął Kazimierski, zatwardziały rokoszanin, zakamieniały wróg króla Zygmunta III Wazy, że nawet w grobie wykrzykiwałby pewnie „precz ze Szwedem królem!”.

– Zatem słucham mądrej i jak zwykle celnej rady waszej mości. Cóż czynić, kiedy jesteśmy osamotnieni i pobici?

– Musimy trwać! – Zaperzony Kazimierski walił sobolową czapką w stół. – Konfederacja sandomierska ciąg­le może się odrodzić! Psy jezuickie zwą nas rokoszanami, a myśmy cni synowie koronni... Zwołamy zjazd, zdetronizujemy Zygmunta, potem sami ogłosimy elekcję...

– Hejże, uciszcie ichmość pana syna... koronnego! – mruknął Rusiecki. – To nie sejm konfederacki, ale koło rycerskie. Nikt już nie walczy, nasze siły są rozproszone, a co najwięcej, ci, co mieli dowodzić, właśnie klęczą przed królem i pewnie oskarżają nas o najgorsze. Konfederacja sandomierska finis[4]! Rozwiążmy zatem chorągwie.

– Tyś chyba z wieży na łeb upadł – mruknął Poniatowski. – Tylko mając pod znakami ludzi, jesteśmy siłą. A jedynie z nią będzie się liczył ten zafajdany dwór z Warszawy.

– Takiś waść pewien? Ile chorągwi królewskich stoi pod Zawichostem? Dwa?... trzy, cztery razy tyle co nas!

– Możemy wyjść z kraju, jak choćby panowie Koreccy i Potoccy, którzy chcą iść na Mołdawię.

– A co tam mają do roboty?

– Jak to w Mołdawii. Zdjąć hospodara, łotra i złodzieja, a nasadzić drugiego, jak na paliku... jeszcze gorszego szelmę. Jak to zwykle w Multanach sprawa. A przy okazji zgarnąć mołdawskie dukaty.

– Jeśli nie wyjdziemy z tej izby z gotowym konceptem, co czynić – Rusiecki znowu wskazał za siebie – nasze własne chorągwiane towarzystwo rozniesie nas na szablach.

– Więc radźcie.

– Wyprowadźmy wojsko za granicę, w Multany – rzekł Poniatowski.

– Veto! – mruknął Tyszkiewicz.

– Masz waść lepszą propozycję?

– Jeśli wyjdziemy z Korony, stracimy zasługi. Za służbę, za walki, za wierność! A jeśli zabiorą nam włości, z czego utrzymamy ludzi? Skąd damy ukontentowanie panom towarzyszom, skąd mamy wyglądać żołdu?

– To na Warszawę! Bić króla!

– Rozwiązać się! Nic nie zdziałamy!

– Łżecie! Tak nie może być! Nie może, nie może!

– Uciszcie się, mości panowie! – Kazimierski uderzył w ławę buzdyganem rotmistrzowskim. – Rzeczpospolita się nas wyparła, nic to. Mam do was prośbę. Pokorną, uniżoną... i płatną. Wysłuchajcie.

Wrzawa ucichła. Tym mocniej usłyszeli krzyki i głosy zgromadzonego wokół domu towarzystwa z ich własnych oddziałów.

– Pal, waść, aby do nas!

Rotmistrz skinął na pachołka, a ten otworzył drzwi. I wówczas wszyscy zamarli zaciekawieni. Do izby wszedł mały, suchy człowiek. Z ciemną cerą, ze szpiczastą, tatarską bródką. W kołpaku, na którym błyszczało kilka drogich kamuszków. W pikowanym moskiewskim kaftanie, ale czerwonych, podkutych husarskich butach. Z szablą ormianką przy boku.

Skłonił się, zdjął kołpak przed towarzystwem, zamiótł nim kurz, mysie łajna i okruchy gliny z polepy.

– Biję wam czołem, cni panowie Polacy, rycerze koronni... Nieee, gdzie, pułkownicy, rotmistry i przyszłe hetmany – zaczął z ruskim przyśpiewem. – Jam jest Antoni Uspieński, szlachcic jak i wy, przez lata więziony w Moskwie, potem z łaski cara wolny.

– Słuchamy, byle mów z sensem – rzekł Rusiecki.

– Nowina moja jest dobra i o czasie... Tak, o samym dobrym czasie! Mości panowie rycerze najświętszej, przeczystej Korony Polskiej, oto słuchajcie, co powiem. Tak... Potomek, z rodu Ruryka – wycharczał nieznajomy. – Przesławny i niezwyciężony z Bożej miłości wielikij kniaź. Wsieja Rusi samodzierżca... Wołodymierski, moskiewski, nowogrodzki książę, car kazański, astrachański, hospodar pskowski. Tudzież innych mnogich ziem obładiciel... Car Dymitr Iwanowicz żyje!

W rotmistrzów i pułkowników jakby uderzył grom.

– Żyje? Ale jak to? – zapytał ktoś wstrząśnięty.

I wtedy Uspieński przemówił. Jak historyk i wieszcz. Jak apostoł. Mówił takim głosem, że zgromadzeni w izbie nagle zaczęli widzieć i rozumieć wszystko, co wydarzyło się przed miesiącem...

 

Die 30 julii nowego stylu, 20 starego

Kreml w Starodubie, prikazna izba, samo południe

W prikaznej izbie o drewnianych ścianach wymalowanych w zielonkawe i niebieskawe kwiaty było chłodniej niż na prażonym słońcem Targowym Posadzie. Diaczkowie schylali się nad pulpitami, skrzypiąc piórami po papierze, skwierczały knoty kaganków, roztaczał się swąd spalonego łoju. Stary strzelec pilnujący drzwi podrzemywał oparty o ścianę, nie zwracając uwagi na muchy łażące po jego długiej, rudawej brodzie. Wielki jak niedźwiedź pierwszy wojewoda Dymitr Pożarski, z brodą szeroką niczym łopata, oraz chudy i czarny drugi – Drugow Tymofiejewicz Ryndin, zesłany tu z Moskwy, siedzieli za stołem, racząc się kwasem. Polewał diak Dorofiej Pustynnikow. A kiedy już polał, chodził po izbie z kijaszkiem w ręku, sprawdzając pracę podwładnych.

Pili, czasem Ryndin zamruczał coś cicho. Bzykanie much. Nagle trzask – to Dorofiej zabrał się do bicia szkodników drewnianą packą.

Cisza, zatęchły gorąc za szklanymi gomółkami okien. Lipcowe południe...

W sam szczyt upalnego dnia otwarły się drzwi. Z chrzęstem i brzękiem do sali wtoczyli się strzelcy. Wszyscy w zielonkawych żupanach i czapach, dobrze wypasieni na grodowym chlebie. Berdysze zostawili na zewnątrz.

Wepchnęli przed oblicze wojewody dwóch mężczyzn – ciemnego, zarośniętego aż po oczy chłopka o dumnym wejrzeniu. I drugiego – brodatego, z podkręconym do góry wąsem, w żółtawym kaftanie, z bogatym perskim pasem.

– Batiuszko nasz umiłowany! – skłonił się dziesiętnik. – To są owi, żebym tak skonał! Po targach łazili, na cara gadali. O, ten – wskazał człowieka z podkręconymi wąsami – najwięcej gębą trzepał!

– Na kolana, łajdaki! – rzucił Ryndin. Strzelcom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Raz-dwa szarpnęli więźniów za ramiona. Kopniaki pomogły; wkrótce nieznajomi klęczeli na rozchybotanej podłodze. Diak podchodził do nich kolejno i zrzucał czapki.

– Co to ma znaczyć, szelmy? – wycharczał Pożarski. – Kto gadał i o czym? Przyznać się zaraz, bo czasu nie mam. Opowiadajcie się, kto jesteście?! Ty! – Wskazał paluchem wąsacza.

– Aleksy Ruchin!

– Skąd?

– Przyjechałem z Orła, batiuszko. Na targi. Konie kupić...

– A ty, drugi?

Zarośnięty, ponury mężczyzna milczał jak głaz. Jego dumne spojrzenie nie podobało się nikomu.

– Batiuszka – dziesiętnik przyskoczył do stołu – oni gadali... Zwłaszcza ten tu Aleksy. – Pochylił się do ucha pierwszego wojewody i zaszeptał coś z takim namaszczeniem, jakby wyjawiał tajemnicę carskiej spowiedzi.

I wtedy Pożarski aż podskoczył, ława zaskrzypiała. Wytrzeszczył oczy na zarośniętego.

– Gadaj! Prawda to?

Zapytany milczał. Cisza jak po uderzeniu gromu.

– A ty, Aleksy? Potwierdzisz?!

Pojmany milczał, ale powoli zdawał się kulić, niknąć w objęciach strzelców.

– Trzeba wreszcie – jęknął. – Dymitrze. Nie sumuj, ale... Tak było, było, batiuszka.

– A ty sam? – Wojewoda wciąż wpatrywał się w zarośniętego. – Języka w gębie nie masz? Bo mi się śpieszy! Nie będziesz gadał, pójdziesz na pytki. Hulaj-ha! Ot, zaraz pod izbę. Do porubia każę cię wrzucić. Wołać kata Frołoszkę!

– Nie czyńcie tego, raby boże! – jęknął Aleksy. – To święty człowiek. To...

I wtedy nagle stało się kilka rzeczy naraz. Najpierw poddiaczy podsunął jesionową laskę pod nos czarniawego...

...a potem obwiniony poderwał się jak szary wilk w sieci, wyszarpnął z ramion strzelców... Złapał jednym ruchem lagę. Z jego ust padły same proste słowa.

– Bladin syny! Jeszcze wy mnie ne znajete! Gosudar ja!

I nagle zaczął walić – po łbie, po rękach, kijem z zamachu poddiaczego, dziesiętnika, strzelców. Przyskoczył do stołu, ale nie zamachnął się na władzę. Jednym ruchem ramion złamał kij, odrzucił za siebie i wydyszał:

– Jeszcze nie poznajecie? Ja car Dymitr!

Strzelcy szli do niego, ale wojewoda Ryndin wyciągnął rękę, powstrzymał ich.

A potem sam zsunął się na podłogę, na kolana.

I jęknął błagalnie do Pożarskiego:

– Winowaty my! Gosudar pieried toboju.

– Oto gosudar! Batiuszka nasz umiłowany! – zakrzyknął Aleksy Ruchin. – Hospody go ocalił w Moskwie z rąk kata Szujskiego, a do nas przybył jak Chrystus Spasitiel, wybawić z rąk nieprawych kniaziów i bojarów!

Pożarski poderwał się zza stołu, złapał za serce. Na wprost niego stał człowiek, którego rok wcześniej zamordowano w Moskwie, zaciągnięto nagiego na Łubnoje Miesto i pokazano tłumom jako Łżedymitra i samozwańca-rostrygę, wetknąwszy w rozerżnięty brzuch dudy. A potem ciało spalono, prochami nabito armatę i wystrzelono na zachód, w stronę Litwy.

A ten... oprócz tego, że człowiek, był jakby niepodobny do tamtego. Ale cóż... bił w sposób carski, nie bojąc się kary. A jak bije bez kary, to... przecież ma prawo.

Car?

Nie car?

A może jednak...

– Batiuszka – wołał z kolan wojewoda Ryndin, wiedząc dobrze, że każdy car ma uszy w stopach. – Ja was poznaję. Ty ten sam car batiuszka nasz, przez Hospoda zesłany... Was nie ubili w Moskwie! Wy żywi! Witajcie.

I wtedy Pożarski krzyknął do strzelców. Głośno i dobitnie.

– To samozwaniec! Strzeeeelcy... Hulaj ha! Bywajcie!

Die 20 augusti nowego stylu, 10 starego

Biłgorodka pod Kijowem, dom podstarościego Kołodyńskiego, południe

– Mospanie – wypalił Lisowski jak z pistoletu, kiedy Uspieński skończył opowieść o cudownym objawieniu nowego-starego Dymitra – nie mówisz ani słowa prawdy. Chcesz nas wciągnąć w wojnę, z której nie wrócimy żywi.

– Chcę waszmości dać szansę na godne życie – odrzekł niezmieszany starzec – jakiego pozbawiono was na Litwie. Król zabrał wam wioski, które mieliście po ojcu. Dymitr za zasługi da wam całe grody i miasta. Uczyni kniaziem i dumnym bojarem.

– Dopóki moskiewski mir nie poderżnie mu gardła.

Lisowski wypluwał słowa jak zepsute zęby, ale pozostałym błyszczały oczy. Trącali się łokciami, podkręcali wąsa.

– Wychodzi jednak – odezwał się Tyszkiewicz – że car nie został pobity w Moskwie rok temu. Żyje i ma się dobrze, zresztą widziałem go, więc rozpoznam osobiście.

– To przebieraniec, łotr, szelma, wor – odrzekł Lisowski. – Kolejny samozwaniec, którego wykreował któryś z Mniszchów.

– Samozwaniec nie samozwaniec, dukatami płaci! – zagrzmiał ktoś z tyłu.

– O wa, zobaczysz je waść na święty nigdy.

– Choćby na borg, lepsza służba, niż rozpuścić chorągiew – powiedział Rusiecki.

– Widzę w tym szansę dla nas – ozwał się Kazimierski – gdyby Dymitr po wygranej wsparł naszą sprawę obywatelską, konfederacje, które zawiązaliśmy pod Jeziorną i Sandomierzem... Moglibyśmy wrócić w glorii i chwale do Korony, obalić złego władcę i jezuitów.

– Waszmość już podjąłeś decyzję?!

– Ja... Tak! – krzyknął Kazimierski rozedrganym głosem. – Prawie tak. Jeszcze niech się moje towarzystwo z chorągwi wypowie. Ale idę za Dymitrem. To ostatnia szansa. Nie odtrącajcie jej, powiadam.

– Waść oszalałeś! – rzekł zimno Lisowski. – Rozum ci się miesza. Myślisz, że wrócisz z Moskwy? Jak wrócili tamci, co pojechali na gody Maryny. Do dziś siedzą w tiur­mach albo legli trupem! Zginiecie wszyscy, Moskwa was pożre i wypluje kości, jak poprzedników!

– Waszmości o zdanie się nie pytam. Tyś już stracony dla naszej sprawy!

– Właśnie, co zamierzasz?! – zapytał Rusiecki.

– Położenie jest takie, że, cóż... wiem, że nic nie wiem! Ale do końca pozostanę obywatelem! Nie król, nie jezuici, nie senat, tylko wola panów braci może mnie zmusić do opuszczenia granic Rzeczypospolitej – wypalił porucznik. – Będę walczył, podgryzał króla i stronników. Będę trwał, kiedy waść pokłonisz się obcemu carzykowi, błagając miłosierdzia.

– Hamuj się, panie Lisowski, abyś słów nie musiał gryźć jak kamienie!

– Spokój! Trzymajcie ich! Pozabijają się!

– Mówcie, co robić? Co decydujecie?

– Na Moskwę – powiedział Tyszkiewicz.

– Do Dymitra! – rzekł Rudzki.

– Ja zostaję – uśmiechnął się Ludwik Poniatowski. – Choćbym miał rozpuścić rotę, wracam do siebie. – Pax, mości panowie. Życzę dobrej służby.

– A pan Lisowski?

Za Lisowskim tylko trzasnęły i drgały na zawiasach drzwi, zamknięte z całej siły.

– Na majdan! – zakrzyknął Kazimierski. – Ogłośmy towarzystwu dobrą nowinę!

– W pole! Ruszaj!

Nagle zakłębiło się pod progiem. Rotmistrzowie i porucznicy wychodzili z izby z ulgą, uśmiechnięci. Już w sieni zaczęli krzyczeć, wołać, szturchać po plecach buzdyganami i nadziakami służbę, aby sprowadzała osiodłane konie, szykowała się do drogi.

Pół godziny później powtórzyli wszystko towarzyszom w kole chorągiewnym.

Wszystko o Dymitrze.

Wiwatom nie było końca.

Die 12 augusti nowego stylu, 2 starego

Dwór wojewody w Starodubie, godzina 14

Proste lipowe postoły i łyczaki goniły dumne czerwone baczmagi po ulicach Staroduba. Przez błoto, kałuże, sterty świeżego końskiego nawozu, przez bydlęce placki uszlachetniające rozjeżdżone grodowe ulice.

Ścigały skutecznie – człowiek w butach z wyszywanymi cholewami i w porwanej koszuli słabł, walił się w błoto, ślizgał na zdradliwym nawozie, coraz to padał i się zrywał. Uciekał co tchu, ile sił, dopóki starczało wiatru w nogach.

Pod wrotami Bogojawleńskiej cerkwi osaczyły go z trzech stron rozgorączkowane brodate twarze i futrzane czapy. Strzelcy w żółtawych kaftanach, z półksiężycami berdyszy, z bandolierami przewieszonymi przez piersi. Kozacy w żupanach i burkach, z natłuszczonymi wąsami zwieszającymi się z gąb, osmalonych stepowym wichrem i słońcem. Za nimi szara i biaława masa mużyków. Brodatych, przygiętych ku ziemi rodzicielce, w koszulach, huniach, brązowych kaftanach, w łapciach oplatających nogi w wełnianych portkach. Ciemna, zła wschodnioeuropejska, pijana gorzałką z targu tłuszcza. Z tyłu cisnęły się jeszcze baby w chustach, niektóre z małymi dziećmi na rękach. Te starsze bowiem miały inne zajęcia – na przykład skakały po kałużach gnojówki albo rzucały w siebie ze śmiechem końskimi pączkami. Najstarsze zaś, dorosłe już do tego, aby się uczyć polityki, wdrapywały się na palisady i szopy, żeby nic nie uronić z zajścia.