Krzyżacka zawieruchaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Krzyżacka zawierucha
Krzyżacka zawierucha
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,08  44,86 
Krzyżacka zawierucha
Krzyżacka zawierucha
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdzielenie 1: Fidelitas

Wierność

1


Wlekli się poprzez stratowane pola pod Chojnicami, jakby posłano ich po samą Śmierć. Wieźli dwa nagie miecze pod czarnym zakonnym krzyżem chorągwi, którą rozwijał i splątywał wiatr. Samotni wysłannicy, dwie białe postacie na koniach, na wprost czelnego hufca Korony Polskiej, błyszczącego od zbroi, najeżonego lasem kopii.

Zwolnili przed wiatrakiem, gdzie łopotała karmazynowa płachta z białym orłem, jakby w obliczu królewskiego majestatu zabrakło im odwagi. Pierwszy z posłów skinął sztywno głową, jakby połknął garść kijów, ale zeskoczył z konia dopiero przed monarchą. Drugi pozostał w siodle, jak nieprzytomny gapił się na rycerzy przybocznych, na huf czelny polskiej armii, ogromny jak morze, które miało pochłonąć krzyżackie zastępy.

Pierwszy odchrząknął, a potem rzekł:

– Nasz pan, z Bożej łaski wielki brat i mistrz Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego, śle poprzez swych rotmeisterów, panów Rudolfa z Żagania i Bernarda von Zinnenberga1, te oto dwa nagie miecze i wzywa Waszą Królewską Mość na bój. A jeśli brak ci, panie, miejsca do walki, gotów jest z wojskiem ustąpić.

Wbił ostrza w burą trawę.

– Za grzechy moje, przyjmuję – odparł Kazimierz syn Władysława, król Polski i wielki książę Litwy. – Mości Pietrze, dajcie im naszą odpowiedź.

Podkanclerzy Piotr ze Szczekocin wysunął się z szeregu, trzymając obnażony miecz. Wyciągnął go ostrzem do przodu, patrząc w zmrużone oczy krzyżackiego herolda.

Odpowiedź została przyjęta.

Krzyżaccy posłowie wracali do swoich galopem przez groblę. Herold i pachołek. Pędzili, jakby czuli na karkach oddech tysięcy rycerzy z Wielkiej i Małej Polski, z Kujaw i Prus, zgromadzonych na chojnickim polu w dzień świętego Metodego, 18 września, Anno Domini 1454.

Z łoskotem dopadli do rycerskich pocztów pod Wielką Chorągwią Zakonu.

– Jakże tam?! – zakrzyknął Bernard Szumborski, potężny, czarnobrody człowiek w niemieckiej płycie i na oladrowanym koniu. – Wylezą zza wzgórz? Zaatakują?

– Przyjęli wyzwanie. – Herold ukazał miecz. – Siła ich, panie. Zwaliła się tu cała Wielka i Mała Polska, a pewnie i połowa Litwy. A oto ich odpowiedź. – Błysnął ostrzem miecza.

– Syn poganina nauczył się wreszcie rycerskiego obyczaju – zagrzmiał gruby Truchsess von Wetzhausen na widok nagiego ostrza w ręku herolda. – Oto zaprowadziliśmy w tej dziczy rycerskie obyczaje, bo pod Tannenbergiem poganin Jogajła zapomniał języka w gębie, słysząc wezwanie do walki.

– Widać Kazimierz pilnie studiował Biblię.

– Języki zakonnych braci zawsze były ostrzejsze niż ich miecze – ozwał się książę Rudolf Żagański. – I właśnie dlatego teraz my, pobożni chrześcijańscy rycerze Fortuny, musimy kończyć za was pruską zawieruchę.

Wetzhausen spojrzał nań niechętnie, nie wiedząc, czy zagrzmieć gniewem, czy jednak udawać pokornego braciszka.

– Wszyscy bracia zakonni są wdzięczni niemieckiemu rycerstwu za pomoc i męstwo w walce z poganami i Saracenami – rzekł pokornie, mając w pamięci, że krzyżacka kabza świeciła pustkami jak żebrak gołą rzycią, o czym nie wiedział jeszcze żaden z zaciężnych rycerzy.

Rudolf z Żagania i Bernard Szumborski popatrzyli na siebie zdumieni. Książę zerknął nawet w niebo, jakby właśnie stamtąd miała spaść turecka konnica.

– Gdzie tu widzicie pogan, kumotrze? – zahuczał Szumborski. – A może macie przed oczyma pohańskie hurysy?

– Alboż nie stoją przed wami hufce fałszywego chrześcijanina Kazimierza syna Jagiełły, wroga Chrystusowej wiary, który urządził okrutną rzeź zastępom wiernych czterdzieści lat temu pod Tannenbergiem?! Alboż to wy, cni rycerze niemieccy, nie przyszliście tu bronić chrześcijaństwa przed hordami Polski, Litwy i schizmatyków? Czyż nie zebraliście się tutaj na nową krucjatę, która rozbije żelaznymi piersiami pogańską falę Słowian, zalewającą całą cesarską Rzeszę…

– W imię Chrystusa Miłościwego, miejże nad nami miłosierdzie, kumotrze Wetzhausen – ozwał się Szumborski. – Mówiąc zaś ludzkim językiem: nie pierdolże trzy po trzy. Jesteśmy tu, aby wykonać naszą pracę, w imię Boga i honoru rycerskiego. Tak samo jak Polacy. Módlcie się lepiej, aby wyzwanie odniosło skutek i Kazimierz zaatakował przez groblę. Inaczej gorze nam, bo nie damy rady tylu Polakom w otwartym polu.

– Ja zaś na waszym miejscu – mruknął Fritz Raweneck, wielki jak góra mąż z podniesioną zasłoną hundsgugela – wzdychałbym raczej do Matki Boskiej Pieniężnej. Aby kiedy zawitamy do Malborka po – da Bóg – zwycięskiej bitwie, czekała tam na nas zapłata. W dobrych złotych reńskich, nie w waszych pogańskich pruskich grzywnach, co mają w sobie tyle złota, ile brudu za paznokciem świętego Bernarda.

– Ruszają się! – zakrzyknął herold. – Panie von Zinnenberg! Polacy atakują!

– Do rot i hufów! – zakrzyknął Bernard. – Zewrzeć szyki i czekać, aż przejdą wszystkie chorągwie. Powtarzam! Stać spokojnie!

2

Środa, świętego Metodego, wilgotna i mglista, to nie był dobry dzień na bogobojną rycerską śmierć godną Zawiszy czy Floriana Szarego. Raczej na ponury kres żywota, jaki stał się udziałem księcia Leszka Czarnego, uciekającego z łaźni w Gąsawie i zabitego przez zdradzieckich krewnych na gościńcu.

Tak przynajmniej myślał Bolko z Rożnowa, wnuk sławnego Zawiszy Czarnego, a syn Jana, najmłodszego potomka Sulimczyka, kiedy spoglądał na zamęt, by nie rzec burdel, jaki panował tego dnia w szeregach rycerstwa wielkopolskiego i kujawskiego. Zgromadzonego na jesiennym polu do walki z krzyżacką zawieruchą, która zbliżała się od granic Nowej Marchii.

Najpierw na sam widok nadciągających Krzyżaków wszczął się rozruch i panika, którą z trudem opanował hetman zaciężnych rot – Wojciech Kostka z Postupic. Potem gdy okazało się, że Niemce wypełzają wolno z lasu po drugiej stronie Jeziora Zakonnego, wszczął się prawdziwy rejwach. Jedni krzyczeli, aby atakować przez groblę, inni – by stać w miejscu. Dowódcy sześciu zgrupowań ganiali na koniach jak oszalali, wysyłając harcowników to tu, to tam, jakby za każdą wiązką trzcin ukrywał się krzyżacki mnich. Zbierali się, radzili, przekrzykiwali, aż ojciec Bolka – Jan z Rożnowa, starosta kolski – musiał przywoływać ich do porządku. Widząc krzyżacki huf czelny stający po drugiej stronie jeziora, hetman chorągwi wielkopolskich Łukasz Górka chciał atakować, od czego odwodzili go Wojciech Kostka i Mikołaj Szarlejski. Pierwszy radził wysłać harcowników, drugi – poczekać i zmusić księcia Rudolfa oraz Szumborskiego do ataku na polskie chorągwie przez groblę.

Król zaś nie wiedział, co czynić. Czy dać się porwać fali entuzjazmu, czy też czekać, stuliwszy uszy.

– Stój w szyku, chłopcze – rozkazał synowi Jan Zawisza z Rożnowa, więc Bolko stał w hufie czelnym, ramię w ramię z konnymi kusznikami z rycerskich pocztów, choć ręka bolała go od dźwigania kopii. Nie burzył się jednak, nie kłapał gębą. Ojciec kazał mu stać, a rodzic zwykle miał rację. W dodatku znał się na wojowaniu jak mało kto, a miru między rycerstwem bynajmniej nie zdobywał mocną głową czy umiejętnością osuszania duszkiem kwarcianych szklenic wina i miodu. Starosta kolski był weteranem wojen tureckich i tatarskich, bił się z nieszczęsnym królem Władysławem pod Warną i nie tylko wyniósł całą głowę z pogromu, ale także Dunaj w zbroi przepłynął. Bo prawdę powiedziawszy, żal mu było jako chudopachołkowi ostawić swoje płaty sprośnym i skurwesyńskim Turkom.

W obozie wojsk polskich pod Chojnicami robił za rozjemcę, sędziego i statystę. Gdzie tylko się pojawiał, tam zaraz zwracały się nań oczy. Kiedy tylko się odzywał, milkły rozdęte, szlacheckie gardła. Ale nawet on nie był w stanie powstrzymać gorących głów i serc, które rwały się do walki i domagały boju.

Krzyżaków widać było jak na dłoni. Stali na wzgórzu po drugiej stronie trzęsawisk, za wąską, zdradliwą groblą. Najpierw huf czelny – nieliczny, złożony z kopijników. Za nim nieco liczniejszy walny – z konnych kuszników i lekkozbrojnych. Dalej na szczycie wzgórza przycupnął wagenburg; zębata linia wozów ustawionych na skos najeżona była ostrzami rohatyn i nielicznymi działami.

Czekali. Krzyżaków było tak żałośnie niewielu w porównaniu do sześciu hufców polskiego rycerstwa, że konie niemal same rwały się do boju, ręce wyciągały do mieczy, kopie pochylały na pohybel Niemcom. No bo po co tu jeszcze czekać? Szarżować i jakoś to będzie. A będzie dobrze, zważywszy na przewagę liczebną.

– Boisz się, synu?!

Bolko zaprzeczył, kręcąc głową. Czuł, jak od środka, bodaj od żołądka, po całym ciele rozchodzi mu się mdląca słabość. To była jego pierwsza bitwa w polu. Nadrabiał miną, na szczęście twarz ukrytą miał pod przyłbicą.

– Tylko głupcy nie znają strachu. Nie wygrasz samą odwagą i zaciekłością. Zwyciężysz, pokonując słabość. Nie miecz, nie ostrogi, lecz opanowanie lęku uczyni z ciebie szlachcica…

Trąby zagrzmiały smutno, jakby na żałobną stypę. Chrzęst przeszedł pancerne szeregi.

 

– Ruszaaaj! – zaintonował Wojciech Kostka z Postupic na lewym skrzydle. A po nim Łukasz Górka, hetman hufca rycerstwa wielkopolskiego.

Lewoskrzydłowe chorągwie zaciężnych drgnęły i poczęły coraz szybciej zstępować w dół. Szły kłusem, wolno, wprost na groblę, ścieśniając szeregi.

Jan z Rożnowa ostatni raz spojrzał na syna.

– Ufaj tylko żelazu, Bolko. Pamiętaj! I bywaj.

Przyłożył dwa palce do czoła i uśmiechnął się. A potem odwrócił i zacisnął zęby. Był w szłomie bez przyłbicy, nie chciał, by ktoś zobaczył, jak wilgotnieją mu oczy.

Zwłaszcza że miał bardzo złe przeczucia co do nadchodzącej bitwy.

– Ruszaaaaj! A wolno!

Zabrzmiały trąby i krzywuły. Żelazny mur rycerstwa z Wielkiej Polski drgnął i począł coraz szybciej zstępować w dół śladem zaciężnych chorągwi.

Zaczęło się. Postępowali ku przeprawie.

Bolko szturchnął konia łydkami, nie używając ostróg. Ruszył z hufem czelnym, mając po prawej stronie rycerstwo ziemi kaliskiej. Czuł się jak okruch w żelaznej lawinie, która oderwawszy się ze wzgórz chojnickich, samą swą masą, siłą i przewagą zmiażdży krzyżackie roty.

Szli ściśnięci, w zamęcie, krzycząc, nawołując się. Pierwsi przestąpili groblę zaciężni. Zatrzymali się na polu po drugiej stronie i rozwinęli pod krasnymi sztandarami. Za nim przeszli Wielkopolacy pod Górką. Kolejne kaliskie chorągwie Stanisława Ostroroga. Dalej łęczyckie i sieradzkie pod kasztelanem rozmierskim Dersławem Rytwiańskim. I wreszcie huf nadworny z samym królem.

Krzyżacy przyjęli ich w miejscu. Nie atakowali, widząc wojska stłoczone na grobli. Stali pod biało-czarnymi płachtami chorągwi, niemal bez ruchu, przycupnięci jak wilki. Nie było ich wielu. W czelnym hufie można było doliczyć się najwyżej siedemdziesięciu, no, może stu kopijników. W walnym przebłyskiwały zbroje i płyty, ale w większości składała się nań brązowawa i szara ćma pachołków i kuszników.

Chorągwie wielkopolskie i kujawskie stanęły naprzeciwko jak żelazny mur. Z uniesionymi kopiami. Z lekkimi sercami. Nawet Bolko odetchnął, widząc, jak niewielu było wrogów. Uśmiechnął się w duchu i mocniej chwycił kopię.

A potem krzyk po polskiej stronie zerwał się niczym wicher. Wznosił się aż do tronu Pańskiego, przenoszony od chorągwi do chorągwi, od rycerza do pachołka, podawany z ust do ust. Darli się wszyscy, nie licząc czeladzi w obozie.

– Bij zabij!

– Na psubratów!

– Sulima! Sulimaaaa! – wrzeszczał ile sił Bolko.

– Grady! Gradyyyy!

– Rawaaa! Niedźwiadaaa!

Nie wiadomo, kto dał znak, skąd wziął się sygnał. Nagle cały hufiec wielkopolski Górki opuścił przyłbice, pochylił kopie, a potem począł postępować na wroga.

Zerwali się za nimi wszyscy pozostali, na końcu roty nadworne i zaciężne.

Z łoskotem blach, z grzmotem kopyt poszli galopem poprzez brązowe, stratowane pola. Szybciej, szybciej, w rytm końskiego skoku… Z proporcami furkocącymi nad głowami. Spod przyłbic i szłomów, z tysięcy serc zerwała się pieśń:

Bogurodzica dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

U twego syna Gospodzina Matko zwolena, Maryja!

Zyszczy nam, spuści nam.

Kyrieleison.

Bolko pozbył się strachu. Nic już nie myślał, niczego się nie bał. Opuścił kopię wprost w szczelinę tarczy i rwał ramię w ramię z innymi, w linii, która szybko poczęła rozdzielać się na pojedyncze grupy jeźdźców.

Krzyżaccy kopijnicy skoczyli im na spotkanie. Chwilę pędzili na wprost siebie. Pancerna pięść kolczasta od kopii! I na wprost niej żelazna lawina, gotowa zdruzgotać ją całym ciężarem.

Chrzęst zbroi, krzyk ludzi, rżenie koni!

Zderzyli się!

Nawet przed księdzem proboszczem nie potrafiłby przypomnieć sobie, co tak naprawdę się stało. Po prostu nagle wjechali w linię jeźdźców w niemieckich i mediolańskich płytach. Rozległ się grzmot, chrzęst łamanych kopii…

Nie złamał drzewca, nie wypuścił broni, nie uderzył nikogo, bo nikt nie znalazł się na jego drodze. Żelazna lawina zmiotła krzyżackich kopijników, dosłownie zdeptała kopytami, a potem, jak niepowstrzymana górska rzeka przewalająca się przez zaporę, spłynęła na pachołków, strzelców i rycerzy walnego hufu.

Nawałnica spadła niespodziewanie. Zwichrzyła szeregi krzyżackiej jazdy. Bolko uderzył kopią, wyczuł bardziej, niż usłyszał, że drzewce łamie się z trzaskiem, cisnął broń nieprzydatną w ścisku, porwał za miecz, nie mógł go znaleźć, wyślizgana rękojeść wcale nie znajdowała się na swoim miejscu, u lewego boku. Obok wrzał bój, słyszał brzęk stali, ryk ścierających się w walce ciężkozbrojnych, okrutny kwik koni.

Poczuł dwa ciosy, jeden w pierś, drugi w hełm, z boku. Wstrząśnięty, przerażony, popychany z tyłu przez pachołków miotał się w siodle z wysokimi łękami.

Nie miał czym walczyć! Nie było miecza! Do kroćset!

Rąbnął na odlew pancerną rękawicą kapalin krzyżackiego knechta, zastawił się tarczą. Cios buławy przygiął go do tylnego łęku, zostawił na pawężce dwa wgłębienia, wrył się głęboko w malunek czarnego orła w żółtym polu.

Bolko porwał prawą ręką za lewy bok. Rozpaczliwie szukał miecza. Czyżby odczepił się? Upadł? Zginął w zamęcie!

I wtedy namacał go; broń sama wskoczyła mu w rękę. A kiedy szarpnął za rękojeść i zwrócił głowę w prawo, w lewo – wszak Sulima na tarczy zobowiązywała – zamarł, bo już… nie było z kim się bić. Zamiast krzyżackich łbów i białych płaszczy dostrzegł przed sobą morze pochylonych karków, pleców i ramion pierzchającej zaciężnej konnicy.

– Bij zabiiij! – dobyło się z tysięcy rycerskich gardeł. – Na nich! Z mocą boską!

Koń Bolka porwał za pierzchającymi, rzucił się w pogoń razem z innymi, nie mając zresztą innej drogi, bo z tyłu napierały nań coraz nowe polskie zastępy. Kątem oka dojrzał krótką scenkę, krzyk poraził jego uszy skryte pod blachą hełmu.

– Książę Żagański zabit!

– Na śmierć!

Przeoczył chwilę, gdy Mikołaj Skalski zwarł się z rosłym brodaczem w niemieckiej płycie. Gdy rąbnął mieczem z góry, poprawił na odlew. Pod jego ciosem pękła tarcza z gryfem, ostrze zawadziło o naramiennik, pozostawiając szeroką szczerbę. A Bernard Szumborski zasłonił się ręką w żelaznej rękawicy, widząc, jak z boków dopadają go giermkowie Skalskiego, opuścił miecz, chwycił za ostrze.

– Stać! Poddaję się! – ryknął. – Stójcie, szlachetni panowie! Dość już!

Słowa zginęły w łoskocie kopyt, w brzęku blach, dźwięku zderzających się ostrzy.

Bolko widział, jak na jego oczach przestaje istnieć walny huf krzyżackiej armii, jak jazda wroga zmieciona i zmieszana atakiem rycerstwa z Wielkiej Polski rzuca się do ucieczki.

Pędził i gonił ich z innymi. Krzyżacy pierzchli w dwie strony – część konnicy w lewo, przepychając się i tratując, na trakt wiodący do Złotowa, reszta w prawo – ku Chojnicom i Tucholi.

Nikt ich nie ścigał. Z piersi rycerzy polskich wydarł się gromki ryk zwycięstwa, bitewna wrzawa, krzyki i zawołania rodowe.

– Teraz! – zakrzyknął rozgorączkowany Górka. – Na wagenburg, mości panowie! Bić Teutonów! Prać ciurów, wozy brać!

– Gorze nam! – ryknął Jan z Rożnowa. – Stać, mości panie wojewodo! Ścigać Niemców! Gonić, łapać! To zaciężni! Zbiorą się, tył nam zajdą!

Nikt go nie słuchał, nikt nie zważał na słowa. Ława rycerzy puściła się pędem w stronę taboru krzyżackiej armii. Bez szyku, bez ordynku, jakby całą swoją masą chciała zmieść bojowe kolasy.

Wagenburg rozłożył się na szczycie wzniesienia, ślepiąc na nadciągających wąskimi szczelinami strzelnic, czarnymi oczkami armatnich luf, odstraszał lasem włóczni, halabard, rohatyn, ozdobiony kitami dymków unoszących się z lontów i maźnic ze smołą.

Uderzyli o drewniane ściany i płoty jak żelazna lawina. I pierwszy raz w tej bitwie fala polska rozbiła się na tych zaporach jak na kamiennym murze. Konie kwiczały, padały, przysiadały na zadach przypierane do ustawionych skośnie wozów. Nie mogli sforsować zapory ani cofnąć się, bo z tyłu z pieśnią na ustach waliły coraz to nowe zastępy rycerstwa.

Bolko rąbnął bezsilnie mieczem drewnianą ścianę, zza której wychylały się kapaliny kuszników i strzelców. Zawrócił konia, chcąc przebić się w tył, z dala od taboru, ale przemożny napór niósł go wprost na zapory. Obok walczył ojciec, wywijał mieczem i krzyczał coś, co ginęło w chaosie.

Suchy, gorący grom. Pierwszy, drugi, trzeci… Kamienne kule bombard wpadły w gęstwinę z przerażającym hukiem, masakrując ludzi i koni, łamiąc zwierzętom nogi, strącając jeźdźców pod kopyta.

Ława rycerstwa poczęła się dusić, szamotać, krzyczeć – odwrotu nie było.

– Bolkooo! – ryknął Jan z Rożnowa. – Sam tu, do boku trzymaj się, synu! Za mną!

Wiedział, co teraz nastąpi. Głuchemu grzmotowi dział zawtórował świst bełtów, jęk zwalnianych cięciw, suche gromy hakownic i piszczeli.

Dym i śmierć uderzyły w nich gorącym podmuchem. Słysząc kwik padających koni, jęki rannych i dobijanych, starosta nie bawił się w rycerskie konwenanse. Obrócił konia na zadzie, wbił się w gęstwinę płyt, brygantyn i płatów, bił swoich własnych kompanów, grzmocił po karkach płazem, torując sobie drogę z powrotem.

– Bolkooo! Za mną! Bywaj tu!

Młody Zawisza skoczył śladami ojca. Tuż obok huknął wystrzał, czyjś koń stanął dęba, Bolko zobaczył przez chwilę kopyta zawieszone tuż przed twarzą. Dostał cios, poleciał w bok, gdyby nie to, że uderzył ramieniem w tarczę ojca, grzmotnąłby o ziemię.

Powoli i brutalnie torowali sobie drogę w dzikiej gęstwinie koni i okutych w żelazo jeźdźców. Za nimi szedł Wojciech, stary pachoł, uchodził giermek Siemaszko, bo przy drewnianych ścianach wagenburga szczerzyła zęby krzyżacka kostucha z katowskim mieczem.

Aż wreszcie wyrwali się z kłębowiska, gdzie nikt już nie dowodził, nikt nie ogarniał tego, co się działo. I podczas gdy jedni ginęli lub w rozpaczy uderzali żelaznymi piersiami o wozy, inni napierali na nich z tyłu, spodziewając się łatwego łupu i zdobyczy.

A ze zwichrzonych szeregów coraz to wypadali zbrojni, powiewając zdobycznymi chorągwiami lub śpiesząc do obozu z wieścią o zwycięstwie.

– Wiktoria, mości panowie! – krzyczał Paszko Gniewosz z Grzymisławic, wywijając nad głową czarno-złotą chorągwią Mikołaja von Koeckritza. – Drugi Grunwald!

– Pobici Niemce psubraty i Krzyżaki! – darł się Jakub Chotka.

– Miodu dajcie!

– Piwa!

– Wiwat król! Wiwat Korona Polska!

– Do dna, do dna!

– Módlcie się za nas, Matko Boża i anieli niebiescy – syknął Jan z Rożnowa. – Do króla, zanim będzie za późno!

– …ślubuję moim rycerskim słowem, męstwem i godnością, że stawię się w oznaczonym terminie sam własną osobą, z wykupem lub na żądanie waszej mości. A wszystkich obecnych biorę na świadki mego ślubowania – rzekł Szumborski, unosząc ku górze dwa palce.

Ucałował podany mu krzyż, przeżegnał się.

– Pozwólcie, mości panie, oddalić się, zebrać czeladź i porachować straty. Dałem słowo, że stawię się za waszym słowem, gdzie chcecie – jako jeniec.

– Zezwalam! Idźcie w pokorze i głoście nowinę o naszym zwycięstwie! – rzekł Mikołaj Skalski.

Szumborski wstał z kolan, chwycił wodze konia, wbił trzewik w strzemię. Podciągnął się i usadowił w siodle.

Ale bynajmniej nie ruszył w stronę Chojnic.

Skoczył na skraj lasu, dokąd uciekały krzyżackie niedobitki z pola walki.

– Szybciej! – zagrzmiał Jan z Rożnowa. – Puszczajcie! Do króla. Jezu Chryste.

3

– Jegomość – zagadał stary Wojciech – czemu uchodzimy? Wszak zwycięstwo…

– Żywa noga nie ujdzie z tej bitwy, jeśli król nie obsadzi grobli!

– Jakże tak?

– Także! Słuchaj!

I Bolko, a zaraz po nim pozostali usłyszeli, jak z prawej strony pola bitwy rodzi się coraz głośniejszy ryk, łomot kopyt zmieszany z brzękiem żelaza, jakby sto młotów biło naraz w kowadła.

– Krzyżacy wzięli się w garść! – ryknął ojciec. – Nasi ich poniechali, więc pozwolili im zebrać się na nowo. To zaciężny żołnierz, nie pospolitacy. Idą od lasu. Zaraz zatrzasną kleszcze! Za mną!

Nie zdążyli dopaść grobli. Bitwa przybrała bowiem zupełnie przeciwny obrót, jakby ktoś w gębę strzelił. Nagle za groblą w polskim obozie zabłysnął ogień, uniósł się dym. Po chwili doszedł stamtąd szczęk mieczy tyle że cichszy.

– Zasadzka! – ryknęły głosy. – Krzyżacy na tyłach!

– Palą obóz!

– Gwałtu!

– Biegajcie! Biegajcie!

– Von Plauen! – jęknął ojciec Bolka. – Wyszedł z Chojnic na tyły. Wiedziałem!

Uderzył konia ostrogami i runął tam, gdzie z lewej strony grobli powiewała wielka chorągiew Królestwa z białym orłem.

Prawie zdążyli. Prawie – bo nagle burza wszczęła się na polu bitwy. Szyki i hufy pomieszały się już wcześniej; teraz, kiedy Krzyżacy zjawili się na tyłach, a z boków zaatakowała zaciężna konnica, nastał chaos i zamęt. Całe chorągwie w panice rzucały się ku grobli, by pędzić, przepychać się i tłoczyć w ucieczce na drugi brzeg.

 

Jan z Rożnowa, jego syn Bolko i reszta pocztu nagle znaleźli się w ogromnym tłumie konnych i pieszych gnających na złamanie karku do Zakonnego Jeziora. Rycerze, giermkowie, kusznicy i pachołkowie uciekali, jakby gonił ich biblijny Potop, wmieszani w tłum Niemcy siekli na wszystkie strony, powalając Polaków niczym snopy zboża.

Żelazna nawałnica zepchnęła ich w błoto, przez chwilę walczyli jak szaleńcy, rozdając ciosy płazem i żelazne kuksańce wcale nie Krzyżakom, ale własnym towarzyszom. Aż wreszcie przebili się, porwani falą paniki, na bok grobli, pod królewski sztandar, gdzie stało kilku zbrojnych na koniach – garstka w obliczu zbrojnego huraganu. Nie było między nimi żadnego rycerza – kilku litewskich pachołków, jeden człek w płatach. A między nimi rosły młodzian na oladrowanym koniu, w pełnej mediolańskiej płycie, młody i śniady, wyniosły i nieobecny… Z koroną na głowie.

Bolko zagapił się na niego jak na święty obraz w krakowskiej katedrze.

– Panie Janie! – krzyczał niemłody człowiek w karmazynowej jopuli, przytrzymując ostro na munsztuku szalejącego konia. – Król, ratuj króla! Na wszystkich świętych, nie zostawiaj nas tutaj!

– Pomóż nam! Zatrzymamy ich! – krzyknął pachoł w brygantynie, rozdając szczodrze ciosy płazem między napierających na groblę panów braci Kujawiaków. – Stać, mówię! Zawracać, mówię, psiewiary! Zatrzymajcie się!

Na próżno wołał, krzyczał, płazował. Nikt go nie słuchał. Rycerze uchodzili groblą z rykiem przerażenia, a na ich karkach nadlatywali Niemcy i Krzyżacy. Już, już zwiedzieli się po sztandarze, pokazywali sobie królewski poczet.

Jan z Rożnowa przebił się bliżej, skłonił, nie zdejmując hełmu.

– Niech Wasza Królewska Mość uchodzi! Co rychlej!

– Nie daj Bóg! – krzyknął Kazimierz. – Nie daj Bóg, mości panie, abym opuścił rycerstwo…

– Rycerstwo już się puściło! Do taborów albo gdzie pieprz rośnie! Nie wystawiajcie na zgubę Królestwa Polskiego! Uchodźcie, panie, czym prędzej, póki się da!

– Nie jestem tchórzem!

– Ocalicie koronę!

– Za późno!

– Nie! – ryknął Jan z Rożnowa. – Ja… tu zostanę. Z pocztem. Z synem. Uchodźcie, panie, błagam, zaklinam na cześć mego ojca! Wy tu zginiecie, nie będą was żywić krzyżackie sukinsyny.

Obejrzał się na jedynego syna, na poczet i nawet w zamęcie widać było bladość na jego obliczu.

– Na drugim brzegu, za groblą! – ryczał Piotr ze Szczekocin. – Tam się oprzemy, zbierzemy rycerzy! Tu śmierć, tu zguba, najjaśniejszy panie!

Kazimierz obrócił konia w miejscu, podkanclerzy chwycił za wodze, prowadził niemal siłą, zwołując gestem litewskich pachołków.

Ale król wyszarpnął wodze z ręki sługi, obrócił się w stronę Jana.

– Kim jesteście!…

– Jan Zawisza z Rożnowa, starosta kolski.

– Syn Sulimczyka?! Czarnego?

– Tak jest!

– Jesteśmy i będziemy ci wdzięczni!

– Uchodźmy, czasu nie ma!

– Stój!

Kazimierz zatrzymał konia przed Bolkiem, który skłonił się, a prawdę powiedziawszy, w tej jednej chwili zapomniał języka w gębie. Nie wiedział bowiem, czy najpierw ma zdjąć hełm, czy też skłonić się, a może najpierw w ogóle zeskoczyć z konia.

– To wasz syn?!

– Tak, Wasza… Bolko, kłaniajże się przed najjaśniejszym…

– Zdejmij hełm, chłopcze.

Posłuszny Bolko ściągnął łebkę. Kazimierz pokiwał głową.

– Poznaję go z Krakowa. Bolko! Służ mi dobrze. Odrzuć pokusy diabelskie i broń wiary, a nade wszystko Korony Królestwa Polskiego. Dotąd służyłeś jak giermek, dziś ja, pan i król Polski, wielki książę… nieważne. Czynię cię mężem godnym rycerskiego pasa!

– Krzyżacy! Panie, uchodźmy!

– Znieś ten cios w pokorze. I ani jednego więcej.

Z rozmachem uderzył Bolka w twarz, aż zapiekło. Klepnął go po ramieniu i odpiął swój własny miecz.

– Bierz i przysłuż się nam!

– Za mną!

Piotr ze Szczekocin porwał za wodze królewskiego konia, brodaty Litwin z lewej popędził szkapę i cały orszak wpadł na groblę, zmieszał się z uciekającymi.

– Bolko! – zakrzyknął Jan z Rożnowa. – Bolko!

Młody Sulimczyk przepasał królewski miecz obok swojego. Dobył ostrza wykutego dla Kazimierza Jagiellończyka.

Ze wszystkich stron opadła ich krzyżacka nawałnica. Konni wpadli z łoskotem, z krzykiem, rąbiąc mieczami, bijąc i przepychając opancerzonymi końskimi piersiami, aby zepchnąć z drogi, oczyścić sobie przejście na groblę.

Ale na drodze stał niczym cierń Jan z Rożnowa, chmurny i ponury…

Starli się z łomotem zbroic, z brzękiem mieczy. Bolko przypadł do boku ojca, odbijał błyski mieczy, rąbał zajadle pomny, że przed chwilą wyniesiono go do stanu rycerskiego. Odbił cios zmierzający w ojcowski bok, rozrąbał czyjąś tarczę, rąbnął w hełm, strącił z konia kusznika w płatach.

A potem nagle zrobiło się luźno, Krzyżacy cofali się, lizali rany, zbierali do kupy.

– Bywajcie tu, tchórze! Boicie się?! – zaryczał Jan z Rożnowa, potrząsając okrwawionym mieczem.

Świst bełtów, cichy jęk, kwik koni, odgłos padającego ciała.

Krzyżaccy najemnicy spadli na nich ponownie – w większej liczbie. Bolko dostrzegł kątem oka, jak wali się z konia Wojciech, a rycerz z czerwonym zębem na żółtej tarczy tnie w ramię Siemaszkę, zwala go z siodła. Ponury krzyżacki pachoł dobija go koncerzem. Sam dostał w rękę, w róg tarczy, w głowę. Uderzył od dołu, obrócił konia na zadzie, chcąc osłonić ojcowskie plecy. I znowu poczuł cios w biodro. Zasłonił się tarczą. Poczuł, jak po policzku sączy mu się coś ciepłego, lepkiego, wilgotnego.

To już był koniec, agonia. Pokrwawieni, na szalejących, rannych koniach, bronili się jeszcze ostatkiem sił. Jan z Rożnowa zgasił cięciem wlew rycerza w łebce bez przyłbicy, pchnął mieczem giermka, zwarł się z kolejnym.

Bolko zobaczył, jak z tyłu, między końskimi zadami, przeciska się krzyżacka piechota w skórzanych czepcach i kapalinach, niosąc kusze, wysuwając jak żądła ostrze glewii, rohatyn i halabard.

Potem nie wiedział już, co się stało. Jego koń dostał rohatyną w pierś, zarżał, stanął dęba, a potem zwalił się na bok. Strzały i bełty świsnęły mu tuż nad ramieniem. Z kwikiem padł na ziemię cisawy rumak ojca.

Bolko padł, ale nie wypuścił miecza. Lewą stopę obutą w rycerski trzewik zdołał wyrzucić ze strzemienia. Prawa uwięzła przywalona ciężarem wierzchowca.

– Vorwärts! Vorwärts! – zagrzmiało zza pleców knechtów.

Bolko szarpnął prawą nogą, przytrzymany, uwięziony przez dogorywającego, charczącego konia. Nie wiedział, co działo się dokoła. Jakiś knecht biegnie na niego z bojową maczugą. Ojciec zasłania syna mieczem, staje plecami do niego. A potem dwa uderzenia – w hełm, w bok, jeszcze w plecy. Żelazny mur oladrowanych koni zacieśnia się, a między nimi cisną się piesi spragnieni rycerskiej krwi. Jeden ruch, potężny rycerz z górną połową oblicza ukrytą pod szeroką przyłbicą łebki, sucha, zacięta gęba, czerwone zęby na żółtej tarczy herbowej. I jego ręka odpychająca jednego z knechtów, który z przyłożenia mierzy do Jana z Rożnowa, wpatruje się w herb Sulima na jego tarczy. I wreszcie głos:

– Staaać! W imię Boże! Poddajcie się, panowie Polacy!

Jan Zawisza zamarł z zakrwawioną twarzą. Szłom spadł mu z głowy, posiwiałe włosy pokrywały krew i pył.

Spojrzał na Bolka uwięzionego pod martwym wierzchowcem. Na zakrwawione pole pokryte trupami. Na krzyki, wrzaski i brzęk stali, który oddalił się poza groblę. Na dymy unoszące się nad polskim obozem, gdzie krzyżacka konnica dobijała właśnie resztki wroga.

Parszywy wieczór, fatalny bój, okropny dzień z czerwonym słońcem zachodzącym za lasy i bory za Chojnicami.

Ujął swój miecz za ostrze, wbił go w ziemię na znak poddania, położył rękę na ramieniu syna.

– Zdaję się na waszą łaskę, mości panie. Jestem Jan Zawisza z Rożnowa, starosta, pasowany rycerz. Komu mam honor się poddać? Azaliż braciom zakonnym?

Rycerz z czerwonym zębem na tarczy jednym ruchem zdjął łebkę. Choć usta miał wykrzywione w zaciętym grymasie, jego szare oczy były wesołe. Inaczej niż u zaciętych krzyżackich mnichów, przywodzących na myśl szare sępy.

– Jam Dietrich von Kauffungen – zagrzmiał radośnie. – Żaden tam brat ani swat. Wolny rycerz, zaciężny krzyżacki, z roty Mikołaja von Koeckritza. A to kto? – wskazał Bolka. – Giermek?

– Teraz już rycerz. Mój syn, Bolko. Także Zawisza.

– Wasz herb – Dietrich wskazał porąbaną Sulimę na tarczy Jana – wydaje mi się znajomy. Czyż to nie taki nosił sławny dworzanin Zygmunta Luksemburskiego Zawisza z Garbowa? Zabity przez tureckich pogan ze dwadzieścia lat temu?

– To był mój własny ojciec.

– Doprawdy?! – Dietrich zmierzył Jana z Rożnowa wzrokiem niby łokciem. – A więc wy jesteście Jan? Najmłodszy syn? Myślałem, że jesteście wyżsi. Ale herb i miano to samo. Ha, nie trwóżcie się. Pojedziecie ze mną na słowo?

– W rzeczy samej, szlachetny panie!

– Oddajcie miecz.

Pachołek w żółto-czerwonych barwach zabrał broń Jana z Rożnowa, podał panu. A wówczas von Kauffungen odpiął swój własny pas rycerski z mieczem i oddał go w zamian staroście kolskiemu.

– Nie godzi się – zahuczał – aby syn Zawiszy Czarnego chadzał bez miecza. Przyjmijcie w zamian mój do czasu – pogroził palcem – kiedy jesteście moim gościem.

1Chodzi oczywiście o Bernarda Szumborskiego, który przez Polaków nazywany był Szumborskim, a przez Niemców von Zinnenberg.