HubalTekst

Z serii: Wrzesień 1939 #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hubal
Hubal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Hubal
Hubal
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dobrzański nie słuchał jęków i biadolenia najstarszego lichwiarza z Jezior, zawrócił pod kościół, gdzie ułani przygnali schwytanych żywcem dywersantów. Tym razem ich poniosło – komuniści mieli zakrwawione, obite gęby, oko starego, brodatego chłopa w siermiędze zaszło krwią, inny jęczał i wypluwał zęby do kałuży po ciosie kolbą.

I znowu scena jak z Ostryny – od strony wileńskiego traktu walą konne wojska. Drugi i czwarty szwadron, działa, tabory, pionierzy Kalenkiewicza.

Plutony stawały wokół rynku, przy barierkach do wiązania koni, wśród pierza, rozbitych mebli i trupów, które mieszkańcy dopiero zaczęli znosić do cerkwi i kościoła. Między żołnierzami major zobaczył poczet Łupaszki i poderwał Bohatyra do skoku, aby złożyć raport. Podjechał fantazyjnie, galopem, salutując w biegu. Rozciągnięte w trójkąt, nieprzyjemne oblicze podpułkownika było jeszcze bardziej odpychające niż rano. Uwagi Dobrzańskiego nie uszło i to, że dowódca trzymał się lewą ręką przedniego łęku oficerskiej kulbaki.

– Panie podpułkowniku, melduję się na rozkaz.

– Co tu meldować! Bolszewicy, Heniu, przecież widzę! Ale dlaczego ty nie zaczekał na mnie tu i w Ostrynie, a?!

– Nie trzeba było, panie podpułkowniku. Miasto opanowane.

– Zdobyte? A my z odsieczą. Ile sił. To już zarządziłeś?

– Nie było czasu czekać.

– Oj, rządzisz się ty, Heniu, w pułku jak na własnym podwórzu – zagadał Łupaszka. – Ot, nawyrywał ty chabasów, ale czego na mnie nie czekał?

– Tam – Dobrzański wskazał ręką w stronę kościoła – są dywersanci. Przesłuchać?

– Po co? Co chcesz zrobić z miastem?

– Podpalimy na postrach, jak Ostrynę.

– Z całym szacunkiem, protestuję! – wykrzyknął milczący dotąd Kalenkiewicz. – W domach pewnie pełno amunicji, znów będą straty.

– Bunt, panie kapitanie, musi być zwalczany z całą surowością.

– Musimy gdzieś stanąć na nocleg.

– Znajdziemy we wsiach. Trzeba ukarać miasto.

– Stój, Heniu, bo znowu będziesz u mnie kwatermistrzem, taka mać! – wybuchnął Łupaszka. – Ja muszę uchronić pułk od zbędnych strat! A w Ostrynie pięciu naszych zginęło od przypadkowych wystrzałów i granatów z pożaru.

– Nie ma dymu bez ognia!

– Milczeć! Odbieram ci dowództwo w tym mieście. Bierz szpicę i przepatruj teren. Mnie zostaw resztę!

Dobrzański milczał, z dłonią zaciśniętą w pięści.

– Zawiadomcie wachmistrza gospodarczego, żeby szykował kwatery. Zostajemy tutaj!

– Tabory?

– Zostaną pod Ostryną. Wyjdą w nocy i dogonią nas nad ranem.

– Dywersanci?

– Zastrzelić. – Łupaszka wzruszył ramionami. – Nie ma już więzień, gdzie by ich wsadzić.

Wydał rozkazy. Dwie salwy wstrząsnęły zrujnowanym, pohańbionym miasteczkiem. Z egzekucji major pamiętał tylko głównego przywódcę – suchego, wysokiego Żyda jak z obrazu. Mógłby pozazdrościć mu spokoju, z jakim tamten szedł na śmierć.

20 IX 1939, na przedmieściach Grodna, droga na Hożę, wieczór

Zaraz za Jeziorami wpadli w resztki wrześniowego chaosu. Droga usłana była ciałami koni, rozbitymi wozami, jaszczami, taborami. W mijanych wsiach koczowały gromady obdartych, zrozpaczonych ludzi – uchodźców zza Niemna, spod Warszawy, Białegostoku, znad Narwi i Bugu. Potężna rzeka ludzi uciekających na wschód znalazła się między młotem a kowadłem, bo od wschodu nadciągali Sowieci, i nie miała dokąd iść. Zrozpaczone tłumy miotały się od wsi do wsi, żebrząc o kawałek chleba, porzucały toboły i bagaże, oblegały miasteczka, prosząc o pomoc. Brygada z trudem przebijała się drogami. Czasem z mijanych wiosek padały strzały, a wtedy tłum się rozpraszał, ludzie z krzykiem chowali się w rowach, pod płotami, kryli w gąszczach i zagajnikach. W odpowiedzi Dobrzański posyłał całe plutony, które strzelały do komunistów, podpalały wioski i zagrody. Wracały z jeńcami, którymi zaraz ozdabiano przydrożne lipy.

I wtedy jak grom spadły na nich rozkazy Łupaszki: maszerujemy na Hożę. Przygotować się do forsowania Niemna.

– Nie będę niczego wyjaśniał – wycharczał Żorż. Jego chuda twarz była pożółkła, szara jak u chorego ptaka. – Rozkaz jak rozkaz, macie wykonać. Nie będziemy się telepać po tych gościńcach. Pan Henio przepatrzy drogę, a wy, kapitanie, przygotujecie pionierów do przeprawy. Panie Kazimierzu, każ, żeby oba działa szły za nami.

– Dlaczego nie idziemy bronić Grodna?! – Dobrzański nie zwykł trzymać języka za zębami. – Co na to dowódca brygady?

– Biorę to na moją starą głowę, więc nie dziabarakaj, Heniu. Nie będzie mnie Tarnasiewicz dłużej beształ jak byle bajdełę. A jak komuś się nie podoba, paszła won!

Nie było dalszego gadania; skręcili na przedmieściach miasta na północ – w wąskie, błotniste drogi wiodące w stronę granicy z Litwą.

– Nic już nie rozumiem – rzekł potem rozdrażniony major. – Czy Żorż zszedł ze swojego wileńskiego uma? Zostawia miasto? Zabiera armaty? Armia Czerwona będzie tu lada godzina! Wybije naszych, spali Grodno!

– Pan major, zdaje się, liczy na to, że znam odpowiedź – odparował Kalenkiewicz. Niestety, chociaż mam rozum delikatny, nie jestem encyklopedią wojskową. Więc trzymam gębę na kłódkę i wykonuję.

– Jest trzeci tydzień wojny, a my kręcimy się w kółko, nie oddaliśmy nawet strzału do przyzwoitego wroga. Przed nami są Niemcy!

– Za nami bolszewicy, a wokół dywersanci. W sumie więc wszystko jedno, dokąd pójdziemy. A ja, panie kolego, z dwojga złego wolę niemiecki stalag niż gościnę Stalina.

– Uciekamy...

– Jak tchórze. Tak jest.

– O, kolega kapitan zgadza się ze mną chyba pierwszy raz od początku świata.

– Zgadzam, z żalu. Ciągle nie mieliście godnego siebie przeciwnika. Szkoda mi was.

– Powinno wam być żal pułku. Rozleci się, jeśli będziemy w kółko uciekać.

21 IX 1939, na przeprawie przez Niemen pod Hożą, o świcie

Przez Niemen przeprawili się w porannych mgłach. Rzeka rozlewała się płytko między lasami i błotami, za Hożą, drewnianą kresową polską wsią. Pewnie dlatego dostali chleba i kilka godzin przespali się w spokoju na sianie. Baryszczak, który mówił, a jeszcze lepiej klął we wszystkich gwarach polskich – od Krakowa po Wilno – wyrwał od chłopów dwa worki owsa dla koni. Karmił zwierzaki, czyścił szczotką i zgrzebłem, aż lśniły, dosypywał ziarna do koryta zastępującego żłób.

– Ja tu bywałem, znam ludzi – powiedział majorowi. – Wszędzie, gdzie się dało, nawet po drugiej stronie Niemna. Z robotą miałem różnie, raz nosiło się cegły na budowie, robiło się za bandosa, kosiło, orało, a czasem przenosiło.

– Przez granicę?

– A jak: lusterka i żyletki do Sowietów. Ale się skończyło. Nie będzie już u nas lusterek.

Ledwie na drugi brzeg przeprawił się ostatni, czwarty szwadron, a szorstkie, spracowane żołnierskie ręce pomogły przepchnąć przez błota dwie siedemdziesiątkipiątki z jaszczami; ledwie ponury świt zajaśniał na nadrzecznych łąkach, byli już w marszu do Puszczy Augustowskiej, wąskimi, błotnistymi traktami.

Pogoda się popsuła. Padało od rana. Zimno, wilgotno, w butach chlupotało. Ułani jechali skuleni, kto miał, okrywał się opończą, wodze tkwiły jak drewniane kołki między zgrabiałymi palcami. Deszcz szeleścił w listowiu, ściekał za kołnierz, spływał po płaszczach i owsiakach. Zmordowane konie wlokły się powoli.

I jedna scena – kiedy przeprawiał się drugi szwadron, a wierzchowce z trudem wdrapywały się na zachodni brzeg, ślizgając w błocie i rozmiękłej glinie, przysiadając na zadach, chrapiąc ze strachu. Krzyk, wrzask, pojedynczy jeździec galopujący brzegiem na południe, w stronę Ostrówka. Strzał ostrzegawczy wachmistrza. Potem drugi – wymierzony, chybiony.

Ubywało ułanów.

Noc z 21 na 22 IX 1939, Mikaszówka

Przed nocą dotarli do Kanału Augustowskiego, który wił się i skręcał, prowadząc przez sosnowe lasy na zachód. Stanęli wreszcie w Mikaszówce, spokojnej i bezpiecznej wsi, gdzie była kamienna śluza i drewniany kościół, a wokół niego kilka chałup. Tabory i kuchnie nadciągnęły dopiero w nocy, przywożąc wodnistą zupę okraszoną słoniną i kartoflami. Żołnierze wlekli się zmęczeni, ktoś się wściekał, bo w Grodnie zostawił rodzinę. Nikt nic nie wiedział. Łupaszka położył się spać, pozostawiając straż, która nie dopuszczała nikogo poza oficerami ordynansowymi. Wyglądało, jakby podpułkownik sam już nie wiedział, dokąd iść.

22 IX 1939, Podmacharce nad jeziorem Serwy, godzina 13.00

Cały następny dzień maszerowali przez lasy i grądy. Deszcz przestał padać, wyjrzało słońce, a puszcza rozjarzyła się złotem i czerwienią. Pułk maszerował naprzeciw polskiej jesieni, mijał pożółkłe brzozy i zagajniki, z których opadały liście. W jeziorach i sadzawkach odbijały się szczyty chmur i wszystkie kolory lasów. Sosny – długie i proste jak maszty okrętów – szumiały cicho w słońcu, sarny i jelenie przemykały przez gęstwinę, uchodząc przed korowodem ludzi, koni i wozów.

Na obiad zatrzymali się w Podmacharcach, wsi rozciągniętej na wschodnim wybrzeżu jeziora Serwy. Ściśniętej w opłotkach między wodą a drogą. Tu wreszcie ugotowano porządne jedzenie – kartofle z mięsnym sosem. Wcześniej Dobrzański nakazał ubezpieczyć wieś, wystawiając posterunki z cekaemami na wszystkich drogach wylotowych. Zablokował działami szosę Sejny – Augustów w pobliżu skrzyżowania dróg.

Rozkazy od Łupaszki przyszły na piśmie. Dowódca znowu się nie pokazywał. Przemyśliwał coś? Przeżuwał z goryczą? A może dopiero teraz do jego skołatanej głowy dotarła myśl o totalnej klęsce?

Polecenia były jasne jak słońce. Zostawić we wsi bagaż osobisty, rozwiązać prawie cały szwadron gospodarczy i wcielić żołnierzy do oddziałów liniowych. Pozostawić w każdym szwadronie tylko wóz amunicyjny, porzucić tabor żywnościowy i bagażowy pułku. Osobiste rzeczy złożyć po stodołach. Spalić papiery.

 

Coś się działo. Dobrzański był zdenerwowany, palił jednego egipskiego za drugim. Gdy się skończyły, odpalił luzaka z machorki. I wyciągnął od Kalenkiewicza całą połowę papierośnicy.

– Bardzo proszę, majorze – powiedział saper. – Z każdym oddanym papierosem czuję się moralnie i fizycznie zdrowszy.

Dobrzański bał się dalszego rozkazu. Rozkazu pójścia do niewoli. Ale trzymał fason.

I wreszcie adiutant wezwał ich na odprawę u dowódcy. W szkole po drugiej stronie szosy. Stawili się wszyscy, wyczekujący, nerwowi. Zmęczeni. Kalenkiewicz, Herniczak, Jeleński, dowódcy szwadronów, lekarz i kapelan.

Dąmbrowski siedział w fotelu, przed tablicą, na której białą kredą rozpisane były książki i podręczniki do pierwszych klas nigdy nierozpoczętego roku szkolnego 1939/40. Między nimi Elementarz Falskiego i Elementarz powiastkowy – dla analfabetów. Zgromadzona w kącie kolekcja trzcinek, lasek i rózeg miała zachęcać do nauki dla pożytku Polski i narodu. Na ścianie wisiał portret Rydza-Śmigłego i plakat reklamujący składki na LOPP, który: popiera rozwój lotnictwa i organizuje obronę przeciwlotniczo-gazową.

– Panowie, wezwałem was, bo nasza sprawa jest ciężka. Postanowiłem bić się z wojskami bolszewickimi, które wtargnęły w nasze granice.

Urwał, blady, drżący, chory. Jego wyłupiaste oczy błyszczały.

– Kto z panów oficerów sobie życzy, może natychmiast jechać na Litwę i dać się internować boćwiniarzom. Kto zostaje, pogotowie marszowe za godzinę.

Po tych słowach wstał szmer. Oficerowie spojrzeli po sobie. Dobrzański zobaczył na kilku obliczach zwątpienie i strach. Sam zacisnął pięści. Więc jednak nie niewola.

– Panie podpułkowniku... – zaczął, ale głos Żorża był jak świśnięcie nauczycielskiej trzciny.

– Żadnych pytań, Henryku! Nie teraz. – Rozkaszlał się. – Chcesz, to idź.

– Jeśli tak przedstawia się sytuacja – rotmistrz Napoleon Kostanecki, kwatermistrz, stuknął obcasami – nie jestem potrzebny. Proszę o pozwolenie odmeldowania się.

– Kto jeszcze?

Zabrzmiało to tak, jakby Łupaszka chciał, aby odeszli wszyscy. Jakby powiedział: „Idźcie do diabła!”.

– Panie podpułkowniku, odmeldowuję się – zasalutował Jan Magrowicz, dowódca plutonu przeciwpancernego. – Mój oddział istnieje tylko na papierze, nie widzę, skąd mielibyśmy wziąć działka pepanc. Niniejszym proszę o zwolnienie ze służby – zakończył wolno, jakby zmagając się z każdym słowem.

– Zwalniam pana z przysięgi. Możecie zatrzymać konie. Odmaszerować. Pozostali gotowość do wymarszu za godzinę.

Dobrzański poszukał wzrokiem Kalenkiewicza.

– Panie kapitanie, droga na Litwę wolna – mruknął. – Dla skonionego sapera oddam nawet własnego wierzchowca.

– Gdzieżbym śmiał – żachnął się oficer taktyczny – tak się pchać przed szarże, przed majorów i pułkowników. Pan musi dać przykład.

Nie było żadnych pytań. Spuszczone głowy Kostaneckiego i Magrowicza, kiedy opuszczali salę, unikając wzroku kolegów. Jak dezerterzy. Tylko sądu nie było. Dobrzański uśmiechał się zimno.

23 IX 1939, w drodze przez Puszczę Augustowską, przed południem

Po drodze do Lipska 110. Pułk topniał jak jesienny śnieg. Rusini uciekali w biały dzień, rzucając karabiny, czasem uprowadzając konie; leśne ostępy sprzyjały ich zamiarom. Około dziesiątej zastrzelono pierwszego dezertera. Drugiego zraniono – dobito na rozkaz Dobrzańskiego na oczach wszystkich szwadronów.

Jechali przez lasy augustowskie, gdziekolwiek spojrzeć, wzrok napotykał ścianę drzew – dębów, jesionów, wiązów i lip, czasem ustępujących miejsca dostojnym sosnom i świerkom. Rosjan i Niemców na szczęście ani na lekarstwo. Gęsty bór osłaniał ich podejście do szosy Grodno – Augustów, na której musiało się roić od sołdatów z krwawą gwiazdą Kremla na czole.

Nie mieli spokoju, nie byli też jedynym oddziałem, który przemykał pod osłoną lasów. W dzień nad puszczą krążyły samoloty. W pobliżu wiosek i ludzkich sadyb znajdywali ulotki, które kapitan Kalenkiewicz odczytywał z wisielczym humorem.

– Do żołnierzy armii polskiej. Znowu, podobnie jak w roku 1914, wasi krwiopijcy, obszarnicy i kapitaliści, rzucili was do otworu ogniowego drugiej wojny imperialistycznej. Jak i wtedy, rzeką leje się krew robotników i włościan. Żołnierze, obracajcie swą broń przeciwko obszarników i kapitalistów. Nie strzelajcie do swych braci po kłasie! – perorował z siodła. – Proszę, nauczyli się już trochę pisać po polsku.

– Zrobisz pan lepszy użytek z tych gadzinówek – mruknął major – wrzucając je do własnego otworu odbytniczego. Tabory przepadły, nie mamy papieru!

– Gdybyście mieli wątpliwości, przez kogo tu jesteśmy: winowajcy tej rzezi krwawej są to obszarnicy-kapitaliści, Mościckie, Śmigłe-Rydze, Radziwiłły, Sapiedzy, Sławoj-Składkowskie, psy brutalne, które rzuciły naród polski do rzezi krwawej.

– Pan się z tego śmiejesz, ale ilu tutejszych nakłoni się do tych słów – odezwał się rotmistrz Bohdanowicz. – Wymyśliłbyś raczej jakąś gadkę, żeby utrzymać naszych w szeregach. Żeby nie wierzyli w te bzdury o bratniej armii.

– Na poczekaniu, panie kolego. Bierzcie kajet i piszcie. – Kalenkiewicz uśmiechnął się i zadeklamował:

Armio sowiecka, ty na straży pokoju

stoisz jak przed laty.

A pokój to słoneczny,

tylko w oknach kraty.

Osamotnieni we wrześniu

żołnierze niczyi.

Dziś twą dłoń pomocną

czujemy na szyi!

– Dość tego – wychrypiał astmatyczny głos. Nadjeżdżał Łupaszka z adiutantem i pocztem. – Humory wam dopisują, tylko bolszewików wyglądać. Nabijemy ich jak psów. Wrócą jeszcze dawne czasy.

– Czy może pan pułkownik wskazać cel marszu?

– Chałupy jakieś trzy kilometry stąd. Potrzebujemy przewodnika, poprzedni uciekł. Trzeba tam skoczyć, zanim nadejdzie pułk, ale z czuciem, żeby nie nawiał ze strachu. Zrobisz to, Henryku?

– Przywiozę choćby w worku. Panie rotmistrzu, poproszę dziesięciu ludzi z pierwszego i drugiego plutonu. Ci, co mają najlepsze konie. Plus luzaka z koniem.

Kwadrans później Dobrzański i dziesięciu ludzi z wachmistrzem ruszyli galopem leśną drogą na południe. Konie, zmordowane marszami i nienakarmione dobrze w Podmacharcach, maszerowały niechętnie, galopowały od ostrogi. Jedynie Bohatyr nie rozpierał się i nie opóźniał. Szedł posłusznie, pełen energii, rozkołysanym, łagodnym skokiem, jakby w ogóle nie czuł morderczych kresowych dróg, pewnie Baryszczak zdołał wcześniej ukraść jakąś miarkę owsa dla kochanych „kuni”.

Nagle w mieszanym lesie otworzyła się rozległa przestrzeń pól. Kilka owocowych drzew, sady, brzozy. I dalej, za łagodnym zakrętem drogi w prawo, za klinem lasu wdzierającym się w pokryte rżyskiem poletka, dwie czy trzy kryte słomą chałupy.

Załomotali do pierwszej, ale nikt nie odpowiedział. Dopiero w trzeciej, zbudowanej z bierwion łączonych na jaskółczy ogon, odezwał się jakiś zalękniony głos. Drzwi były otwarte, wachmistrz i trzej ułani wparowali do środka i po chwili wyprowadzili babę w chustce, na opuchniętych nogach.

– Gdzie mąż? – zagrzmiał Dobrzański. – Szybciej, kobieto, nie mamy czasu.

– Nie ma chłopa! – zapłakała baba, załamując ręce na podołku, skulona.

– Ciszej, potrzebujemy tylko przewodnika.

– Nie ma chłopa, żebym ja tak skonała, panie oficyjerze...

– Sprawdzić – wskazał major. – Całe obejście.

Ułani skoczyli do chlewika, do stodoły, pokłuli bagnetami siano, obeszli wszystkie kąty.

– Toż ja prawdę gadam! – wyła baba. – Nie ma w chałupie męża, tydzień będzie, jak wzięli... Bolszewicy wzięli!

– Zapal pan budę! – Dobrzański krzyknął na wachmistrza najmocniej, jak tylko mógł, aby słyszano go z daleka. – Palić chałupę!

Wachmistrz podszedł do chaty, wyciągnął zapałki. Za nim kolejni ułani przystępowali do strzechy, zapalali drewienka.

I nagle stał się cud. W chałupie rozległ się rumor, potem przez próg hycnął na pole zarośnięty, czarniawy chłopek w gaciach i koszuli. Byłby pognał do płotu, migając białymi piętami, ale wachmistrz wcześniej postawił tam trzech ułanów. Pochwycili go, kiedy przeskakiwał przez żerdzie, złapali za ręce, zawlekli przed Dobrzańskiego.

Baba zawyła, rzuciła się do Bohatyra, zrobiła ruch, jakby chciała objąć rumaka za przednie nogi albo ucałować lśniący but oficera. Wykrzykiwała coś, z czego zrozumieć można było pojedyncze wyrazy: „O Boże”, „Jezu miłosierny” i „Oddajcie żywego”...

– Na konia z nim!

Jak stał, tak wsadzili go na luzaka. Zawrócili i poszli galopem z powrotem. Chłopina ledwie trzymał się w kulbace, pochylony, złapał końską grzywę, telepał się jak wór.

Dąmbrowski już czekał, na razie zarządził postój, stał z adiutantem i Kalenkiewiczem pod brzozą, na kobiercu z żółtych liści. Palili.

– Posłuchaj, chłopie – powiedział, kiedy postawiono przed nim drżącego włościanina. – Jakie drogi idą stąd do szosy na Grodno, a? Dobre?

– Dwie, panie wielmożny – wystękał chłopina. – Jedna na Krasne, una lepsiejsza, druga na Skieblewo, ale ta przez kalabanie idzie, przez młaki i błota.

– A potem da radę dojść do Lipska?

– Za gościńcem, tam już suszej. Ino nam minąć młaki koło Skieblewa.

– Proszę przekazać podchorążemu Mościckiemu rozkaz rozpoznania na kierunek Krasne. Mamy konie zmordowane, poczekamy jeszcze z godzinę, a kolarze mogą już jechać.

– Tak jest.

– Poprowadźcie ich, gospodarzu, prosto do wioski. Dobrze się sprawicie, dostaniecie dychę, albo i dwie. Panie majorze, proszę tymczasem wysłać na rozpoznanie drugiego kierunku.

Nie minęło pół godziny, kiedy pluton kolarzy pułkowych przedzierał się wolno i mozolnie w stronę Krasnego. Nie szło to szybko, leśne drogi były piaszczyste i błotniste, rowery, przeznaczone na bite trakty, grzęzły, a żołnierze klęli, niektórzy prowadzili je poboczem. Ktoś rzucił ze złością pojazd na trawę, podniósł go potem, obejrzał się, czy dowódca nie patrzy, i dosiadł stalowego rumaka, będącego tylko cieniem chwały kawaleryjskich koni.

Minęła prawie godzina, z tyłu doszło ich nawet stłumione echo trąbek, którymi Łupaszka podrywał pułk do wymarszu, kiedy las ustąpił miejsca otwartej przestrzeni. Wjechali na wielkie kolisko łąk i mokradeł, na południowym wschodzie, za pasem wierzb i grabów, leżała wioska. Typowa ulicówka – dwa rzędy drewnianych chałup, nie było szkoły ani kościoła.

Cicho i spokojnie, nie widać mieszkańców. Pluton wolno wjechał w opłotki. Podchorąży rozglądał się, docisnął pedały aż do bólu, wyprostował się na siodełku.

I zamiast języka znalazł śmierć.

Nagle między chałupami zawarczał motor. Jeden, drugi, trzeci! Mościcki zatrzymał się, uniósł rękę, ale komendy wydać nie zdołał...

Z zagrody po lewej wyjechał na środek drogi zielonkawy, trójosiowy samochód pancerny zdobiony czerwonymi gwiazdami, ślepiąc na ułanów dwojgiem reflektorów. Kaemy w obrotowej wieżyczce i poniżej – obok zamkniętego wizjera kierowcy – zagrały równym rytmem, śląc na cyklistów grad kul, który przeszywał ciała na wylot, porywał i wywracał żołnierzy razem z rowerami, ciął równym ściegiem po ścianach domów, ścinając także płoty i zarośla.

– Rojem! – krzyknął Mościcki. Nie zdążył opuścić ręki, dostał serią przez pierś, zwalił się w piach, wplątany w rower, i tak już pozostał.

Żołnierze nie stawili żadnego oporu. Rezerwiści rzucili maszyny, chcieli uciekać drogą do lasu, ale kule doganiały ich bez trudu. Jeden, drugi, trzeci i dziesiąty padali na drogę, osuwali się na poszczerbione płoty, umierali z krzykiem, ranni wyli i tarzali się w pokrwawionym piasku, któryś pełznął do bramy...

Część kolarzy rzuciła się na boki – do zagród, domów, stodół. Na próżno! Wieś ożyła nagle sylwetkami Rosjan, z sadów, z gumien, zza węgłów wyroiły się postacie w półokrągłych hełmach przywodzących na myśl strażackie.

Salwa wstrząsnęła powietrzem. Potem strzały następowały po sobie raz za razem – kule gwizdały nad drogą, obalały uciekających, przygważdżały do ziemi rannych, rykoszetowały między kamiennymi podmurówkami.

Ani jeden żywy Polak nie wyszedł z zasadzki; ostatni prawie dopadł rozwidlenia dróg przy zagajniku, kiedy jakaś kula, bardziej zdradliwa od innych, zatrzymała go w pędzie. Przez chwilę trwała jeszcze bezsensowna strzelanina. Sołdaci walili do krzaków i cieni, kilku oberwało od swoich, bo rozległy się przekleństwa, okrzyki bólu i nawoływania.

 

Z plutonu kolarzy nie wrócił nikt...

Około godziny 12.15, Puszcza Augustowska

– Wieś obsadzona przez bolszewików. Oceniam siły na kompanię rozpoznawczą jednostki pancerno-motorowej, wzmocnioną bronią ciężką – raportował zimno Dobrzański.

– Jak... Co? – wycharczał Dąmbrowski. – Co pan mówi?

– Doradzam atak z zaskoczenia, póki świętują zwycięstwo. Wyślę wszystkie sekcje cekaemów, żeby obsadziły drogi wiodące ze wsi, pierwszy szwadron ustawi zasadzki na tych pomniejszych. Potem podciągniemy działa i ostrzelamy wieś od strony Wyżarnego, zmuszając czerwoną swołocz do wycofania się, wprost w zasadzkę...

– Zabraniam! – wycharczał Dąmbrowski, oczy płonęły mu gorączką. – Nie pan dowodzi. Przygotować się do wymarszu, na Skieblewo.

– Mieliśmy iść walczyć z Armią Czerwoną, a nie przekradać się po lasach, z całym szacunkiem, panie podpułkowniku.

– Chce pan zaatakować wieś bez broni przeciwpancernej?! – zawołał Kalenkiewicz. – Z dwoma polowymi armatkami?

– Bolszewicy mają tylko dwa samochody pancerne, które nie wyjadą na łąki i trzęsawiska. Zniszczymy je we wsi granatami.

– Zabraniam. – Łupaszka się rozkaszlał. – Muszę uchronić pułk... Ratować. Skoro bolszewicy są w Krasnem, zapewne nie ma ich na szosie. Przejdziemy między Skieblewem a Krasnem, miniemy Lipsk... Wykonać!

Dobrzańskiemu nie pozostało nic innego jak tylko sakramentalne: „Tak jest!”.

Ruszyli po półgodzinie. Znów zmordowane konie, które ledwie skubnęły wątłej trawki na polanach, przebijały się przez piaszczyste drogi na południe. Łupaszka miał rację w jednym. W Skieblewie nie było bolszewików. Kiedy przechodzili przez szosę, gdzieś daleko rozległ się samotny wystrzał; od Krasnego dochodził hałas motorów, ale nikt nie sprawdził, kto przedzierał się przez leśne gąszcze po obu stronach drogi.

Po drugiej stronie gościńca czekały na nich sosnowe, wysokopienne lasy i piaszczyste dukty wiodące wprost nad rozlewiska Biebrzy, a dalej – wzdłuż nieprzebytych bagien i mokradeł – na zachód i południe. Grunt był podmokły i błotnisty, marsz dłużył się bardzo. Chłód z błot przenikał kości. Zrobiło się zimno i nieprzyjemnie.

– Panie Wiktorze – rozkazał Łupaszka dowódcy trzeciego szwadronu – czas na pana. Pójdzie pan pierwszy, bez wytchnienia, wozy amunicyjne trzeba zostawić. Dojdzie pan do Dolistowa Starego, gdzie jest przeprawa promowa, i zabezpieczy ją pan. Proszę się przeprawić, umocnić i czekać na nas za wszelką cenę!

– Kiedy mógłbym was oczekiwać?

– Dojdziemy do rana. Proszę jechać.

– Tak jest!

Trzeci szwadron od razu wyprzedził pułk, którego marsz spowalniały ostatnie amunicyjne wozy i dwa działa. Szli, raczej brnęli duktami po północnej stronie bagien, tracili drogę, bo przewodnicy gubili się w ciemnościach, chociaż Łupaszka groził im nagantem.

Była już późna noc, kiedy dociągnęli do Jaziewa – porządnej wioski wzniesionej wzdłuż trzech równoległych ulic, z wiatrakiem i stogami siana na łąkach. Tu wreszcie konie dostały owies, a kaszlący, dychający astmatycznie Łupaszka zarządził odpoczynek. Dobrzański zaoponował – szwadron Moczulskiego był jeszcze piętnaście kilometrów stąd, należało iść dalej, rozłożyć się bliżej przeprawy, aby dać pomoc w razie ataku bolszewików.

– Panie pułkowniku, w razie walki nie usłyszymy nawet strzałów... Proszę posłuchać, proszę zdobyć się na jeszcze jeden wysiłek.

Łupaszka potakiwał, ale już nie miał siły. Rozkazał wystawić straże, iść spać, wcześniej wydano kolację i nakarmiono konie.

Pułk legł pokotem na słomie. W nocy uciekło ponad dwudziestu ludzi.

24 IX 1939, Jaziewo, o poranku

Zdawało się, że ledwie zmrużył oczy, a już ktoś zbudził go, szarpiąc za ramię. W półśnie zobaczył nad sobą zmrużone, obramowane okrągłymi okularami oczy Kalenkiewicza.

– Wstawaj, majorze. Niedobrze...

– Nie przypominam sobie, panie kapitanie, żebyśmy pili bruderszaft...

– Wypijemy w Berlinie. Po wojnie.

– Co się...?

– Sprawdzają się pana przepowiednie. Od pułku odpadają pododdziały jak odrąbane członki.

Dobrzański zerwał się z chrzęszczącego słomą siennika, dopinał mundur, oglądał pod nikłe światło buty, czy dobrze wyczyszczone przez Baryszczaka, z niechęcią przeciągnął po odrastającej brodzie, nakładał kurtkę, dopinał pas. Przed domem rozległy się okrzyki, nawoływania, jak pierwsze zwiastuny paniki.

– Każcie babie zagotować wody – rzucił do luzaka. – Będę się golił.

Wyszedł na ganek. Zobaczył wartowników, Jeleńskiego i Bilińskiego. Otaczali człowieka, którego rozpoznał dopiero po chwili – miał twarz umazaną błotem, dygotał z zimna, choć okrywał się szarym wojskowym kocem. Jego oblicze wykrzywiał ból i lęk. Dobrzański poznał go od razu.

– Trzymajcie się w kupie, poruczniku Krasicki! Panny na was patrzą. Przez szpary w chałupach. Pięty razem, raportujcie, co się stało.

– Nie ma trzeciego szwadronu.

– Jak to? Całego? – wypalił Kalenkiewicz.

– Spokojnie, przestańcie się trząść, do jasnej i pewnej cholery. Gdzie rotmistrz Moczulski?

– Nie żyje.

– Ułani?

– Część zginęła, inni rozproszeni. Nad ranem uderzyli na nas Rosjanie. Cały pułk pancerny. Zapędzili w błota, pobrali do niewoli. Ja wpadłem w bagno, udało mi się przeczekać, potem wylazłem. Chłopina podwiózł mnie do Jaziewa, bo konie pobrali...

– Budźcie pułkownika.

– Nie trzeba!

Łupaszka schodził wolno z ganku. Blady, chory, wsparty na ramieniu adiutanta.

– Zabierzcie go! – wskazał Krasickiego. – Zabierzcie, żeby oni... nie widzieli. Dajcie wódki, coś...!

Dobrzański skinął na wartowników. Zabrali zabłoconego, wychłodzonego porucznika do domu.

– Trąbić sygnał. Pogotowie marszowe – jęknął dowódca. – Wszędzie za Biebrzą... bolszewicy.

Przez chwilę wyglądało, jakby sflaczał, poddał się, ale nie, stanął prosto, przeszywał ich wyłupiastym wzrokiem.

– Co tak stoicie?! – wycharczał i zaniósł się astmatycznym kaszlem. – Zarządzam całodzienny marsz. Będziemy iść i wyrwiemy się... Albo zdechniemy.

Zapadła cisza.

– Bądźcie bardziej rozumni niż gówno na szczotce! – podjął za Łupaszkę Dobrzański. – Trąbić na zbiórkę. Oporządzić konie, za kwadrans ruszamy!

Nawet Kalenkiewicz nie znajdywał słów, aby skomentować rzecz we właściwy sobie sposób.

Dobrzański ruszył popędzić oficerów. Ostatnim, co zapamiętał z tej sceny, był Żorż oparty o słup na ganku, zdejmujący czapkę, ocierający pot z wygolonej głowy.

– Bo co... – szeptał, nie bacząc, że słyszy go adiutant i oficer ordynansowy – co można zrobić z takim żołnierzem?

25 IX 1939, Tajno Podjeziorne, godzina 12.30

Po bocznych, leśnych albo bagnistych drogach dotarli do Tajna Podjeziornego, leżącego w szczerym polu nad jeziorem, już po zachodniej stronie lasów porastających brzeg Netty i Kanału Augustowskiego. Przeprawa była długa, zrobili może piętnaście kilometrów przez Bagna Jaćwieskie, osłonięte od wschodu kanałem i wpadającą do niego rzeką. Konie radziły sobie w błocie, ale wozy amunicyjne i działa grzęzły w trzęsawiskach. Co chwila trzeba było zaprzęgać dodatkowe podjezdki do przodków i jaszczy. Przy wyciąganiu armat z bagna pękały orczyce, rwały się szory, taczanki ze szwadronu ciężkich karabinów maszynowych trzeba była wypychać rękoma. Zabłoceni, mokrzy, mało podobni do żołnierzy, wydostali się wreszcie na lepszy teren.

Wieś była rozległa, uboga, rząd chałup z ogrodami, rozciągniętych wzdłuż drogi. Mieszkańcy wylegli przed domy, ledwie pierwszy pluton ułanów pojawił się w opłotkach, powitali wojsko wrzawą, sami zapraszali do chałup, wskazywali kwatery. Pułk ciągnął wolno, ułani jechali zmęczeni, poszarzali. Dąmbrowski – zgarbiony i nieogolony – nikogo już nie porywał do walki. Łupaszka zmieniał się w dziadziaszkę. A to był wyjątkowo zły prognostyk dla przyszłości pułku.