HubalTekst

Z serii: Wrzesień 1939 #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Hubal
Hubal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Hubal
Hubal
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tutaj, w Wołkowysku, wojsko odstawiło go na boczny tor. Do końca życia miał ujeżdżać konie remontowe, nadzorować wozy, przygotowywać siodła i rzędy. Bez sensu, bez przyszłości.

Ale wrócił. Był w pułku. Szedł do walki. Tylko to się liczyło.

Maszerowali jesiennym dniem przez wioski i przysiółki. Mijali drewniane domy z przyciętymi w szpic ostatkami, kryte gontem lub dranicą. Stare chałupy, długie stodoły i obejścia pod szarymi strzechami. Chaty z deszczułek i okrąglaków ciosanych na zrąb. Gospodarstwa z gubiącymi pierwsze złote liście jabłoniami i śliwami, nad którymi sterczały uniesione w górę żerdzie żurawi, tak wysokie, że zdawały się podpierać niebo.

Pułk szedł czwórkami, pustą drogą na północ, cały na koniach, w mundurach. Budził respekt, miejscowi wylegali na drogi, patrzyli z podziwem. Polacy wychodzili na progi chałup z wiadrami wody i kwasu, krojąc pajdy świeżo upieczonego ciemnego chleba, Rusiny popatrywały wrogo, czepiając się płotów.

W nocy przeprawiali się przez Niemen w Mostach, starym, trzeszczącym promem. Czekali na tabory, które wysłane zostały okrężną drogą – przez Zelwiany. Rankiem ruszyli dalej na północ. Na Wilno.

Bolszewików nie było nigdzie widać. Miejscowa ludność czaiła się w domach. Niektóre wioski były jak wymarłe, tylko z daleka szczekały psy. W miasteczkach Żydzi przemykali chyłkiem opłotkami, sklepy były pozamykane, jakby wszyscy gotowali się na przyjęcie sowieckiej nawałnicy. Polacy trwali w odrętwieniu, nie wiedząc, co przyniesie los.

A potem, za Szczucinem, koło Bojar, napotkali niespodziewanie sztab brygady. Edmund Heldut-Tarnasiewicz natychmiast wezwał Dąmbrowskiego. Łupaszka pojechał z Dobrzańskim, adiutantem i Kalenkiewiczem. Może nie chciał rozmowy w cztery oczy. Nie lubili się od czasu służby w feralnym 2. Pułku Strzelców. Czyżby dlatego stary zagończyk wolał mieć świadków albo kogoś, kto przytrzymałby go za rękaw zbytnio uniesionej ręki...

Spotkali się na spróchniałym ganku dworu jakiegoś białoruskiego szlagona, jak zwano zubożałych szlachciców kresowych. Tarnasiewicz był czarny i posępny jak kruk. Szczupła, pociągła twarz. Mundur jak spod igły, pułkownikowski wężyk na kołnierzu. Błyszczący pas i kabura na visa. Odsalutował im niedbałym ruchem ręki – ze zmęczenia, albo i niechęci na widok Łupaszki.

I zaraz ugodził starego wilniuka prosto w serce.

– Wilno padło. Dziś Armia Czerwona zajęła miasto. Spóźniliście się. Nie ma czego bronić.

Dąmbrowski zacharczał, jakby chwycił go atak astmy. Złapał się za serce, aż musiał podtrzymać go adiutant razem z Dobrzańskim.

– Moje Wilno – jęknął podpułkownik – o które walczyłem w dziewiętnastym roku. Moje miasto. A gdzie, do dytka, jest Okulicz-Kozaryn?! Ja... Jak to?

– Pułkownik wycofał się z resztkami sił w stronę Litwy. Obronę miasta przejął podpułkownik Podwysocki. Niewiele zdziałał z batalionami KOP-u i kilkoma marszowymi Pierwszej Dywizji Legionów.

– Pójdziemy na odsiecz! – zakrzyknął Dąmbrowski. – W dziewiętnastym też je straciliśmy, ale potem... było znowu nasze.

– Panie podpułkowniku, z całą mocą przywołuję pana do porządku. Gdzie pan chce iść?! Cały kraj zajęty, a w Wilnie stoi korpus sowieckich czołgów. Nie mamy sił, żeby odbić miasto ani wykonać dyrektywy naczelnego wodza: przedzierać się do Rumunii. Trzeba się bronić, ale w wybranym miejscu, inaczej zostaje nam tylko dać się internować Litwinom!

– Co z Warszawą? – wycharczał Dąmbrowski. – Walczy?

– Razem z nią Modlin i Hel. Armie przedzierają się do Lwowa. Wokół nas zajęte są już Baranowicze, Mołodeczno, Mir, a w Małopolsce Wschodniej Zbaraż, Równe, Dubno, Tarnopol. Czasami daje się unikać walki i wycofywać, ale Sowieci rozbrajają nasze oddziały.

– Czy pan pułkownik nie uważa, że unikanie walki to błąd, który zemści się w przyszłości? – zapytał gniewnie Dobrzański. – Sowieci kłamią, kiedy tylko otwierają usta, a teraz gotowi są udawać, że idą z fałszywą pomocą, żeby osiągnąć cele bez walki i twierdzić, że Polacy wcale się nie bronili. Nasz obowiązek to danie takiego oporu, żeby pokazać światu, że Rzeczpospolita została napadnięta przez dwóch wrogów!

– Proszę mnie nie uczyć, jakie są obowiązki polskiego dowódcy, skoro za pokoju sam nie raz nie dopełniał pan własnych, majorze! Tym oporem będzie obrona Grodna. To jest rozkaz: cała brygada ma się skoncentrować do marszu, żeby dotrzeć do miasta przed bolszewikami!

– Jak długo możemy się tam bronić? – prychnął Dąmbrowski. – W mieście w ogóle są jakieś oddziały? Co znaczy Grodno? Kto w ogóle wie, gdzie ono leży? Wilno to symbol Polski na Wschodzie. To perła...

– Proszę wykonywać rozkazy. Natychmiast. Albo pozbawię pana dowództwa. Idziemy przez Ostrynę i Jeziory, omijając główne drogi. Sto Dziesiąty z przodu jako ubezpieczenie.

Podpułkownik chwycił się za głowę.

– Boże, Boże! – zajęczał.

Dobrzański zasalutował za niego.

19 IX 1939, okolice Ostryny, godzina 12.34

– Nie lubię być patetyczny, ale obawiam się, że jesteśmy świadkami czwartego rozbioru Polski – powiedział Kalenkiewicz, który obijał się niemiłosiernie o grzbiet Grażyny, kasztanowej kobyły, którą przydzielono mu w Wołkowysku. Typowej półkrówki, to znaczy szlachetnej półkrwi, wielkiej, z kopytami jak cebry, szerokiej w piersi, ale o dobrym charakterze. – Żyjemy w historycznych czasach, ale czy je przeżyjemy, to już inna sprawa.

– Panie kapitanie, proszę o powagę – powiedział ciężkim głosem rotmistrz Bohdanowicz. – Zostawiłem rodzinę w Wilnie. Są pod sowiecką okupacją, a ja... co tutaj robię?

– Szkoda, że nasz naczelny wódz tego nie przewidział – mruknął Dobrzański. – Gdzie on jest teraz? Brześć przecież zdobyty! Ciekawe, czy Rydz-Śmigły odgniata tyłek na kresowych drogach jak my, czy już komenderuje krajem z Rumunii?

– Wywiało wszystkich byczych chłopów, rębajłów, frantów, pistoletów, zabijaków, legunów, przydupasów marszałka i wieszczów, co obiecywali nam kolonie na Madagaskarze! Tylko my zostaliśmy na wschód od Bugu.

– Bo jesteśmy mężczyznami.

– Panowie, spójrzcie! Tam! – zawołał Bohdanowicz.

Pierwszy szwadron, wsparty dodatkową sekcją cekaemu i drużyną pionierów Kalenkiewicza, szedł harcownikiem jako szpica 110. Pułku. Zbliżali się do Ostryny – ubogiej mieściny, która rozsiadła się na skrzyżowaniu traktów. Widzieli już długie chałupy z cienkich bierwion, stojące bokiem do drogi, czasem malowane na żółto lub pobielane. Całość przytłaczał drewniany kościół z dwoma wieżami, o szczytach podtrzymywanych przez kolumny.

Wjazd do miasta i dalej płoty, bramy, okna udekorowane były polnymi kwiatami i zielskiem, wszędzie powiewały czerwone szmaty. A nad wjazdem ustawiono bramę, szeroko rozciągnięto czerwony afisz z nierównymi rządkami liter. Nie były polskie, Dobrzański rozpoznał od razu cyrylicę i żydowski alfabet.

– Co to jest? Po jakiemu to?

Bohdanowicz odwrócił się do swojego pocztu, spojrzał na obserwatora – starszego ułana o pociągłej, śniadej twarzy.

– Gurwicz, co tam jest, do jasnej cholery, napisane?

Wskazany ułan zmrużył oczy, usta poruszyły się, jakby coś żuł. Pokręcił głową przejęty.

– Jak to co, panie rotmistrzu? Witamy Armię Czerwoną!

Dobrzański zamarł. Z wyciętego z dykty afisza spoglądał wyrysowany niezdarnie wąsaty jegomość o rysach tak grubych, jakby ciosanych siekierą i bagnetem.

1 na chier (ros.) – do diabła, tylko mniej elegancko (przyp. red.).



Rozdział III
Śladem wilka

19 IX 1939, na przedmieściach Ostryny, godzina 12.47

Ledwie wjechali w opłotki, a zaraz, jak chmara gzów, wyroił się wokół nich tłum żydowskich podrostków, śniadych, ciemnowłosych, brudnych. Czerwone opaski na rękawach, zabłocone sznurowane buty, niektórzy bosi. Machali rękoma, biegnąc na spotkanie.

– Vi hejstu? – krzyczeli. – Pojlish offisers, di burzhwazi!

– Sojne!

– Stajcie, Polacy! – wykrzykiwał rozczochrany żydziak w przydużym palcie. – Oficerowie, zsiadać! Zostawić konie!

– Baryszczak, odpowiedz im po chrześcijańsku! – mruknął Dobrzański.

Luzak uderzył ostrogami konia i omal nie stratował natręta – czerwony milicjant odskoczył, potknął się, ale utrzymał na nogach, a potem prysnął przez błoto ulicy do swoich.

– Poszoł w try pizdy, kudłaju! – rozdarł się Baryszczak. – Bajstruku ruchli durnowatej! Żeb ty ocipiał jak szantrapa!

I wtedy jeden z czerwonych podniósł karabin, nie celując – strzelił. Ułani skulili się w siodłach, konie aż podskoczyły, jedynie major nawet nie drgnął. Kula poszła bokiem, minęła poczet dowódcy szwadronu, trafiła w wyciętego krzywo z dykty Charliego Chaplina stojącego przed zapyziałym zakładem fotograficznym Austryna.

Milicjanci poczęli wiać ulicą w stronę rynku.

– Za nimi! – wykrzyknął Dobrzański. – Sprowadzą resztę! Bij zabij!

– Łupaszka... Zakazał walczyć, trzeba się wycofać, złożyć raport – zaoponował Bohdanowicz.

– Składaj! Uwaga! Pierwszy, drugi pluton! Harcownikieeeeem marsz! – zakrzyknął major. – Trzeci, czekać!

Ułani rozsypali się w grupę, rozluźnili szyk, ledwie się mieścili w ciasnej uliczce, zamkniętej z obu stron dwoma rzędami drewnianych domów i lichych, walących się płotów.

 

– Szable w dłoń!

– Pierwszy, drugi pluton, do natarcia galopeeeem! Marsz!

Poszli skokiem, przez błoto, kamienie, Dobrzański poczuł, jak Bohatyr ruszył, nabrał prędkości, zakołysał się, szedł równym, łagodnym galopem, wybijając trójtaktowy rytm.

Jak burza przeszli uliczkę do miejsca, gdzie zakręcała w prawo, w stronę rynku... Chrzęst skóry, łoskot kopyt! Wsiedli na karki uciekającym, obalili i stratowali chłopaka w kraciastym paltocie. Milicjanci wiali jak bolszewicy spod Warszawy, tak strach dodawał im skrzydeł.

I nagle, roztrącając ich, ułani wpadli na szeroki, zabłocony, posępny rynek, ograniczony z prawej linią trzech niegdyś białych, dziś szarych, pokrytych liszajami murowanych domów. Pierwszy pluton skręcił w lewo, drugi w prawo, objeżdżając wysokie murowane domostwo, zakręcił.

Dobrzański aż przysiadł w kulbace, bo rynek zawalony był wozami, skrzyniami, bagażami. Na wprost, pod niską, szeroką cerkwią z jedną kopułą i wieżą, gromadził się tłum: Żydzi w chałatach, czapkach, kapeluszach, płaszczach, Rusini w siermięgach, mężczyźni z czerwonymi opaskami i bronią, wiejskie baby w chustach... I nad tym wszystkim kędzierzawy mężczyzna w czapce, w okrągłych okularkach. Perorował, zabawnie unosząc ręce, jakby chciał pokazać zebranym komunistyczne, stalinowskie niebo, nie wiedząc, że oto zbliża się polskie piekło.

Zebrani krzyczeli jak na modłach – głośniej niż łoskot kopyt:

– Chaj żywe towerium Molotylo i Woromylo!

I nagle trzask, trzask, strzały, tłum faluje, ryczy! W stronę żołnierzy leci błoto, kamienie. Dobrzański zrozumiał: trafili prosto na bolszewicki wiec!

Strzał, starszy ułan wali się z kulbaki, koń przerażony odskakuje, chce uciekać, pozostałe szarpią się, zatrzymują.

– Na nich! Rozpędzić! – zakrzyknął major do niepewnych, wystraszonych rezerwistów. I nie czekając na rotmistrza Bohdanowicza, zawołał: – Do bojuu! Szable!

Ułani posłuchali – nie wszyscy od razu. Trzydziestkiczwórki zabłysły w rękach jak błyskawice, gdzieniegdzie chwiała się jeszcze stara dwudziestkajedynka, wydobyta z czeluści magazynów w Wołkowysku.

– Pierwszy, drugi pluton, do natarcia galopeeeem! Marsz! – zakrzyknął Bohdanowicz.

Zawtórowały mu komendy dowódców plutonów, gwizdki, kwik koni. I zaraz potem beznamiętne:

– Z góry tnij!

Konie wpadły w ludzką ciżbę, żłobiąc w niej bruzdy, tratując ludzi, rozganiając tłum na podobieństwo owiec. Ułani cięli szablami, płazowali, sam widok rozpędzonych koni był jak widmo apokalipsy. Żydzi gubili czapki, Rusini uciekali z wrzaskiem, baby właziły pod wozy, przeskakiwały przez kamienny mur cerkwi.

Dobrzański nie sięgnął po ludwikówkę, tylko po visa. Strzelił dwa razy w tłum, lecz nie zajmował się więcej ludzkimi strzępami wiecu. Poprowadził Bohatyra w lewo, ruszył za uciekającym agitatorem, a koń posłusznie skręcił, stratował babę w chuście, roztrącił jakichś chłystków, przesadził pochyły dyszel wozu.

– Stój! – krzyczał major. – Stój, do diabła!

Bolszewik czuł pismo nosem i miał niewiarygodne szczęście. Dobrzański chybił pierwszy raz, drugi strzał roztrzaskał zwieńczenie bramy, przez którą uciekający wpadł do szerokiej zagrody.

Bohatyr, jak gończy pies, a nie gorącokrwisty rumak, skoczył tropem komunisty. Czerwony rwał jak zając, prosto w rozwarte wierzeje stodoły. Major dopadłby go, był o włos. Koń wskoczył do mrocznego wnętrza i stanął jak wryty, przysiadł na tylnych nogach na klepisku, oficer ledwie utrzymał się w kulbace.

Drugie, zewnętrzne drzwi były zamknięte. Bolszewik wpadł w małe drzwiczki, zniknął po drugiej stronie. Dobrzański jednym skokiem znalazł się na ziemi; nie było przy nim luzaka, więc przerzucił podwójne wodze przez łeb konia, skoczył z pistoletem w pościg. Ale kiedy ostrożnie i powoli wychynął z ciasnego przejścia, bo żydziak mógł się zaczaić gdzieś z nagantem, zobaczył tylko zdziczały ogród opadający ku rzeczce.

Gdy wrócił, prowadząc Bohatyra za sobą, na podwórzu czekał Baryszczak, gotowy przytrzymać wodze, z tyłu nadjeżdżał wolnym kłusem Bohdanowicz ze znaczkowym, trębaczem i obserwatorami ze swego pocztu.

– Panie majorze – zameldował – wiec rozpędzony, rynek czysty. Dywersanci strzelają do nas z chałup i zza płotów. Czy przystąpić...

– Z koni! Wyślij pan po jednym plutonie na każdą ulicę. Niech oczyszczą je z komunistów, strzelać do każdego uzbrojonego mężczyzny. Wziętych żywcem sprowadzić do mnie. Czekam na raporty. A niech tam... Zawiadomcie wreszcie Żorża, co tu się dzieje.

– Tak jest! Szwadron, do walki pieszej, marsz!

Trąbka brzmiała wręcz rozpaczliwie, kiedy Dobrzański wyszedł na rynek; ułani zsiadali z koni, przekazując wodze koniowodnym, łączyli się w plutony, opieszale, wolno, oszołomieni swoim pierwszym dniem wojny. Oficerowie wykrzykiwali komendy po kilka razy. I wreszcie ruszali – truchtem, tyralierkami, w odstępach – ulicami miasta.

Od razu posypały się strzały, na prawo od cerkwi, przy ceglanej synagodze, na północy, za linią drewnianych domostw. Chwila – ucichły, potem rozbrzmiały znowu – dalej.

Major szedł, podzwaniając ostrogami, za nim podążał nieodłączny luzak z końmi. Dobrzański czuł się obco w tej małej żydowskiej, kresowej mieścinie, ciasno było między rzędami drewnianych, stojących bokiem do drogi chałup. Wściekłość zatrzęsła nim, kiedy zobaczył zwłoki pomordowanych żołnierzy z taborów, ofiar samosądów, obok wdeptane w błoto orzełki zerwane z czapek. Oglądał rozbebeszone wozy, porozwalane skrzynie, z których napastnicy nie zdołali wyciągnąć karabinów i łódek. Napis na murze koślawą cyrylicą: My was żdały dwadcat' dwa goda[2].

Znalazł drewniany budynek polskiej poczty; orzeł wymalowany na blasze, zerwany ze ściany, leżał na schodach. Major podniósł go, położył na balustradzie ganku.

I pożałował, że wszedł. Poczta była mała – dwa pokoiki, w pierwszym w przeciągu fruwały druki i papiery, na progu leżał trup starego listonosza, zabitego strzałem w pierś z przystawienia, zielonkawy mundur aż pociemniał od prochowych gazów z lufy.

Dobrzański wszedł dalej, zobaczył czyste, skromne mieszkanie poznaczone bryzgami krwi. Zakrwawioną, martwą kobietę, obrazek Matki Boskiej nad łóżkiem, pod którym jeszcze paliła się lampa. Na ścianie retuszowaną fotografię ślubną, a na niej młodą, smutną parę. Obok trzy zdjęcia przedstawiające dzieci – chłopczyka i dwie starsze dziewczynki, krzywiące się niemiłosiernie do obiektywu.

Gdzie te dzieciaki?

Leżały w łóżku. W kaftanikach, w marynarskim ubranku...

Poznaczone krwawymi nacięciami siekier, spokojne, z zamkniętymi oczami, jakby spały. Jedno ściskało w ręku kartonik z Jezusem.

Dobrzański zdjął czapkę, przeżegnał się i wyszedł powoli. Na dworze wyciągnął rękę do Baryszczaka.

– Masz papierosa?

– Ino schaboszczaki, panie majorze. Zołzy mocne jak hadziny...

– Dawaj!

Zaciągnął się skrętem, który drapał w gardle i sprawiał, że łzy nachodziły do oczu, kiedy przypadł goniec od rotmistrza. Zeskoczył z konia, zasalutował.

– Panie majorze, miasteczko oczyszczone, złapaliśmy pięciu dywersantów, o, tam idą. – Machnął ręką.

– Każ rotmistrzowi podpalić miasto z czterech stron, wszystkie drewniane chałupy na przedmieściach. A trzeci pluton spali sklepy na rynku. Wykonać!

Od strony cerkwi ułani wracali już, popychając kolbami pięciu ponurych, brudnych mężczyzn. Wszyscy z czerwonymi opaskami na rękawach. Prowadził ich zaaferowany kapral podchorąży z pierwszego plutonu, twarzyczka jak u panny młodej, gładka niby brzoskwinia, bez zarostu, strach w oczach, pewnie nie tak wyobrażał sobie pierwszą walkę.

– Złapani z bronią w ręku, panie majorze. Dywersanci. Molenda ma ich karabiny. Co z nimi?

– Rozstrzelać – wzruszył ramionami Dobrzański.

– Gdzie? Tutaj? – jęknął wystraszony podoficer.

– Widać, że nie byliście na wojnie. Weźcie ich pod ścianę, tam. – Major wskazał najbliższy murowany dom.

– Tak, ale...

– Co za ale?!

– Kto ma to zrobić?!

– Ochotnicy.

– Ale jak ja ich wyznaczę?

– Tak – mruknął major i wskazał pierwszego ułana – wy, wy – wskazał drugiego – wy i wy, starszy ułan też. – Wycelował palec w stronę Gurwicza.

– Panie majorze – jęknął wskazany – czy ja muszę?!

– Oczywiście. Zabierajcie ich.

– Ja jestem Żydem, proszę... Znam to miasto.

– Pokażesz, Gurwicz, że są też dobrzy Żydzi na tym świecie.

– Komuniści nie mają narodowości. Ich ojcem Stalin, matką Ruś sowiecka.

Dobrzański przeładował visa, bo krew uderzała mu do głowy jak najlepsza gorzałka.

– Zastrzel ich albo cię rozwalę!

– Ta...jest – jęknął pobladły Gurwicz. Lufa pistoletu zajrzała mu w oczy, patrzyła groźnie. Koledzy wyprężyli się jak struna, ktoś wzdychał, ocierał nos.

Jeden z pojmanych, młody chłopak, zaczął szlochać. Potem nucić długą żydowską pieśń smutku, żalu i odchodzącego życia. Trzeba go było wlec ku ścianie, gdzie nie chciał stanąć, tarzał się po ziemi.

– Ja tu przypadkiem! – krzyknął. – Jestem adwokatem, nie komunistą. Pan oficer popyta!

– Zdjąć mu marynarkę i koszulę! – rozkazał major. – Szybciej, co się tak gapicie? To nie kurtyzana!

Żołnierze szarpali Żyda, zdzierając ubranie, odsłaniając chudą pierś porośniętą czarnym włosiem.

Obojczyk – na nim czerwony ślad... Po kolbie.

– Strzelał – podsumował major. – Kula w łeb.

Komunista wył i szarpał się. Wreszcie dziarski kapral z trzeciego szwadronu zastrzelił go jak jazgoczącego psa. Inny podążał sztywno jak lalka, a jego ręce, związane sznurem za plecami, dygotały.

Pozostali poszli na śmierć godnie, chociaż powoli. A kiedy karabinki zagrały im ostatnie requiem, nad Ostryną wzniosły się pierwsze słupy dymu. W końcu pojawiły się błyski, wreszcie słupy płomieni.

Dobrzański nie patrzył, udawał, że nie czuje zimnego wzroku Gurwicza, że nie dostrzega, jak młody podchorąży, którego przeraził widok krwi, gęstej jak kisiel, rzyga w błoto. Ułani wracali biegiem, osmaleni od dymu. Wpadali plutonami na rynek, powiększając krzyk, rwetes, pozostali żołnierze rozbijali sklepy, wyrzucali z nich tych właścicieli, którzy jeszcze nie uciekli, podpalali firanki, oblewali okowitą krzesła, stoły i sprzęty. Krzesali ognia, rzucali wiązki słomy, zwitki zapalonego papieru.

I wreszcie płomienie zahuczały, objęły drewniane domostwa, wzniosły się nad wieżą cerkwi. Płonęły gumna i szopy, domy i składy, stodoły, wozownie, spichlerze. Nagle zrobiło się jasno i ciepło.

Kwik, tupot kopyt. Konie, nieprzyzwyczajone jeszcze do płomieni, wyrywały się koniowodnym. Kilka wyszarpnęło się, uciekło w panice na wschód, pognało w stronę Oleniszczówki, mijając rozkładających ręce żołnierzy.

Nie uciekły daleko – ulicą ciągnęły już kolumny konnego wojska. Na słabych wierzchowcach, niewyspani i zmęczeni, zastawiali drogę ucieczki. Na czele jechał z pocztem rotmistrz o okrągłej, pobrużdżonej twarzy, mrużył oczy, osłaniał je przed blaskiem płomieni.

Spłoszone konie zatrzymały się przed zwartą linią ułanów, zawróciły na rynek i... tu złapali je wreszcie luzacy z pierwszego szwadronu.

Dobrzański wszedł na porzuconą, rozbitą ciężarówkę cysternę, rozglądał się po nieszczęsnej Ostrynie.

– Szwadron na koń! – zakomenderował wreszcie, widząc, że dym zasnuwa niebo. – Trąbić wsiadanego.

Nieznajomy rotmistrz podjechał do niego, zasalutował niedbale.

– Panie majorze, co tu się dzieje? Strzały z okien?

– Wypadałoby się najpierw przedstawić, panie oficerze.

– Stanisław Sołtykiewicz, zastępca dowódcy Sto Drugiego Pułku rezerwy. Słabo pilnuje pan koni. Nieostrzelane, pierwszy raz...

– Rebelia.

Nic więcej nie zdołał powiedzieć, bo nagle głuchy, potężniejący huk przeszył powietrze. Widzieli wszyscy, jak płonący dach jednej ze stodół podniósł się w górę i opadł, we wszystkie strony poleciały płonące dyle i deski, a potem uderzyła w nich fala gorąca.

Kary koń wyrwał się ułanowi, popędził wzdłuż płonących domów, nastąpił i rozerwał na strzępy wodze, gnał dalej, mijając cerkiew, ścigany przekleństwami i wrzaskami.

Kolejny huk, eksplozja, aż zabolały uszy. A potem trzaski, wycie pocisków, gdy w ogniu rozerwała się amunicja ukryta na strychach i stodołach. Ktoś jęknął, dostał rykoszetem. Strzały znowu rozległy się między płotami – ale nie sposób było się rozeznać, czy to dywersanci, czy też kolejne skrzynie i ładownice z nabojami zajmowały się ogniem.

 

Major rozglądał się za Baryszczakiem, krzyczał.

– Do diabła?! Gdzie konie?

Jest! Znalazł się luzak, wybiegł truchtem z jakiegoś gospodarstwa, ciągnąc Bohatyra i Łucję – z przewieszonego przez ramię owsiaka sypała się strużka ziarna.

– W piekle mam was szukać?

– Już niech się pun major nie krzywi. Owsa szukałem!

– Przecież mamy w taborach!

– Nu jeszcze nie było na świecie przypadku, iżby więcej owsa stało się uszczerbkiem.

– Na Boga, jak was pod sąd oddam!

– Pon Bóg uwolni, un tyż woli wypaśne konie od chudych!

– Trąbić wsiadanego! – ryczał Dobrzański. – Wycofujemy się! Zawiadomcie oba szwadrony, niech czekają, aż się wszystko spali.

– A my, panie majorze?

– My dalej, na Jeziory! Na koń!

– Łupaszka się wścieknie! Kazał oszczędzać ludzi! Pan pół powiatu spali – lamentował Bohdanowicz.

– Chcielibyście to tak... zostawić?!

19 IX 1939, przy wjeździe do Jezior, godzina 16.11

Ledwie zbliżyli się do Jezior, ciągnąc wileńskim traktem marszałka Piłsudskiego, dostali palbę karabinową w prawy bok. Wtórując strzałom, głucho i wolno zaterkotał stary maxim.

Ułani z pierwszego szwadronu aż podskoczyli, wtulili głowy w ramiona, złapali za karabinki. Dobrzański, który nie kłaniał się kulom, od razu wyczuł dywersantów. Bezładna strzelanina ucichła natychmiast, chwilę dłużej terkotał tylko stary karabin maszynowy.

Tym razem Bohdanowicz nie zasypiał gruszek w popiele.

– Szwadron, do walki pieszej! – zakrzyknął.

Tylko jeden ułan zsiadł dziwnie niezdarnie. Zamiast utrzymać się na nogach, poleciał w bok, zwalił się na bruk, na obliczu błysnęła śmiertelna bladość, na piersi, na klapie bluzy mundurowej, zarysował się mały krwawy krzyżyk. Kapral podchorąży z Ostryny, ten o dziewczęcym, łagodnym obliczu, który nie chciał rozstrzeliwać dywersantów. Leżał obok konia, cichy i spokojny.

Spieszeni ułani skoczyli do niskiego muru okalającego cmentarz. Dali ognia, nacierali skokami, ale odpowiedziały im tylko pojedyncze strzały. Kule szczerbiły krzyże i figury nekropolii, przemykały z gwizdem za plecy żołnierzy.

Oporu nie było. Wkrótce spomiędzy grobów i drzew poderwały się szare postacie dywersantów. Wiali na północ, w zarośla. Ułani Bohdanowicza przemknęli między grobami jak cienie, dopadli tylnego muru cmentarza, zniżyli karabinki. Strzelili raz, drugi, aż się zakurzyło po krzakach. Słaby ogień, ale strach pierwszego starcia był już przezwyciężony – dzięki zawodowym podoficerom z ośrodka w Białymstoku.

– Panie rotmistrzu – Dobrzański był już przy trzecim szwadronie Moczulskiego – proszę ścigać dywersantów. Ja idę do miasteczka. Rozpoznaję bojem! Wyślijcie gońca do Łupaszki, niech nadciąga z drugim i czwartym szwadronem, z cekaemami. Może być gorąco!

Zabrzmiała trąbka, potem gwizdki. Plutony rozsypały się harcownikiem, a potem, kiedy Moczulski opuścił w dół rękę z szablą, runęły w pościg – w chaszcze za cmentarzem, w dukty z prawej i lewej strony, las podjął ich echem, zwielokrotnił tętent kopyt, nadał głębię wysokiemu krzykowi: „Huraaaa!”.

Zanim zniknęli, Dobrzański był już przy Bohdanowiczu.

– Idziemy do miasta, spieszeni, może być zasadzka. Proszę wydać rozkazy.

– Pan podpuł... Łupaszka kazał czekać na resztę sił – zaoponował rotmistrz.

– Ruszaj się pan, bo doczekamy się Stalina! To rozkaz!

Zabrzmiała trąbka na zbiórkę. Ułani biegli z cmentarza, ponaglani krzykiem podoficerów, nie dane im było wsiąść na konie. Rozkazy rzuciły plutony w uliczki – wiodące do rynku Jezior, nad którym górowały wieże cerkwi i kościoła.

– Biorę dwa plutony drogą z lewej, pan prawą, podamy sobie ręce na rynku! Sekcja cekaemów zabezpieczy tyły!

Spieszeni kawalerzyści wpadli w dwie równoległe ulice. Szli najpierw tyralierą, potem skokami, sekcje osłaniały się nawzajem. Wpadali w bramy i na podwórza, do chałup, z których wszystkie były bezludne, a niektóre nosiły ślady rabunku.

Dobrzański z pocztem jechał za ułanami, ostrożnie, z visem na podorędziu. Dwie ściany drewnianych domów, zmurszałe płoty, drewniane krzyże, kapliczka. I krzyk, harmider i wrzaski – coraz głośniejsze, dochodzące ze środka wioski.

Bez jednego strzału dotarli na rynek. Obszerny, otoczony najlepszymi, murowanymi domostwami. Obok siebie w najlepszej zgodzie, której zawsze brakowało na Kresach, stały tutaj dwuwieżowy kościół i cerkiew z dobudowaną osobno czworoboczną dzwonnicą.

A zaraz obok, w domach, sklepach i składach, trwał pogrom Polaków.

Miasto było w białym puchu z rozpruwanych pierzyn i poduszek, które brodaci, pejsaci Żydzi, wspierani przez kilku tutejszych Rusinów, wyrzucali przez okna domów i chałup. Trzech milicjantów z czerwonymi opaskami biło kijami do krwi człowieka w wymiętym garniturze, kolejny odciągał płaczącą kobietę w porwanej sukni i chuście, kilku wyrostków goniło po rynku wrzeszczące, rozczochrane dziewczyny, pozostali wyrzucali z domów meble, skrzynie i krzesła, wyciągali zegary, lampowe radia, obrazy, skrzynki i kasety ze złotem, tłukli szyby wystawowe, wyrzucając bele materiałów, zegarki, lampy i lichtarze. Trwał rabunek mieszkań, porachunki, których efektem było kilka zakrwawionych, sponiewieranych ciał na bruku.

Opór był słabszy niż w Ostrynie. Ułani dali ognia, bardziej na postrach, nie wiedząc, kto bolszewik, a kto ofiara, pociski przeniosły górą, nad dachami. Odpowiedź była słaba – kilka kul poszło w domy, jedna w cerkiew. Widząc, jak z ulic wokół obu świątyń wypada regularne wojsko, milicja wzięła nogi za pas. Czerwoni zdobywcy miasta i dobytku rzucali broń i uchodzili... Opór stawili dopiero w uliczkach biegnących do jeziora – oddając pojedyncze strzały, znikając w podwórkach, kryjąc się za węgłami chałup.

– Za nimi! Proszę zrobić tu porządek – rozkazał major Bohdanowiczowi i wyciągnął do niego rękę. – To tylko zamieszki. Mniej, niż się spodziewałem.

– Tak jest.

– Dywersantów brać żywcem, odsyłać na rynek. Zaczekam tu na resztę pułku.

Bohdanowicz sprawił się świetnie. Nie było już bezładu ani oczekiwania, żołnierz był coraz lepiej ostrzelany, wprawiony do walki. Sekcje i plutony znikały w uliczkach, skąd zaraz rozległy się odgłosy wściekłej kanonady, która jednak szybko oddalała się od rynku, jak przemijająca burza.

Dobrzański podjechał pod zachodnią pierzeję, gdzie były murowane domy, lepsze sklepy i najwięcej ludzkiego nieszczęścia. Zobaczył oblicza mieszkańców, usłyszał jęki bólu, płacz dzieci skulonych w bramach, osłanianych przez matki. Ludzie stali na białym kobiercu z pierza, jakby spadł śnieg. Jakaś kobieta podbiegła do konia, schyliła się do ręki...

– Panie oficyjerze! Oj, co my przeszli! Bajstruki złowrogie! Oj, pan jak anioł.

– Nie trzeba!

– Zabrali wszystko! Zniszczyli! Komuniści przeklęci!

Niektórzy klękali na widok polskiego majora, inni rzucili się, gdy ułani prowadzili trzech dywersantów. Złość tłumu obróciła się teraz przeciwko nim, kilku mężczyzn skoczyło z pięściami, inni – nawet kobiety – rzucali błotem.

Na bruku, pobity do krwi, leżał stary, brodaty Żyd w chałacie, na głowie miał zakrwawioną myckę, na oczach spękane okulary. Jęczał, próbował wstać, w czym usilnie, acz bezskutecznie dopomagało mu dwóch wyrostków w paltach i czapeczkach.

– Ten co? – zdziwił się major. – Żyd, a też dostał?

– Boże Izaaka i Abrahama – zajęczał stary. – S’ken alemol zayn beser[3]. Mogłoby być lepiej, mogło być o wiele lepiej, o Panie dobry jak słońce.

– Dla komunistów, panie majorze, Żyd czy Polak, jednaki. Jeśli pieniądze ma albo warsztat, to burżuj – powiedział młodzieniec w cyklistówce, tamujący krew z rozciętego ramienia. – Tak bić go jak chachara!

– Nie lubią komuniści rabinów, co?!

– Z przeproszeniem – zajęczał Żyd – pana oficyjera. Ja nie rabin. Rabin nasz tam leży, na śmierć zabity. Ja nie być winny. I nikt tu nie być winny. Bo ja jestem Natan Molisz, najstarszy lichwiarz z Jezior. I mnie szanowali wszyscy ludzie. I ja na modłach miał zawsze miejsce przy samej bimie. I mnie uważali wszyscy w mieście. A teraz... Świat się kończy.

– Zawsze mogłoby być gorzej, panie Natan!

– Piniędze zabrali. Moje piniędze! Gdzie tu jest rząd, gdzie porządek. Ja przecie dawałem trzydzieści i jeden złoty na Ligę Kolonialną. Czterdzieści na LOPP, żeby panowie Polacy kupili nam Madagaskar...