Herezjarcha. Historia życia François Villona, czyli dzieje poety i mordercyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Herezjarcha. Historia życia François Villona, czyli dzieje poety i mordercy
Herezjarcha. Historia życia François Villona, czyli dzieje poety i mordercy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,83  54,26 
Herezjarcha. Historia życia François Villona, czyli dzieje poety i mordercy
Herezjarcha. Historia życia François Villona, czyli dzieje poety i mordercy
Audiobook
Czyta Wojciech Chorąży
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Pan z dębiny

Herezjarcha

Danse Macabre

Klasztor i morze

Jacek Komuda

Książki Jacka Komudy

Fabryka Słów poleca

Karta redakcyjna

Okładka


François Villon
w książkach Jacka Komudy:

1 Imię Bestii

2 Herezjarcha

Tu legł z Amora dłoni srogiej

Z sercem boleśnie skaleczonym

Żaczyna lichy i ubogi,

Co był Franciszkiem zwan Villonem;

Ziemi nie posiadł ni zagona

Oddawał wszystko, chleb, koszyczek,

Stół, ano tedy za Villona

Odmówcie Bogu ten wierszyczek

Franciszek Villon

„Wielki Testament”

Pamięci profesora

Bronisława Geremka,

bez którego książek

nigdy nie spotkałbym się

z Villonem

Pamięci Tomasza Pacyńskiego,

którego nie miałem szczęścia poznać


Czasem ludzie mijają się przypadkiem,

nic nie wiedząc o sobie.

Kleryczki zacne, wy, co macie

Lepkie rączęta, skóry strzeżcie...!

Piękna lekcja Villona

do straconych dziatek

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pan z dębiny

1. Stare murwy z Glatigny

Pierwszy cios pięści Villona posłał murwę prosto w błoto ulicy. Upadła bezradnie, niby szmaciana lalka ciśnięta ręką złośliwego bachora. Potoczyła się pod parkan z gnijących desek, zanim legła na posłaniu ze śmierdzącej wydzieliny przetrawionej w przepastnych trzewiach Paryża, składającej się ze zgniłych zwierzęcych patrochów, rzepy, brukwi tudzież krowiego i ludzkiego łajna, rozsławiającego miasto na dobrą milę przed ujrzeniem bram, bo na taką właśnie odległość rozchodził się smród fekaliów.

Biedna stara Colette... Miała dwadzieścia osiem wiosen, a już jej uśmiech był szczerbaty niby blanki królewskiej faworyty Bastylii, oddech zaś cuchnący niczym jatki mięsne w upalny dzień. Gruba warstwa bielidła i barwiczki nie była w stanie ukryć licznych krost na obliczu, które w świetle latarni wyglądało niczym kawałek skóry zdjęty z pleców trędowatego. Colette nie była już zwinną charcicą, zaprawioną w ulicznych gonitwach o względy pięknych gachów z brzęczącymi sakiewkami. Od lat zamiast giermków, rycerzy i diuków czy choćby plebanów łowiła jedynie podstarzałych, cuchnących brudem i smołą plebejów, przedmiejskich parobków, pijanych czeladników i flisów.

Villon kopnął ją z całej siły, zwiniętą w kłębek, zmiękczającą łzami stertę końskiego nawozu. Zrobił to bardziej na pokaz niż z chęci zadawania dodatkowego cierpienia. Po prostu musiał pokazać sześciu pozostałym ladacznicom, śledzącym tę scenę ze strachem, że to on jest tutaj panem. I że jego sumienie stało się równie zatwardziałe, co kamienne mury prefektury Chatelet, z której wychodziło się zwykle nogami do przodu albo wyjeżdżało na dwukołowym rydwanie prosto w objęcia pani szubienicy. Udowodnić, że tu, w śmierdzących zaułkach Glatigny na paryskim Cité, pięść i sztylet poety ustanawiają prawo skuteczniej niż miejski prefekt oraz jego armia konnych i pieszych pachołków.

Przeklęte narożnice musiały się bać. Inaczej wywracał się i brał w łeb cały porządek rzeczy ustalony przed rokiem na tej ulicy przez Villona i Cargasa, równie sprawny i doskonały, co państwo Boże opisane przez świętego Augustyna. Inaczej waliła się w gruzy hierarchia, w której oni dwaj byli houliers – opiekunami i przyjaciółmi narożnic, i stali na samym szczycie piramidy plugawej rozpusty. Ich przyjaźń zaś rzeczone murwy opłacały każdego poniedziałku sumami od dwóch do sześciu solidów paryskich.

Villon i jego kompan zaprowadzili porządek dość surowymi metodami – gdyż w tym miejscu i w tym czasie tylko takie odnosiły skutek. Wystarczyło pchnąć cinquedeą dwóch innych stręczycieli, obić żebra i opłacić kilku gburowatych karczmarzy oraz pachołków, na koniec zaś utopić w Sekwanie pewną córeczkę ulicy, która okazała się dość nieroztropna, aby wzgardzić opieką zacnego bakałarza nauk wyzwolonych – Franciszka Villona – i poszukać sobie innego sutenera. Jak łatwo się można domyślić, okazało się to bardziej niż nierozsądne.

Sapiący i śmierdzący wonią zjełczałego sadła Cargas pochylił się nad Colette, dobył krótkiego quillona, szarpnął nierządnicę za czepiec, poderwał jej głowę w górę i przyłożył ostrze do gardła.

– Marote z Chartres zwana Marie – warknął Villon. – A także Marion Madeleine du Pont zwana Pikardką. Najlepsze fillettes de vie z mojej trzódki! Gdzie one są, stara małpo? Dokąd poszły? Uciekły? Chorują?! Musiałaś coś o nich słyszeć!

– Nic – zaszlochała trzęsąca się Colette. – Na mękę świętej Małgorzaty! Jezusie, Maryjo, Panienko Przenajświętsza...

– Kiedy widziałaś je po raz ostatni? – Villon był podejrzliwy, jak śledczy pies prefekta. – Przecie stały tu każdego wieczora! Tu, dokładnie w tym miejscu. – Palec wskazujący Villona powędrował w górę i w dół, wskazując poszczerbiony brukowiec sterczący jak wyspa w morzu odpadków. – To były prawdziwe papużki nierozłączki! Małe sodomitki! Safona w dwojga postaciach! Widziałem je z wami dwie niedziele temu, na Święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi.

– One znikły... Bez śladu!

– Łżesz! – warknął Villon i skinął na Cargasa, który zdzielił starą lampucerę w ciemię rękojeścią sztyletu, a potem wstał i dodał gratis kilka kopniaków. Ostatni trafił Colette w twarz. Ladacznica jęknęła, splunęła ułamanym zębem. Zbita, zakrwawiona, w porwanej houppelande i postrzępionym czepcu wyglądała niczym stara, kwicząca szkapa wleczona do końskiej rzeźni. Zwiędła jak badyle pod śniegiem; wytarta i zajeżdżona niczym główna ulica miasta.

– Marote i Marion! – powtórzył Villon. – Która z was coś o nich słyszała?! Mówcie!

Te dwie hoże dziewoje były warte więcej niż cała czereda stojących przed nim publicznych kokocic razem z ich wrzodami. Dopóki zaginione uśmiechały się wdzięcznie do klientów pod kościołem Saint-Germain le Vieux, przynosiły Villonowi coniedzielny utarg w wielkości dziesięciu florenów! A jeśli w danym tygodniu przypadało kościelne święto lub uroczysty wjazd króla, biskupa czy kardynała, intrata owa podwajała się, a nawet potrajała. Do stu fur czarcich pyt! Co stało się z tymi dziewczynami? Villon wątpił, aby ośmieliły się umknąć pod opiekę innego houliers. Podejrzewał raczej, że ich zniknięcie miało związek z dziką furią innych narożnic, mających dziesięć razy mniej szczęścia do łapania możnych klientów, a w zamian za to przynajmniej dwakroć tyle lat na karku.

Colette już nie wyła. Szlochała, pełznąc przez błoto i końskie łajno, wystawiając cierpliwy grzbiet na kułaki Cargasa, który bił ją, kopał, pluł z pogardą i znowu zaczynał wszystko od początku.

– O, jakże piękne byłyście, przyjaciółki moje – rzekł Villon, wspominając posągową urodę młódek Marote i Marion. – Oczy wasze jak gołębice, włosy jak stado kóz falujące w górach Gileadu. Zęby wasze jak stado owiec strzyżonych, gdy wychodzą z kąpieli...

– Ja nie wiem... Nie wiem! – jazgotała szczerbata, śmierdząca i pomarszczona Colette. – Nie bijcieeeee... Proooszę...

– Jak wstęgi purpury wargi wasze, piersi zaś jakoby dwoje koźląt, bliźniąt gazeli, co pasą się wśród lilii. Całe piękne byłyście, przyjaciółki moje. I nie było w was skazy. Przyjdźcie z Libanu, oblubienice... Zstąpcie ze szczytu Amanu, z wierzchołka Seniru i Hermonu, z jaskiń lwów, z gór lampartów...

Cargas znowu poderwał w górę zakrwawioną, posiniaczoną, rozkudłaną głowę Colette. Sztylet zabłysnął w świetle migocącej latarni, kiedy jego ostrze powędrowało w stronę oka.

– Przestańcie ją bić! – krzyknęła jedna z zatrwożonych ladacznic. – Przestańcie ją męczyć, oprawcy! Wy kpy i diabelscy synowie! Ona nic nie wie! Ja wam... powiem... Wszystko!

Villon złapał za ramię kompana, wstrzymując go przed wbiciem quillona w oczodół Colette, a może tylko przed przyjacielskim przejechaniem ostrzem po jej obliczu. Splunął przez zaciśnięte zęby i z uśmiechem zerknął na wątłą dziewkę, która gięła się przed nim ze strachu niczym trzcina na wietrze. Jeannette La Petite. Nowy nabytek, jeszcze nie w pełni ujeżdżony, niczym dwuletni źrebiec potrząsający gniewnie kształtną główką. Miała jakieś trzynaście, może czternaście wiosen – nieszczęsne dziecię ulicy, ofiara gwałtu angielskiego, burgundzkiego albo bretońskiego żołdaka na córce paryskiego rzeźnika, skazanej za ten czyn na ostracyzm i wieczną banicję z rodziny. Trzeba przyznać, że Jeannette umiała dogodzić mnichom i klerykom wymykającym się co wieczór z klasztorów i kolegiów, a zwłaszcza tym, którzy dziwnym obyczajem woleli chude i młode, ledwie odrosłe od ziemi dziewki od dojrzałych metres. Cóż, co stan, to obyczaj. Villon nie wybrzydzał na klechów, bo mała dostarczała co tydzień dziesięć albo i dwanaście liwrów, o które uszczuplali sakiewki i donatywy swoich opatów i przeorów przewielebni braciszkowie minoryci.

 

– Mów – rzekł cicho. – Wszystko, co wiesz!

– Widziałam Marote i Marion dwie niedziele temu. Zanim przepadły jak kamień w wodzie – szeptała mała Jeannette. – Wtedy, w Święto Nawiedzenia, szły na schadzkę z pewnym możnym gachem. Już nie wróciły od niego.

Powoli i delikatnie Villon ujął dziewkę pod brodę, podniósł jej główkę do góry i zajrzał w błękitne oczęta, które mamiły obietnicą rozkoszy. To one sprawiały, że zarówno skromni bracia franciszkanie, jak i skąpi benedyktyni sięgali szczodrze do kalety, by ulżyć swemu kusiowi, którego rozmiary zaczynały nagle przypominać wieżę Temple.

– A cóż to za gach? Kupiec? Giermek? Ksiądz?

– Nie wiem – wyszeptała mała ladacznica. – Spotykałam się z nim na tyłach karczmy w podwórcu Mistrza Roberta i jak pewnie sami się domyślicie, gdybym nawet umiała czytać, to i tak na jego rzyci nie było wypisanych tytułów.

– Nie pytam o godmisza – burknął Villon – ale o całą resztę. Jaki był ten gach? Wysoki? Stary? Niski, gruby? Woniał jak cap, czy może tylko jak świnia?

Jeannette zadrżała. Villon ścisnął, tarmosił jej kształtną bródkę między palcami.

– Miał dziwne... zachcianki – wydyszała. – Ale płacił złotem. Dał dwa floreny za noc. Bolało...

Chlipnęła i pociągnęła nosem. Villon wypuścił jej brodę i dla odmiany zajął się miękką, łabędzią szyją.

– Jakie zachcianki? Bądź łaskawa wyrażać się jaśniej, Jeannette. Chciał wejść do przybytku rozkoszy przez kuchenne pokoje, czy może wolał złożyć swój owoc męskości między twoje wstęgi purpury?

– Pobił mnie... Zobacz sam... Villon – jęknęła. – Pobił na krzyżu! To bluźnierca! Heretyk!

Szybko zsunęła z chudych pleców robe i spodnią koszulę, ukazując wystające łopatki, a niżej urocze wgłębienie i wypięty tyłek. Villon zbliżył latarnię do skóry i aż syknął, jak gdyby nagle dojrzał rogatego diabła szczerzącego nań ostre zęby spomiędzy fałd sukni obszytej popielicami. Plecy Jeannette były poznaczone głębokimi, krwawymi bruzdami, z których część nie zdołała jeszcze się zagoić. W słabym, migotliwym świetle nie był w stanie poznać, czy były to razy bata, czy też ślady nacięć uczynionych nożem albo innym ostrym narzędziem.

– Toż flok końską pytą chędożony – warknął poeta. – Ostro się z tobą zabawił. Pytanie tylko, czy dwa floreny to dostatecznie wiele, aby wynagrodzić stratę takiego ciała. Na przyszłość, do kroćset, nie schodź poniżej czterech. Zwłaszcza jeśli masz do czynienia z możnym gachem. Dwa floreny za takie plecy! Pójdę z torbami, a z mojej trzódki zostaną same stare chabety, jeśli lada paryski pisarzyna albo faktor będzie miał takie zachcianki! Do diabła, a to co znowu?

Jego ręka natrafiła na krwawe znamię na tyłku Jeannette. Przysunął latarnię jeszcze bliżej. Na pośladku małej ladacznicy była wypalona cecha – niczym na zadzie rasowego konia.

– Nazywał mnie najśmiglejszą klaczą w zaprzęgu Pana – zaszlochała dorastająca inamorata. – Kazał mi klęczeć i żałować za grzechy. A kiedy odchodziłam, przytrzymał, rzucił na ziemię przed paleniskiem, rozgrzał swój pierścień i uczynił mi tak brzydką rzecz.

– Dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie?

– Bo się bałam – szlochała. – Tak samo jak Marion i Marote... One też zostały... oznakowane.

Villon wpatrzył się w znamię na pośladku dziewczyny. Do kroćset, było odbite wyraźnie i głęboko. Rozpalony metal wżarł się w ciało ladacznicy, pozostawiając znak, który można było odczytać nawet w półmroku. Skośny słup biegnący w lewo i nad nim... owalny kształt. Do starej murwy, wyleniałej narożnicy, to był herb! Herb szlachecki, w dodatku ozdobiony paliuszem księdza lub prałata!

Villon już widział go przed oczyma w pełnych barwach heraldycznych. Skośny złoty pas w czerwonym polu. To był herb jakiejś szlacheckiej rodziny. De Nevers? De Nimiere? Nie, de Noailles. Jednak przedstawicieli tego niegdyś świetnego, a teraz zubożałego rodu można było spotkać w całej Francji...

Lecz tylko jeden z nich miał w herbie księży paliusz nad herbową tarczą. Ciekawe... Bardzo ciekawe!

– Jeannette! – Villon starał się nadać swemu głosowi serdeczne i ciepłe brzmienie, niby Abelard wyznający miłość Heloizie, zanim stryj możnej panny przerobił go na kapłona. Niestety, po tym, co kazał uczynić Colette, która wciąż jęczała na bruku, jego słowa brzmiały w uszach ladacznic równie prawdziwie, co wyznanie wiary Judasza Iskarioty w noc ujęcia Chrystusa Pana. – Zajmę się tym gachem, klnę się na brodę papieża i cycki Marii Panny, że znajdę Marion i Marote zdrowe i całe!

Mała podciągnęła houppelande, której od lat zakazywały nosić niewiastom lekkiej profesji trybunały Paryża i innych miast Królestwa Francji. Pociągnęła noskiem, kiedy Villon ujął ją za ramię, przytulił, pogłaskał po ramieniu i małej główce.

– Moja mała metreso! – rzekł niczym dobry brat lub miłosierny kapłan do świeżo nawróconej jawnogrzesznicy. To był już zupełnie inny Villon i całkowicie odmieniony mężczyzna. Gniew uleciał z jego oblicza jak zmyty morską falą. – Musisz odpocząć. Jakże straszną chwilą musiało być dla ciebie spotkanie z tym szaleńcem! Teraz ja zadbam o ciebie, a jego przykładnie ukarzę. Idź do domu starej Galicjanki na moście Notre Dame. Wynajmij tam jakąś dziurę i nie wychylaj nosa za próg, dopóki sam się po ciebie nie zjawię.

– Ależ, Villon... Jak to? Mam siedzieć? U Galicjanki? Jak ja zarobię na chleb?

– Masz tu dwa skudy. – Villon bez wahania sięgnął do kalety i dobył ciężkie, złote, wyślizgane od dotyku setek palców monety. – Zaprawdę powiadam ci, nie pojawiaj się nigdzie na ulicy, dopóki po ciebie nie przyjdę, jeśli chcesz żyć, mała szelmutko.

– A ty?

Pocałował ją w małe usteczka, powoli i namiętnie, jak tylko on potrafił.

– Przyjdę do ciebie, kiedy będzie czas – wydyszał. – Nie martw się, póki tam siedzisz, nie musisz płacić mi trybutu. Powiem więcej, tym razem trybut uiścisz w naturze.

– Ach, Villon – wyszeptała, czując w maleńkiej rączce ciężar złotych monet. – Przygotuję wino, ser i owoce. Będę czekała, najmilszy...

– A wy co się gapicie, biksy chwiejem końskim chędożone?! – zagrzmiał Villon do pozostałych ladacznic. – Ruszać do pracy, bo darmo nie będę was żywić! Na jutro każda ma przynieść po pięć solidów! Jak się któraś spóźni, skończy jak stara Colette. A teraz poszły won!

Ladacznice zaszemrały, któraś rzuciła przekleństwo, ale z Villonem i Cargasem trudno było wszczynać zwadę. Zwłaszcza kiedy było się pogardzaną femme amoureuse, niewiastą uliczną, niegodną spocząć w poświęconej ziemi ani złożyć pocałunku pokoju na wargach cnotliwej matrony. Nie mogąc jednak zemścić się bezpośrednio na Villonie, stare lampucery uczyniły to, co zwykle niewiasty podobnej im konduity. Kiedy rozchodziły się do swoich zaułków, krzyczały, łkały i przeklinały familię poety aż do ósmego pokolenia. Choć z ich ust padały słowa jak kwiecie, trafiały one w cel z dokładnością strzały walijskiego łucznika. Dogadzały one po równo – matkom, jak i babkom w żeńskiej i męskiej linii poety, jego przodkom i antenatkom, a nawet świątobliwemu kapelanowi Wilhelmowi de Villon, którego protekcji poeta zawdzięczał godność bakałarza nauk wyzwolonych. Dostało się na koniec i samej Jeannette, która ze zwykłej wyrobnicy przedzierzgnęła się nagle w faworytę, w najlepszą klacz ze stajni poety i szubrawca.

A Villon? Villon nie zwracał uwagi na klątwy, połajanki i groźby. Po prostu układał sobie w głowie drogę na przedmieście Temple, gdzie jutro skoro świt czekała go wizyta w pewnej małej, lecz znanej prawie w całym Paryżu parafii.

2. Transsubstantiatio

– Bracia i siostry...

Uskrzydlone słowa celebransa wzbijały się nad tłum zgromadzony w kościółku Świętego Wawrzyńca jak stado aniołów. Nawet gdy wybrzmiewało i cichło ich echo, mogło się wydawać, że zamieniały się w żywiczny balsam kojący krwawiące rany, wrzody i opuchlizny szarego, zgiętego w pokłonach plebsu, który wypełniał wnętrze świątyni.

– Porzućcie pychę i dumę, ciśnijcie precz bogactwa jak dziurawy płaszcz i stańcie przed Panem nadzy, jak zostaliście stworzeni. Bo kiedy przestąpicie bramy raju, nie będzie wśród was równych i równiejszych, wyniesionych i poniżonych. Bóg bowiem jest tym, który umiłował was pierwszy. Umiłował bezgranicznie. On – nieskończony – nas, nędznych i niegodnych. A miarą Jego miłości jest miłość bez miary...

Prałat Raymond de Noailles, proboszcz parafii Świętego Wawrzyńca na przedmieściu Temple, głoszący kazanie i oglądany z kościelnej ławy nie wyglądał na człeka, który po nocach batoży ladacznice i wypala im na pośladkach swój szlachecki herb ozdobiony paliuszem. Był młody i smukły jak masztowa sosna, a jego oblicze promieniało jasnością i uniesieniem, gdy głosił wszem wobec dobrą nowinę. W kościele miał pełny posłuch i absolutną władzę. Na jego kazaniu nikt nie dłubał w nosie, nie iskał robactwa, nie charczał, a także nie gapił się na panny, które zwykle do kościoła przychodziły głównie po to, aby okazać najnowsze czepce, rogówki i houppelande skrojone przez najlepszych krawców. Nawet Villon, ściśnięty w tłumie wiernych, posłusznie klękał, odmawiał modlitwy, żałował za grzechy i jednocześnie nie przestawał się dziwić. Sława prałata Raymonda rozprzestrzeniała się jak wiosenna powódź, sięgając daleko poza Temple i docierając aż na prawy brzeg Sekwany – do dzielnicy łacińskiej i uniwersytetu. Powiadano powszechnie, że proboszcz od Świętego Wawrzyńca jest świętym człowiekiem, jego błogosławieństwa leczą duszę, a komunia przyjęta z białych, smukłych dłoni uzdrawia choroby, spędza gorączkę lepiej niż upuszczenie krwi u najlepszego cyrulika w Cité i przykładanie do ust upieczonej myszy. Powiadali, że w kościele dzieją się cuda – chromi zaczynają chodzić, kalekom odrastają ręce i nogi, chorzy na epilepsję przestają się trząść, a pokąsani przez wściekłego psa – toczyć pianę z ust. Gadano w halach i na targowiskach, przekazując sobie wieści z ust do ust, z ucha do ucha, że u Świętego Wawrzyńca sami aniołowie wspomagają śpiew chórów, a ksiądz prałat już za życia został namaszczony przez Pana na świętego. Villon słyszał to wszystko wcześniej i choć dawał temu wiarę, to jednak był zadziwiony, widząc na własne oczy, jak wielkie uniesienie malowało się na obliczach wiernych. Kościół zaludniało pospólstwo – wyrobnicy w skórzanych kaftanach, przekupnie, dziewki służebne, stare matrony z dziećmi, obszarpani nędzarze, chromi i chorzy, żebracy i włóczędzy, chłopi z okolicy, rozsiewający dokoła woń brudu, czosnku i cebuli, poganiacze wołów, bednarscy i mularscy czeladnicy, terminatorzy, prości słudzy oraz słudzy możnych mieszczan. A także uliczni straganiarze, furmani i pachołkowie. Było też trochę bogatych mieszczan w aksamitach i atłasach. Wszyscy jednak – bogaci i biedni, zdrowi i cierpiący – pospołu padali na kolana, słuchając słów, które zginały karki i niepokorne głowy.

– Kocha nas Pan, którego wielkość nie ma żadnych granic, a mądrość żadnych wymiarów. Jest On bowiem tym, czego pragniemy i co kochać możemy. Boże nasz, wspomożycielu wiekuisty! Kochajmy Cię, ile pozwolisz, a my zdołamy. Z pewnością zdołamy mniej, niż na to zasługujesz, ale nie mniej, niż potrafimy!

Villon sam poczuł, że kręci mu się we łbie, jak po wychyleniu na czczo garnca zacnego klaretu. W małym kamiennym kościółku, gdzie woń kadzidła i stopionego wosku z płonących świec mieszała się z odorem niemytych, plugawych, dygocących ciał, naprawdę działy się cuda. Wydarzenia, będące dla poety, łotra, szelmy i ekskluzenta, który z racji przynależności do wolnych ludzi, a więc stanu określanego potocznie mianem komediantów, pozbawiony był prawa do przyjmowania świętej komunii, mogły uchodzić niemal za cudowne przemienienie Pańskie.

Widział, jak ludzie tuż obok bili głowami o posadzkę, szlochali, krzyczeli, wpadając w ekstazę. Bili pokłony przed ołtarzem, rozdzierali szaty lub miotali się, rozdrapywali szyje i policzki, strząsając krople krwi na współwyznawców. To uniesienie udzieliło się nawet Villonowi. Zdawać by się mogło, że nagle stał się nie rok Pański tysiąc czterysta sześćdziesiąty trzeci, ale wróciły czasy pierwszych chrześcijan, gdy wierni Bogu odmawiali modlitwy w mrokach rzymskich katakumb.

Poeta zniewolony dźwięcznym i donośnym głosem księdza, rozbrzmiewającym niby anielski dzwonek budzący zmarłych na dzień Sądu Ostatecznego, wespół z innymi śpiewał pieśni, odmawiał Credo i modlitwy. Wkrótce zobaczył, że ludzie przekazywali sobie kolejno duże drewniane, topornie wykonane krzyże, aby złożyć je w ofiarowaniu u stóp chóru. Wszyscy przyszli z nimi na mszę; wciśnięty w tłum Villon czuł się bez tego symbolu męki Pańskiej niemal jak jednoręki w gromadzie zdrowych ludzi. Cóż – widać taki obyczaj panował w parafii Świętego Wawrzyńca.

 

Wreszcie ksiądz dotarł do kanonu i najświętszego momentu mszy – Podniesienia. Kiedy zabiły dzwony, głucha cisza uczyniła się w kościele. A wówczas Raymond de Noailles, człek, w którego rękach spoczywał być może los dwóch najpiękniejszych ladacznic ze stajni Villona, pochylił się nad kielichem, wziął go w obie ręce...

– Hic est enim calix sanguinis mei, novi et aeterni testamenti: misterium fidei...

Dzwony biły jak oszalałe, brzękliwe echa odzywały się nie tylko pod sklepieniem kościoła, lecz przede wszystkim pod czaszką Villona.

Gdy prałat Noailles przyjął komunię pod obiema postaciami, kiedy oderwał kielich od ust, poeta zobaczył czerwień na jego wargach, jak gdyby wino mszalne naprawdę przemieniło się w kielichu w krew Pana, a hostia stała się Jego ciałem, którego kawałek spoczął w ustach grzesznego księdza.

Villon przez chwilę miał wrażenie, że oto wraz z wiernymi staje się świadkiem cudu. Oto na jego oczach zachodzi Boska przemiana, jaka miała miejsce w Lanciano, Bolsenie czy Blanot, gdzie hostia krwawiła w rękach księży czerwonymi łzami Chrystusa. Poeta spuścił wzrok, gdy patrzył na tę ceremonię. Czuł, jak z kącików jego ust spływają w dół dwie grube krople, zbyt ciężkie, by mogły być zwykłymi łzami. Otarł je wierzchem dłoni, roztarł po skórze, czując, jak kleją mu się palce.

Kościół krwawił cierpieniem Chrystusa. Czerwone krople skruchy, żalu i pokuty ściekały z oczu, skapywały z ludzkich rąk i nóg, sączyły się z ran na przegubach, jakie w tej świętej chwili objawiały się na ciałach wiernych. Zraszały kamienną posadzkę niby deszcz zmywający wszystkie grzechy, odkupujący winy i zbrodnie.

Villon doczekał wreszcie do ostatnich modłów, komunii i wyznania win. Razem z resztą bił się zakrwawioną ręką w piersi, krzycząc: Mea culpa, mea maxima culpa, szeptał modlitwy i w ten sposób przeczekał całą resztę mszy, od Dominus vobiscum aż do Deo gratias. Odmówił potem modlitwę do świętego Michała Archanioła i po sakramentalnym: Amen począł przepychać się do bocznej kaplicy, w której wznosiła się lśniąca i monumentalna niczym katedra Marii Panny bryła konfesjonału.

– Przepuśćcie mnie, dobrzy chrześcijanie – błagał poeta, depcząc po ciżmach, sandałach i bosych stopach pospólstwa. – Jam grzesznik struty jadem zła, pomóżcie mi, bracia i siostry, pozbyć się grzechów... Puszczajcie do świętego prałata! – łkał, wbijając łokcie pod żebra czeladników mularskich i okładając po plecach kułakami proszalnego dziada, który zastąpił mu drogę, przepychając się tak natarczywie jak stary grzyb biegnący za potrzebą do wygódki. – Występki palą mnie ogniem piekielnym – jęczał, roztrącając grupę starych bab – wszak chyba nie chcecie strącić mnie do otchłani! Usuńcie się, dobrzy ludzie, Bóg wam za to doda po dwa szczeble w drabinie wiodącej do raju, a święty Piotr nie wypnie się do was zadkiem u jego bram. Niechaj każdy skrawek miejsca, które mi dajecie, znaczy tyle, co dziesięć Ojczenaszy w sakramencie pokuty! – krzyczał, wskakując sprytnie między matkę z wrzeszczącym bachorem na ręku i starego, pokrzywionego dziadygę w robe pamiętającej chyba jeszcze czasy oblężenia Orleanu przez Anglików. Szybko przepchnął się przez grupkę mnichów od Świętego Augustyna. I wreszcie, przeczekawszy spowiedź zgarbionej baby, która, sądząc po długości wyznań rzucanych charkotliwym szeptem, rozliczała się z grzechów całego życia, a zwłaszcza z długich i narowistych igraszek z własną łączką, ukląkł przed kratką.

W konfesjonale było ciemno, Villon nie widział oblicza księdza Noailles’a, słyszał tylko jego głęboki oddech i niemal wyczuwał, jak kapłan nadstawia ku niemu ucha. Niestety, jeśli czekał na wyznania hożej młódki spowiadającej się z nocnych lęków i wilgotnych pragnień, tedy czekał go srogi zawód.

– Laudatur Iesus Christus.

– Na wieki wieków, amen – odrzekł ksiądz.

– Wybacz mi, wielebny panie, jestem nędznym grzesznikiem, który przywlókł się tu na kolanach, aby w pokorze żałować za grzechy – wydyszał obłudnie Villon. – A zwłaszcza jeden ciąży niezmiernie na moim sumieniu. To grzech nadmiernej bystrości wejrzenia, przez którą popadłem w jeszcze cięższy występek – w grzech zwątpienia, ojcze.

– Cóżeś takiego dojrzał, mój synu? – zapytał cicho ksiądz. Miał miły, melodyjny głos stworzony wprost do głoszenia kazań i śpiewania rorat. Villon przez chwilę zastanawiał się, czy takim samym głosem drogi księżulo przemawiał do jego ladacznic. Jeannette, kładź się, nadstaw naturalia. Jeannette, rżyj! A teraz wypnij tyłek, moja klaczko, najmilsza w zaprzęgu Pana... Daj mi to, co masz najdroższego po matce, a ja osmagam ci boki, mała ladacznico. Czy tak było? Czy tak mówiłeś do nich, wielebny prałacie? I co z nimi zrobiłeś?

– Dojrzałem piętno szatana, drogi ojcze. – Villon prawie przycisnął usta do kratownicy konfesjonału. – Wypalone na zadku najplugawszej i najmłodszej z babilońskich ladacznic. Przedstawiało ono skośny słup w herbowym polu zwieńczony paliuszem prałata. Zgrzeszyłem zaś, bowiem zwątpiłem w dobre intencje pewnego świątobliwego męża. Albowiem znamię owo, niechybnie zostawione ręką diabła, wielce przypomina herb pewnego świątobliwego księdza, proboszcza z parafii Świętego Wawrzyńca w podparyskim Temple.

Ksiądz nie rzekł nic. Nie westchnął, nie klął, nie złościł się. Nie wypowiedział ani jednego słowa.

– Z pewnością ojcowie dominikanie byliby ciekawi, dlaczego piętno wypalone na tyłku małej Jeannette tak bardzo przypomina wasz herb, wielebny ojcze. Obawiam się także, że wielu pobożnych mieszczan byłoby zniesmaczonych, że prałat, którego mają za świętego, oddaje się grzesznym uciechom w ramionach nierządnic z Glatigny. Drogi ojcze... Wiem, dokąd udajesz się wieczorami i jakie masz zachcianki. Żądasz ode mnie spowiedzi, więc wyznam uczciwie wszystkie twoje winy. Znam małą Jeannette, a także inne wesołe Galijki, które dotrzymują ci towarzystwa. Wszak wszystko to dorodne córy Koryntu z mojej stajni, ojcze. Dogadzały wam jak umiały, mości prałacie. Na łożu, na posadzce, od tyłu, od przodu i na krzyżu...

– Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum. Benedicta tu in mulieribus, et benedictus fructus ventris tui, Iesus. Sancta Maria, Mater Dei, ora pro nobis peccatoribus... – wokół trwało poszeptywanie, charkot, nisko nad posadzką niósł się stłumiony głos starych babinek postrojonych w czepce.

– Mieliście zachcianki godne kardynała, ba, samego Ojca Świętego – syczał nienawistnie Villon w głąb konfesjonału. – Nie wystarczała wam już, mówiąc po łacinie, pozycja a tergo i per os, którą plebs zowie pozycją na raka i na świętego Franciszka, ale chcieliście także szturmować wdzięki moich córeczek przez tylną bramę swoim świętym kusiem...

– Z głębokości wołałem ku Tobie, Panie: ku Tobie, Boże, z padołu płaczu i z turmy mizeryjej – śpiewali biedni ludzie w kościele Świętego Wawrzyńca. – Bo nie masz na świecie, kto by wspomógł abo upadłego podźwignął: zajadła zazdrość, omylna przyjaźń, chciwość nienasycona...

– Przyzywaliście je ku sobie każdej nocy, każdego tygodnia, aby zanurzyć waszego godmisza w ciepłej norce rozpusty aż po same jajca. Namawialiście, aby ustami, które winny śpiewać psalmy, pieściły wasze klejnoty, a komunię świętą przyjmowały z waszego kapucyna.

– Tak człowiek człowiekowi wilkiem względem dobrego mienia, dopieroż dusza od chytrych nieprzyjaciół w twardym oblężeniu zostaje... – ciągnęli wierni zgromadzeni obok konfesjonału.

– Byliście tak zatwardziali w grzechu i występku, że nie żałowaliście razów, chłostaliście je przed krzyżem i na krzyżu, nie wahaliście się okaleczyć i obić tej najmłodszej, której wypaliliście na pośladku swój herb, ojcze. Ale nadwerężyliście swą karzącą dłoń, bo oto znalazł się grzesznik, człek nikczemny, skazany na wiekuiste potępienie. Ktoś taki jak ja, kto ujrzał ze zgrozą herb waszej świątobliwej parafii, w której dzieją się prawdziwe cuda, a ludzie płaczą na mszy łzami Chrystusa. Herb wypalony na grzesznym tyłku młodej ladacznicy, który jest równie krągły i gładki, co kopuły pradawnego soboru, ale przecież pozostaje tylko narzędziem grzechu i rozpusty.

Ksiądz milczał ciągle. Jednak Villon dosłyszał jego przyśpieszony oddech.

– Siedzicie tu, ojcze, i rozgrzeszacie winnych, zadajecie pokutę prostaczkom, widzicie drzazgę w oku brata, a belki w swoim nie dostrzegacie?