Galeony wojnyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Księga pierwsza

Rozdział I. Maszoperia Dahla

Rozdział II. Bractwo morskich diabłów

Rozdział III. Wrota do piekła

Rozdział IV. Morska nawigacja

Rozdział V. Proch i żelazo

Rozdział VI. Księżniczka wiatrów

Rozdział VII. Tańcz, kostucho!

Księga druga

Rozdział I. Buntownicy

Rozdział II. Lewiatan

Rozdział III. Największy dzień najmniejszej floty

Rozdział IV. Ostatnia salwa z Tigerna

Rozdział V. Kiedy słońce zachodzi w południe

Rozdział VI. Galeony wojny

Przypisy księgi pierwszej

Przypisy księgi drugiej

Od Autora

Książki Jacka Komudy

Karta redakcyjna

Okładka


Jeszcze nie jest pobity

świetny okręt Rzeczpospolitej...

Jacek Kowalski

Psalm rodowodowy

Idźmy więc w imię Boże przeciwko Tigernowi!

Arendt Dickmann,

admirał floty polskiej w bitwie pod Oliwą

Pamięci Augustyna Necla, znanego jako Chrysty Globus, bez którego kaszubskich baśni nigdy nie zostałbym pisarzem.

Jacek Lech Komuda


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I
Maszoperia Dahla

Statek na strądzie • Diabelska fluita • Krew na pokładzie • Pocałunek śmierci • Wizerunek niepospolity Zachariasza Knadego • Dwór pełen łotrów • Ich wszystkie kłamstwa i zdrady • Coelesti iungimur arcu, czyli złota Wenecja Północy

Wiosenny sztorm cichł, rozpadał się na pojedyncze porywy bezsilnego gniewu. Wiatr niosący grube krople dżdżu siekł twarze deszczem, zrywał kłęby piany ze szczytów fal piętrzących się niczym górskie zbocza, szamotał się wśród drzew na stromym brzegu. Ogromne bałwany rozbijały się z szumem i łoskotem na zdziczałym wybrzeżu Osetnika[1]. Przewalały się z hukiem na wąskim pasku plaży, za którą wznosił się, jak potężny mur, poszarpany uskok wybrzeża zarośniętego prastarym bukowym borem, następnie przechodzącym w las przetykany prześwitami i polanami, na których plewiły się osty, turzyce i bodiaki.

Jost wpatrzył się w morze, przesłonił ręką oczy, by nie raził go blask ognia rozpalonego na stromym brzegu, jego wzrok przemknął nad roztańczonymi grzywami fal. Daleko wśród szarych zwałów chmur przedzierała się wąska czerwonawa łuna zachodzącego słońca. Na tle dalekiego poblasku dostrzegł to, czego cała maszoperia[2] wypatrywała niczym Dnia Zbawienia – wysmukły kształt rozpruwający fale obłym dziobem.

Statek! Jost rzuciłby na szalę wagi Fortuny swojego parta i dołożyłby roczny połów bantek[3], że była to flamandzka fluita. Ogromny stos rzucał migotliwy poblask; choć maszop stał tyłem do ognia, ciągle miał przed oczyma czerwonawą poświatę płomieni. Nie widział, rzecz oczywista, pawęży rufowej, jednak silnie zwężające się burty i trzy wysmukłe maszty pozwalały sądzić, że statek nie był galeonem, krejerem ani pinką – gdyż Jost nie dostrzegał ostro ściętej dziobnicy. Zapewne szyper płynął z Rygi lub Narwy, może z Königsbergu, choć maszop nie oddałby za to głowy. Fluita zbliżała się do brzegu gnana wiatrem i falami – zapewne pilot lub sternik brał ogień rozpalony przez maszoperię za światło wskazujące początek wodnego szoru, wiodącego aż do portu w Łebie, i chwała za to Panu. Błądzenie było rzeczą ludzką, a w takich ciemnościach mógł zgubić drogę nawet bardzo doświadczony szyper. Jednak w tym wypadku cena pomyłki była równie wysoka jak podniesione do ciosu topory kaszubskich piratów.

Statek wszedł na mieliznę. Maszop nie widział, co działo się na pokładzie, bo fale i deszcz przesłaniały zdobycz przed jego drapieżnym wzrokiem. Jednak bez trudu mógł się domyślić wszystkiego. Strądowanie[4] na Osetniku zawsze wyglądało tak samo. Pierwszy wstrząs... Później chwila przerwy.

Stępka statku szoruje po mieliźnie, wiatr wpycha go coraz głębiej na piaszczystą łachę. Pokład dygoce wstrząsany paroksyzmami agonii, gdy fluita desperacko walczy o przetrwanie, ludzie walą się z nóg, źle przymocowane beczki toczą się po pokładzie, pęka maszt – lecą na pokład reje, liny i stengi.

Jost polecił Boskiej opiece dusze załogi. Zdawało mu się, że słyszy krzyki przerażenia, lamenty i modlitwy, gdy kadłub zadygotał, a klepki poszycia zatrzeszczały pod ciężarem statku. Wreszcie fluita stanęła, lekko pochylona na bok. Zamarła daleko od brzegu, otoczona wieńcem fal.

– Statek na strądzie! – rzekł Jost do reszty maszopów. – Pakowny orlog, fluita albo pinasa. Będzie ze sto łasztów frachtu! Ino załogi nie widzę.

– Niech ich Smantk wezmie! Zagasić ogień, we diochle! – rzucił Gust Dahl, szyper i przywódca towarzystwa.

Grube dębowe polana i kawały buczyny zasyczały polane wodą. Płomienie zachybotały zasypywane piaskiem; poczęły przygasać, przegrawszy skazaną z góry na porażkę walkę z ludzką przemyślnością.

– Zbierać się, knepi[5]! Chyże!

Maszopi porwali się na nogi. Wszyscy zawzięci i chmurni jak morze podczas grudniowego sztormu. Jost widział ich ogorzałe gęby, przenosił wzrok z jednej postaci na drugą. Stali przy dogasającym ogniu – wielkie, czerstwe chłopy w skórzanych buksach, w wępsach z rękawami, w mokrych świtach i granatowych sekniach; w ociekających deszczem mucach i kapeluszach na głowach. Zbrojni w szable, siekiery, pałasze, a gdyby one nie wystarczyły – w pistolety i półhaki ukrywane przed deszczem pod połami opończy.

Szybko ruszyli na wybrzeże; znikli w wykrocie pod pniem buka powalonego w jednym z okrutnych jesiennych sztormów, gdy niebo i woda łączyły się w szaleństwie na podobieństwo rozwścieczonych bestii. Zeszli ze stromego klifu, poszarpanego kłami morskich żywiołów niczym brzeg znoszonej sukni starego żebraka z Gduńska.

A potem chmury rozstąpiły się i wzeszedł księżyc, rozświetlając dziki brzeg. W blasku miesiąca wyglądał niczym wybrzeże przeklętej wyspy, która nagle wynurzyła się z fal na środku legendarnego Morza Sargassowego w dalekim Nowym Świecie, gdzie rozpadały się rozdarte galeony i karaki obrośnięte wodorostami. Wąski pasek piasku u podnóża wzgórz przypominał pobojowisko po walkach stolemów[6], pełne poskręcanych, połamanych drzew, kamieni i wodorostów przyniesionych falą przyboju. Gałęzie ogromnych buków zwalonych z wysokiego brzegu, podmytego morską falą, wyciągały się nad maszopami niczym kikuty powalonych olbrzymów, mokre i obwieszone wodorostami z niedawnego sztormu, niby kości trupa oblepione zbutwiałymi resztkami odzienia. Spod piasku prześwitywały szczątki kadłubów i klepki poszycia statków, które znalazły swój grób na mieliznach i głębiach Osetnika za sprawą maszoperii Dahla. Pod nogami chrzęściły muszle i kamienie wyrzucone falą przyboju.

Bracia Strądowi zwani Stolemami, Mały Jeka, Mostnik i Szulist zepchnęli na wodę dwie łodzie skryte bezpiecznie w jarze. Wskakiwali do nich co tchu, ponaglani krzykami Dahla. Jost zajął miejsce na ławce, między maszopami. Pozostali chwycili za pojazdy[7], zgięli się z wysiłku, prężąc ramiona w walce z wodnym żywiołem.

Morze wciąż było wzburzone. Ogromna, postrzępiona fala podniosła wysoko w górę dziób pierwszej łodzi, tak iż przez krótką chwilę mierzył w zasnute chmurami niebo. Potem bat[8] zwalił się w dół, zjechał po grzbiecie rozpędzonego bałwana w otchłań pełną wodnego pyłu, piany i wodorostów czepiających się burt, aby już za chwilę podźwignąć się z wysiłkiem na kolejnej sztormowej fali. Płynęli do statku. Maszopi napierali na pojazdy, dobywając ostatniego tchu z piersi. Jost sprawdził, czy nie zamokły zatknięte za pasem pistolety, zmacał pałasz przy boku, a potem przeżegnał się. Gdzieś na dnie jego duszy narastał lęk, bo nie miał pewności co do szczęśliwego zakończenia wyprawy, choć przecież nie była to ich pierwsza hanza. Odwiecznym, starodawnym zwyczajem betowizny, respektowanym nawet przez królów polskich, strądowych i wójtów, to, co rzuciła na brzeg fala przyboju, należało do Rebocy[9]. Tylko że Dahl i jego maszopi potrafili dopomóc Fortunie; sprawić, by poza jantarem i deskami ze statków rzucała na mielizny pinki, szkuty, fluity, a czasem nawet całe galeony. Maszopi byli skrzętni i zapobiegliwi – nikt z ocalałych nie przeżył dotąd wejścia na strąd pod Osetnikiem. Ciała szyprów, majtków i bosmanów powierzali morskiej głębi, która nigdy nie wydawała swoich tajemnic.

 

Jost oczyma duszy już widział to, co stanie się za chwilę; oglądał błysk opadających w dół zakrwawionych toporów, słyszał świst szabel i pałaszy, urywany trzask wystrzałów. Wrzaski, jęki i krzyki załogi, krew tryskającą na deski, rozpaczliwe prośby o miłosierdzie, którego nigdy nie dawali. Wiedząc, co ich czeka, począł się modlić, zrazu cicho, potem coraz głośniej:

Boże, Oycze Niebiesky

Ja jem człowiek grzeszny

Tobie ja swe grzechy wyznawam

Z nich się winniem dawam

To wszystko miało się stać już za chwilę, gdy pozostali Reboce rzucą kotwiczki i haki, kiedy zaczną wspinać się po linach na pokład. Za nimi był mroczny, urwisty brzeg, a przed nimi... tylko piekło.

Litanię Josta podjęli pozostali maszopi. I całe kaszubsko-klekowskie towarzystwo wyrzekło jak jeden mąż:

Zgrzeszieljem myli Panie

Gryze mię me summienie

Tak wiele grzechu mojego

Jak piasku morskiego

Ale te pociechę mam

Łaskawego cię znam

Przysiągłeś grzechy odpuścić

Chto się zechce nawrocić

Fluita siedziała na mieliźnie niczym nadmorski głaz. Postrzępione bałwany uderzały o burty w bezsilnej złości. Jost zdziwił się tylko, że załoga nie zrzuciła żagli – choć fok i grot były sprzątnięte, wiatr wciąż szarpał postrzępionymi zrefowanymi marslami; wył wśród sztagów, topenantów i brasów, świszczał na nokach rei, wantach i szotach.

– Chyże, dreszi[10], z Pónem Bogiem! Po szczęście i sławę!

Jost przeżegnał się znowu, widząc wyniosły galion pod bukszprytem statku. To była morzeczka, niewiasta z obliczem kobiety, a ogonem ryby – panna wodna. Tak nazywano wiele statków, nawet pinki i galeony z floty królewskiej. Jednak dlaczego zamiast włosów na głowie ondyny wiły się węże szczerzące kły i wysuwające na wszystkie strony świata długie języki? Jost widział coś takiego po raz pierwszy. Poczuł chęć, aby od razu wypalić morskiej pannie w łeb z pistoletu albo przeżegnać się nabożnie. Co też uczynił.

Bracia Stolemowie, Szulist i inni maszopi cisnęli linki z kotwicami na pokład fluity. Jost usłyszał głuche dudnienie, z jakim żelazne haki uderzały o deski pokładu, brzęk, z którym zaczepiły o falszburtę i relingi.

– Na dek!

Uchwycił linę i począł wspinać się w górę po mokrej burcie statku. Maszopi skoczyli za nim. Wdrapywali się, wyszukując nogami wypukłości kadłuba, wspierając się na zdobieniach i pokrywach ambrazur. Nie było to trudne, bo na fluitach burty pochylały się mocno ku sobie przy głównym deku. Wszystko po to, aby wystrychnąć na dudka Duńczyków pobierających na Sundzie cło uzależnione od rozmiarów głównego pokładu statku. To dziwne, lecz w ciągu ostatnich trzydziestu lat nawet najbardziej gorliwi szarpacze i poborcy króla Chrystiana nie poszli jeszcze po rozum do głowy i wciąż nie zwrócili uwagi, że holenderskie statki mają coraz mniejsze deki i coraz bardziej pochylone ku sobie burty.

Jost miał nadzieję, że załoga nie sprawi im zbyt wiele kłopotów. Zresztą dopóki trwał sztorm, mogli zedrzeć sobie gardła do krwi, wołając o pomoc, a z dział i muszkietów strzelać aż do sądnego dnia. Na lądzie nikt nie usłyszałby ich głosów, bo od morskiego brzegu Osetnika aż do samego Sasena[11] ciągnęły się nieprzebyte bory, wrzosowiska, pastwiska porośnięte ostem i burzanem, na których tańcowały purtki i stolemy, a błędne ogniki wodziły dobrych chrześcijan na manowce.

Dahl i Szulist pierwsi wpadli na pokład fluity z dobytymi szablami. Jost przeskoczył falszburtę, wyrwał z pochwy pałasz, wyszarpnął spod świty pistolet, odwiódł z trzaskiem skałkę, gotowy na pierwszą oznakę oporu strzelać, ciąć i prać, ile tylko tchu w piersiach starczy.

Nie miał kogo bić.

Pokład fluity był pusty.

Morze uderzało o burty statku, strzelało w górę bryzgami piany. Wiatr wył na takielunku, jakby przygrywał śmierci do tańca, i próbował wytrzymałość sztagów, łopotał postrzępionymi, porwanymi marslami, przerzucał z łoskotem uwolnioną z lin rejkę bezana na ostatnim maszcie. Pokład zawalony był piaskiem, rozbitymi szczątkami baryłek, deskami, naglami wyrwanymi z kołkownicy, splątanymi kawałkami lin. Statek, osadzony głęboko na piaszczystej łasze, jęczał niczym żywa istota, czasem tylko dygotał wpychany głębiej na mieliznę przez fale przyboju. Skrzypiały reje szarpiące się na wyluzowanych brasach, trzeszczały naprężone fały, sztagi i wanty.

Maszopi rozglądali się po pokładzie. Spodziewali się wszystkiego, a więc zaskoczenia, rozpaczliwych próśb o łaskę, a przede wszystkim oporu. Zdziwiła ich pustka.

Deski zadudniły gdzieś przed nimi!

Jost i Szulist skoczyli w stronę gretingu, wpadli za grotmaszt, ale to tylko pusta beczka toczyła się po pokładzie, przewalała z boku na bok...

Coś zatrzeszczało, załopotało na fokmaszcie. Zamarli.

Fałszywy alarm. Jeden z marsli wyluzował naprężoną i źle obłożoną na kołkownicy linę szota, żagiel załopotał na wietrze, reja zatrzeszczała...

– Woj bjeda! – rzekł Dahl, wodząc lufą półhaka wzdłuż ociekających wodą gretingów. – Pod pokład! Tam się zataili!

Skoczyli do rufowego kasztelu – znacznie mniejszego niż nadbudówki na galeonach, zwężającego się poprzecznie, zakończonego wąskim, wznoszącym się stromo ku górze achterdekiem. Zamarli przed niską, okutą furtą prowadzącą do wnętrza. Pomimo szumu i łoskotu morza wyraźnie usłyszeli dochodzące spoza drzwi łomot i szelesty, jak gdyby coś obijało się o deski. Jost i Szulist podnieśli pistolety, bracia Stolemowie sięgnęli po topory i tasaki. Co to mogło być? Co czekało na nich w mroku nadbudówki? Dahl pchnął drzwi jednym kopnięciem. Odskoczyły z łoskotem. Maszopi wrzasnęli, gdy prosto w twarze runęło im z łopotem skrzydeł niewielkie stadko mew... Widać wleciały do wnętrza statku i gdy kołysanie zatrzasnęło drzwi, znalazły się w pułapce.

Tak przynajmniej naprędce tłumaczył to sobie Jost.

Dahl zapalił latarnię. Ruszyli do wnętrza, zziębnięci i przemoczeni, potrząsając bronią. Przed nimi był kabestan rufowy, ciasna, wąska komora zalatująca wilgocią i pleśnią. Była pusta, jak gdyby statek przez długie tygodnie dryfował bez załogi.

Szli dalej, oblani czerwoną poświatą, jak morskie diabły albo maszopi bezgłowego Szalińca mieszkającego w lodowej grocie na dnie morza. Światło latarni wydobywało z mroku coraz to nowe rzeczy i sprzęty. Przewrócony zydel, otwartą, rozbebeszoną skrzynię pełną sukiennych ubrań, zapomnianą ciżmę rzuconą w kąt, bukłak na szumkę.

W sterówce nie było nikogo. Jost zerknął na żałośnie przekrzywiony w bok rudel. Czy ręka sternika trzymała go, kiedy statek wpadł na mieliznę? Czy w ogóle ktoś stał za sterem statku, kiedy ten wchodził na strąd?

Kiedy pchnęli drzwi do kapitańskiej kajuty – wąskiej, długiej i ciemnej, jak to zwykle na fluitach – usłyszeli piski. Ręce maszopów zrazu chwyciły za rękojeści szabel i pałaszy, a serca zabiły mocniej. I równie szybko się uspokoiły. To były szczury. Umknęły z piskiem ze stołu, pod którym poniewierało się szkło z flasz po winie, srebrna zastawa, łyżki, noże i stłuczona, roztrzaskana klepsydra, z której dawno wysypał się piasek.

– Gdzie oni są?! – jęknął Jost. – Dowodca? Załoga?

– Uszli na łodzi?! – spytał szeptem Gust. – Porzucili statek?

– Gadaj zdrów – parsknął Wańtoch. – Myślisz, że polecieli do nieba? To chyba na marslach z grotmasztu!

– Te diochle! – warknął Dahl. – Jak wósrane beło, tak wósrane je! Szulist! Bierz Stolemów i biejta na dziób. Sprawdź fordek, kasztel dziobowy, a jak się kto tam utaił, to go uciszcie na wieczne czasy. – Szyper uczynił lewą ręką wymowny gest w pobliżu szyi. – A wy, bracia, za mną! Pod pokład!

– Bywajcie! – Jost skinął na Stolemów. I odetchnął pełną piersią. Chwała Najwyższemu, na statku nie było załogi. Znaczyło to tyle, że obyło się bez przelewania krwi, a miejscowe wątłusze i łososie musiały tym razem obejść się smakiem. Może i dobrze, bo Jost bał się, że psiejuchy spasą się na martwych ciałach wyrzucanych z wraków tak licznie, że na jesieni nie wystarczy żelaznego niewodu, aby utrzymać połów w sieci. Fluita, na której pokładzie przebywali, nie była przecież pierwszą ani ostatnią ofiarą maszoperii Dahla.

Wypadli na główny dek. Wiatr osłabł, przestał wyć na linach i masztach, morze było jeszcze rozkołysane, ale już nie takie groźne jak wcześniej. Wiatr rozgonił chmury i wysoko ponad bocianim gniazdem wzeszedł wielki, blady księżyc.

Bracia Stolemowie otwarli drzwi do forkasztelu, zaświecili do wnętrza latarnią. Kubryk był pusty. Na ziemi leżały kości do gry, noże i płócienne chusty, na kojach i posłaniach poniewierały się wilgotne prześcieradła i derki. Pod ścianami stały zamknięte na głucho drewniane skrzynie, kufry i beczki. Niespodziewanie dostrzegli tu otwór zejściówki, której zwykle nie bywało w tym miejscu. Jost zajrzał do schodni wiodącej pod pokład, wzdrygnął się, widząc drewniane stopnie prowadzące w duszną ciemność. Splunął, przeżegnał się i zawrócił.

– Heeej, tutaj!

Wołanie dochodziło z głównego deku, spod grotmasztu. Jost skoczył tam, pozostawiając na straży forkasztelu obu braci. Krzyk powtórzył się, dochodził prawie spod stóp maszopa. Jost nachylił się nad lukiem przesłoniętym gretingiem[12]. Został on osztalowany na czas morskiej podróży, ale grube płótno było pocięte i poszarpane w kilku miejscach. Kaszub odrzucił mokrą płachtę; spojrzał w dół. Niżej, na dolnym pokładzie, wśród stosów beczek, skrzyń i worków stał Szulist. Maszop odszpuntował jeden z półbeczków, zanurzył ręce w czymś, co wypełniało go aż po same wręby, wyciągnął dwie pełne garście, podrzucił w górę, rozsypując wysoko nad głową, i zaniósł się niskim, charczącym śmiechem.

– Szafran i pieprz, chłopy! Dalebóg, będzie tego ze dwadzieścia łasztów! Mesme bogaci! Bogaaaaaaaci!

Jost zamarł. Fluita szła z ładunkiem przypraw, których każdy funt był wart więcej niż góra czystego złota! Zwłaszcza teraz, gdy Szwedzi wylądowali w ujściu Wisły, zamarł handel wiślany, a szlachta w Koronie Polskiej zamiast pieprzu, cynamonu, imbiru, szafranu i drogich korzeni sypała do pieczystego plebejską pietruszkę i chamski koper, dobre na stół w słomianej chacie, lecz niegodne gardeł jaśnie oświeconych panów braci.

Nagle, jak grom z jasnego nieba, coś skoczyło na plecy zanoszącego się śmiechem Szulista. Z szybkością błyskawicy pociągnęło go w tył, w mrok zalegający poza plamami blasku pochodni prześwitującymi przez otwory gretingu. Śmiech Szulista zmienił się w obłędny ryk strachu, w oddalający się wrzask przerażenia. Jost padł na kolana, chwycił obiema rękoma za kraty, nie wierząc własnym oczom.

– Szulist! – rozdarł się rozpaczliwie. – Dresze!

Dahl z resztą maszopów wpadł pod greting. Szyper rozejrzał się dokoła, spojrzał w górę, dostrzegł dygocącego, uczepionego kraty Josta.

– Szulist! – załkał maszop. – Purtk go capnął! Diobeł! Żeby ja do gęby więcej kornusa nie brał, jak łżę! Na rufę zabroł! Ratujcie, maszopy, nie dajcie skapiać chłopu!

Jost kłamał. Po tym, co zobaczył, gotów był nie brać do gęby nie tylko kornusa, ale i szumki, nie tylko szumki, ale nawet piwa; co więcej – modlić się przez rok, leżąc krzyżem przed posągiem Madonny Swarzewskiej, byle tylko ujść żywym z tego przeklętego statku.

 

– Obuchy w garść, chłopy! – ryknął Dahl. – Polecić duszę Ponu i na rufę! Jost, nie schodź z deku, miej oko na łodzie! Chyże!

Z bojowym krzykiem, z tupotem i łoskotem skórzanych butów maszopi roztopili się w mroku wypełniającym dolny pokład fluity. Jost poderwał się na nogi, skoczył w stronę forkasztelu, gdzie stali Stolemowie, zamachał do nich ręką.

– Szulista purtki wziali! – wykrzyknął. – Biejta chudko na pomoc, knepi![13]

Niższy z braci Strądowych zakołysał się na deskach. Jost jęknął ze zgrozy, gdy coś szarpnęło maszopa w tył. I zanim zdołał wymówić „Ojcze Niebieski”, pociągnęło po deskach w mrok kubryka, zawlokło do schodni. Stolem wypuścił z rąk latarnię – stłukła się z brzękiem; świeca zgasła, pogrążając ich w ciemnościach.

– Ratuuujcie, bracia! – zawył Strądowy. – Za...biera mnie...

– Jaaaanis – ryknął drugi z braci Stolemów. – Jaaaaanis!

– Stój! – Dygocący z przerażenia Jost chwycił go za rękaw sekni. – Stój, glepi!

Nie strzymał maszopa. Stolem wyrwał mu się, rozdzierając materiał, skoczył do forkasztelu; z siekierą w ręku wpadł na schodnię wiodącą do dolnego pokładu, tam, gdzie znikł jego brat. Dławiąc się rykiem wściekłości, pognał przed siebie, łomocąc podkutymi butami po drewnianych stopniach.

Jost zatrzymał się nad zejściówką. Spojrzał na pogrążone w ciemności schody, zadygotał, przeżegnał się. Z dołu, z diabelskich czeluści pod jego stopami, doszedł cichy, bolesny ryk, łoskot przewracanych ciał, rozbijanych beczek i Bóg jeden wie czego jeszcze. Miał wrażenie, że to kamienna lawina druzgoce właśnie wszystkie pokłady fluity.

– Jesu Chrisce Miłościwy – jęknął i ściągnął kapelusz. – Odpuść moje winy...

Nie zszedł na dół, nie zstąpił w mrok, gdyż nie było siły, która zmusiłaby go do tego. Stojąc tak, miał wrażenie, że drewniane stopnie schodni wiodą prosto do piekła. Na tym przeklętym statku działo się coś, co targało jego zmysłami jak wicher skrzydłami wiatraka. To nie były czary czy zwykłe gusła – Jost był gotów kląć się na Madonnę Swarzewską, Świętego Jakuba, a nawet na Diabli Kamień pod Odargowem, że na tej łajbie było więcej purtków niźli Szwedów w puckim zamtuzie w Święto Wniebowzięcia Marii Panny.

Usłyszał wrzaski na rufie... To krzyczał szyper Dahl i jego ludzie. Wzywali pomocy, więc Jost zawahał się.

– A biej do Lecepera! – wrzasnął.

Porwał pałasz w prawą rękę, pistolet z odwiedzioną skałką w lewą i pognał w stronę rufowej zejściówki. Po drodze zerknął przez greting na dolny pokład, ale nic nie zobaczył. Doskoczył do nadbudówki, wszedł przez drzwi i wrzasnął, zadygotał, gdy coś ciężkiego zwaliło mu się do stóp. To był Mostnik, rozchełstany, blady, w zakrwawionej koszuli.

– Ratuj, bracie! – zawył. – Za...biją nas... Purtki, diobły, biesy...

Jost cisnął pistolet i obnażony pałasz, chwycił kompana za ręce.

Na próżno... Coś z wielką siłą szarpnęło Mostnika w dół, powlokło po schodach, pociągnęło za nim Josta. W mroku dojrzał błysk białych kłów i szponów. Maszop runął na kolana, przeszorował łbem po deskach, wyrżnął w wysoki próg schodni.

– Zmiłuj się! – zajęczał Mostnik. – Maaaatko!

Jost jęknął, chciał zaprzeć się łokciami. Na próżno! Straszna siła wyrwała dłonie Mostnika z jego rąk, porwała go w dół po schodach, w głąb ładowni fluity.

– Uciekaj! – ryknął w ostatniej chwili Mostnik. – Ona...

Zakrztusił się krwią, zajęczał i zniknął na dolnym pokładzie.

Jostowi nie trzeba było powtarzać tych słów dwa razy. Obrócił się na pięcie i runął w stronę wyjścia. Dopadł go z krzykiem, a potem puścił się pędem po zalanym wodą pokładzie do miejsca, w którym zostały kotwice i liny wiodące do łodzi.

Nie zdążył uciec!

Nim przebył kilka kroków dzielących go od wolności, coś z wielką siłą uderzyło go w plecy, obaliło na mokre deski. Cios był tak silny, że prawie wydarł mu dech z piersi. Maszop zakrztusił się, zacharczał, rozłożył ramiona, wbił paznokcie w deski pokładu, szukając najmniejszej, najdrobniejszej szczeliny mogącej dać mu oparcie! Ale nieubłagalna siła powlokła go wstecz, w stronę otwartej furty prowadzącej do kasztelu tej przeklętej fluity.

Jost zawył jak wilk. Wiatr porwał jego krzyki i poniósł je do stóp wiekowych buków na starych urwiskach nad dzikim brzegiem Osetnika. Nikt nie usłyszał tego wołania. Stłumiła je wysoka, postrzępiona fala przyboju, która uderzyła z rykiem o burty statku, zagłuszył plusk wody. Lecz choćby nawet prośba o pomoc dotarła do brzegu i dalej, to i tak nie miałby kto jej wysłuchać. Osetnik był wszak opuszczonym uroczyskiem, a od najbliższej wioski przez całe mile ciągnęły się puszcze, bory i ostępy.

Maszop krzyczał i wył. Jego jęk stłumił szum wzburzonego morza, łoskot fal rozbijających się na kamienistym, zdziczałym brzegu. Któż zresztą użalałby się nad dolą nieszczęsnego kaszubskiego pirata?

*

Śmierć musiała wyglądać jak anioł, jeśli to ona gościła na obliczu leżącej bez ruchu Elżbiety. Bladą twarzyczkę okalała burza jasnych kręconych włosów, rozczesywanych cierpliwie co dzień rogowym grzebieniem przez służkę.

Ciągle jest piękna, pomyślał Arendt Dickmann, od lat siedemnastu szczęśliwy mąż, a od trzech – sterany życiem mężczyzna, załamany i przygnębiony niedolą małżonki.

Trzy długie lata. Trzy zimy, trzy wiosny, trzy lata i trzy jesienie pełne smutku i cierpienia, kiedy to Elżbieta oddalała się od niego każdego dnia, zdążając w stronę otchłani, z której nie było powrotu. Jedynym znakiem życia, jaki dawała, było kilka wypowiedzianych od czasu do czasu słów, nie zawsze zrozumiałych. Nigdy przy tym nie otworzyła oczu. Trzy lata nie widział jej słodkiego spojrzenia. Odchodziła od niego każdego ranka i wieczora, ale zawsze zatrzymywała się na ostatecznej krawędzi życia i śmierci. A Arendt zrywał się co rano z pościeli z myślą, że tego dnia wreszcie coś się zmieni. Całe popołudnia spędzał u wezgłowia mahoniowego łoża z baldachimem w ich dawnej małżeńskiej sypialni. I łudził się, że zobaczy na obliczu żony coś, co da mu chociaż wątły promyk nadziei.

Wszystko na próżno.

Jedyne, co pozostawało mu po tych wszystkich latach, to czekać. Dotykać jej dłoni, pomagać Annette przebierać żonę, przewracać na bok, nacierać sadłem i maściami sine rany na ciele. Dzień w dzień modlić się o cud, który nie następował. Jego serce, jego miłość, jego żona leżała, dobywając ostatniego tchu. Coraz bardziej wiotka, coraz bledsza i koścista, jak gdyby jej dusza już dawno rozdzieliła się z ciałem.

Dickmann może nawet pogodziłby się z tym wszystkim, gdyby nie gdańska inwidia, którą czuł co dzień w spojrzeniach mieszczan, konfratrów z Dworu Artusa i Ratusza, w gestach patrycjuszy z Głównego Miasta. W szeptach złośliwych przekupek i kumoszek, obgadujących na Długim Targu członków Rady Miasta, Ławy i ordynków, począwszy od ich matek, a skończywszy na dziadach, babkach i pradziadach. Znających lepiej wszystkie grzeszki, zdrady, anatemy i ukrywane skrzętnie bękarty możnych niż archanioł Gabriel ważący ludzkie grzechy na szali dobrego i złego na Sądzie Ostatecznym. Dickmann wciąż słyszał wokół siebie szepty, krzyki, jazgot, złośliwe mamrotanie, że to, co stało się Elżbiecie, jest karą za grzechy, dopustem bożym, predestinare czy co tam jeszcze mogli wymyślić patrycjusze i pospólstwo – zgodnie: katolicy, lutrzy i kalwini. A wszystko dlatego, że on, ubogi szyper z dalekiego Delft w Zjednoczonych Prowincjach, pojął za żonę możną wdowę po Joachimie Weście, armatorze, panującym nad dziesięcioma fluitami i dwoma kantorami, ale nie nad sercem swej małżonki. Co gorsza, to sama Elżbieta wybrała właśnie jego, odrzucając precz umizgi mieszczańskich synków i starców, którzy nawet na łożu śmierci ściskali w dygocących dłoniach dublony, floreny i czerwone złote. A to już było novum jak Gdańsk Gdańskiem. Owszem, zdarzało się, że wzbogaceni patrycjusze brali biedne żony, a bogaci mieszczankowie wydawali córki za mąż za zubożałych polskich szaraczków, których skrypty dłużne były dłuższe niż ich szlacheckie wąsy. Wszak nawet Maurycy Ferber poślubił kiedyś Annę Pilemann wbrew woli rodziców, od czego miasto zadrżało w posadach. Kłopot jednak w tym, że wybranką Arendta była niewiasta z rodu Uphagenów. Z tych Uphagenów, dodajmy, czyli z mieszczan, którzy choć nie szczycili się nigdy sławą czy wojennym męstwem, to przecież trzymali krzepko w garści trzy kamienice tudzież pięć kantorów, co w tym mieście i w tym czasie znakomicie wystarczało na pokrycie wszelakich niedostatków odwagi. Tuczyli się wekslami, lichwą, borderiami jak robactwo na kołnierzu żebraka – z nazwisk ich dłużników złożyć można było całą Biblię ze Starym i Nowym Testamentem, a wekslami wybrukować gościniec z Gdańska do Warszawy. Imię zaś tych, którym skrzywili żywoty, wysłali na bruk i do ciemnicy za długi, pisało się legion.

Nie dziwota tedy, że kiedy bogata i posażna młoda wdowa z Uphagenów wybrała za męża nieznanego żeglarza, stało się tak, jakoby dała siarczysty policzek całemu miastu wzbogaconych dusigroszy.

Gdańsk o tym nie zapomniał. Wówczas, przed laty, w dniu ślubu Dickmannów wystawił im weksel z odroczoną płatnością. A teraz, gdy spadło na nich nieszczęście, zażądał procentów, o jakich nie śniło się najbardziej zajadłemu z dusigroszy. Dlatego drzwi kamienic zamykały się z trzaskiem przed Dickmannem, a zza papierów dłużnych nie widział słońca. A jeśli nawet przezierało na chwilę, natychmiast zasłaniali je wierzyciele i lichwiarze, kupcy i aptekarze, którzy dobijali się do wrót jego kamienicy przy Świętego Ducha jak grzesznicy do bramy strzeżonej przez Świętego Piotra. Szczęściem wrota kamieniczki były grube i okute żelazem, okiennice zaś zamknięte na głucho. Dlatego tylko czasem zdarzali się tacy, którzy brali szturmem furtę, przebijali się szarżą – niby polski jeździec – przez ostróżki hożej i rozłożystej Annette, atakowali schody, a czasem docierali nawet do drzwi sypialni, aby spotkać się ze znużonym, ale twardym wzrokiem Arendta Dickmanna. Który pomimo dźwiganego na karku szóstego krzyżyka stawiał im czoła niczym ostatni szwedzki pikinier spod Kircholmu. I jak do tej pory odnosił zawsze zwycięstwa.

Lecz teraz czekała go przeprawa trudniejsza niż wszystkie poprzednie...