Czarna szablaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czarna szabla
Czarna szabla
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Czarna szabla
Czarna szabla
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Epigraf

Wilczyca

Jeruzalem

Pod Wesołym Wisielcem

Nobile verbum

Biesy polskie

Książki Jacka Komudy wydane nakładem naszego wydawnictwa

Jacek L. Komuda

Karta redakcyjna

Okładka


Co za świat, co za świat! Groźny, dziki, zabójczy.

Świat ucisku i przemocy.

Świat bez władzy, bez rządu, bez ładu i miłosierdzia.

Krew w nim tańsza od wina, człowiek tańszy od konia...

Kogo nie zabił Tatarzyn, tego zabił opryszek, kogo nie zabił opryszek, zabił go sąsiad...

Władysław Łoziński „Prawem i Lewem”

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wilczyca

1. Infamis w opałach

Chędoży ją już?

– Jankiel nie dał znaku!

– Cicho, chłopy! – syknął Kołtun, rozpychając się w tłumie. Smarknął na ziemię z prawej dziurki, otarł nos dłonią, a dłoń o poszarzałą watowaną siermięgę. Potem popluł w ręce i złapał stylisko siekiery. – Zaraz wylizie, mówię wam. Jak wychynie, to go w łeb. W łeb, chłopy! Walić ile wlezie!

Przytulili się do nieheblowanych bali, skulili w podsieniach żydowskiej karczmy przy głównym rynku w Lutowiskach.

– Oj, strach – wyszeptał nabożnie Iwaszko i przeżegnał się po prawosławnemu, z prawa na lewo. – Ślachcic to przecie, panocek jasny. A kto na pana rękę podniesie, tego w Przemyślu konikami rozrywają, a mistrz małodobry skórę drze i członki ćwiartuje...

– Jaki on tam ślachcic – żachnął się Kołtun i z niepokojem stwierdził, że tłumek chłopów wyraźnie się zmniejszył. – Wywołaniec, psi syn! Samem słyszał, jak go obwoływali na rynku w Przemyślu. Takiego zabić nie grzech!

– Straszny on! – mruknął Janko, muzykant z karczmy Jankiela. – Charakterny chłop. A jak hycnie, jak szablą wywinie, zaraz głowy spadną. Spadną głowy, oj, mówię!

– Bacz, cobyś się w gacie nie posrał. A co on – diabeł?

Znów ktoś odłączył się od gromady. Kołtun zaklął z cicha.

– Nagroda za niego jest, słyszeliśta? Dwa tysiące czerwonych daje pan starosta Krasicki. Widzieliście tyle złota naraz, psiejuchy?

– Dwa tysiące? Boże miłościw. To ile to by za to rzepy było! – rzekł przygłupi Chochoł, który służył w stajni u Jankiela za miskę strawy i znoszony przyodziewek. Pochylił drewniane widły i nasunął mocniej na oczy futrzaną czapę.

– Rzepy? Do końca życia słoninę żreć będziesz, kpie!

– A ja wam mówię, czart to prawdziwy. Oczy jak u leszego płonące, pazury jak u brukołaka...

– Bacz ty pod nogi, czyś se łapci nie ojszczał – zadrwił Kołtun. – Sprawdź, czy ci do chałupy nie hycnął i twojej Jewki nie swadźbi! W łeb walić, powiadam, ile wlezie. A jak na ziemię padnie, to sprawdzić, czy dycha, i zaraz go w łyka wiązać! A ty, Janko, ode drzwi odstąp, bo tchórzy nam nie trza. Sami się nagrodą podzielim.

– Cisza! – syknął Iwaszko. – Baczcie, czy Jankiel znak daje.

Z tyłu załomotały końskie kopyta. Kołtun poczuł, jak chłopi skuleni za nim zaczynają przyciskać go do drewnianej ściany karczmy. Ktoś jęknął, ktoś inny uciekł; Kołtun usłyszał oddalające się kroki. Odwrócił się i zamarł.

Przed karczmę zajechało trzech jeźdźców. Powoli zsiadali z wierzchowców, wiązali rumaki do koniowiązów. Ruszyli w stronę budowli, nie zważając na kupy końskiego i krowiego nawozu, idąc na wprost przez wielką kałużę gnojówki. Szli na Kołtuna, a na ich widok chłopi rozsuwali się na boki, umykali chyłkiem za karczmę albo za sągi z drewnem. Kołtun od razu zrozumiał, z kim ma do czynienia. To byli lepsi goście, a nie zwykłe chłopy z Lutowisk czy Hoczwi... Bryganci z gościńca albo szlachetnie urodzeni grasanci. A może nawet wolontarze z jakiejś chorągwi kwarcianej...

Pierwszy z nowo przybyłych był niski, zgarbiony, z przetrąconym, krzywym nosem. Jego ślepia, przypominające oczy drapieżnego ptaka, spoglądały chytrze spod zbyt dużej, opuszczonej na czoło zardzewiałej misiurki. Było w nich tyle pogardy, dumy i zuchwałości, że pod Kołtunem ugięły się nogi. Przy boku szlachetki wisiała ogromna szabla w czarnej, inkrustowanej srebrem pochwie, puginał i pistolet. Żupan miał obdarty, brudny i wręcz utytłany w gnoju i błocie. Jednak słońce odbijało złote blaski od wypolerowanego ryngrafu z Matką Boską na szyi swawolnika. Drugi z brygantów był wysoki, chudy jak chmielowa tyka, odziany w krótki rajtrok i rajtarskie buty sięgające powyżej kolan. Długie, natłuszczone wąsy opadały mu aż do ramion. Pierś przecinał pas od zarzuconego na plecy bandoletu, a przy boku kołysał się ciężki pałasz zakończony ozdobnym, aczkolwiek zardzewiałym koszem. Trzeci był młodszy, wysoko podgolony i odziany w żupanik z samodziału. Jego twarz szpeciły blizny i krosty od francuskiej choroby.

– Co tu robicie, chamy?! – zagadał ten w misiurce, zionąc złością i piwem. – Czekacie na kogo? A może na czatach warujecie?

Tłumek chłopów przerzedził się już mocno. Kołtun stwierdził z niepokojem, że pozostało przy nim jedynie kilku najodważniejszych, a i ci odsuwali się wolno na bezpieczną odległość.

– Ty! – rzucił wściekle brygant w stronę Kołtuna. – Ty nam powiesz. Jestli w karczmie możny szlachcic?

– A ty dokąd, chłopie?! – krzyknął wysoki w stronę Janka muzykanta, który chciał umknąć bokiem. – Siedź na rzyci, kiedy pan pyta!

– Darujcie zdrowiem, panockowie jaśni! – zawył Janko i padł na kolana. – Powiem, powiem, wszytko powiem!

– Jestli w karczmie pan Białoskórski? – głos konusa był nawykły do rozkazywania. Kołtun zrozumiał w lot, że naprawdę nie warto było mu się sprzeciwiać. – Gadaj, bo oćwiczę! A wcześniej sam nam w zębach knuta przyniesiesz.

– Jako żywo! Jako żywo! – zakwilił Janko. – Wszytko powiem, jeno nie bijcie! Pan Białoskórski jest w alkierzu. Nynie Jadźkę chędoży. Albo już przechędożył... – dodał ciszej muzykant.

Szlachcice spojrzeli po sobie i zarechotali głośno. Wysoki podkręcił wąsa.

– Do domów, chamy! – warknął niski. – A jak mi który z chałupy wylezie, pasy będę drzeć!

Nie musiał tego dwa razy powtarzać. Chłopi rozpierzchli się jak stado kurcząt. Chochoł pośliznął się, łapcie rozjechały się pod nim w błocie i rymnął jak długi, waląc łbem w koniowiąz. Iwaszko złapał go za ramię, poderwał na nogi.

– No, mości panowie! – rzekł francowaty. – Szable poluźnijmy i do roboty!

– Ot i pogawędzimy z Białoskórskim.

Wysoki popluł w ogromne dłonie i chwycił pałasz. Ten w misiurce złapał za szablę. Ruszyli do drzwi. Francowaty otworzył odrzwia kopniakiem, a potem wszyscy wpadli do środka.

Kołtun wyjrzał zza węgła. Przycupnął i wytężył słuch.

– Bij! Zabij! – ryknął jakiś głos w karczmie. Kołtun usłyszał łomot, od którego włosy stanęły mu dęba, świst szabel, brzęk zderzających się ostrzy, łoskot przewracanych stołów, ław, tłuczonych mis i Bóg wie czego jeszcze.

– Z lewej, Ruksza! Z lewej! Bij. A równo!

Ktoś zacharczał głośno, zwalił się z łoskotem na ziemię, a dźwięk zderzających się ostrzy zabrzmiał ciszej.

– Psi synuuuu! – zawył jakiś głos. Kołtun zadrżał, gdy rozpoznał, że krzyczał najmniejszy ze zbójeckiej kompanii.

Głos przeszedł w jęk, potem w charczenie i wszystko ucichło. Kołtun poczuł, że zimny pot zrosił mu czoło. Ramiona zadygotały.

We wnętrzu karczmy odezwały się kroki. Nagle drzwi otwarły się ze skrzypieniem. Chłop zamarł...

W wejściu stał mały szlachetka ze złamanym nosem. Był bez szabli, obiema rękami trzymał się za brzuch. Z okropnej rany tryskała krew, spływała na żupan, na błoto, na safianowe buty...

Szlachcic zrobił sztywny krok, potem drugi, jeszcze jeden... Kołtun dojrzał w jego oczach śmiertelną bladość. Brygant zachwiał się, padł na kolana w kałużę gnojówki, a potem zwalił twarzą w błoto, zadygotał, zacharczał i znieruchomiał.

Kołtun przeżegnał się. Dygotał tak, że zęby dzwoniły mu jak kastaniety. Jednak przemógł się i przestąpił próg. Szedł skulony, zgarbiony, z siekierą w dłoniach. Obszerna sień była pusta. Drzwi do izby gościnnej stały otworem.

 

Kołtun szedł niemal na palcach. Ostrożnie wychynął zza framugi. Zobaczył dużą komorę zaścieloną kobiercami i makatami. Stół był przewrócony, krzesła i ławy porąbane ciosami szabel i pałaszy, dywany zerwane ze ścian. Potłuczone dzbany i srebrna zastawa walały się na podłodze.

Dwóch swawolników leżało na posadzce. Ten najwyższy spoczywał na wznak, cięty przez skroń, pierś i szyję, dygotał w powiększającej się kałuży krwi. Francowaty opierał się o ścianę, a z jego piersi sterczała zakrwawiona rękojeść rajtarskiego pałasza. Kołtun rozpoznał z niepokojem, że był to oręż, który należał do najwyższego z hultajów.

W komnacie przebywał też trzeci mężczyzna. Wysoki, z długimi siwymi włosami, ubrany w żółty jedwabny żupan zdobiony diamentowymi guzami. Leżał oparty o skraj łoża, prawą ręką trzymał się za zakrwawiony bok, a lewą podpierał, chcąc wstać. Jęknął, gdy mu się to nie udało. Kołtun poznał go od razu. To był jaśnie wielmożny pan Maciej Białoskórski, wywołaniec, hultaj i warchoł, który od lat wymykał się starostom i burgrabiom z Ziemi Sanockiej.

Wiedząc, z kim ma do czynienia, Kołtun zadrżał, ale nie uciekł. Stał, dzierżąc w obu rękach siekierę.

Białoskórski dostrzegł go – skinął nań ręką.

– Chłopie – wysyczał – chodź tu!

Kołtun postąpił krok do przodu. A wówczas w jego łbie zabłysła zdradliwa myśl.

Jednym skokiem rzucił się do pana Białoskórskiego. Zamarł, gdy szlachcic spojrzał mu prosto w oczy.

– Przynieś szarpie! – jęknął Białoskórski. – Cyrulika wezwij zaraz...

– Tak, panie! – rzucił Kołtun. A potem jednym szybkim ruchem opuścił obuch siekiery na łeb szlachetnie urodzonego pana brata.

2. Trwoga w Lutowiskach

– Ajajaj! – lamentował Jankiel, trzymając się upierścienionymi rękoma za czarną, postrzępioną myckę na siwiejących włosach. – Ajajaj! Co wy najlepsiego zhobiły!

– Sameś to wymyślił, Żydu! – charknął Kołtun. – Sameś przysłał po nas, Judaszu zatracony! Pomnij, co żeś gadał! Że u ciebie w karczmie pan stoi, co na niego są kondamety...

– Kondemnaty – poprawił Jankiel i złapał się za pejsy.

– Jak żeś gadał! – syknął Kołtun. – Jakeś breszył. Chodźwa, chłopy. Wy, Dolinianie, wy się diabła nie boita. Weźmie szlachcic w łeb obuchem, dobro jego podzielim, a jeszcze nagroda będzie. A teraz co – dudy w miech?!

– Ja dobzie wsiśtko zapamiętałem. Ale tehaz ja się boję. Ja się bahdzo boję, bo ten ślachcic ziw i on nie zapomni, w jaka to kahczma po łbu wzion.

Stali przed podsieniami zajazdu, otoczeni tłumem mieszczan i chłopów. Byli tu niscy, krępi, długo- i czarnowłosi Hyrniacy, przydziani w ciemne siraki, którzy zjechali do Lutowisk na koński jarmark z sąsiednich wiosek – Procisnego i Smolnika. Byli rośli i dumni Lachowie z Doliny w siermięgach, o długich wąsiskach i włosach przystrzyżonych na donicę. Byli Koroliwcy, to jest Rusnacy, którzy przybyli hen, hen zza Osławy. Byli Żydzi w ozdobnych, wyszywanych jarmułkach, w chałatach oraz narzuconych na nie futrzanych giermakach lub kopieniakach. Byli kupcy z Hoczwi, Cisnej i Baligrodu, baby handlujące serem i jajcami, byli bakuniarze zwożący tytoń zza węgierskiej granicy, Liptacy, Cyganie, grajkowie, sabaci, Wołosi i zapewne nie brakowało złodziei. Wśród długich włosów i płowych czupryn, wśród czapek, kołpaków i słomianych kapeluszy widniały wygolone łby Kozaków, kapuzy i bekiesze sabatów, a nawet nieliczne szlacheckie kołpaczki ozdobione piórami i trzęsieniami.

Wszyscy ci ludzie przyszli tu w jednym celu – aby popatrzeć na sławnego infamisa, człeka z piekła rodem, mąciciela, banitę, paliwodę, swawolnika i rębacza. Czyli na pana Białoskórskiego, którego zła sława zajezdnika i okrutnika ścigała cierpliwie przez ostatnie tygodnie po całej Ziemi Sanockiej województwa ruskiego, aż wreszcie ułapiła za posiwiały łeb. Pan Maciej na wpół leżał ze zwieszoną głową, przywiązany do słupa podtrzymującego podsienia. Nie odzyskał jeszcze świadomości i nie słyszał, jak kłócono się o jego osobę.

– Powiadałeś, Żydu, że nagroda jest za jego głowę! – tokował Kołtun. – Mówiłeś, że dwa tysiące dukatów daje za niego pan starosta Krasicki. To płać nam teraz! A nagrodę sobie w Przemyślu odbierzesz!

– Aj waj! To dla mnie ziaden intehes. Ziadna zysk! Sama sthata – biadał Jankiel.

– Bieri szlachtycza, parchu – mruknął Iwaszko po rusku i zasadził palce za pas. – Łem hroszi nam za neho dawaj.

Żyd rozejrzał się stropiony, szukając sprzymierzeńców.

– Wyśta się ślachcica nie bali – wyszeptał. – Tyś sam, Kołtun, gadał, że go za łeb weźmiesz, a jak sobie gorzałki popijesz, to ci i diabeł, i bhukołaki niesthaszne. To wy go sobie tehaz zabiehajcie! Ot, mądhe się znaleźli. Ślachcicowi w łeb dali, a jak co, to wsiśtko na Zida! Bo Zidy wsiśtkiemu winne. A my prziecie ziadne Tuhki. Ziadne Tatahy, ale wasi stahsi bhacia w wiezie.

– Powoli, powoli. Nie spiehajcie się, ludzie. Jest i na to hada – zagadał Moszko z Tyczyna, Żyd z pejsami zaplecionymi w warkoczyki, zwany Tyczyńskim lub Umnym, gdyż pisywał regestra celne w Cisnej. – Tzieba odstawić Białoskóhskiego do Psiemyśla, do pana stahosty.

– A kto pojedzie? – zagadał Jankiel do Kołtuna i Iwaszki. – Ho, ho, ja tu coś mało widzę ochotników. A mozie ja, Zid, mam to ucinić? Bo kunieć kunciów wsiśtko zawsie na Zidów spada!

– Hejże, Kołtun! – rzekł Moszko z Tyczyna. – Ty żeś to gadał, aj waj, żeś hezun i zbytnik. Ty zieś piehwsi za siekiehę złapał. To bierz ślachcica. Twój on i w phawie.

– Bierz, bierz – dorzucił Chochoł, spoglądający chytrze spod baraniej czapy nasuniętej na oczy. – On twój i nagroda twoja. A ja zostanę i koniem się panicza zajmiem. A takoż i ochędóstwo, i sakiewkę wezmę. Żal dać przepadać dobru.

– Weźmiesz, ale kopa w rzyć! – warknął Kołtun. – Wy kurwe syny! Wy chamy łajnem w srakę chlastani! Dobro brać toście pierwsi, ale łba nadstawić to nie lza! Weźmiecie dobytek pana, a mnie wyprawicie do grodu i do cerkwi pójdziecie tropariony odmówić, żeby mi Białoskórski na gościńcu łeb urwał! Żebym nie wrócił i o udział w łupach was nie turbował! Wara, powiadam! Wara ode mnie. A jak wam źle, to wychodźcie, po kawalersku, na kłonice.

Zapadła cisza. Kołtun nie przesadzał. Wszyscy pamiętali, że nie dalej jak na Trzech Króli pociął i poharatał strasznie węgierskiego Cygana, który chciał ukraść jego wołu.

– Parol, chamy!

Na dźwięk tego bezlitosnego głosu wszyscy zadrżeli. Kołtun obejrzał się zdjęty trwogą. Nogi ugięły się pod nim.

Białoskórski spoglądał wprost na niego. Chłop drżał przeszywany spojrzeniem wyblakłych niebieskawych oczu szlachcica. Infamis dźwignął się z ziemi, jęknął, gdy odezwała się świeża rana na boku. Szarpnął rękoma przywiązanymi do słupa podtrzymującego podsienie karczmy. Wyprostował się, stanął na nogach. Splunął.

– Chamy! – powiedział spokojnie, niegłośno. Na placu zrobiło się cicho. Chochoł i kilku strachliwych chłopów przeżegnało się.

– Ty! – Białoskórski spojrzał na Janka muzykanta. – Rozwiąż mnie!

Janko aż przysiadł.

– Ani się waż! – jęknął Kołtun. – Ani go tknij, psi synu!

– Nnnie, panie. Nniiee – wyjąkał Janko. – My cię do starosty zawieziem. Do Przemyśla.

– Wy chamy, kozojebce, sucze łajna! – wycedził Białoskórski jakby zdziwiony. – Co to ma znaczyć? Jak śmieliście podnieść swoje chamskie łapy na szlachetnie urodzonego pana brata!

– Ty, panie, nie krzycz – rzekł Kołtun. – Tak i my się nie boimy. My w prawie, a ty nie. Tyś nynie nie żaden ślachcic, ino wor i szelma, a my chłopki uczciwe a pracowite.

– Constitutio anno tysiąc pięćset dziewięćdziesiąt jeden stanowi – dorzucił obeznany z prawem Moszko – że wywołańca zabić bez kahy moźna.

– Moszko praw! – rzekł Iwaszko. – Kto by infamisa zabił, nagroda w złocie będzie.

– Nagroda... Racja. Jeno że najpierw mnie do starosty odwieźć musicie. Do Przemyśla. A do tego dużo czasu upłynie. Bardzo dużo...

Zapadła cisza.

– A do tego czasu – gadał Białoskórski, a głos jego był bezlitosny – do tego czasu i popiołów z Lutowisk nie zobaczysz.

Tłum ochnął i cofnął się. Tylko Kołtun i Iwaszko zostali na miejscu.

– Pół dnia drogi stąd bawi moja kompanija – ciągnął Białoskórski beznamiętnym głosem. – Jak się zwiedzą o tym, coście uczynili, zjadą tu w gościnę. I popasają długo. A was, chamy, za koniem włóczyć będą i na progach chałup wywieszą.

– Słowa to jeno, panie, słowa...

– A dla ciebie, chamie – bezwzględny wzrok Białoskórskiego spoczął na Kołtunie – specjalną ceremonię odprawimy. Wygodzimy ci lepiej niż mistrz Jakub zbójowi Sałacie we Lwowie, a śmierci będziesz wypatrywał jak nadobnej dziewki...

Kołtun zbladł, skulił się, zmalał.

– Ale nie musi się tak skończyć ta compactia. Rozwiążcie mi więzy i wypuśćcie, a daruję was zdrowiem.

– Nie wierzcie, chłopy! – syknął Kołtun. – On, psia mać, i tak tu wróci. Ziemię a niebo ostawi!

– Nagroda za niego jest – syknął Chochoł. – Do starosty z psim synem!

Chłopi zaszumieli, zawahali się.

Białoskórski roześmiał się zimnym, lodowatym śmiechem. Coś zarzęziło mu w płucach. Zacharczał i splunął krwią pod nogi.

– Kto? – rzucił drwiąco. – Kto z was, chamy, gównoroby, odwiezie mnie do Przemyśla? Kto ośmieli się rękę na mnie podnieść? Jest ktoś taki? Niechaj wystąpi i pamięta, że jeśli potem wpadnie w moje ręce – będę go za koniem włóczył. I jak węgorza obedrę ze skóry.

– Możemy przecież tylko po stahostę posłać – pisnął Moszko. – A sami zaczekamy na pachołków.

– Poślijcie – zaśmiał się Białoskórski. – Do Przemyśla trzy dni drogi. A jak wieczorem do mej kompanii nie wrócę, zaraz zaniepokoi się pan Ramułt o życie towarzysza. A jak się zaniepokoi, to skrzyknie pana Krzesza i pana Taranowskiego, i pana Zbroję i ciepło wam się zrobi. Tak ciepło, że wody w Sanie nie starczy, coby się ochłodzić.

– Przecie możemy go ubić – rzucił Iwaszko. – Martwego łatwiej dowieziem...

– Chybaś z uma zszedł! – warknął Kołtun. – Nie godzi się związanego zabijać. Ja kmieć, ale honor i fantazję mam!

– Za ziwego więksia naghoda – wtrącił Moszko.

– Na co khęcić, na co chodzić! Nie ma co tu hobić – rzekł Jankiel. – Tzieba zawieźć pana Białoskóhskiego do stahosta. Do Psiemyśla. Ja sam konie dam tym, co zawiodą. I spyzię na dhogę. Kto odwaźny?

Jakoś nikt się nie zgłosił.

– No, co wy jeście chcieć od biednego Zida? Ja jestem phosty Zid. U mnie nie ma ziadna odwaga. U mnie handele, handele. U mnie kahczma. I dzieciska... I ani jednego talaha.

– Kto zawiezie pana Białoskórskiego do Przemyśla? – zapytał Kołtun. Powiódł spojrzeniem po twarzach swoich kompanów. Spuścili głowy. Chochoł skulił się i wycofał tyłem. Iwaszko patrzył w ziemię, a Janko muzykant spocił się ze strachu.

Białoskórski parsknął krótkim, urywanym śmiechem. Rozkaszlał się, zacharczał, splunął krwią.

– Coś nie ma ochotników, Kołtun – wydyszał szlachcic. – No, rozwiążcie mnie i będzie po sprawie...

Znów zapadła cisza.

– Jak mnie nie puścicie, będę was, chłopy, za koniem włóczył. A z ciebie, Kołtun, chamie zatracony... Z ciebie skórę zedrę... Wiesz, jak to się robi po moskiewsku? Ot, polewa wrzątkiem i lodowatą wodą na przemian, aż skóra odejdzie.

Zapadła cisza. Chłopi i mieszczanie odsuwali się w tył, spuszczali głowy. Tłum się przerzedził.

– Nikt się nie zgłasza?! – syknął Kołtun. – Jak to? Tacyście mądrzy? Zaraza was! Toż to zbój i swawolnik. Jak go wypuścicie, będzie na kupców napadał, wioski i dwory palił. Chłopów wieszał i piekł na ogniu. Ręce i nogi piłą odrzynał... Puścicie go wolno? Darujecie mu, charakternikowi? On i tak tu wróci i wnet was wyreże!

Nikomu nie było w głowie nadstawiać karku.

– Wam nie karmazyny i żółć, nie indygo czy błękit, ale gówno na kapotach nosić! I to wam powiem – rozdarł się Kołtun – że Dydyńskiego na was trzeba!

– Ja pojadę!

Z tłumu wystąpił młody szlachetka. Zupełny gołowąs, który tak na kaprawe oko Kołtuna liczył może szesnaście, może siedemnaście wiosen. Odziany był w czerwonawy, spłowiały żupanik z taniego falendyszu, przepasany czarnym, wyświechtanym pasem, na którym wisiał chudy trzos i batorówka, będąca w użyciu chyba jeszcze za króla Stefana. Broń miała długi jelec, szeroki, migdałowy kapturek i rękojeść oplecioną poszczerbioną taśmą. Szabla nie była jednak zardzewiała, ale czysta i błyszcząca. Wydawało się, że to jedyny majątek młodego, biednego szlachetki, którego rodzice siedzieli zapewne gdzieś pod Sanokiem, Sandomierzem czy Lwowem na spłachetku ziemi lub którejś tam części kolokacyjnej wioszczyny, gdzie na pięciu szlachetków przypadało po pół chłopa. Młodzieniec miał miłą, rumianą twarz, której nie zdążyły jeszcze zeszpecić blizny, ślady pijaństwa i rozpusty. Gdyby miał warkocze, wyglądałby całkiem jak nadobna dzieweczka.

 

– Sławetni mieszczanie Lutowisk – rzekł z namaszczeniem – jestem Janusz Gintowt, herbu Leliwa. Ja odwiozę pana Białoskórskiego do Przemyśla.

– Młodzi jesteście, panie – rzekł Moszko. – Nie podołacie...

– Ech, co mi tam! Nie mogę patrzeć, jak krzywda się dzieje. Skoro nikogo w tym siole nie ma, kto by się nie lękał wywołańca, tedy ja pójdę! Kiedym z domu wyjeżdżał, dziaduś rzekł mi, cobym krzywdzicieli i łotrów karał, jako prawy szlachcic i rycerz, bo ze znamienitego rodu pochodzę.

– Szlachetniście, panie, ale sami jesteście. A jak wam Białoskóhski ucieknie?

– Gdzieżby uciekł!

– Kto jeście odwaźny, kto się zgłasia?!

Moszko powiódł wzrokiem po zgromadzonych na rynku ludziach. Nikt nie wystąpił z tłumu, nikt się nie poruszył.

– Nie trzeba. – Gintowt podciągnął wyżej opadający pas. – Nie trzeba, sławetny człecze. Sam pójdę. Wy, zacni ludzie, już dosyć zrobiliście jak na swój stan ubogi.

– Jjjjjja-a-a-a-a-a się zgła-a-a-asza-a-a-m – wystękał jakiś głos. Z tłumu wystąpił bosy starowina z przechyloną na bok głową. Jego ręce trzęsły się, podobnie jak broda. Z trudem bełkotał słowa, a dokoła rozchodziła się mocna woń gorzałki.

– Ty? – Kołtun, obaj Żydzi i pozostali chłopi wytrzeszczyli oczy. – Ty, Hrehory, chcesz jechać?

W tłumie odezwały się śmiechy. Hrehory zwany był częściej Horyłką z prostego powodu: rzadko widywano go trzeźwym. Żył w Lutowiskach, odkąd pamiętali najstarsi ludzie. I odkąd sięgali pamięcią, zawsze pociągał gorzałkę, spał w błocie i gnoju na mniejszym lub na większym rynku. Nie wiadomo tylko, skąd brał grosze i szelągi na coraz nowe kwaterki wódki osuszane pod płotami lub w podsieniach obu żydowskich szynków w Lutowiskach.

– Ja czekał i cze-e-e-ekał. J-a-a-a-a... Wydeł. Nikt nie wy-y-y-ystąpił... My-y-y-y-yślałem, ty, Kołtun, pójdziesz... A-a-a-ale nie chce-e-e-esz... No to ja... Mnie ni-i-i-i-ic nie zro-o-o-o-obi Bia-a-a-ałoskórski.

– Nie wstyd wam, chłopy? – zakpił Moszko z Tyczyna. – Ziaden z was jajec nie ma! Do gorziałki toście piehwsi, a gdy infamisa trzeba katu wydać, to stahy gorziałecznik więcej ma ikhy!

Iwaszko splunął zamaszyście na ziemię. Roztarł ślinę na proch.

– Idu! Trastia tebe mordowała, Żydu!

Jankiel otarł pot z czoła. Iwaszko spojrzał na Janka.

– A ty co, grajku, zostajesz? Przecie twoją mać szlachcic chędożył, to i fantazję powinieneś mieć pańską!

– Ty muzykanta zostaw! – zakrzyknął Jankiel przestraszony, że straci najlepszego grajka w Lutowiskach. – Aj waj! To talent! Talent samohodny. Zial, co by na thakcie po dhodze skapiał. Was, chamy, nie szkoda, boście diabła wahci, ale muzykajłę mojego dajcie spokój!

– A ty? – Iwaszko spojrzał na Kołtuna.

– Idę, idę. Inaczej nagrody i na świętego Marcina nie zobaczę.

– Jak mamy ruszać, to szybko – powiedział pan Gintowt. – Zaraz zrobi się ciemno. Dziaduś mój mawiał, że co się do wieczora odwlecze, to do jutra uciecze.

Gintowt mówił prawdę. Słońce już się przechyliło ku zachodowi, zniżyło ku wierzchołkom Otrytu porośniętym wiekowymi borami. Cienie wydłużyły się.

– Chochoł, konie kulbacz! – pisnął Jankiel. – Suchahów dawajcie, dhyjakwi, wędzonki i gorzałki!

Gintowt podszedł do Białoskórskiego, sprawdził więzy na rękach więźnia. Położył dłoń na rękojeści szabli.

– Panie Gintowt – odezwał się Białoskórski – po kiego diabła chcesz być bohaterem tej wioszczyny? Jutro łyki i chamy zapomną, kim byłeś... A pojutrze, gdy ranny pomocy będziesz szukał, sakiewkę oderżną i kłonicami zatłuką!

– Trudno to waszmości zrozumieć, ale ktoś musi bronić sprawiedliwości...

Białoskórski obrzucił uważnym spojrzeniem chudopacholski żupan młodego szlachetki, jego starą szablę odziedziczoną bodaj po pradziadach, znoszone buty, z których lada moment mogła wyjść słoma.

– Śmiałyś, szaraku. Poniechaj mnie, a żyć będziesz!

– Jakem z domu wyjeżdżał, coby służby szukać – Gintowt uśmiechnął się tajemniczo – przyrzekłem rodzicielom słabszych bronić. No i proszę, ledwiem w pierwszej wiosce stanął, zaraz krzywdziciela zdybałem. To się ucieszy dziadunio i rodziciele. A ty odpuść mnie, panie, po chrześcijańsku. Ja do ciebie nic nie mam, jeno powinność wykonuję. Odpuścisz?

Białoskórski zacharczał, a potem zaczął pluć krwią.

– Zapłacę. Dobrze zapłacę!

– Nic z tego.

– Do piekła pójdziesz ze mną. Zabiorę cię na sam dół, tam gdzie ósmy krąg diabłów.

Gintowt zbladł. Splunął, przeżegnał się, a potem odwrócił i odszedł do koni. A Białoskórski nagle pomyślał, że chyba skądś zna oblicze młodzika.

3. Na Ostrym

Zmrok zapadł szybciej, niż się spodziewali. Ledwie wyjechali z Lutowisk i poczęli wspinać się na porośnięte lasem zbocza Ostrego, czerwone słońce przechyliło się ku połoninom, zniżyło ku stokom Bieszczadu. Za sobą mieli dolinę, wioskę, a za nią mroczny wał gór, wyraźnie odcinający się od płonącego szkarłatem nieba. To był Otryt zarośnięty bukowym i świerkowym lasem, a w dolinach między jego zboczami zalegały mgły. Znacznie dalej, za doliną Sanu, w której rzeka pieniła się na skalnych głazach i kamienistych progach, wznosiły się posępne, tonące w lekkiej mgiełce Dwernik i Smerek, szczyty werchowiny Wetlińskiej i Caryńskiej. Teraz, wczesną wiosną, jeszcze okrywał je śnieg, topniejący z dnia na dzień pod coraz cieplejszymi promieniami słońca. Lasy poniżej posępnych grani były szare i zielone, łąki i zagajniki odznaczały się plamami żółci, czerni i szarości, a strumienie zasilane topniejącym śniegiem spływały w dół jak srebrzyste wstążki. Wiosna roku Pańskiego 1608 nadeszła wcześnie. Już pod koniec lutego stopniały śniegi na polach, wysoko w górze nawoływały się jastrzębie, ptaki wracały z dalekich stron, a dzikie gęsi ciągnęły na północ kluczami.

Zatrzymali się na kunak na Ostrym. Gintowt wyszukał na noc miejsce pod osłoną trzech zrośniętych, powykrzywianych buków. Dokoła rosły wysokie, suche trawy; pierwiosnki, lilie i pełniki tuliły płatki do snu. Z dolin potoków – Czarnego i Głuchego, dochodził tajemniczy szmer wody. Chłopi rozpalili szybko niewielkie ognisko, Horyłka rozkulbaczył konie, a Gintowt obszedł okolicę z szablą w ręku. Miejsce było dobrze osłonięte i oddalone od drogi. Nikt nie powinien zobaczyć ich z traktu ani poczuć swądu z ogniska. Pomimo to jednak Gintowt postanowił być ostrożny. Wszak w każdej chwili kompania Białoskórskiego mogła upomnieć się o swojego herszta.

– Hej, szaraczku, każ mnie rozwiązać – rzucił hardo infamis, kiedy zsadzono go z konia i położono przy ognisku. – Czas na wieczerzę, a ja nie będę jadł z ziemi jak pies.

– A kto waszej mości powiedział, że jadło dostaniesz?

– To nie wiesz, że więźnia trzeba po chrześcijańsku wspomagać? Policzą ci za to w niebie dobry uczynek, panie bracie. A gdy uciułasz ich więcej, to żywcem do raju pójdziesz.

– Jak ja waszmości rozwiążę – zatroskał się Gintowt – to wasza miłość uciekniesz.

– Dam słowo.

Horyłka, Kołtun i Iwaszko wyciągnęli już z sakwy suchary, wędzonkę, suszoną kiełbasę i bukłak z gorzałką. Zajadali je przy ogniu, krztusząc się i bekając.

Gintowt przeżegnał się.

– Dziaduś mówił, coby nad krzywdzicielami litości nie okazywać. Zwłaszcza nad takimi, co Najświętszej Panienki nie mają w poważaniu. Myślę jednak, że waszmości w Przemyślu ugoszczą godnie... ale na pewno nie tym, co by waści w smak pójść mogło. A więc... dobrze. Posil się z nami.

Gintowt wyciągnął pistolet Białoskórskiego, podkręcił zamek i podsypał prochu na panewkę.

– Kołtun! Przetnij więzy na rękach.

– Wasza mość, to dyjabeł – zaprotestował chłop. – Wydusi nas wszystkich, gardła poprzegryza!

– Powiedziałem!

Głos młodego szlachetki zmienił się. Teraz był groźny i bezlitosny. Kołtun rad nierad posłuchał – przeciął nożem więzy na rękach infamisa. Białoskórski zaśmiał się, usiadł, roztarł zdrętwiałe przeguby rąk, a potem porwał pęto suszonej kiełbasy i zaczął zajadać ze smakiem. Gintowt usiadł na wprost niego. Mierzył z pistoletu w wywołańca.

– Za co ty mnie, szaraczku, tak nie lubisz? – zapytał Białoskórski z pełnymi ustami. – Nie wychędożyłem ci dziewki, nie czyniłem takoż sodomii z twoim dziaduniem.

Gintowt nic nie odpowiedział.

– Pytałem – warknął swawolnik. – A jak kto pyta, grzeczność nakazuje odpowiedzieć, panie hetko z pętelką!

– My się już znamy, panie.

– Tak? A to skąd?

– No, jakże to, nie poznajesz mnie, wasza wielmożność? – zapytał Gintowt odmienionym głosem. – Wszak widywaliśmy się kiedyś.

– To chyba w zamtuzie i po ciemku, bo oblicza przypomnieć nie mogę.

– Nie, wasza miłość – wyszeptał Gintowt. – Znasz mnie dobrze, choć pamięć ci szwankuje. Ale przypomnisz sobie jeszcze. Na wszystko przyjdzie czas.

Białoskórski drgnął. Zdało mu się, że w głosie tamtego zabrzmiała groźba. Uśmiechnął się szyderczo do Gintowta. Podciągnął nogi i chciał wstać.