Eri w Mrocznych Górach

Tekst
Z serii: Eri i smok #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Eri w Mrocznych Górach
Eri w Mrocznych Górach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,85  43,88 
Eri w Mrocznych Górach
Eri w Mrocznych Górach
Audiobook
Czyta Agnieszka Krzysztoń
27,95  19,84 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Eri w Mrocznych Górach

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zajrzyj na strony:

I. W Zamku Magów

II. Szkoła szeptuch

III. Kryształowa kula

IV. Na Przedgórzu

V. Bitka na polanie

VI. Pasterze z górskiej wioski

VII. Szeptucha potrzebna od zaraz

VIII. Zaraza

IX. Kowal i jego uczeń

X. Opowieść wyklętego

XI. Powrót do Limy

XII. Pojedynek w przestworzach

XIII. Gdzie jest Miko?

XIV. Taki jak my

XV. Ostatni żmij

XVI. Z tarczą

Notka o autorze

Strona redakcyjna

Zaj­rzyj na strony:

Zaj­rzyj na strony:

www.nk.com.pl


Znajdź nas na Face­bo­oku

www.face­book.com/Wydaw­nic­two­Na­szaK­sie­gar­nia


I. W Zamku Magów

Tę chwilę Eri lubiła naj­bar­dziej – gdy tuż po wscho­dzie słońca wbie­gała krę­tymi scho­dami na szczyt wieży i sto­jąc na oko­lo­nym blan­kami tara­sie, podzi­wiała oko­licę widoczną z Zamku o Czte­rech Wie­żach, zwa­nego też Zam­kiem Magów.

A było na co popa­trzeć! Widok z wyso­kiej wieży, choć oglą­dała go już wiele razy, zapie­rał dech w pier­siach. Na połu­dnie od zam­ko­wych murów roz­cią­gał się bowiem aż po hory­zont groźny, tajem­ni­czy i mroczny Las, znany rów­nież jako Bory Fan­do­riań­skie, z widoczną wypu­kło­ścią Ciem­nej Góry. W zeszłym roku, pod­czas wędrówki w poszu­ki­wa­niu porwa­nego przez połu­dnice małego Miszy, Eri poznała wiele sekre­tów tej pusz­czy. Do tej pory ogar­niało ją wzru­sze­nie na myśl o tych, któ­rych napo­tkała po dro­dze – dobrym Boro­wym, cho­chli­kach Skierce i Grabku, wresz­cie zie­larce Ennie. Zachmu­rzyła się na wspo­mnie­nie walki z Widarą, złą cza­ro­dziejką spra­gnioną wła­dzy nad świa­tem. Nie mogła jed­nak ina­czej postą­pić, jeśli chciała wró­cić do domu z bra­cisz­kiem. Robiło jej się cie­pło na sercu, gdy przy­wo­ły­wała scenę powi­ta­nia: roz­ra­do­wane, pełne czu­ło­ści oczy matki, wycią­ga­ją­cej ręce po oca­lo­nego syna…

Dziew­czynka uśmiech­nęła się do sie­bie, gdyż zawsze ją rado­wało szczę­śliwe zakoń­cze­nie tej przy­gody. Czę­sto wra­cała do niej w myślach, kiedy patrzyła na Las, ponie­waż za nim, za odwieczną pusz­czą, w sąsied­niej kra­inie zwa­nej Przy­le­siem, znaj­do­wał się jej dom, a w nim kochani bli­scy.

Ode­rwała wzrok od mrocz­nych kniei zasnu­tych jesz­cze poranną mgłą i, osła­nia­jąc oczy od słońca, spoj­rzała na wschód – tam roz­cią­gała się Arka­dia, kra­ina paste­rzy, rol­ni­ków i ryce­rzy. Gdzieś tam miesz­kał, zapewne w pięk­nym zamku, dzielny rycerz Tamur ze swoją mał­żonką, rusałką Selimą. Bez wąt­pie­nia żyli szczę­śli­wie, jak zwy­kle ci, co się kochają. Ale Eri zaraz się wzdry­gnęła, bo nie­sforna pamięć pod­su­nęła jej wspo­mnie­nia z wędrówki z jajem smoka: ucieczkę przed wukami, pościg wara­nów, spa­loną zie­mię Szen, spo­tka­nie z sza­lo­nym magiem Widu­kin­dem… choć w trak­cie tej przy­gody spo­tkała też wielu wier­nych przy­ja­ciół: gnoma Kołatka, skrzata Baja­zego, byłego zbój­nika i rymo­pisa Wergi­liu­sza, ryce­rza Kokietkę, wróżkę Ewannę… Bez nich z pew­no­ścią nie zdo­ła­łaby ura­to­wać małego smoka.

Wes­tchnęła z nostal­gią, tak odle­głe wydały jej się tamte czasy. Obró­ciła się na pię­cie, tym razem spo­glą­da­jąc ku zacho­dowi i pół­nocy. Z tej strony Zamek Magów gra­ni­czył z pasmem wzgórz, coraz wyż­szych, które łączyły się z Mrocz­nymi Górami. Kamienne tur­nie pół­ko­li­stym łań­cu­chem się­gały też na pół­noc, aż do Lyrie, raj­skiej kra­iny wró­żek i skrza­tów. Wyso­kie skalne szczyty, wiecz­nie prze­sło­nięte chmu­rami, zawsze wzbu­dzały w Eri obawę, gdy na nie patrzyła. Nie­wiele wie­działa o tej czę­ści świata i pew­nie dla­tego nie lubiła się zbyt długo przy­glą­dać groź­nym wier­chom.

Prze­nio­sła wzrok na zamek, a dokład­nie na Wieżę Mędr­ców, zwień­czoną tara­sem podob­nym do tego, na któ­rym teraz stała. Jej przy­ja­ciel naj­wy­raź­niej zaspał; praw­do­po­dob­nie do póź­nej nocy sie­dział nad księ­gami, co mu się czę­sto zda­rzało. Słońce tym­cza­sem zdą­żyło się w cało­ści wynu­rzyć zza hory­zontu, zale­wa­jąc sie­dzibę magów stru­mie­niami poran­nego świa­tła. Na dzie­dzińcu zaczy­nał się codzienny ruch, poja­wiły się posłu­gu­jące w kuch­niach skrzaty z cebrzy­kami wody czer­pa­nej ze studni, nad komi­nami poka­zały się smużki dymu. Kucha­rze przy­go­to­wy­wali śnia­da­nie dla magów i ich uczniów zamiesz­ku­ją­cych zamek oraz dla całej rze­szy sług. Nawet do znaj­du­ją­cego się wysoko tarasu, na któ­rym stała Eri, dotarł zapach goto­wa­nego mleka i sma­żo­nych na maśle nale­śni­ków. Tak sma­ko­wity, że aż ślinka napły­nęła jej do ust.

Wresz­cie na tara­sie Wieży Mędr­ców uka­zała się szczu­pła chło­pięca postać. Poma­chali do sie­bie wesoło. Tak się witali każ­dego ranka. Ponow­nie mogli się zoba­czyć dopiero po połu­dniu, po zaję­ciach i obie­dzie.

Miko – pod tym imie­niem smok Misza był znany miesz­kań­com zamku – poma­chał jej raz jesz­cze i znik­nął w wieży. Widocz­nie śpie­szył się na śnia­da­nie, po któ­rym zaczy­nała się pierw­sza lek­cja. Razem z kil­ku­na­stoma mło­dymi adep­tami stu­dio­wał taj­niki ludz­kiego umy­słu, gdyż, co Eri już wie­działa, tam tkwił klucz do tajem­nej wie­dzy pozwa­la­ją­cej pano­wać nad siłami magii. Ona też nie mogła dłu­żej podzi­wiać wido­ków – musiała się pośpie­szyć i zejść na dół. W Wieży Szep­tuch nie tole­ro­wano spóź­nial­skich.

*

Schody pro­wa­dziły wprost do bursy, znaj­du­ją­cej się na szó­stym, naj­wyż­szym pozio­mie wieży. Rada Magów uznała naj­wi­docz­niej, że mło­dym kan­dy­dat­kom na szep­tu­chy bie­ga­nie po scho­dach nie zaszko­dzi. Poni­żej znaj­do­wały się pokoje i gabi­nety zaj­mo­wane przez nauczy­cielki oraz prze­ło­żoną szkoły, Ellisę, dostojną i wielce powa­żaną cza­ro­dziejkę, człon­ki­nię Rady. Jesz­cze niżej aż trzy poziomy były zajęte przez sale wykła­dowe i pra­cow­nie, a naj­ni­żej, na par­te­rze wieży, ulo­ko­wano kuch­nię, sto­łówkę i pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze.

Eri zesko­czyła z ostat­niego stop­nia na kamienną posadzkę i zakrę­ca­ją­cym kory­ta­rzem wieży okrą­głej jak wałek do cia­sta podą­żyła do sypialni. Pokój zaj­mo­wała razem z trzema innymi dziew­czę­tami. Ostroż­nie uchy­liła drzwi, ale w środku nikogo nie zastała. Jej współ­lo­ka­torki udały się na poranną toa­letę do umy­walni, skąd dobie­gały oży­wione głosy.

Eri rozej­rzała się kry­tycz­nie po pomiesz­cze­niu. Łóżko pod wiel­kim pro­sto­kąt­nym oknem zaj­mo­wała Bea, wysoka i ładna blon­dynka, córka ryce­rza z Arka­dii. Nie­spe­cjal­nie za sobą prze­pa­dały. Eri uwa­żała, że jej kole­żanka zacho­wuje się wynio­śle, nie­kiedy wręcz aro­gancko, tak jakby sądziła, że ary­sto­kra­tyczne pocho­dze­nie czyni ją lep­szą od innych. Na doda­tek Bea była bała­ga­niarą. Tak jak teraz – przed pój­ściem do umy­walni nie zasłała łóżka. Poduszka leżała na pod­ło­dze, a koł­dra zwi­sała z porę­czy przy wez­gło­wiu. Eri na ten widok sap­nęła z iry­ta­cją. W tym mie­siącu peł­niła funk­cję dyżur­nej odpo­wie­dzial­nej za porzą­dek w sali, ale ani myślała sprzą­tać po tym dobrze uro­dzo­nym nie­chluju. Bea w domu pew­nie miała oso­bi­stą słu­żącą. Eri posta­no­wiła, że zwróci jej uwagę.

Sama umyła się przed wej­ściem na szczyt wieży, teraz więc tylko pode­szła do swo­jego sto­ją­cego pod ścianą łóżka i wygła­dziła nie­znaczne fałdki na sta­ran­nie roz­ło­żo­nej koł­drze. W pokoju poza łóż­kami znaj­do­wały się małe komódki na różne dziew­częce dro­bia­zgi oraz wielka dwu­drzwiowa szafa, podzie­lona na cztery komory, w któ­rej uczen­nice prze­cho­wy­wały ubra­nia i rze­czy oso­bi­ste. Pod­łogę wyko­nano z solid­nych dębo­wych desek, dzięki czemu w pomiesz­cze­niu było nieco cie­plej niż w kom­na­tach poło­żo­nych w cał­ko­wi­cie kamien­nych czę­ściach wieży. Eri przy­była do zamku wio­sną i spę­dziła w nim lato, nie­zwy­kle gorące. Ale był już począ­tek jesieni i dziew­czynka oba­wiała się, że zimą w tych bazal­towo-gra­ni­to­wych murach zapa­nuje dotkliwy chłód.

 

Popra­wiła swoją koł­drę i zer­k­nęła na sąsied­nie, sta­ran­nie zaście­lone łóżko, na któ­rym spała Wiki, kole­żanka pocho­dząca z osady poło­żo­nej w głębi Mrocz­nych Gór, córka owcza­rza, skromna i nie­śmiała, nie­zbyt wysoka i tro­chę pucu­ło­wata. Eri bar­dzo lubiła tę cichą dziew­czynkę, która nie­py­tana rzadko się odzy­wała. Czę­sto jej bro­niła przed uszczy­pli­wo­ściami Bei, gdyż córka ryce­rza lubiła sobie pokpi­wać z potul­nej kole­żanki, jakby zawsty­dzo­nej pocho­dze­niem z ubo­giej rodziny i na doda­tek z osady zagu­bio­nej gdzieś daleko pośród gór. Ludzie z innych krain mieli nie­zbyt dobre zda­nie o zamiesz­ku­ją­cych tam­tej­sze doliny drwa­lach i paster­zach. Uwa­żano powszech­nie, choć nie wia­domo dla­czego, że wielu z nich trudni się zbó­jec­twem, a nie uczciwą pracą.

Bea trzy­mała za to z czwartą loka­torką, Marion, córką zamoż­nego kupca z Lyrie, wesołą i rezo­lutną bru­netką, posia­daczką impo­nu­ją­cej szka­tułki z klej­no­tami. Czę­sto sia­dały obie na jej łóżku i stro­iły się w sznury pereł, bran­so­lety i pier­ścionki. Chi­cho­tały przy tym, zer­ka­jąc w stronę Wiki i Eri, jakby cie­kawe, czy tamte zazdrosz­czą im skar­bów. Ale Eri uwa­żała, że to bez­war­to­ściowe bły­skotki, i z lek­ce­wa­że­niem wzru­szała ramio­nami. Wiele już zdą­żyła doświad­czyć i wie­działa, że tak naprawdę bez­cenne są nie klej­noty, lecz wierni przy­ja­ciele, na któ­rych zawsze można liczyć. Na przy­kład tacy jak Miko.

Obie panny odno­siły się do Eri z nie­ja­kim respek­tem, wie­działy bowiem o jej przy­go­dach i doko­na­niach. W Zamku Magów nie zna­la­złby się nikt, kto by o nich nie sły­szał. Dobrze pamię­tano histo­rię zbun­to­wa­nego czar­no­księż­nika Widu­kinda oraz to, jaki go spo­tkał smutny los, w dużej mie­rze za sprawą małej dziew­czynki z nie­zna­nej osady poło­żo­nej gdzieś za Borami Fan­do­riań­skimi. To spra­wiało, że córka pro­stego cie­śli cie­szyła się wiel­kim uzna­niem i nawet człon­ko­wie Rady Magów odno­sili się do niej z sza­cun­kiem. Nauczy­cielki w szkole szep­tuch nie ukry­wały, że uwa­żają Eri za naj­wy­bit­niej­szą uczen­nicę. Nie w smak to było zwłasz­cza Bei. W Zamku Magów ceniono mło­dych adep­tów za talent i doko­na­nia, nie za uro­dze­nie. Pew­nie dla­tego młoda ary­sto­kratka czę­sto dopusz­czała się wzglę­dem Eri roz­ma­itych zacze­pek; wyraź­nie zazdro­ściła małej cza­ro­dziejce pozy­cji i sławy. Ta z kolei sta­rała się nie zwra­cać na zawistną kole­żankę uwagi i sku­piała się na nauce. Po to prze­cież przy­była do Zamku Magów: aby stać się tak mądrą i pomocną szep­tuchą jak jej pierw­sza nauczy­cielka, Maru­sza.

Na kory­ta­rzu roz­legł się gwar pod­nie­sio­nych gło­sów i w drzwiach sta­nęła Bea, wciąż wycie­ra­jąc ręcz­ni­kiem wil­gotne loki. Jeśli Eri cze­goś dobrze uro­dzo­nej pan­nie zazdro­ściła, to jedy­nie tych wspa­nia­łych wło­sów, dłu­gich jak przę­dza i jasnych jak łan psze­nicy w peł­nym słońcu. Uwa­żała, że są znacz­nie ład­niej­sze od jej wła­snych, przy­po­mi­na­ją­cych lisią kitkę, choć Miko nie­raz zapew­niał przy­ja­ciółkę, że jej rude kosy są piękne i nie ma się czego wsty­dzić.

Na widok Eri Bea uśmiech­nęła się krzywo i zapy­tała z nutką szy­der­stwa:

– No i co tam sły­chać u two­jego chło­paka? Wyzna­li­ście sobie coś cie­ka­wego na tara­sach?

Oczy­wi­ście cała bursa wie­działa o jej poran­nych wyciecz­kach na szczyt wieży.

– Nic ci do tego! – burk­nęła Eri i poka­zała zoł­zie język.

Rycer­ska córka chciała się odciąć, ale w tej chwili roz­legł się dźwięk spi­żo­wego dzwonka. To prze­ło­żona bursy, surowa i wyma­ga­jąca szep­tu­cha Agina, wzy­wała uczen­nice na śnia­da­nie, po któ­rym zaczy­nały się lek­cje. Z poko­jów na kory­tarz wysy­pały się dziew­częta – w szkole uczyło się szes­na­ście adep­tek – i z tupo­tem i śmie­chami zbie­gały po scho­dach na par­ter. Tam w jadalni cze­kały już nauczy­cielki, aby razem z loka­tor­kami bursy spo­żyć poranny posi­łek.

– Jesz­cze się z tobą poli­czę – syk­nęła Bea, po czym cisnęła ręcz­nik na łóżko, zła­pała Marion za rękę i pocią­gnęła ją na kory­tarz.

Do pokoju nie­śmiało wsu­nęła się Wiki. Wyraź­nie cze­kała, aż tamte sobie pójdą. Eri pokrę­ciła z nie­za­do­wo­le­niem głową. Wiele razy jej tłu­ma­czyła, że nie ma powodu do jakich­kol­wiek kom­plek­sów wobec współ­miesz­ka­nek. „W mojej wsi mówią, że nie szata zdobi czło­wieka” – powta­rzała. „O czło­wieku świad­czą chwa­lebne uczynki, a nie korale czy pier­ścionki”. Ale do tej pory nie prze­ko­nała Wiki.

– Chodźmy – powie­działa, bio­rąc ją za rękę. – Szep­tu­cha Agina nie znosi spóź­nial­skich.

I uśmiech­nęła się, bo przy­po­mniała sobie, że Maru­sza też nie lubiła spóź­nień na lek­cje, choćby naj­drob­niej­szych.

Wyszły z pokoju i podą­żyły koli­stym kory­ta­rzem w stronę scho­dów pro­wa­dzą­cych na niż­sze poziomy. Po chwili już zbie­gały nimi w ślad za resztą kole­ża­nek. Docho­dzący z dołu zapach sma­ko­wi­tych nale­śni­ków stał się trudny do znie­sie­nia. Zwłasz­cza dla dziew­czy­nek z pustymi żołąd­kami.

II. Szkoła szep­tuch

Pro­wa­dząca pierw­szą lek­cję prze­ło­żona Ellisa była nawet tro­chę podobna do Maru­szy: wysoka, szczu­pła, ciem­no­włosa, choć zara­zem dużo młod­sza od daw­nej nauczy­cielki Eri, ale rów­nie wyma­ga­jąca. Bar­dzo nie lubiła, gdy któ­raś z adep­tek opusz­czała się w nauce – potra­fiła surowo upo­mnieć, gdy nie usły­szała wła­ści­wej odpo­wie­dzi. Nie­kiedy oka­zy­wała też wyro­zu­mia­łość, lecz tylko jeśli uspra­wie­dli­wie­nie było naprawdę dobre.

W sali zebrało się już sześć dziew­czy­nek – prócz Eri i jej trzech współ­lo­ka­to­rek także bliź­niaczki Maja i Taja, córki kowala z Przy­le­sia, czyli kra­janki małej cza­ro­dziejki. Każda z nich miała oddzielny sto­lik, sie­działy przy nich na stoł­kach poje­dyn­czo, a nie parami jak w innych szko­łach – szep­tu­chy uwa­żały, że uczen­nice są dzięki temu bar­dziej sku­pione, bo nie mają oka­zji do poga­du­szek i figli. Na kamien­nych ścia­nach kom­naty wisiały różne pomoce lek­cyjne, prze­waż­nie wyry­so­wane na per­ga­mi­no­wych arku­szach wize­runki roz­ma­itych istot z krain ota­cza­ją­cych Zamek Magów. W tej izbie wykła­dano bowiem, jak tłu­ma­czyła Ellisa, „histo­rię natu­ralną”, czyli wszystko, co o miesz­kań­cach Arka­dii czy Borów Fan­do­riań­skich powinna wie­dzieć każda sza­nu­jąca się adeptka sztuki uzdra­wia­nia.

Sama Ellisa pod­czas wykła­dów stała przy wyso­kim pul­pi­cie i czę­sto zaglą­dała do roz­ło­żo­nej na nim gru­bej księgi. Zwy­kle zaczy­nała lek­cję od odpy­ta­nia z tego, o czym mówiła na poprzed­nich zaję­ciach. Eri uśmiech­nęła się pod nosem, ponie­waż wczo­raj zapo­zna­wały się z miesz­kań­cami Lasu. A wła­ści­wie to ona opo­wia­dała; mówiła o isto­tach, z któ­rymi się zetknęła pod­czas wędrówki z Mikiem przez Bory Fan­do­riań­skie. Takie dostała zada­nie. Nauczy­cielka, która zer­kała z respek­tem na dziew­czynkę, powie­działa, że co prawda kie­dyś spo­tkała cho­chlika, ale ni­gdy nie zetknęła się z Boro­wym, straż­ni­kiem odwiecz­nej kniei. Dla­tego więk­szą część lek­cji prze­zna­czyła na opo­wieść Eri o Lesie i jego miesz­kań­cach.

– Co potra­fisz powie­dzieć o cho­chli­kach? – zapy­tała teraz Ellisa, wska­zu­jąc Beę.

Rycer­ska córka wzdry­gnęła się, wyraź­nie zasko­czona, że aku­rat ją wywo­łano do odpo­wie­dzi. Na jej twa­rzy poja­wił się wyraz paniki. Eri wie­działa dla­czego – Bea słabo uwa­żała na lek­cjach, czę­sto się roz­ma­rzała, pew­nie roz­my­śla­jąc o pięk­nych suk­niach, błysz­czą­cych kora­lach, dwor­skich balach i tym podob­nych nie­bie­skich mig­da­łach.

– Eeee… cho­chliki… są podobne do kotów – zaczęła Bea i zamil­kła. Wyraź­nie urwał jej się wątek. Spoj­rzała roz­pacz­li­wie na Marion, licząc na pod­po­wiedź, ale ta naj­wy­raź­niej nie­wiele wię­cej o cho­chli­kach wie­działa i tylko bez­rad­nie gapiła się na przy­ja­ciółkę. – Zna­czy się… żyją w Lesie! – wykrztu­siła w końcu Bea.

Prze­ło­żona popa­trzyła na nią z przy­ganą i ciężko wes­tchnęła.

– Tyle to wie­dzą nawet wiej­skie dzieci – stwier­dziła. – Nic wię­cej nie umiesz powie­dzieć o cho­chli­kach?

Bea poczer­wie­niała i spu­ściła oczy.

– Nie, pro­szę pani prze­ło­żo­nej.

– A Eri tak ład­nie o nich wczo­raj mówiła. Poproś ją, aby wie­czo­rem opo­wie­działa ci o nich raz jesz­cze. Jutro przed lek­cjami znowu cię odpy­tam.

Dziew­czynka poczer­wie­niała jesz­cze bar­dziej i rzu­ciła Eri wście­kłe spoj­rze­nie. Nie mogło jej spo­tkać więk­sze upo­ko­rze­nie niż koniecz­ność wzię­cia kore­pe­ty­cji u kole­żanki, któ­rej tak ser­decz­nie nie zno­siła.

Szep­tu­cha gło­śno kla­snęła, aby zazna­czyć, że prze­cho­dzą do wła­ści­wej lek­cji. Palec wska­zu­jący pra­wej dłoni skie­ro­wała w dół i pole­ciła:

– Powiedz­cie mi, co mamy pod sto­pami.

Przez dłuż­szą chwilę pano­wała cisza. Eri też się nie odzy­wała, choć domy­ślała się, jak brzmi wła­ściwa odpo­wiedź.

– Pod­łogę! – pisnęła nie­śmiało Wiki, po czym pra­wie cał­kiem znik­nęła za sto­li­kiem.

Ellisa przy­tak­nęła z lek­kim uśmie­chem.

– Tak, oczy­wi­ście. A pod pod­łogą? Tylko mi nie mów­cie, że niżej są kuch­nia i dzie­dzi­niec.

Znowu zapa­dło mil­cze­nie, aż w końcu Eri posta­no­wiła zabrać głos.

– Pod sto­pami mamy zie­mię, bo my, ludzie, a także inne istoty, żyjemy na ziemi.

Szep­tu­cha z powagą ski­nęła głową na znak, że zga­dza się z tą odpo­wie­dzią.

– To prawda, żyjemy na ziemi… i do tej pory wiele mówi­li­śmy o tym, co się na niej dzieje. Musi­cie jed­nak wie­dzieć, że nasz świat nie ogra­ni­cza się do tego, co na ziemi, co widzimy na co dzień. Niżej, w jej głę­bi­nach, ist­nieje bowiem inny, pod­ziemny świat, w któ­rym żyją stwory, o któ­rych zwy­kli ludzie nie mają więk­szego poję­cia, a o któ­rych my, wie­dzący, mamy wia­do­mo­ści… Dla­tego prze­cież nazy­wają nas wie­dzącymi, bo wiemy wię­cej niż inni.

Eri, ale też inne uczen­nice cie­ka­wie nad­sta­wiły uszu. Cza­sem się zda­rzało, że stare kobiety wie­czo­rem przy pło­ną­cym w piecu ogniu wspo­mi­nały o pod­ziem­nym kró­le­stwie, gdzie „nikt o zdro­wych zmy­słach nie powi­nien zacho­dzić”, tak straszne miały tam miesz­kać potwory.

– Dawno temu, kiedy na ziemi jesz­cze nie poja­wili się ludzie – zaczęła Ellisa – żyły na niej…

– Smoki! – wyrwały się zgod­nym chó­rem bliź­niaczki, Maja i Taja. Szep­tu­cha, choć nie lubiła, gdy jej prze­ry­wano, tym razem przy­tak­nęła z uśmie­chem.

– Nie ina­czej. Choć nie tylko smoki. W tam­tych pra­daw­nych cza­sach zie­mię zamiesz­ki­wały także żmije, podobne do wiel­kich skrzy­dla­tych węży. Wła­dał nimi Weles, stwór o trzech gło­wach i ciele lwa, czczony przez żmije niczym bóg. Począt­kowo żmije i smoki po równi podzie­liły się świa­tem i żyły w pokoju. Tak było przez długi czas, dopóki na ziemi nie poja­wili się ludzie. Smoki odnio­sły się do przy­by­szy przy­jaź­nie i oto­czyły ich opieką. Ale Wele­sowi nowi miesz­kańcy świata zupeł­nie się nie podo­bali, uwa­żał ich za szkod­ni­ków, bo wyrą­by­wali lasy i zmie­niali je w pola uprawne. Jego nie­na­wiść uro­sła do tego stop­nia, że zażą­dał od władcy smo­ków, wiel­kiego Peruna, by prze­stał chro­nić ludzi i pozwo­lił żmi­jom ich wytę­pić. Lecz na to Perun, obda­rzony szla­chet­nym ser­cem, nie chciał przy­stać, choć Weles gro­ził mu wojną, jeśli nie spełni jego żądań. Dzielny smok posta­no­wił sta­wić czoło nie­daw­nemu przy­ja­cie­lowi. Roz­go­rzały strasz­liwe zma­ga­nia, w powie­trzu i na ziemi starły się ogromne armie żmi­jów i smo­ków. O wyniku walki zde­cy­do­wał poje­dy­nek Peruna z Wele­sem. Na szczę­ście władca smo­ków zwy­cię­żył i ludzie byli oca­leni. Ale wielki smok nie pra­gnął zagłady Welesa. Zio­nął ogniem, wypa­lił w ziemi wielki dół i strą­cił do niego wodza żmi­jów, wraz z reszt­kami jego armii. Dół potem zasy­pał, a jego smoki uło­żyły nad nim wiel­kie stosy gła­zów. Stąd wzięły się Mroczne Góry – to skalny nagro­bek Welesa, a raczej jego wię­zie­nie. Bo on nie zgi­nął. Legenda mówi, że żyje gdzieś w głę­bo­kich jaski­niach wraz ze swo­imi żmi­jami, cze­ka­jąc, aż nada­rzy się spo­sob­ność powrotu na zie­mię.

 

Eri pod­nio­sła rękę, a szep­tu­cha przy­zwo­liła na zada­nie pyta­nia.

– Z tej legendy wynika, że ludzie kie­dyś żyli ze smo­kami w przy­jaźni. Dla­czego prze­stali się przy­jaźnić? Dla­czego wybu­chła wojna i kra­ina Szen ule­gła zagła­dzie?

Nauczy­cielka spoj­rzała na nią z zagad­kową miną.

– To zupeł­nie inna histo­ria i temat na osobną lek­cję. Nie­ba­wem o tym poroz­ma­wiamy. A o Wele­sie opo­wie­dzia­łam wam, ponie­waż my, wie­dzący, jeste­śmy powo­łani do ochrony ludzi, w końcu też nimi jeste­śmy, różni nas jedy­nie dar mocy. Poma­gamy im i ich leczymy, a także bro­nimy przed każ­dym złem, jakie się może przy­da­rzyć na tym świe­cie. W tym sen­sie jeste­śmy nie tylko posia­da­czami mocy, lecz także wie­dzy. Bo zło znaj­duje się rów­nież tam, gdzie zwy­kli ludzie widzą – tu poro­zu­mie­waw­czo mru­gnęła do Wiki – pod­łogę, a wy powin­ny­ście widzieć nie­zmie­rzoną zie­mię, ze wszyst­kimi jej tajem­ni­cami…

*

Na następ­nej lek­cji uczyły się o runach – zna­kach, za pomocą któ­rych mago­wie potra­fią utrwa­lić ludzką mowę. Nazy­wało się to sztuką pisa­nia. Wykła­dała ją Melia, szep­tu­cha młoda, ale bar­dzo już uczona, przy tym lubiana przez dziew­częta, była bowiem weso­łego uspo­so­bie­nia. Czę­sto pod­czas zajęć żar­to­wała, co spra­wiało, że nauka trud­nych zna­ków przy­cho­dziła z łatwo­ścią. Dziś uczyły się o runie „Wu”, któ­rej znak żad­nej uczen­nicy z niczym się nie koja­rzył. Ale Melia na wszystko miała sprytny spo­sób.

– Wyobraź­cie sobie, że runa ta przy­po­mina kształ­tem dwóch skrza­tów, co przy­snęli przy stole nad gąsior­kiem ulu­bio­nego mio­do­wego napitku. Ta wypu­kłość pośrodku runy to wła­śnie pękate gli­niane naczy­nie, a ostre „szczyty” po bokach to szpi­cza­ste czapki pochra­pu­ją­cych skrza­tów. Teraz zapa­mię­ta­cie?

Roze­śmiały się, a Eri musiała przy­znać, że Melia to naprawdę pomy­słowa nauczy­cielka. Ona sama nie miała żad­nych pro­ble­mów z nauką pisma, runy zapa­mię­ty­wała bez trudu, potra­fiła już skła­dać co prost­sze wyrazy. Nie mogła się docze­kać chwili, gdy pozna całą sztukę pisa­nia i będzie sama – jak Maru­sza i inne wykształ­cone szep­tu­chy – czy­tać księgi poświę­cone magii i dowia­dy­wać się z nich o potęż­nych zaklę­ciach i innych sekre­tach.

Kolejna lek­cja przy­pa­dała z Pellą, starą szep­tu­chą, o któ­rej gadano w zamku, że liczy sobie prze­szło sto lat. Być może dla­tego tak wiele wie­działa o sztuce uzdra­wia­nia, lecz­ni­czych wła­ści­wo­ściach roślin, kamieni czy mine­ra­łów. Eri sporo się na ten temat nauczyła od Maru­szy, ale dopiero Pella wpro­wa­dziła ją w różne spo­soby prze­ciw­dzia­ła­nia cho­ro­bom – zarówno zwy­kłym, natu­ral­nym, jak i będą­cym skut­kiem dzia­ła­nia złej magii, czyli rzu­ca­nia uro­ków.

– Urok to zła magia, sto­so­wana w celu zaszko­dze­nia innym – mówiła mądra sta­ruszka. – Rzu­cić urok potra­fią nie tylko wie­dzący, któ­rzy zeszli na nie­wła­ściwą drogę, lecz także zwy­kli ludzie. Cza­sem zda­rza się nie­stety, że poznają szko­dliwe zaklę­cia i sto­sują je wobec innych. Na szczę­ście taki urok da się łatwo odwró­cić, czyli odczy­nić, nie jest bowiem wsparty mocą osoby wie­dzą­cej. Znacz­nie gorzej się dzieje, gdy mamy do czy­nie­nia ze złym magiem – sły­sza­ły­ście, mam nadzieję, o Widu­kin­dzie? – ponie­waż zaklę­cie wzmoc­nione bar­dzo trudno zwal­czyć. Zapy­taj­cie Eri, ona coś o tym wie…

Oczy­wi­ście znały opo­wieść o Widu­kin­dzie, Eri i smo­czym jaju, roz­po­wszech­nioną przez baja­rzy w Arka­dii, Przy­le­siu i wielu innych kra­inach. Miesz­kańcy Zamku Magów do tej pory wzdry­gali się na dźwięk imie­nia złego czar­no­księż­nika, który pra­gnął oba­lić Wielką Radę i zawład­nąć świa­tem. I dosko­nale pamię­tano, kto mu w tym prze­szko­dził.

Gdy Pella wspo­mniała o Eri, dziew­czynka poczuła, że ktoś wle­pia w nią by­naj­mniej nie przy­ja­zne spoj­rze­nie. Zer­k­nęła w bok. Tak, to oczy­wi­ście Bea prze­wier­cała ją zawist­nym wzro­kiem. Rycer­ska córka wciąż nie mogła prze­bo­leć, że zwy­kła wie­śniaczka z Przy­le­sia cie­szy się takim powa­ża­niem wśród szep­tuch i magów, nie wspo­mi­na­jąc o innych uczen­ni­cach, które podzi­wiały ją za nie­zwy­kłe przy­gody i sławę, jaką się okryła. Bea z tru­dem godziła się z tym, że jej ary­sto­kra­tyczne pocho­dze­nie na miesz­kań­cach Zamku Magów nie robiło spe­cjal­nego wra­że­nia, w prze­ci­wień­stwie do nie­zwy­kłych doko­nań Eri.

– Musi­cie jed­nak pamię­tać o naj­waż­niej­szym – cią­gnęła Pella. – Otóż nawet naj­le­piej wypo­wie­dziane zaklę­cia są daremne, jeśli nie stoją za nimi szczere inten­cje. Magia to nie tylko słowa czy moc. Aby zadzia­łała, trzeba wło­żyć w nią całe serce. A gdy jest w nich złość lub gniew, na nic wszel­kie słowa. Moc uzdra­wia­nia pły­nie bowiem z miło­ści, nie z nie­na­wi­ści. Ule­czyć może jedy­nie ten, kto potrafi kochać.

Mówiąc to, szep­tu­cha spoj­rzała zna­cząco na Beę, a ta, zawsty­dzona, spu­ściła wzrok. Przed mądrą cza­ro­dziejką nic się nie ukryło, dosko­nale znała cha­rak­tery swo­ich uczen­nic. Eri, która od czasu nauki u Maru­szy zda­wała sobie sprawę, na czym polega praca szep­tuch, zasta­na­wiała się cza­sem, jak taka aro­gancka dziew­czyna będzie słu­żyła pro­stym ludziom – bo dobre cza­ro­dziejki nikomu nie odma­wiały pomocy, taką zresztą skła­dały przy­sięgę po ukoń­cze­niu szkoły. Już pierw­szego dnia nauki prze­ło­żona Ellisa prze­czy­tała jej tekst mło­dym adept­kom, aby wie­działy, na czym polega bycie szep­tuchą: „Radą i pomocą słu­żyć każ­demu i wszę­dzie”, tak w niej zapi­sano. Eri cie­ka­wiło, czy Bea zro­zu­miała, co to zna­czy. Na razie wolała o to nie pytać.

Lek­cja dobie­gła końca i dziew­częta udały się do poło­żo­nej obok pra­cowni liczb, miar i wag, w któ­rej kró­lo­wała szep­tu­cha Bran­den, naucza­jąca bar­dzo waż­nej sztuki kom­po­no­wa­nia leków. Musiały wie­dzieć, jak sto­so­wać roz­ma­ite recep­tury, w jakich ilo­ściach i pro­por­cjach mie­szać zioła na medy­ka­menty, jak je odmie­rzać i ważyć, ile odli­czyć zia­re­nek czy por­cji. Eri bar­dzo się zain­te­re­so­wała sztuką liczb, uwiel­biała doda­wać i odej­mo­wać. Wie­działa od Mika, że w innych wie­żach mago­wie też się tym zaj­mują, na znacz­nie wyż­szym pozio­mie. Pomy­ślała, że rów­nież chcia­łaby wie­dzieć wię­cej – nie wystar­czało jej licze­nie zia­re­nek gor­czycy do maści na prysz­cze. Tym­cza­sem jej kole­żanki nudziły się na lek­cji i z utę­sk­nie­niem cze­kały na dzwo­nek ozna­cza­jący koniec zajęć i zara­zem wzy­wa­jący na obiad.

– Ile tu mamy zia­re­nek kopru? – spy­tała Bran­den, wska­zu­jąc Marion jako tę, która powinna odpo­wie­dzieć.

Nie mogła gorzej wybrać – nie dość, że licze­nie szło Marion słabo, to na doda­tek kup­cówna naj­wy­raź­niej znowu się roz­ma­rzyła. Pew­nie myślała o placku z wiśniami, który, jak zapo­wia­dały dobie­ga­jące z kuchni zapa­chy, miał być na deser. Bar­dzo lubiła słod­ko­ści.

– Eeee, sie­dem – wykrztu­siła Marion po dłuż­szym waha­niu.

Eri uśmiech­nęła się pod nosem, bo zia­ren było dzie­więć.

Nauczy­cielka pokrę­ciła głową.

– Marion, znowu nie uwa­ża­łaś. Wła­ściwa odpo­wiedź to dzie­więć. Ale teraz już uwa­żaj! Jeżeli od tych dzie­wię­ciu zia­re­nek odej­miemy dwa, to ile nam zosta­nie?

Na twa­rzy uczen­nicy poja­wił się wyraz paniki, ale w tym momen­cie zabrzmiał dzwo­nek oznaj­mia­jący koniec zajęć. Wyba­wił nie­szczę­sną Marion z kło­po­tów.

*

Po obie­dzie – jedzo­nym, jak wszyst­kie posiłki, w jadalni na naj­niż­szym pozio­mie wieży, tuż obok kuchni – uczen­nice aż do póź­nych godzin popo­łu­dnio­wych miały czas wolny. Eri zawsze spę­dzała go z Mikiem. Zwy­kle wybie­rali się na małą wycieczkę na jedno z niskich wzgórz ota­cza­ją­cych zamek. Bar­dzo lubili te wędrówki, mogli wtedy swo­bod­nie poroz­ma­wiać. Na głos, bo zabro­niła mu pod­słu­chi­wać swoje myśli. „Jak będziesz chciał coś o mnie wie­dzieć, to zapy­taj – oświad­czyła sta­now­czo. – Pod­słu­chi­wa­nie to bar­dzo brzydki zwy­czaj”. Miko począt­kowo uda­wał, że nie wie, o co jej cho­dzi, ale w końcu się zgo­dził.

Czę­sto wspo­mi­nali wspólne przy­gody – poszu­ki­wa­nie upro­wa­dzo­nego przez połu­dnice małego Miszy czy walkę z Widarą. Ale roz­ma­wiali też o tym, co robili na zamku – zwłasz­cza Eri, zgod­nie ze swoją cie­kaw­ską naturą, wypy­ty­wała chło­paka o jego stu­dia. Wie­działa, że pozo­staje pod szcze­gólną pie­czą Wiel­kiej Rady Magów. Jego praw­dziwa toż­sa­mość sta­no­wiła pil­nie strze­żoną tajem­nicę. Tylko człon­ko­wie Rady wie­dzieli, kim naprawdę jest ten wesoły i bystry chło­pak, wyraź­nie zdol­niej­szy od innych adep­tów. No i oczy­wi­ście wie­działa też Eri, ale nie miała zamiaru nikomu o tym mówić. W końcu Miko – a tak naprawę smok Misza – był jej i TYLKO jej.

Jak zwy­kle cze­kała na niego przy zam­ko­wej bra­mie, przy­jaź­nie roz­ma­wia­jąc z odźwier­nym, skrza­tem zwa­nym Gło­wa­czem (bo jego kape­lusz nakry­wał „nosi­cielkę rozumu” naprawdę słusz­nych roz­mia­rów), który peł­nił w zamku funk­cję głów­nego roz­po­wszech­nia­cza wia­do­mo­ści. Z racji obo­wiąz­ków zawo­do­wych witał bowiem każ­dego kupca i podróż­nego zja­wia­ją­cego się w sie­dzi­bie magów, wypy­tu­jąc przy oka­zji o naj­śwież­sze wie­ści ze świata. Eri zawsze była cie­kawa, co tam sły­chać w Przy­le­siu. Nie­stety tym razem Gło­wacz nie miał dla niej nowych wia­do­mo­ści o rodzin­nych stro­nach. Poga­dali więc sobie o pogo­dzie, która w żniwa dopi­sała, dzięki czemu pew­nie wszyst­kim rol­ni­kom, także w Przy­le­siu, zbiory się udały.

Na dzie­dzińcu poja­wił się Miko. Wyszedł z Wieży Mędr­ców z koszy­kiem w ręku. Chło­pak pozo­sta­wał w komi­ty­wie z kucha­rzami i zawsze na spo­tka­nie z Eri potra­fił zała­twić tro­chę łakoci. Na widok dziew­czynki z rado­snym uśmie­chem puścił się bie­giem w stronę bramy, zręcz­nie wymi­ja­jąc sto­jące mu na dro­dze grupki skrza­tów, zaję­tych codzien­nymi obo­wiąz­kami.