NiegrzeczneTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niegrzeczne
Niegrzeczne
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,80  53,44 
Niegrzeczne
Audio
Niegrzeczne
Audiobook
Czyta Anna Szawiel, Wojciech Chorąży
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Joanna z Żagania, matka ośmioletniego Piotrka
Bardzo ruchliwy chłopiec

Zdaję sobie sprawę, że to brzmi niefajnie, ale gdy mam w klasie ucznia z problemami, to wiem, że muszę z nim przetrwać tylko jedną lekcję. Później będę miała spokój. […] Kiedy dziecko wpadnie w histerię, nie stresuję się, bo zawsze mogę wezwać pomoc. W domu nikt mi nie pomoże, jestem z tym sama. […] Nie mogę wyjść i zamknąć za sobą drzwi, chociaż nieraz bardzo bym chciała.

Najbardziej boli mnie to, kiedy ludzie dają mi do zrozumienia, że nie umiem wychować syna i jestem złą matką. „Zaprowadziłaś go do psychiatry, załatwiłaś mu papiery na ADHD i teraz możesz się tłumaczyć”. Wiele razy słyszałam opinie, że ADHD nie istnieje. Że wymyślono je po to, żeby usprawiedliwić rodziny niewydolne wychowawczo albo faszerować dziecko psychotropami.

Pół biedy, jeśli takie rzeczy gadają ludzie, którzy nie mają wykształcenia psychologicznego ani pedagogicznego i nigdy nie zetknęli się z dziećmi z zaburzeniami. Ale jeżeli nauczyciele potrafią powiedzieć, że dzieci z ADHD to patologia, to o czym mówimy?

Usłyszałam to na podyplomówce ze zintegrowanej edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, kiedy na ćwiczeniach omawialiśmy przykłady uczniów z zaburzeniami. Mówiła to dziewczyna, która pracuje w świetlicy socjoterapeutycznej.

– Wiecie, tam przychodzą te wszystkie dzieciaki z ADHD. Jeden wielki margines społeczny, niewychowane bydło.

Miałam wrażenie, że mówi o moim synu. Myślałam, że się we mnie zagotuje. Próbowałam grzecznie i kulturalnie tłumaczyć, że to nieprawda, że to głupie i niewychowane dzieci, które niczego nie potrafią.

– To w takim razie jak to możliwe, że siedmiolatek z pierwszej klasy z ADHD z języka angielskiego jest na poziomie czwartej klasy szkoły podstawowej? – zapytałam.

Myślałam o moim Piotrku, choć tego nie powiedziałam. Dostałam zgodę dyrekcji szkoły, żeby kontynuował naukę angielskiego na tym etapie, chociaż z innymi przedmiotami ma kłopoty. Dziewczyna odpowiedziała mi, że skoro dziecko jest takie zdolne, to na pewno nie ma ADHD. Widocznie postawiono mu złą diagnozę.

W pewnym momencie zamilkłam. Stwierdziłam, że muszę odpuścić – nie chcę rozpłakać się na samym środku sali przed grupką obcych ludzi.

Piotruś urodził się przez cesarkę. Był na podtrzymaniu, na lekach. Już w brzuchu cały czas wiercił się i kopał. Po urodzeniu też nieustannie się kręcił i rozglądał w łóżeczku. Nie spał w dzień jak typowy noworodek. Budził się o piątej rano i do siedemnastej przesypiał najwyżej półtorej godziny. W nocy spał ładnie, budził się raz, może dwa razy na jedzenie.

Od początku był niespokojny, nie mógł usiedzieć w wózku. Musieliśmy go brać na ręce i kołysać, bo płakał. Jednak prawdziwe problemy zaczęły się, kiedy nauczył się chodzić. Biegał po wszystkich murkach, wdrapywał się na każdy płotek, w sklepach wspinał się na półki. Wystarczyło, że puściłam jego rączkę, a od razu biegł z krzykiem przed siebie. Nie patrzył, czy ktoś idzie, jakby zawsze miał pierwszeństwo. Na spacerach musiałam mieć oczy dookoła głowy, bo uciekał. Nieważne, czy byliśmy w parku, czy na ruchliwej ulicy. Bałam się, że wpadnie pod samochód albo pod rower. Nie zatrzymywał się przed przejściem dla pieszych. W połowie pasów przypominał sobie, że wypadałoby sprawdzić, czy coś nie jedzie.

Nie wiedziałam, co mam robić. Trzymałam go na szelkach, bo nie potrafił chodzić za rękę. Ludzie oglądali się za nami na ulicy: „Patrzcie, matka uwiązała dziecko na smyczy”.

Odkąd pamiętam, Piotrek był wybuchowy. Gdy tylko coś szło nie po jego myśli, zaraz płakał i wpadał w histerię. Myślałam, że zachowuje się w ten sposób, bo jest jedynakiem, pierwszym, wytęsknionym dzieckiem. Że buntuje się, kiedy stawiam mu granicę. Próbowałam to ignorować, liczyłam, że z tego wyrośnie, ale ataki wściekłości, zamiast słabnąć, tylko się nasilały.

W przedszkolu panie sobie jakoś z nim radziły. Co prawda mówiły, że jest bardziej ruchliwy niż inne dzieci, ale to ogarniały. Liczyłam, że z czasem się uspokoi i wyciszy, myślałam, że może niektóre dzieci tak mają. Zastanawiałam się, czy nie ma ADHD, ale odrzuciłam te myśli, bo umiał się skupić na zabawie. Potrafił półtorej godziny siedzieć przed telewizorem albo bawić się klockami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dzieci z ADHD mogą się skoncentrować na czymś, co jest dla nich ciekawe.

Schody zaczęły się w zerówce. Piotrek dostawał uwagi za to, że nie słucha nauczycielki, krzyczy, tarza się po podłodze, wchodzi pod ławki i biega w kółko po sali. Czułam się strasznie, czytając kolejny raz, że narozrabiał, nie chciał iść w parze albo dostał napadu furii i płaczu. Mówiłam mu, żeby był grzeczny i słuchał pani, tłumaczyłam, że tak nie wolno, ale nie docierało. Byłam bezsilna.

Wychowawczyni chciała coś zrobić, szukała pomocy, ale nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Kompletnie sobie z nim nie radziła. Przyznaję, temperowała zachowanie grupy wobec syna, bo dzieci traktowały go jak dziwaka. Gdy ktoś coś zbroił, a nie wiedziała kto, nie zakładała od razu, że to na pewno Piotrek.

Chcieliśmy się dowiedzieć, dlaczego syn jest taki wybuchowy. Kiedy miał sześć lat, zabraliśmy go z mężem na prywatną konsultację psychologiczną. W gabinecie był niespokojny, nie mógł usiedzieć w miejscu, kilka razy wybuchał płaczem. Psycholożka stwierdziła, że ma zaburzenia emocji, i zaproponowała terapię. Raz w tygodniu, po sto pięćdziesiąt złotych za godzinę. Podziękowaliśmy, nie stać nas na taki wydatek.

Na psychologa z NFZ czekaliśmy cztery miesiące. Na początku chodziliśmy z Piotrusiem do przychodni co dwa tygodnie, takie były terminy. Mniej więcej po pół roku zaczął systematyczną terapię, raz na tydzień. Po którejś wizycie psycholożka poradziła mi, żebym skonsultowała się z psychiatrą. Poszliśmy, opowiedziałam pani doktor o zachowaniach syna. Stwierdziła, że zacznie go obserwować w kierunku nadpobudliwości.

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że Piotrek ma ADHD. To było jak najczarniejszy sen. Wiem, co to znaczy, pracowałam w podstawówce z takimi dziećmi. W piątej klasie miałam chłopca z ADHD, który nie odbywał żadnej terapii. Na lekcjach biegał po sali, wychodził z klasy, kiedy mu się podobało, gdy się znudził, rzucał zeszytami i książkami, wściekał się, kiedy mu na coś nie pozwalałam. Wiedziałam, że nie panuje nad sobą – najpierw robi, potem myśli. Inne dzieci śmiały się z niego i wytykały go palcami. Były dla niego bezwzględne i okrutne.

Gdy pomyślałam, że coś takiego czeka mojego Piotrka, miałam ochotę usiąść i płakać.

Po diagnozie chciałam wykrzyczeć lekarce: „Jest pani młoda i głupia, pójdę do kogoś innego”. Chciałam usłyszeć, że się pomyliła, że syn jest tylko bardziej ruchliwy i niegrzeczny od innych dzieci. Co z tego, że ma większość książkowych objawów? Wszystko mu przejdzie, wystarczy tylko, że poświęcę mu więcej czasu.

Wciąż mam mnóstwo obaw. O to, że syn nie dostosuje się społecznie. Że w tej swojej impulsywności zrobi sobie krzywdę. Że nie będzie umiał napisać testów w szkole. Że nie poradzi sobie w życiu. Że zrobi coś naprawdę złego, bo da się podpuścić kolegom. Teraz jest dzieckiem, jest pod naszą opieką. A co będzie, jak skończy szesnaście lat, pójdzie sam do miasta i coś nabroi, bo poniosą go nerwy? Nieraz się śmieję, że kiedyś wujek przywiezie go do domu radiowozem. Szwagier jest policjantem. Wcale mnie to nie bawi, to śmiech przez łzy.

Cały czas się boję, że Piotrek nieświadomie narazi się na agresję innych albo wpędzi się w jakieś kłopoty. Kiedy idziemy ulicą i ktoś na niego spojrzy, przeważnie jakiś nastolatek, potrafi powiedzieć: „Czego się gapisz?”. Nie pomyśli, że starszy chłopak może odebrać to jako zaczepkę. Kiedy będzie w grupie, może się zrobić naprawdę groźnie, bo nie pozwoli się obrażać takiemu dzieciakowi. Mówię mu: „Piotruś, a wiesz, że jak będziesz sam wracał ze szkoły i komuś tak powiesz, to ten ktoś może cię pobić?”.

Wiem, że muszę mu wszystko tłumaczyć dosadnie. Jestem przerażona. Raz, że muszę mu opowiadać takie rzeczy, a dwa, że naprawdę może go to spotkać. A on mi odpowiada, że nic mu się nie stanie, bo gdyby jakiś chłopak robił mu krzywdę, to na pewno będzie przechodzić jakiś nauczyciel i mu pomoże.

Mąż nie chce rozmawiać na temat ADHD syna. Tak jakby unikanie tematu sprawiło, że problem zniknie. Paweł jest ochroniarzem. Dwanaście godzin pracuje, dwadzieścia cztery godziny ma wolne. Często go nie ma, a jak przychodzi, musi odespać nockę. Czasem się zdarza, że jest w domu trzy–cztery dni z rzędu. Panuje wtedy strasznie napięta atmosfera. Mogliby się z Piotrkiem nawzajem pozabijać. Jeden drugiego nie rozumie, mają do siebie pretensje. Piotrek przy ojcu cały czas chodzi podminowany. Pewnie dlatego, że niektóre zachowania syna, na które przestałam już zwracać uwagę, wyprowadzają Pawła z równowagi. Tata chciałby, żeby Piotruś był taki jak inne dzieci.

Od momentu postawienia diagnozy ojciec nie odbiera Piotrka ze szkoły. Oznajmił, że nie pójdzie, bo się wstydzi. Nie chce wysłuchiwać uwag nauczycieli. Do sklepu ani na basen też go nie zabierze, bo Piotrek nie potrafi się zachować. To samo dotyczy terapii. W przychodni jest wiele gabinetów, nikt nie musi wiedzieć, że idzie z synem do psycholog czy psychiatry, ale się uparł. To ja załatwiam i umawiam wszystkie zajęcia, sama muszę pamiętać o terminach.

Do laryngologa też z nim nie poszedł. Bał się, że Piotrek zacznie szaleć w poczekalni. Kiedy mamy pójść do znajomych, mąż stawia warunek: idę albo ja, albo on. Pewnego razu powiedział, że ma nadzieję, że z naszego syna nie wyrośnie jakaś patologia. Najbardziej boli mnie to, że Paweł na każdym kroku pokazuje, że nie akceptuje zachowania Piotrka. Ja też bym chciała, żeby syn był spokojny i grzeczny, ale równocześnie zależy mi na tym, żeby czuł się kochany.

 

Mąż nie rozumie, że Piotr ma labilne emocje. Że nie myśli jak typowy ośmiolatek. Wścieka się, że powinien umieć się zachować, bo już jest dużym chłopakiem, że sam jest sobie winien, że nikt się nie chce z nim bawić. Piotrek reaguje na to krzykiem i płaczem. I spirala się nakręca. Paweł krzyczy, że Piotrek ma przestać, Piotrek krzyczy, że nie przestanie… Ojciec każe mu się zamknąć, on trzaska drzwiami.

Kiedyś Paweł stwierdził, że jak potrząśnie synem, to mu ta histeria przejdzie. Wiedziałam, że przemoc nie działa. Jego krzyki tylko nasilają histerię syna. Powiedziałam mu, że jak sobie nie radzi z atakami Piotrka, to ma po prostu wyjść z mieszkania. Lepiej żeby sobie poszedł, niż reagował agresją.

Mąż mnie krytykuje, że jestem dla syna zbyt łagodna, ale sam jest niekonsekwentny. Najpierw mu mówi, że już nigdy nie pozwoli mu oglądać telewizji albo grać na komputerze, a po dwudziestu minutach się zgadza. On sam jest uzależniony od gier i siedzi na telefonie. Woli, żeby Piotrek siedział przed telewizorem, inaczej sam musiałby się z nim bawić. Zdarza się, że grają w coś razem, są w jednej drużynie, ale najczęściej kończy się to kłótnią. Mąż bardzo chce wygrywać, a Piotrek nie jest jeszcze tak dobry z racji wieku. Paweł wkurza się na niego, że powinien zrobić coś tak czy tak, że wybrał złą broń albo źle zaatakował i przez niego przegrali, i mówi, że już więcej z nim grać nie będzie.

Mieszkamy w kamienicy na parterze. Mury są grube, sąsiedzi przywykli do awantur. Naloty MOPS-u i policji mamy od dwóch lat, mniej więcej co dwa tygodnie. Zaczęły się, kiedy Piotrek miał pięć i pół roku i zrobił się jeszcze bardziej krzykliwy i agresywny. Źle znosił słowa: „Nie możesz”, „Nie wolno”. Wrzeszczał, jakbym go obdzierała ze skóry. „Dlaczego mi nie wolno!!!” „Dlaczego mi tego nie dasz!!!” Potrafił krzyczeć w nieskończoność, raz za razem: „Ja tego chcę! Ja tego chcę! Ja tego chcę!”. Urządzał nam piekło. I coraz bardziej się nakręcał. Nie wiedziałam, jak reagować. Próbowałam go ignorować, żeby mu pokazać, że jego zachowanie nie robi na mnie wrażenia, i wychodziłam z pokoju. Wtedy z całej siły kopał w podłogę. „Dlaczego sobie poszłaś?! Dlaczego cię tu nie ma?!”

Kiedy próbowałam go uspokoić, wpadał w jeszcze większy szał.

Na początku było mi wstyd. Pracowniczki MOPS-u pukały do nas z zaskoczenia, nieraz o siódmej rano. Zaglądały nam do lodówki, sprawdzały, czy dzieci mają jedzenie, zerkały do szafek na ubrania, oglądały zabawki. Przeszukiwanie kuchni i odpowiadanie na pytania, dlaczego nie ma tego czy tamtego, to nic fajnego.

– A dlaczego dziecko je tylko jajka?

– Bo tylko to chce jeść.

Zupełnie jakbym nie chciała dać mu do jedzenia nic innego.

Musiałam wyjaśniać, dlaczego trzymamy w domu takie, a nie inne leki, a w barku jest alkohol. Pracownice socjalne wypytywały, gdzie pracujemy, ile zarabiamy, co robimy z pieniędzmi, czy mamy popłacone rachunki. Traktowały nas jak patologiczną rodzinę. Wyjaśniałam, że oboje pracujemy, jesteśmy wykształceni, ale usłyszałam, że w domach lekarzy też mogą się dziać złe rzeczy.

Pokazywałam im umowę o pracę, na szczęście jest tam napisane tylko „nauczyciel”. Dużo czasu upłynęło, zanim się przyznałam, że jestem katechetką. Panie nie skomentowały, tylko zmierzyły mnie wzrokiem.

Mąż w ich obecności jest spokojny, stara się nie odzywać. Wścieka się dopiero, kiedy wychodzą. Nigdy nie powiedział wprost, że to przez Piotrka mamy na głowie opiekę społeczną, ale dawał to do zrozumienia. Zawsze stawałam w obronie syna.

– No przecież Piotrek ich sam do siebie nie wzywał – mówiłam.

Panie z MOPS-u poszły do szkoły Piotrka. Wypytywały wychowawczynię, czy nie widziała czegoś niepokojącego, czy dziecko jest dobrze ubrane i czyste, czy nie ma siniaków, przynosi drugie śniadanie, ma odrobione lekcje. Rozmawiały o naszej rodzinie z sąsiadami. To było strasznie upokarzające. Przychodzą do nas jak do sąsiadów z budynku obok, u których dzień w dzień odbywają się pijaństwa i libacje. Gdyby nie to, że w ośrodku pomocy pracuje moja koleżanka, pewnie mielibyśmy naloty znacznie częściej. Ostatnio zaproponowałam paniom herbatę i zapytałam, czy im się nie nudzi tak do nas przychodzić. Przecież i tak wiedzą, co zastaną. Kiedyś w akcie bezsilności spytałam, czemu się nie zajmują rodzinami, w których jest patologia i alkohol. „Musimy sprawdzić każdy donos”.

Donosy piszą „życzliwi”, oburzeni tym, jak Piotrek zachowuje się w przychodni albo na ulicy. Żagań to małe miasteczko, ludzie wiedzą, gdzie mieszkamy. Zdarzało się, że ktoś dzwonił na policję, bo przechodził pod oknem, a Piotrek się wydzierał, jakbyśmy robili mu krzywdę. Gdy domaga się słodyczy, a powiem mu „nie”, potrafi wrzeszczeć na całe gardło, że nie daję mu jeść i umiera z głodu. Na początku było mi przykro. Teraz traktuję panie z opieki społecznej jak listonosza. Po pół roku takich kontroli każdy by się przyzwyczaił.

Najgorzej było przed diagnozą. Trudno mi było wytłumaczyć, że syn reaguje histerią, kiedy mu czegoś zabronimy. Teraz jest łatwiej, pokazuję paniom zaświadczenie od psychiatry i sobie myślę: „Odczepcie się ode mnie, nie robię mu nic złego”. Mówią, że okej. Każą mi tylko się podpisać, że były.

Kiedy zaszłam w kolejną ciążę, bałam się reakcji syna. Myślałam, że będzie zazdrosny, bo bawiąc się z młodszymi dziećmi, nigdy nie chciał się dzielić zabawkami. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie, gdy nagle pojawi się jego siostrzyczka.

Ewunia urodziła się, kiedy Piotrek miał sześć lat. Zareagował na nią dobrze. Od samego początku jest w stosunku do niej bardzo opiekuńczy. Kiedy robimy mu jakiś prezent, zawsze się domaga, żebyśmy dali też coś jej. Nawet kiedy była zupełnie malutka, nie mogło być tak, że do niego przyszedł Mikołaj, a do niej nie.

Teraz Ewa ma już dwa lata. Piotrek bardzo chce się z nią bawić, chociaż nie do końca rozumie, że powinien na nią uważać, bo jest jeszcze mała i może sobie zrobić krzywdę. Wie, że nie powinien z nią biegać, żeby się nie przewróciła.

To raczej Ewa zachowuje się, jakby była jedynaczką. Wiecznie jest do mnie przyklejona. Kiedy Piotr chce ją zdenerwować, przytula mnie tak, żeby widziała, i powtarza: „Moja mama, moja mama, moja mama…”. Dopóki Ewa nie zacznie płakać. Gdy pytam go, dlaczego to robi, odpowiada: „Nie wiem”.

W przedszkolu Piotrek był traktowany tak jak inne dzieci. Na przedstawieniach panie wybierały dla niego role, w których umiał się odnaleźć. Podczas ostatniej uroczystości zatańczył i zaśpiewał z koleżanką: „Pora już się pożegnać z przedszkolem, spędziłem tu rok, dwa, trzy…”. Bałam się, jak wypadnie, bo na próbach siadał z boku, nie chciał występować z dziewczynką ani ćwiczyć tekstu, ale poszło mu dobrze. Dostał brawa od rodziców, pań i dyrekcji. Wzruszyłam się. Do domu przyniósł dyplom, był z siebie bardzo dumny.

W grupie Piotrusia był chłopiec z autyzmem, jego panie też zapraszały do przedstawień. Nawet gdy coś mu nie wyszło, starały się, żeby widownia tego nie zauważyła, i wszyscy myśleli, że tak ma być. Żadne dziecko nie czuło się gorsze.

W podstawówce przedstawienie z udziałem Piotrka było tylko jedno. Półtorej minuty mówił wierszyk, potem czterdzieści pięć minut kazali mu stać nieruchomo na scenie. Strasznie to było dla niego trudne. Tak go nosiło, że z nerwów obskubał całą choinkę.

W pierwszej klasie zaczął się koszmar. Nie było dnia, żeby wychowawczyni nie skarżyła się na Piotrka. Gdy szłam po niego do szkoły, stresowałam się, czy nie wybuchła kolejna afera. Bałam się, że znowu usłyszę, że mój syn jest nieprzystosowany społecznie, bo na lekcjach nie uważa, krzyczy i z byle powodu się wścieka. I zawsze te same słowa: „Powinna pani coś z tym zrobić”.

Piotrek stał się w klasie czarną owcą, outsiderem. Bardzo rzadko mówi mi o tym, co dzieje się w szkole. Twierdzi, że nie pamięta. Wiem, że koleżanki i koledzy mu dokuczają, opowiadają mi o tym nawet inne dzieci. Mówią, że to beksa, bo płacze. Przez jakiś czas, kiedy się denerwował, rzeczywiście wydawał z siebie bardzo głośne piski. Przezywają go, bo przytył po lekach. Gdy jadą na szkolną wycieczkę, żadne dziecko nie chce iść z nim w parze. Nikt nie usiądzie obok niego w autobusie. Na przerwach nie chcą się bawić z nim w berka. Strasznie mi z tego powodu przykro. Aż coś mnie ściska za serce. Nie wiem, ile z tego powodu wylałam łez.

Piotrek woli siedzieć w ławce sam. Twierdzi, że wtedy nikt mu nie przeszkadza i ma spokój. Ale bardzo się stara, żeby koledzy go lubili. Mówi, że przyniesie im to czy tamto, żeby tylko zdobyć ich sympatię. Boję się, że zaczną go wykorzystywać. Wiem, że bardzo by chciał dołączyć do grupki chłopców, którzy są liderami w klasie, ale oni się z niego wyśmiewają. Jednego dnia się z nim wygłupiają, a drugiego go przedrzeźniają. „I czekają, aż zacznę płakać” – opowiada.

Czasem chciałabym pójść na zebranie do szkoły i nagadać rodzicom, żeby powiedzieli coś swoim dzieciom. Nie chcę, żeby tak traktowały mojego syna. Prosiłam wychowawczynię, żeby coś z tym zrobiła, ale odpowiadała: „Co ja mogę na to poradzić?”. Za to gdy Piotrek coś zbroi, cokolwiek, na przykład zabierze komuś długopis, od razu muszę się tłumaczyć.

Inne dzieci mogą biegać po klasie i korytarzu, Piotrowi nie wolno. Bo to on ma łatkę, że jest ten zły i niewychowany. Kiedy popisał dziewczynce długopisem gumkę, usłyszałam, że muszę ją odkupić, bo nie może niszczyć cudzych rzeczy. Odkupiłam, dla mnie to oczywiste. Ale kiedy inny chłopiec porysował Piotrowi mazakiem bluzkę, wychowawczyni rozłożyła ręce: „Dzieci już takie są”. To niesprawiedliwe.

Na mnie też krzywo patrzą. Nie potrafię zliczyć, ile razy słyszałam, że mój syn jest niewychowany. W poczekalni u lekarza, na dworcu, w pociągu, w sklepie, gdzie Piotrek rozrabia, bo jest dużo bodźców. W szkole jest jednak najgorzej.

Po lekcjach syn zawsze zbiega ze schodów. Pewnego dnia jeden chłopiec stanął na stopniach i nie pozwalał mu przejść. Piotrek się zdenerwował i go popchnął, tamten spadł ze schodów. Zdaję sobie sprawę, że to była niebezpieczna sytuacja, nie powinien był tego robić. Dostał ode mnie za to ochrzan. Mama tego chłopca zrobiła awanturę na wywiadówce.

– Dobrze, porozmawiam o tym jeszcze raz z synem – powiedziałam.

A ona do mnie z pretensjami:

– Pani z nim tylko rozmawia i nic z tym nie robi!

Miałam ochotę zapytać: „A co mam zrobić? Oddać go do jakiegoś ośrodka?”.

Każda wizyta w szkole oznacza dla mnie stres. Cieszyłam się, kiedy odbierałam Piotra w środy i w piątki, bo wtedy nie kończył lekcji z wychowawczynią. Wiedziałam, że nie będę musiała znowu wysłuchiwać, co było nie tak.

Zawsze miałam problemy z sercem, ale mam wrażenie, że odkąd syn poszedł do pierwszej klasy, jest jeszcze gorzej. Kardiolog każe mi się nie stresować, bo nie ma już pomysłu, jak mnie leczyć. A weź się tu, człowieku, nie stresuj. Nie potrafię. Z nerwów nie mogę spać. Czasem gdy Piotrek mi się przyzna, że znowu coś zbroił w szkole, przez całą noc nie zmrużę oka, bo wiem, że na drugi dzień czeka mnie rozmowa z wychowawczynią.

Kolejny stres to kontakty z rodziną. Do szwagierki na święta nie chodzimy. Pojawia się tam jej bratowa, nauczycielka w szkole specjalnej. Twierdzi, że gdyby Piotr rzeczywiście miał jakieś zaburzenia, toby chodził do szkoły specjalnej. A jeżeli nie chodzi, to znaczy, że wszystko jest z nim w porządku i powinnam go wychować. Większość rodziny uważa, że Piotrek jest rozpuszczony.

Na imprezy do szwagierki przychodzą dwie kuzynki syna w jego wieku. Zawsze grzeczne. Takie „małe dorosłe”. Oczywiście wszyscy głośno porównują je z Piotrkiem. Skoro one są kulturalne i potrafią ładnie siedzieć z rodziną przy stole, to Piotruś też powinien. Wysłuchiwanie tych kazań jest dla mnie straszne. Cały czas muszę go pilnować i zwracać mu uwagę. Nie może zachowywać się tak swobodnie jak w domu, musi być ułożony, a to dla niego tortury. Może wytrzyma piętnaście minut, ale nie dłużej. Usiądzie na chwilę przy stole, naje się i już go nie ma, albo podbiega i je na raty po kilka kęsów, bo nie jest w stanie wysiedzieć. A dziewczynki siedzą nieruchomo. Kiedy nie jedzą, rączki położą grzecznie na kolanach i przysłuchują się rozmowie dorosłych. Chciałabym, żeby mój syn był grzeczny. Ale czy tak jak one? No nie wiem.

Za każdym razem po takich spotkaniach miałam dosyć. Wychodziłam upokorzona, zmęczona i sfrustrowana. Zastanawiałam się, czy może mogłam Piotrka na te trzy godziny komuś podrzucić i przyjść bez niego, byleby tylko nie wysłuchiwać pytań w rodzaju: „A dlaczego on nie może się zachowywać jak inne dzieci?”.

Szwagierka zaprasza nas na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Boże Narodzenie jest gorsze, bo wszyscy patrzą, kto dostanie więcej prezentów, a nas nie stać na nie wiadomo jakie zakupy. Wymyślam wymówki, żeby nie chodzić na te imprezy. Cokolwiek. Przeważnie, że idziemy do mojej mamy albo że mama przychodzi do nas. Wiem, że to kłamstwo, ale nie mam już siły się tłumaczyć.

 

Najprościej jest z rodzicami, którzy też mają dzieci z problemami rozwojowymi albo niepełnosprawne. Oni nas rozumieją. Przed nimi nie muszę się tłumaczyć, dlaczego mój syn zachowuje się dziwnie, i ciągle wyjaśniać, że na niektóre rzeczy nie mam wpływu, chociaż cały czas próbuję i bardzo bym chciała.

W mieszkaniu jest ciężko, ale jeszcze jakoś daję sobie z nim radę. Gorzej jest poza domem. Na ulicy czy w sklepie nie wszystko mogę zrobić i powiedzieć. Kiedy ignoruję jego ataki histerii – a to najlepszy sposób, żeby się uspokoił – ludzie patrzą na mnie jak na wyrodną matkę.

Czasem tak mi wstyd, że chciałabym się zapaść pod ziemię. Myślę: „Kurde, skończyłam studia pedagogiczne, a nie potrafię ogarnąć własnego dziecka”. W poczekalni u lekarza Piotrek biega, ślizga się na podeszwach albo rzuca na ziemię. Kiedy zabraniam mu biegać, zaczyna się huśtać na krześle albo przesuwać fotele. Echo niesie się po całym korytarzu. Popisuje się. Im większa widownia, tym lepiej. To go jeszcze bardziej nakręca. A po chwili znowu biega. Kiedyś lekarz mi powiedział, że go nie zbada, jak nie usiądzie w spokoju i nie poczeka. „Nie widziałem, żeby chłopiec w tym wieku był taki niegrzeczny”.

Panie z rejestracji w naszej poradni przyzwyczaiły się do zachowania syna. Ale u innych widzę wrogie spojrzenia. Czuję presję, że powinnam coś zrobić. A ja mam świadomość, że Piotrek, jak na swoje możliwości, zachowuje się grzecznie, stara się panować nad sobą. Czasem daję mu smartfona, żeby mieć chociaż chwilę spokoju. Staram się nie robić tego często, bo się boję, że zacznie to na mnie wymuszać: „Będę grzeczny, jak mi dasz telefon”.

W pociągu nie usiedzi. Po dziesięciu minutach zaczyna chodzić po całym wagonie tam i z powrotem. Zaczepia obcych, od razu przechodzi na „ty”, nie zwraca uwagi, czy to dziecko czy dorosły. Chce, żeby wszyscy go lubili i słuchali. Niektórych to wkurza.

Ten, kto przyjdzie do nas w odwiedziny, ma przechlapane. Piotrek zaraz się do niego przyklei i nalega, żeby się z nim bawił. Reakcje ludzi są różne. Przeważnie udaje mu się wywalczyć to, co chce, bo mówią: „Pięć minut zabawy mi nie szkodzi”. Syn nie da sobie wytłumaczyć, że tak nie można, że może ktoś nie ma ochoty na zabawę, że przyszedł do nas, a nie do niego. Wybucha takim płaczem, jakbyśmy go obdzierali ze skóry. Może cisnąć jakimś przedmiotem, rzucić się z rykiem na ziemię albo trzasnąć drzwiami.

Ostatnio w szkole mieli lekcję o prawach dziecka. Niczego nie może się nauczyć i zapamiętać, ale akurat to opanował świetnie. Gdy mu czegoś zakażę, krzyczy, że go nie kocham, że nie dbam o jego potrzeby. Przy błahej okazji, kiedy na przykład powiem, że nie pójdziemy ze szkoły drogą, którą on chce, potrafi wykrzyczeć straszne rzeczy: „Już cię nie kocham! Mogłabyś się odprowadzić! (nie mówi »wyprowadzić«, tylko »odprowadzić«). Chcę zostać z tatą! A najlepiej by było, gdybym poszedł mieszkać do babci!”.

Babcia jest dobra, bo mu na wszystko pozwala.

Nie wiem, jak mam się zachować w takich sytuacjach. Czasem jego słowa bardzo mnie ranią. Wiem, że nie powinnam mu tego okazywać, bo jak zobaczy, że coś mnie zabolało, będzie to częściej wykorzystywał. Ale nie zawsze umiem zapanować nad emocjami. Wtedy płaczę. W życiu bym nie przypuszczała, że ośmiolatek potrafi być taki okrutny i bezwzględny. Przychodzi za pięć minut i zachowuje się, jak gdyby nigdy nic. A ja z tym bólem zostaję.

Niekiedy mam wrażenie, że robi to specjalnie. Że nie liczy się z niczyimi emocjami i uczuciami, poza swoimi. Jeżeli nabroił i czegoś chce, to po jakimś czasie przyjdzie i powie, że przeprasza. Ale gdy zapytam, za co przeprasza, odpowiada, że nie wie.

Staram się z tego śmiać, bo nie mam już siły. Powtarzam sobie w duchu, że albo poradzę sobie z tym sama, albo wyląduję w psychiatryku.

Po którejś wizycie u psychiatry pani doktor zapytała mnie, czy Piotrek zachowuje się w ten sposób tylko u niej, czy w domu też urządza taki teatr. Gdy powiedziałam, że w dziewięćdziesięciu pięciu procentach to jego normalne zachowanie, stwierdziła, że lepiej będzie, jak mu zapisze leki na wyciszenie.

Rispolept zaczęłam mu podawać ponad rok temu. Na początku tabletki pomagały. Przynajmniej kiedy wpadał w amok, mogliśmy do niego dotrzeć. Gdy z bezsilności krzyknęłam, to na mnie spojrzał. Wtedy mogłam z nim porozmawiać. Ale lek ma sporo skutków ubocznych. Piotrek przytył, ma nadwagę, bo tabletki pobudzają apetyt. Musiałam pilnować lodówki, bo jadł, jadł i jadł. Wszystko, co mu wpadło w ręce – nawet to, czego nie lubi. Potrafił zjeść dwie czy trzy kanapki, a za dziesięć minut znowu, bo zrobił się głodny. Zjadał wszystko, czego dopadł. Gdy mu zabraniałam, była wojna. Krzyczał, że go nie kocham, że umiera z głodu.

Pilnowanie lodówki i znoszenie zarzutów, że nie daję mu jeść, to koszmar, ale gdy psychiatra zaczęła się zastanawiać, czy nie odstawić leku, przeraziłam się jeszcze bardziej. Bo skoro rok temu przed rispoleptem syn miał taką gamę agresji, krzyków i awantur, to jak to będzie wyglądało teraz, kiedy mu odstawię tabletki?

Oprócz rispoleptu Piotr dostaje też medikinet, na koncentrację. Lekarka mu zapisała po skargach wychowawczyni, że nie zapisuje zadań domowych i nie słucha jej na lekcjach.

Piotrek nie poszedł do pierwszej klasy jako sześciolatek. Postanowiłam, że pójdzie później. Złożyłam wniosek do poradni psychologiczno-pedagogicznej o odroczenie obowiązku szkolnego. Poradnia wystawiła opinię, że Piotrek jest nadruchliwy, i zaczął naukę rok później. Zaleciła też nauczycielom, by informowali mnie o tym, co przerabiali na lekcjach i co ma zadane do domu. Piotr nigdy nie wie, nie pamięta. Ale wychowawczyni, z którą ma wszystkie lekcje poza religią, angielskim i wuefem, się do tych zaleceń nie stosowała. Mówiła, że mój syn tego nie potrzebuje. Dziwne, bo panie od religii i angielskiego nie miały z tym problemu. Jak miałam go przypilnować z lekcjami, jeśli nie wiedziałam, co robili w szkole?

Czasem mam wrażenie, jakbym miała w domu zbuntowanego i roszczeniowego nastolatka. Piotrek krzyczy, że nie ma obowiązku się uczyć i nie będzie odrabiał lekcji, że ma wszystko gdzieś. Czuję się bezsilna. Momentami chciałabym powiedzieć: „To nie rób tych lekcji, jak dostaniesz dwie czy trzy jedynki, to może sam się nauczysz na swoich błędach”. Ale żebym mogła tego spróbować, musiałabym mieć wsparcie ze strony szkoły. Nie ma szans. Wychowawczyni zaraz by mi urządziła pogadankę, że muszę pilnować, żeby odrabiał zadania.

Syn ma w podstawówce zajęcia korekcyjno-kompensacyjne i spotkania z logopedą. Po jakimś czasie dostał jeszcze zajęcia indywidualne z psychologiem. Przy którejś rozmowie z wychowawczynią, kiedy narzekała na zachowanie Piotra, powiedziałam, że przydałby mu się trening umiejętności społecznych, ale nas nie stać na prywatną terapię i wożenie go co tydzień do Zielonej Góry. Odpowiedziała, że gdyby mi zależało na dziecku, tobym mu te zajęcia wykupiła. Zamurowało mnie. Skąd mamy wziąć pieniądze? Jestem pedagogiem na urlopie wychowawczym, mąż pracuje jako ochroniarz. Za jedno godzinne spotkanie wychodzi sto złotych, do tego trzeba doliczyć dojazd, jakieś jedzenie, coś do picia, bo to minimum trzy godziny poza domem plus zajęcia. To prawie dwieście złotych co tydzień. Osiemset miesięcznie. Dla nas to kwota nieosiągalna.

Koleżanka jeździ z dzieckiem na integrację sensoryczną do Zielonej Góry. Powiedziała, że nie spodziewała się, ile będzie miała dodatkowych kosztów poza terapią. I jeszcze musi zwalniać syna ze szkoły, bo zajęcia odbywają się od poniedziałku do piątku w godzinach przedpołudniowych.

Znać diagnozę a pogodzić się, zrozumieć i przystosować do nowej rzeczywistości to dwie zupełnie różne sprawy. Wiem, na czym polega ADHD. Jednak czasem nie wytrzymuję. Wtedy przeważnie na niego krzyczę. Z bezsilności. Bo ile można go o coś prosić? Kiedy o to pytam, potrafi odpowiedzieć: „Tylko raz”. Jakby tych pięciu pozostałych razy nie słyszał.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora