Chamo sapiensTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Z ilustracjami autora

rysowanymi specjalnie do tej książki, ale także wysupłanymi z szuflad, żeby się nie marnowały, zarówno niepublikowanymi, jak i publikowanymi niegdyś w: „Szpilkach”, „ITD”, „Na przełaj”, „Radarze”, „Teatrze”, „Runners World”, „Urodzie”, w komiksach (między innymi o historii pierwszej „Solidarności”), w „Stolicy”, „Gazecie Wyborczej”, „Dzienniku Bałtyckim”, poznańskim „Kaktusie”, nowojorskim „Przeglądzie Polskim”, w poprzednich książkach – przepraszam, jeżeli o czymś zapomniałem – a także powielanymi osobiście, acz nielegalnie, techniką sitodrukową w latach osiemdziesiątych. Stąd rozrzut formy i hulanka różnych technik.



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


(Uwaga! Proszę nie omijać, bo to jest moja konferansjerka, czyli coś, co dla mnie było zawsze najważniejsze w całym przedstawieniu – estradowym, telewizyjnym, w spektaklu kabaretowym – znacznie ważniejsze niż jego zawartość. Pod warunkiem jednak, że to ja je prowadziłem. A tu właśnie prowadzę).

W roku 2018 skończyłem 81 lat. Od lat 65 zajmuję się rozśmieszaniem. Nie tylko rozśmieszaniem, ale rozśmieszanie było zawsze najbardziej widoczne, więc się nie dziwię, że z tym się głównie kojarzę, i nie mam nic przeciwko temu. Czasem nawet wyłażę ze skóry, żeby nie zawieść oczekiwań, i robię wszystko (w granicach przyzwoitości), żeby ludzi rozśmieszyć. Taka jest niepisana umowa: skoro kupili bilety i przyszli albo skoro włączyli odbiornik, to muszą się zaśmiać. Jeżeli ich nie rozśmieszę, będę tym, co nie dotrzymał umowy.

Uśmiechnięte twarze na widowni sprawiały mi zawsze ogromną satysfakcję, choć zdarzało się, że śmiech widowni słyszałem nie w tych momentach, w których się spodziewałem. A w spodziewanych z bólem słyszałem ciszę. Ale to inny temat. Mimo wszelkich moich niedostatków autorskich usiłowałem rozśmieszać przez całe dziesięciolecia, na różne sposoby. A to w filmie, a to na scenie, w telewizji, w kabarecie, w radiu, okresowo za pomocą żartów rysunkowych, karykatur, nawet poprzez podśpiewywanie – tak to nazywam, bo słowo „śpiewać” byłoby tu grubą przesadą.


Każde rozśmieszenie radiosłuchaczy, telewidzów, widowni kinowej, kabaretowej czy teatralnej musiało być poprzedzone napisaniem tekstu. W ciągu sześćdziesięciu paru lat powstało więc tych tekstów tyle, że mój mózg ogólnej ich liczby ogarnąć nie jest w stanie. Umówmy się, dużo tego było. I teraz ciekawostka: nigdy w ciągu tych sześćdziesięciu paru lat nie wydałem najmniejszego bodaj zbioru tych tekstów.

Nigdy!

Owszem, zdarzało się, czasem, gdzieś, przy okazji wspomnień, opracowań, omówień, że – aby zilustrować jakiś problem, podeprzeć tezę przykładem – dawałem do druku coś, czego przeznaczeniem była scena lub antena radiowa. Były to jednak przypadki sporadyczne.

W niniejszej książce publikuję wybrane monologi, dialogi, skecze i scenki po raz pierwszy.


Dlaczego dopiero teraz? Miałem zawsze najprzeróżniejsze opory. Przede wszystkim uważałem, że jeżeli przeznaczeniem tekstu jest bycie usłyszanym, nie zaś przeczytanym, to należy go wypowiadać, a nie drukować. Pisanie „do słuchania” to nie to samo, co pisanie „do czytania”. Na pewno trochę z tym przesadzałem, ale mówię (przepraszam, piszę!) jak było.


Drugi powód. Od najmłodszych lat nie znosiłem żartów zapowiadanych jako żarty. Zawsze wolałem, żeby coś śmiesznego zaskakiwało w tekście pomyślanym nie jako rozrywający, ale opowiadający o czymś, niekoniecznie śmiesznym. Kochałem od dziecka Kazimierza Rudzkiego i Bustera Keatona (a dziś dołączam Andrzeja Poniedzielskiego) za ich kamiennie poważne twarze sugerujące absolutny brak świadomości, że publiczność właśnie ryczy ze śmiechu. Za niewybaczalny błąd uznawałem to, co robił satyryczny tygodnik „Szpilki”, byłem wręcz zniesmaczony stałym ogłoszeniem wzywającym czytelników do przysyłania opisów zjawisk lub zdarzeń nagannych („…prosimy tylko, by sprawa opisana została po prostu i zgodnie z faktami…”) i obiecującym, że zjawisko zostanie odpowiednio, przez redakcyjnego fachowca, wyśmiane. Drażniło mnie to przez wiele lat, z praktyką tą zerwał dopiero Krzysztof Teodor Toeplitz, objąwszy funkcję naczelnego w roku 1970; odnowił pismo poprzez wyplenienie natrętnej „humorystyczności” deklarowanej na każdym kroku i w ten sposób wydatnie je poprawił. W moich oczach przynajmniej.

Trzeci powód. Przez długie lata byłem przekonany, że publikując, działałbym na własną szkodę. Jestem wychowankiem czasów, kiedy to dwa dobre monologi (dwa, bo jeden w pierwszej części składanki, drugi w drugiej) mogły zapewnić kabaretowemu rozśmieszaczowi dostatnie życie przez dwa, trzy lata co najmniej. Mógł zaciągnąć się do jakiegoś objazdowego zespołu i ruszyć w Polskę. Mówił swoje dwa monologi w kolejnych miastach, grając czasem dwa lub trzy razy dziennie, zbierał burzliwe oklaski i wracał do domu z workiem pieniędzy. Publikować taki tekst? Żeby ktoś wziął sobie i wykonywał?


Pozbawiając pieniędzy prawowitego wykonawcę? Wykluczone! To tak jakby pozostawić kurę znoszącą złote jajka w poczekalni dworcowej bez opieki.

Tak było oczywiście tylko za socjalizmu, choć tu też pewnie przesadzałem z takim podejściem do tekstów, nie wiem, nie twierdzę, że robiłem słusznie, staram się tylko wytłumaczyć z mojego dziwactwa. Bo jestem chyba jedynym spośród wielu piszących „do śmiechu”, który wydawał wiele różnych książek z felietonami „do czytania”, wspomnieniami, ale książki z tekstami „do mówienia” nie wydał jeszcze nigdy.

Być może nikt by mi tego nie chciał wydać, a gdyby jednak, to kto wie, być może w księgarni nikt by książki nie kupił. Tak, tutaj może się zrodzić podejrzenie, że te teksty nie są wiele warte, słusznie więc, że do dziś nie ujrzały światła dziennego. Dodam, że ja tak podejrzewałem zawsze, co jest kolejnym powodem, że jako autor tekstów odważnie anonsowanych, że są „do śmiechu”, debiutuję w wieku lat osiemdziesięciu jeden. A może nawet i dwa, bo drukowanie potrwa.

Jednak – uwaga – podejrzewałem, ale już nie podejrzewam. To nie mogą być teksty zupełnie nic niewarte, bo jednak śmieszyły różne widownie i to wiele razy. Słyszałem na własne uszy. Niech więc stracą w formie drukowanej choćby i połowę wartości śmiechotwórczej (pozbawione mojego niepowtarzalnego wykonania), ale coś w nich jednak przetrwa, proszę mi pozwolić na pozostanie przy takiej nadziei.

W jednym tylko punkcie moje obawy będą niezmienne aż do końca: otóż zawsze miałem sobie do zarzucenia przesadne uleganie chwili i pisanie tekstów, które śmieszyły w – powiedzmy – styczniu bardzo, w lutym już mniej, w marcu wcale, w kwietniu zaś wywoływały pomruki niezadowolenia, że oto autor zajmuje się tak przebrzmiałymi problemami, wydarzeniami zapomnianymi kompletnie, omówionymi już dokładnie przez innych autorów, na ogół udatniej zresztą. Starałem się do tego nie dopuszczać, zmieniałem teksty, uaktualniałem, jakoś wychodziłem na swoje, nie muszę chyba jednak tłumaczyć, że w wydanej książce zmienić niczego już się nie da, chyba żeby mi się udało włamać do mieszkań tych kilku osób, które książkę kupią, i kolejno w ich egzemplarzach pozmieniać, co trzeba. Podobno mój kolega po fachu, malarz Edgar Degas, ten od baletnic, wszystkie swoje obrazy – już po sprzedaniu – przemalowywał.


Ostatni powód debiutu w wieku podeszłym to moje przyrodzone bałaganiarstwo. Zawsze odkładałem (i nadal to robię) wszystko nie tam gdzie trzeba i zawsze sobie obiecywałem, że zrobię porządek przy okazji następnej przeprowadzki, co nie następowało nigdy. To znaczy przeprowadzka, owszem, następowała, zaczynaliśmy z moją Hanką od pokoju o wymiarach trzy metry na półtora, przechodząc przez kolejne fazy wzrostu powierzchni, doszliśmy do stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych, ale niestety wolna przestrzeń użytkowa pozostawała constans, ponieważ wraz z powiększaniem się metrażu rosła góra papierów, obrazów, szkiców, tekstów, dyplomów, dokumentów, korespondencji i pamiątek. Patrzę w tej chwili ze zgrozą na sterty maszynopisów z dawnych lat, tych przedkomputerowych, gdzie dialogi z Kolegą Kierownikiem (koniec lat siedemdziesiątych) przemieszane są z tekstami dla Radia Gdańsk (druga połowa lat pięćdziesiątych), przetkane tekstami pisanymi z Bogumiłem Kobielą (pierwsza połowa lat sześćdziesiątych), opakowane częściowo w teksty na spotkania nielegalne (lata osiemdziesiąte), potem legalne (lata dziewięćdziesiąte), i ogarnia mnie przerażenie. Dodatkowo to uczucie wzmocnione jest absolutną pewnością, że zachowały się tylko maszynopisy tych gorszych tekstów, bo wszystkie były pisane na ogół w jednym egzemplarzu i tylko te gorsze pozostawały nietknięte po jednym użyciu, bo jak nie chwyciły, to trzeba je było odłożyć do szuflady, te lepsze zaś podróżowały ze mną, ulegały ciągłym udoskonaleniom, poprawkom w formie wyklejanek (papier, nożyczki i klej – nie można było po prostu kliknąć, żeby zmienić kolejność akapitów) i po dłuższej eksploatacji po prostu znikały. Najczęściej bezpowrotnie.

 

Nie! Nie mam odwagi zagłębić się w tę stertę.

Zacznę od tekstów, które powstały w okresie ostatnim – komputerowym. Zapisane na dysku. Wystarczy kliknąć i wstawić w zbiorek. To i tak będą teksty stare, choć na komputerze zacząłem pisać dość późno, gdzieś tak u progu drugiego tysiąclecia dopiero.

Komputerowe początki nie były łatwe.

O tym opowiada monolog pierwszy.


Kupiłem sobie komputer. Postanowiłem zerwać z przestarzałą maszyną do pisania i jeszcze bardziej przestarzałym piórem maczanym w atramencie, jakiego używałem w szkole. Przy okazji dementuję pogłoski, że jestem taki stary, że w szkole pisałem rysikiem na kamiennych tabliczkach. Nie, i na drugie śniadanie mama dawała mi kanapki z serem, a nie z kawałkami mamuta.

Kupiłem więc komputer. Znajomy mi zamontował, włączył i powiedział, że powoli wszystkiego się nauczę, wystarczy stosować się do poleceń pojawiających się na ekranie, które są dokładne i logiczne.

Ponieważ przez trzy dni mimo usilnych starań nie zdołałem wyłączyć komputera, zadzwoniłem do tego znajomego, a on mnie zbeształ. Powiedział: „Przecież mówiłem, że trzeba logicznie: chcesz zakończyć pracę komputera, klikasz tam, gdzie masz napisane START”.

Postanowiłem, że w przyszłości po informacje będę się zwracał do internetu. Pomogła mi wnuczka, powiedziała, że muszę zapamiętać słowo podstawowe dla wyszukiwarki. To proste dziadku, okulary narciarskie wypowiadane przez jednego z waszych przyjaciół, który trochę się jąka. Zapamiętałem: go-ogle i trzeba trafu, że następnego dnia wnuczka miała zadanie domowe z zoologii, zatelefonowała, żebym jej znalazł informacje o fokach pojawiających się w naszych wodach w Bałtyku. Wystukałem w Googlach „polskie foczki”, nacisnąłem – ENTER… i… to, co zobaczyłem, to nie bardzo było to, czego się spodziewałem, chociaż owszem, niektóre pluskały się w wodzie, jedne w bieliźnie, inne bez. Musiałem skłamać wnuczce, że nie znalazłem, i do dziś usiłuję to usunąć z działu „ulubione”.


Ale postępy w wyszukiwaniu robię i ostatnio już przez kilka dni z rzędu udawało mi się nie trafić na strip-tease on line i amatorskie seks wideo Misiaczki w czworokącie. Dodam, że przestałem już być nowoczesnym dziadkiem, który dziwi się, dlaczego moja córka wciąż nie podłącza wnuczki do tej skarbnicy wiedzy.

Młodszej wnuczki. Starsza jest już dorosła. Kiedy zobaczyła, że mam komputer, po raz pierwszy w życiu uznała, że jest o czym ze mną porozmawiać. Opowiedziała mi, że w pracy ma kolegę, który chyba jest hakerem. Nie wiedziałem, co to haker, ale spytałem, dlaczego tak uważa. Powiedziała, że to trochę dziwne, że jak koleżanka zapomni swojego hasła albo PIN-u, to ten kolega od razu uprzejmie jej podaje, a poza tym od czasu do czasu pochyla się nad swoim laptopem i mruczy: „Nooo zobaczymy, czy na tę kartę kredytową jeszcze coś kupisz, gnoju”.

Wciąż robię postępy i może też kiedyś do tego dojdę. Ostatnio założyłem sobie adres mejlowy, Fedorowicz, małpa, jakoś tę małpę przecierpiałem, podobno w komputerach to normalne, i od razu zostałem zasypany listami. Z całego świata! Wszystkie po angielsku i wszystkie proponowały, że mogą mi… jak by to powiedzieć… że mogą powiększyć mój stan posiadania, ingerując w moje przyrodzone wymiary. To jest podejrzane. Dlaczego oni uważają, że powinienem sobie powiększyć? Dlaczego akurat ja? Ktoś im naplotkował? Odpowiedziałem wszystkim, że dziękuję uprzejmie, nie skorzystam, następnego dnia przyszło dwa razy więcej propozycji, z tym że cena spadła. Ale przyszedł też mejl wreszcie w innej sprawie:

„Alarm dla klientów Banku PKO. Aby uniknąć włamania na twoje konto, sprawdzamy zabezpieczenia. Szybko podaj numer i hasło dostępu”. Trochę mi się wydało podejrzane, że w rubryce „nadawca” było nie PKO tylko ziutek@wp.pl, ale pomyślałem sobie: okej, zabezpieczeń nigdy dość, wystukałem mój PIN i posłałem. Przyszła krótka odpowiedź „dzięks!” i propozycja, że jak mam jeszcze jakieś konta, to żebym szybko przepisał na tego Ziutka. To mnie oburzyło. Napisałem: „Czy ja wyglądam na idiotę?”. Odpisał: „Nie. Ale na szczęście pozory mylą”.

I tu korespondencja się urwała. Ziutek wyczyścił mi konto, po miesiącu komornik zabrał komputer i wreszcie mam spokój. Wracam do kamiennych tabliczek.

x x x


To było tylko takie zakończenie monologu, rzecz jasna, bo naprawdę komputerem posługuję się bez przerwy i będę się posługiwał, taki jest wymóg tej nowo pozyskanej nowoczesności. Niniejszy wtręt odautorski zamieszczam także po to, by zwrócić uwagę, tak na wszelki wypadek, choć Państwo sami by na to wpadli, że prawie wszystkie monologi są pisane w pierwszej osobie, ale to jest trochę inna osoba niż ta pierwsza osoba, w której pisałem wstęp i pisać będę wtręty odautorskie. Żeby się obie pierwsze osoby nie pomyliły! Monologi wygłasza „ja” niekoniecznie prawdomówny. Na ogół opowiada o doświadczeniach prawdziwych, ale czasem coś zmyśla. Natomiast tekst pisany inną czcionką niż monologi i skecze jest od tego „ja” prawdziwego i tu jestem szczery. Rozróżnienie obu pierwszych osób jest dla mnie szczególnie ważne, żeby nikt – gdy wygłaszam monolog o psie żony na przykład – ani przez chwilę nie pomyślał, że mówię o mojej prawdziwej żonie i prawdziwym psie. Oboje mogliby się poczuć dotknięci. Moja prawdziwa i jedyna wnuczka też mogłaby mieć za złe, że przyznałem się przed chwilą do jakiejś drugiej, głupkowatej zresztą.


Oto moje dalsze doświadczenia komputerowe. Tym razem prawdziwe niestety.



Wszyscy już dzisiaj korzystamy z komputerów. Chciałbym Państwa ostrzec: zdarzają się komputery takie jak mój, złośliwe i nie dość, że złośliwe, to jeszcze w tej złośliwości wyjątkowo wyrafinowane. Najpierw mój komputer długo usypia moją czujność, udając serdecznego przyjaciela. Zarzuca mnie troskliwymi pytaniami. „Czy chcesz umieścić ten plik w koszu?”. Kliknąłem usuń, więc znaczy, że chcę. „Czy na pewno chcesz umieścić ten plik w koszu?”. Tak, chcę. Nie, nie, na razie wszystko w porządku, on w ten sposób dba, żeby moja praca się nie zmarnowała. Przypuśćmy, że coś napisałem, zapisałem, ale potem dołożyłem jeszcze przecinek, zamykam plik, to znaczy klikam ten krzyżyk w prawym górnym rogu, on czujnie pyta: „Czy chcesz zapisać zmiany?”. I dopóki nie kliknę „tak”, nie ma mowy o zamknięciu, i to jest słuszne, bo te zmiany to czasem przecinek, a czasem kilka godzin mojej pracy. W ten sposób on bez przerwy mnie upewnia, że w żadnej sytuacji nie dopuści, żebym ja z mojego tekstu stracił choćby jedno słówko. Po jakimś czasie nabieram tej pewności.


I prędzej czy później nadchodzi dzień, do którego on się całymi tygodniami przygotowywał. Dostaję mejla, ktoś przysyła w załączeniu projekt naszego wspólnego tekstu, prosi o uzupełnienia, uwagi i poprawki, otwieram załącznik, palę się do tej roboty, bo tekst jest dla mnie i jeszcze kilku osób szalenie ważny, uzupełniam, kombinuję, poprawiam, szlifuję styl, dobieram pieczołowicie epitety, dołączam wersje, trwa to kilka godzin, skończyłem, zamykam, krzyżyk w prawym górnym rogu, on oczywiście pyta: „Czy chcesz zapisać zmiany?”. Oooo, dziękuję, że mi przypomniałeś, chcę, klikam TAK.

Wszystko znika.

Bezpowrotnie. Tekstu poprawionego nie ma. Nigdzie się nie zapisał. Jest tylko wersja, którą dostałem mejlem. Cały dzień pracy poszedł w diabły. Dlaczego?

Bo pracowałem w pliku otwartym jako załącznik poczty, a w takim pliku zmiany się nie zapisują, chociaż on na ekranie wygląda dokładnie tak samo jak ten, w którym zmiany zapisać można. I dobrze, moja wina, zapomniałem. Tylko powiedz mi jedno bydlaku: PO CO PYTAŁEŚ, CZY CHCĘ ZAPISAĆ ZMIANY?!!! PO CO!!!???

Ja wiem po co. Po to, żeby mnie zgnoić. Już widzę tego całego Billa Gatesa, który to wszystko wymyślił, widzę go, jak siedzi gdzieś w tej krzemowej dolinie i zaciera ręce, że tak mu się udało. Życzę ci, żebyś tak tarł te ręce w krzemie, żeby ci się z tego tarcia krzesiwko zrobiło, iskra żeby poszła, żeby ci się spaliło wszystko i żebyś pobiegł do insurance po odszkodowanie, a oni żeby ci powiedzieli: nie będzie odszkodowania, niestety, w pańskiej polisie zmiany dotyczące pożaru się nie zapisały…

x x x

Podobno taka sytuacja jest już niemożliwa. Uczeni w piśmie twierdzą, że niedoróbka jest już naprawiona. Widocznie Gates się dowiedział, że go chłoszczą biczem satyry. Oczywiście kpię. Jak byłem bardzo młody, to wierzyłem w skuteczność satyry interwencyjnej, ale bardzo szybko mi przeszło.


Wojtek Młynarski miał podobny stosunek do tego chłostania. Napisał kiedyś w którejś z piosenek wprost, że satyryk, owszem, może coś zauważyć, opisać, ale potem to już powinien wkroczyć prokurator. A wiadomo, że w PRL nie wkraczał, w każdym razie nie tam, gdzie satyrycy by chcieli. Więc mi przeszło, nie przeszła mi natomiast niechęć do mojego komputera. Uzasadniona. Bo jak coś na nim napiszę, to nie daj Boże, żebym komuś posłał czy wydrukował bez przeczytania, za każdym razem muszę to dokładnie przeczytać literka po literce, bo on zawsze wie lepiej, co chciałem napisać. Chwileczkę odczekuje, bo gdyby nie odczekał, to ja mógłbym zauważyć jego robotę, odczekuje i zmienia. Właśnie mi tu powyżej zmienił Gates na Gatek. Przedtem Keatona na Katona. Z Barei zawsze robił Breję, z Oleksego Aleksego.


Pozostałe monologi pozbieram w grupki tematyczne. Nie wiem, czy im to pomoże, ale będę miał odpowiedź na pytanie, co mnie jako autora obchodziło najbardziej.

Chyba przemieszczanie się.




Co oni teraz wyrabiają z tymi kontrolami na lotniskach! Kamery, czujniki, promienie rentgenowskie. Spytałem dla żartu, czy przy okazji mógłbym sobie płuca prześwietlić, powiedzieli poważnie, że chętnie by prześwietlili, ale niestety NFZ im nie zwraca. Na wszystkich lotniskach groźby zamachów traktowane są niesłychanie serio. Na lotnisko trzeba przyjechać osiem godzin przed odlotem. Przez pierwsze cztery godziny prześwietlają bagaż, przez następne cztery oglądają w realu to, co wcześniej prześwietlali. Mnie zarekwirowali pędzel do golenia, bo miał metalową rękojeść, i drewniane wykałaczki, bo były za ostre na końcach. Potem zabrali się do płynów. Musiałem wylać krople do oczu i atrament z wiecznego pióra.


Płyny są uznawane za niebezpieczne od czasu, kiedy się okazało, że terrorysta potrafi tak zrobić, że jak zmiesza płyn z jednej butelki z płynem z drugiej, to mu to wybucha. No i od tego czasu nawet kobiety karmiące piersią muszą mieć w tej piersi mleko w proszku.

 

Wynaleziono poza tym aparaty, które tak prześwietlają każdego pasażera, że on jest cały zupełnie goły. Na niektórych co bogatszych lotniskach wprowadzono już te prześwietlenia. Jeżeli we Frankfurcie przechodzą panowie, a któraś z kontrolerek się czerwieni i zwołuje koleżanki: „Helga, Helga, komm hier!” – to znaczy, że tam już mają prześwietlacz najnowszej generacji.

Podobno pewien ekshibicjonista wykupił sobie bilet miesięczny, a jedna pani o określonym zawodzie wytatuowała sobie w pewnym miejscu dużymi cyferkami numer telefonu, licząc, że obsługa nie zawsze jest damska.

W każdym razie kontrole są coraz ostrzejsze, a mimo tych coraz ostrzejszych kontroli ciągle jakimś terrorystom udaje się zmylić kontrolerów i wnieść coś niedozwolonego na pokład.

I jest tu tylko jeden fenomen w skali światowej: otóż nie było jeszcze wypadku, żeby jakikolwiek terrorysta dostał się na pokład linii izraelskich.

Dlaczego?

Bo Izraelczycy wcale się nie koncentrują na prześwietleniach.

Ich wywiad, Mosad, rozpracowuje wszystkich pasażerów, zanim przyjadą na lotnisko. Są przecież znane grubo wcześniej listy z nazwiskami. I jak wraca z Ziemi Świętej wycieczka parafialna spod Rzeszowa, to obsługa lotniska nie traci czasu na prześwietlanie każdej babci i sprawdzanie, czy nie ma w różańcu materiałów wybuchowych, bo wiadomo, że nie ma, będzie je miała dopiero, jak pójdzie demonstrować przed sejmem poparcie dla Radia Maryja.


Tak więc w Tel Awiwie na lotnisku rzeszowskie babcie przechodzą bez kontroli, za to amerykańskiemu biznesmenowi z Nowego Jorku Mosad bada całą rodzinę cztery pokolenia wstecz i jeżeli wykryją mu pochodzenie arabskie, to kontrolują go przez parę godzin.

A jak znajdują mu w rodowodzie domieszkę krwi żydowskiej, to przechodzi bez kontroli.

Dlatego wszyscy Polacy przechodzą bez kontroli. Bo każdy ma domieszkę. Choćby się nie wiadomo jak wypierał. Nawet jak nie ma, to według sąsiadów na pewno ma, tylko ukrywa, i Mosad to wie.

x x x