WroniecTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wroniec
Wroniec
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,90  46,32 
Wroniec
Wroniec
Audiobook
Czyta Jan Peszek
25 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Dawno, dawno temu...

Ocknął się znowu...

Rano marudził i nie chciał wstawać...

Przeszedł dwie przecznice...

Raz zobaczył z daleka szpic Szpicla...

Przeleciał przez dwa całkiem ciemne piętra...

Komisariat MOMO mieścił się w ponurej kamienicy...

Pod kamiennym aniołem kobiety opatrzyły pana Jana...

W nocy zdarzyło się coś więcej...

Szli, a przed nimi, za nimi i obok nich majaczyły...

Wóda płynęła strumieniami...

Podziemie Pozycjonistów w dziwny sposób łączyło się...

Adaś siedział pod kominem...

Ojciec Adasia czytał bardzo gruby tom...

Wroniec unosił się na zimnym wietrze...

Dzuń-tryń, dzuń-tryń, dzuń-dzuń...

Galeria

Opieka redakcyjna serii: ANITA KASPEREK

Adiustacja i korekta: SYLWIA FROŁOW, ANNA RUDNICKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Projekt okładki i opracowanie graficzne: JAKUB JABŁOŃSKI

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Jacek Dukaj

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2009

© Copyright for the illustrations by Wydawnictwo Literackie, 2009

ISBN 978-83-08-05724-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

I spadła na nich potworna wrona,

Czarna jak smoła, dziób do ogona;

Bohaterów przeraziła wielce

Że wraz zapomnieli o swej sprzeczce.

– Wiem, co sobie myślisz – rzekł Tweedledum – ale to wcale tak nie jest, nic a nic.

– Wręcz przeciwnie – ciągnął Tweedledee – bo mogłoby tak być, gdyby było; a gdyby tak się zdarzyło, możliwym by było; a że tak nie jest, to nie jest. Oto logika.

Lewis Carroll

O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra

Wyszedł w szare światło i stanął i przez krótką chwilę widział wówczas absolutną prawdę o świecie. Zimne, nieubłagane obroty Ziemi bez przyszłości. Ciemność nieprzejednana. Gon ślepych psów słońca. Miażdżąca czarna próżnia wszechświata. A gdzieś w nim – dwa zaszczute zwierzęta drżące jak lisy w kryjówce.

Cormac McCarthy

Droga

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Posłuchajcie, to nie zdarzyło się naprawdę:

awno, dawno temu był sobie chłopiec o imieniu Adaś. Adaś miał mamę i tatę, miał siostrzyczkę, babcię, a także wujków i ciotki. Wszyscy żyli w dużym mieście nad rzeką.

Pod miastem stały fabryki. Kominy fabryk dzień i noc wypluwały gęste dymy. Niebo nad miastem o zmierzchu i świcie barwiło się landrynkowo.

Mama Adasia pracowała w biurze jednej z tych fabryk. Tata pracował w innym biurze, w centrum miasta. Nie było ich w domu przez większą część dnia. Wówczas Adasiem i jego siostrą zajmowała się babcia.

Ojciec przynosił z pracy teczki pełne zadrukowanych i zapisanych papierów. Sam jeszcze w domu stukał na maszynie, wieczorem i w nocy. Aż mama musiała mu przypominać, że dzieci nie mogą spać, kiedy tak hałasuje. Wtedy przestawał. Mamrocząc gniewnie pod nosem, wychodził na balkon. Wypalał tam przed snem papierosa.

Przychodzili brodaci panowie i głośno dyskutowali o tym, co tata napisał na maszynie. Oni również wychodzili na balkon.

Adaś nauczył się zasypiać przy dźwiękach maszyny do pisania. Tata pozwolił mu też samemu uderzać w jej klawisze. Adaś usiadł mu na kolanach, wysunął język. Bardzo mocno nacisnął po kolei litery na metalowych guzikach. Tata wkręcił specjalnie dla niego czystą kartkę. Adaś wystukał pośrodku białego prostokąta: ADAM.

Zabrał tę kartkę. Zawsze miał ją przy sobie, złożoną w kostkę. Podpisał się, a zatem umiał pisać. Bardzo był z siebie dumny.

Pokazał kartkę siostrzyczce. Ale ona tylko prychnęła i przewróciła oczkami. Siostrzyczka, pomyślał urażony, jest bardzo głupia. Nie umie nawet mówić.

Ojciec pisał na maszynie, bo nie mieli komputera. W tamtych czasach nie było komputerów. Nie było Internetu. Nie było też żadnych gier elektronicznych. Czarno-białe telewizory pokazywały dwa progamy. Gadali na nich o nudnych sprawach brzydcy panowie. W kinach nie wyświetlano amerykańskich filmów. I nie było muzyki do słuchania z iPodów i komórek. Nie było komórek. W domu Adasia w ogóle nie było telefonu.

Telefon miał sąsiad z dołu: bardzo duży, łysy pan z siwymi wąsami. Tata często z nim rozmawiał na schodach i przed blokiem. Połowa mieszkańców z ich klatki wstępowała do łysego sąsiada i korzystała z jego aparatu. Do niego też ludzie dzwonili, a on chodził i pukał do drzwi, wołał gromkim głosem lokatorów do telefonu.


Adaś mieszkał z rodzicami, siostrzyczką i babcią na trzecim piętrze betonowego bloku.

Wspinał się na szeroki parapet i wyglądał przez okno na szeregi kolejnych betonowych bloków. Jeszcze poruszały się nad nimi wielkie ramiona dźwigów. Czasami Adaś widział robotników wdrapujących się – wysoko, wysoko – do maleńkich kabin tych dźwigów. To było podniecające: mogli przecież spaść.

Przyciskał czoło do zimnej szyby. Robotnicy chodzili po dachach i błyskali niebieskimi płomieniami. Od tych płomieni latały pod powiekami kolorowe mroczki. Babcia mówiła, żeby tam nie patrzył, bo oślepnie. Adaś patrzył i nie oślepł. Zrozumiał, że babcia się nie zna na budownictwie.

Często po prostu siedział godzinami na parapecie i czytał książki. Tata nauczył go czytać, chociaż Adaś nie chodził jeszcze do szkoły.

Tamtej zimy zdarzyło się, że brzydcy panowie zastąpili w telewizji także niedzielną bajkę. Zamknięto szkoły, a nawet niektóre przedszkola. Adaś nudził się bardziej niż zwykle.

W domu pojawił się wujek Kazek. Mama powiedziała, że wujek musi tu z nimi zamieszkać na jakiś czas. Wujek Kazek przesiadywał całymi dniami przy radiu, kłócił się głośno z tatą o różne niezrozumiałe sprawy i palił jeszcze bardziej śmierdzące papierosy. Sypiał w kuchni na materacu rozłożonym pod kaloryferem. Narzekał, że mróz ciągnie przez szczeliny w oknach. Kichał i smarkał.

Mama zabroniła Adasiowi wychodzić na pole. Nie mógł więc nawet pójść na sanki ani porzucać śnieżkami z dziećmi z bloku.

Ojciec i wujek Kazek schodzili na dół do sąsiada. Wracali i narzekali, że telefony ciągle głuche. Potem narzekali, że nie można rozmawiać, bo podsłuchują na linii. Mama przesiadywała u sąsiadki za ścianą.

Adaś zajął swoje miejsce na parapecie.

Zaczął czytać książkę o przygodach szpiegów i partyzantów. Od okna wionęło chłodem i babcia zawinęła chłopca w koc. Od rana wyglądała na bardzo przestraszoną. Czego może bać się babcia?

Osiedle zdawało się Adasiowi opuszczone przez mieszkańców. Nikt nie chodził między blokami. Niebo po wschodniej stronie pociemniało. Może to chmura, a może dymy z fabryk, teraz prawie czarne. Śnieg też był brudny.


Czasami wieczorem, kiedy wyglądał skulony na szare osiedle, robiło się Adasiowi tak dziwnie smutno. Musiał przełykać ślinę i długo mrugać.

 

Zapalały się światła w oknach bloków. Adaś widział małych ludzi poruszających się w małych kwadracikach w betonie – na tle żółtym i na tle szaroniebieskim. Szaroniebieskie było tam, gdzie włączono telewizory.

Babcia też włączyła telewizor. W telewizorze pokazywali gadających panów. Potem gadających panów w mundurach. Potem żołnierzy z armatami i czołgami. Potem znowu gadających panów. A potem jednego pana w mundurze, z wielką głową i w wielkich okularach.

Ktoś zapukał do drzwi i babcia wyszła. Adaś został sam w pustym mieszkaniu, ze śpiącą w łóżeczku siostrzyczką i grającym telewizorem.

Przycisnął policzek do zimnej szyby.

Osiedle znikało w ciemności. Przymknął lewe oko. Pomyślał, że jest jedynym człowiekiem na całej ziemi. No, byli ci w podświetlonych oknach – ale przecież nieprawdziwi.

Chuchnął na szybę. Świat zaszedł parą i rozemglił się przyjemnie, bajkowo.

Babcia wróciła. Raz spojrzała na Adasia, przyłożyła mu dłoń do czoła i prędko zapakowała pod pierzynę. Adaś rzeczywiście pociągał już głośno nosem. Babcia winiła wujka Kazka. Przepowiadała, że wujek wszystkich w domu pozaraża.


Adaś zasnął na trochę, obudził się, znowu zasnął i znowu obudził. W pokoju było ciemno. Tylko rysa światła pod drzwiami pozwalała odróżnić meble od potworów.

Poszedł do łazienki. Rodzice, wujek i babcia siedzieli w kuchni i kłócili się przyciszonymi głosami. Adaś wysikał się i słuchał przez chwilę. Aż zrobiło mu się zimno i wzięły go dreszcze.

Wrócił do łóżka.

Zasypiał i budził się. Śniły mu się widoki z telewizora. Czarno-biali generałowie. Wielka wrona ponad żołnierzami. Puste ulice ciemnych miast.

Pocił się bardzo. Mama dała mu jeszcze do wypicia gorącą herbatę z sokiem malinowym. Opatuliła go dobrze i ucałowała. Chciał zapytać, co się dzieje, ale zobaczył, że mama też się boi. Tylko nasunął wyżej pierzynę, aż pod oczy. Teraz był prawie bezpieczny.


cknął się znowu. Coś strasznego stało się w domu, wiedział. Obudziły Adasia hałasy – ale rozpoznał je dopiero po chwili, gdy usiadł w łóżku i przetarł oczy.

Rozbiła się szyba – to, co usłyszał przez sen, to był trzask sypiącego się szkła. Spadło też coś ciężkiego na podłogę, a mama krzyknęła przestraszona. Wszystko to działo się w pokoju rodziców.

Wyskoczył spod pierzyny i podreptał przedpokojem. Zimne powietrze owiało mu stopy. Znowu zaczął pociągać nosem.

Drzwi pokoju rodziców były uchylone. Paliło się tam światło. Hałas nie ustał. Adaś rozpoznawał głos wujka Kazka. Wujek mówił bardzo brzydkie słowa.

Adaś ostrożnie przysunął główkę do szczeliny.

W rozbitym oknie, na połamanej framudze siedział wielki Wroniec, dokładnie taki, jaki się Adasiowi przyśnił: czarny, lśniący, straszny.

Wroniec rozpostarł skrzydła i zasłonił całą ścianę, od biblioteczki do meblościanki. W jednej szponiastej łapie ściskał zakrwawionego ojca Adasia, drugą zaś wczepił się w parapet.

Uniósł i opuścił gwałtownie długi na metr dziób, ciężki i ostry kilof. Dziabnął nim mamę Adasia. Mama próbowała uratować, odciągnąć tatę; nie udało się jej. Ptaszysko trafiło mamę. Padła na podłogę, krzycząc z bólu.


Wroniec rozwarł dziób. Strząsnął z niego czerwone krople i zaskrzeczał przeraźliwie, aż echo poszło po osiedlu.

Firanki i zasłonki łopotały w strzępach wokół Wrońca. Lodowaty wiatr wdmuchiwał do wnętrza fontanny śniegu. Lampa pod sufitem kołysała się, krzywy cień Wrońca skakał po wyblakłych tapetach.

Adaś rzucił się na pomoc mamie. Wujek Kazek złapał go za ramię. Chłopiec wyrywał się, krzyczał.

Wroniec obrócił ku niemu czarny łeb. Ogromne płaskie ślepia – węglowe szkła – wpatrzyły się w Adasia.

Adaś zadygotał z zimna. Złapał się mocno piżamy wujka. Smoliste ślepia musiały wysyłać niewidzialne promienie paraliżujące, bo Adaś nie mógł się ruszyć ani kroku w tył, ani w przód. Martwe, lodowate spojrzenie ptaka przymroziło chłopca do podłogi.

– SYN! – zakrakał Wroniec.

Buch! – pękła jedna z żarówek.

Wtem Wroniec zwinął skrzydła, szarpnął nieprzytomnego ojca Adasia – i razem z nim runął w noc.

Pozostał wir czarnych piór, białego śniegu i strzępów papieru z rozdartych książek. Papiery, dokumenty, wyrwane kartki walały się po całym pokoju.

Adaś i wujek rzucili się do okna. Mroźny wicher wycisnął im z oczu łzy. Adaś chciał się wspiąć na parapet, ale wujek go powstrzymał. Wskazał tylko cień malejący na nocnym niebie nad blokowiskiem, ponad dachami i dźwigami.

Wujek z babcią przenieśli mamę do drugiego pokoju. Wujek pobiegł do telefonu. Babcia próbowała opatrzyć mamę. Wroniec dziabnął ją nad sercem. Na mamy nocnej koszuli rosła czerwona plama.

Mama nie otwierała oczu.

Adaś stał w kącie i gryzł palce.

Zjawił się sąsiad od telefonu.

– Zaraz tu będą – powiedział.

Babcia obejrzała się na przerażonego Adasia.

– Niech pan go zabierze, panie Janie.

W szponiastej łapie ściskał ojca Adasia.

Pan Jan porwał Adasia na ręce. Wybiegł na klatkę, sapiąc ciężko. Na schodach minął się z wujkiem Kazkiem. Krzyknęli do siebie w biegu.

Pan Jan zatrzasnął pośpiesznie drzwi swojego mieszkania. Przekręcił wszystkie zamki i założył łańcuchy.

Złapawszy dech, ostrożnie odsunął klapkę judasza i wyjrzał przez szklane oczko na klatkę.


– Idą – szepnął.

– Kto?

– Oni.


I położył palec na wargach.

Adaś przycisnął ucho do drzwi.

Najpierw poszedł klatką wiatr. Trzasnęły okiennice, futryny. Zaszurały wycieraczki. Huknęły drzwi klatki na dole. Potem rozległ się tupot wielu par ciężkich butów. TUP-ŁUP, TUP-ŁUP. Oni biegli, ale jakby wcale się nie spiesząc. Piętro za piętrem, coraz bliżej. Adaś oderwał na moment ucho od drzwi. Nie zatrzymali się, pobiegli wyżej. Do mieszkania Adasia.

Pan Jan znowu przyłożył palec do warg. Usłyszeli krzyki babci. Wujek Kazek też mówił coś głośno.

Kroki znowu zaczęły się zbliżać. Przebiegli z powrotem w dół. TUP-ŁUP, TUP-ŁUP. Po raz drugi huknęły drzwi na dole klatki.

I cisza.

Pan Jan otworzył drzwi, wyjrzał na zewnątrz. Adaś przemknął mu pod ręką i pierwszy popędził na górę, do domu.

Już nie było domu. Połamali, porozbijali, porozdzierali, powywracali, porozlewali, potłukli, porozsypywali, podziurawili, powyrywali, pobrudzili, pokaleczyli, pognietli, postrącali, pomieszali, poniszczyli, zniszczyli.

Adaś zajrzał do łóżeczka siostrzyczki. Puste.

Ani śladu też po mamie, babci i wujku Kazku.

Wszystkie okna otwarte albo wybite. Po ruinie hulał wiatr ze śniegiem.

Pan Jan i Adaś stąpali po ubraniach, papierach, kawałkach sprzętów i mebli.

– Gdzie mama?

– Zabrali ich.

Adaś wspiął się na parapet. Pan Jan złapał go za kołnierz.

Na śniegu pod blokiem widniały ślady olbrzymich psich łap z głębokim bieżnikiem. Pod blokowym śmietnikiem stał człowiek w czarnym płaszczu z pięciometrową igłą anteny wyrastającą ze szczytu czaszki. Obracał głową na wszystkie strony, a stalowy szpic kreślił w nocy kółka i ósemki.


– Wzięły ich Suki – zaburczał-zahurczał pan Jan, przyciskając do siebie Adasia grubym ramieniem. Dla chłopca zabrzmiało to, jakby w głębi piersi łysego sąsiada zakręciła się betoniarka.

– Zostawili Szpicla. Uważaj, mały, bo nas zobaczy. Nadaje wszystko do Wrońca.

Adaś zadrżał.

– Z-z-zimno.

Wrócili do mieszkania pana Jana.

Pan Jan zaparzył herbatę. Sobie nalał z butelki do kieliszka Coś Mocniejszego. Łyknął i chuchnął.

– Jak ci na imię, mały?

– Adaś – chlipnął Adaś.

Sąsiad wyciągnął do niego wielgachną dłoń.

– Jan Stanisław Wieńczysław Beton.


Połamali, porozbijali, porozdzierali, powywracali, porozlewali, potłukli, porozsypywali, podziurawili powyrywali, pobrudzili, pokaleczyli, pognietli, postrącali, pomieszali, poniszczyli, zniszczyli.

Adaś z trudem uścisnął mu kciuk i palec wskazujący.

– Czemu ma pan takie duże ręce?

– Temi ręcami! – zahurczał pan Beton. – Temi ręcami zbudowałem!

– Co pan zbudował?

– Domy! Ulice! Fabryki budowaliśmy! Miasta!

– Aha.

Pan Beton wrócił na górę po ciepłe ubranie dla Adasia.

Adaś tymczasem oglądał ustawione na regale stare fotografie Jana Stanisława Wieńczysława. Wszystkie wykonano na wielkich placach budowy. Pan Beton jeszcze miał włosy na głowie. Goły do pasa stał tam z cegłówkami w rękach. Albo ze szpachlą i wiadrem. Na tle maszyn budowlanych. Wkoło pięły się też mury i betonowe słupy. Wisiały na nich wstęgi i transparenty. 1000 PROCENT NORMY. 20 000 PROCENT NORMY. 250 000 PROCENT NORMY.


Były także dwa zdjęcia mniejsze, z boku. Nieco starszemu panu Betonowi towarzyszyli na nich ładna pani z bardzo długimi włosami oraz chłopiec: kilkuletni, a potem kilkunastoletni. Wszyscy uśmiechali się szeroko.

Pan Jan z trudem znalazł dla Adasia dobre ubranie. Sweter został rozdarty na rękawie, spodnie miały dziurę, a buty były nie do pary. Kurtce oberwano pół kołnierza.

– Poczekamy – powiedział pan Jan. – Twój wujek zadzwonił do rodziny. Wszystko będzie dobrze, mały. Ciotka albo dziadek zabierze cię, zanim Wroniec się dowie.

– Ale co z tatą? Co z mamą, proszę pana?

Pan Jan potarł łysinę.

– A, to. Przykra sprawa.

– Ale oni wrócą, prawda?

– Z Wrońcem nie ma żartów.

Ktoś zapukał do drzwi.

Był to sąsiad zza ściany pana Jana. Wszystko słyszał. A może i widział przez judasza.

Wszedł, wszedł, i zagadał, zagadał do pana Jana. Pan Jan kiwał głową. Sąsiad uśmiechał się, uśmiechał do Adasia. Adaś udawał, że interesuje go tylko gorąca herbata, którą siorbał z łyżeczki.

– Mogę mogę dać dać panu panu klucze klucze do przejścia do przejścia przez piwnicę przez piwnicę – mówił sąsiad.

Pan Jan mu podziękował. Sąsiad poszedł, poszedł do siebie po klucze.


– Dlaczego ten pan jest taki podwójny? – Adaś zapytał pana Jana.

– Co ty opowiadasz?

– Robi wszystko podwójnie, i mówi podwójnie.

Pan Beton zmarszczył brwi, wzruszył ramionami.

Ale zaraz palnął się w czoło.

– Mamy pod nosem Podwójnego Agenta!

– Podwójnego Agenta?

 

– Agent, widzisz, to ten, co działa. Ty działasz, mały, ja działam. Ale każdy za siebie, dla siebie. A są Agenci Podwójni: oni działają i w swoim, i w czyimś imieniu. Jawnie i w sekrecie. Tak i owak. Na prawdę i na kłamstwo. Że w prawo, a w lewo. Niby to, a tamto. Rozumiesz?

– Nie wiem. Że on to robi, ale robi też – kto? Wroniec?

– Wroniec – zazgrzytał zębami pan Beton i zacisnął wielkie pięści.

Sąsiad wrócił, wrócił z kluczami.

– Dziękuję stokrotnie – powiedział pan Beton i uścisnął mu rękę.

Sąsiad zbladł, zbladł i jęknął, jęknął.

Pan Beton złapał go za szyję, przycisnął do ściany. Sąsiad wybałuszył, wybałuszył oczy. Pan Beton jedną ręką wciskał go w ścianę bloku, drugą zaś wbił w ten beton i rozgarnął go na boki.

– Temi ręcami! – hurgotał, czerwieniejąc z wysiłku. – Temi ręcami ja was!

Sąsiad wierzgał, wierzgał nogami i machał, machał, bił, bił na wszystkie strony. Ale na panu Janie nie robiło to wrażenia.


Wciskał Podwójnego Agenta w beton, aż wcisnął go całego. Wtedy zaklepał dłońmi powierzchnię wielkiej płyty, że nie pozostał ślad, i otarł siwe wąsy.

– Uff. Prowizorka. Ale ujdzie.

Pan Jan usiadł na wersalce. Długo tak siedział, podpierając brodę pięściami i gapiąc się na ścianę.

Adaś wypił całą herbatę. Normalnie chciałoby mu się spać, ale za bardzo był przestraszony. Bał się też o rodziców i siostrzyczkę i babcię i wujka.

Ze stolika pod telefon spadła Książka Telefoniczna. Pan Jan podniósł się, włożył grubą kurtkę i naciągnął na łysinę futrzaną czapkę uszankę.

– Idziemy, mały.

– A ciocia?

– Ciocia jest spalona.

– Co?

– Puchacze i ten podwójny. Nie możemy czekać.

Wyszli na klatkę i zeszli po cichu na półpiętro nad parterem. Pan Beton wyjrzał przez okienko.

– Szpicel. Nie wymkniemy się tędy.

– A przez piwnice?

– Tego by chcieli! Zaczaiły się pewnie jakieś Enesy czy inne Bubeki.

Zeszli na parter. Pan Jan chwycił mocno Adasia. Adaś nie widział dobrze w ciemnościach, co pan Beton robi.

Wtem podniósł on chłopca i przełożył przez dziurę w ścianie do wnętrza ciemnego mieszkania. Potem, stękając i dysząc, sam przelazł przez dziurę.

– Chodź, mały. Nowaccy wyjechali do wnuków. Wyjdziemy przez balkon.

Przeszli po omacku przez ciche mieszkanie Nowackich. Adaś pomyślał, że to taka zabawa w duchy. Tylko że teraz to on sam i pan Jan są duchami. A gdyby tu jednak zastali pana Nowackiego? Przestraszyłby się na śmierć!

Wyszli na balkon. Pan Beton podniósł Adasia ponad balustradą i opuścił na śnieg. Adaś rozejrzał się po osiedlu. Tylko szary blask telewizorów migotał w niezliczonych kwadratach okien.

Kiedy szli wzdłuż bloku, Adaś zadzierał głowę, żeby zajrzeć do wnętrza mieszkań.

Tam siedziały przed telewizorami całe rodziny. Wypukłe kineskopy rzucały na ich twarze i ubrania plamy ziarnistej szarości. Był w tych obrazach ciepły spokój. Normalny wieczór, normalni rodzice i dzieci. Adasia zakłuło w serce.

Pan Beton odwracał jego głowę, zasłaniał mu wielką dłonią oczy.

– Nie patrz.

Wyszli na drogę za barakiem budowlańców.

Pan Jan wskazał czarne kreski na tle nocy, ponad dachami niższych domów: anteny Szpicli. Wyglądało, że pod każdym blokiem na osiedlu czuwa przynajmniej jeden Szpicel.

– Nie zajdziemy teraz daleko, mały. Przenocujemy i się zobaczy. Mam tu starego kumpla.

Adaś był już zmęczony. Nie odzywał się. Mróz szczypał go w policzki, drapał w gardło. Chłopiec z trudem przebierał nogami w śniegu. Mocno ściskał dłoń pana Jana. Co teraz będzie? Co teraz będzie? Co z tatą? Co z mamą? Gdzie babcia, gdzie wujek Kazek, gdzie siostrzyczka? Wroniec wpadł w środku nocy przez okno i rozszarpał świat na strzępy. Adaś dreptał ze zwieszoną głową i pociągał nosem.

Stary kumpel Jana Stanisława Wieńczysława Betona mieszkał w pakamerze przy ciepłowni. W środku było bardzo gorąco i bardzo duszno. Kumpel pana Jana miał brodę jak Rumcajs i palił dużą fajkę.

Obaj dorośli dyskutowali długo i głośno. Adasiowi kleiły się oczy. Nie słuchał, nie rozumiał.

Rumcajs pościelił mu na kanapie za szafą, dał trzy koce. Lecz wkrótce Adaś wykopał się spod koców i zakradł do pana Jana, chrapiącego głośno na rozłożonym fotelu. Wdrapał się na pierś łysego wąsacza i przytulił mocno.

Pan Jan odemknął jedno oko, spojrzał i naciągnął na Adasia starą kołdrę.

Adaś zasnął przy dźwiękach obracającej się betoniarki, skulony pod mocarnym ramieniem pana Betona.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?