W kraju niewiernych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Na mo­ment.

Po­da­ła Lee lor­net­kę.

Mu­rzyn zdjął od­bla­sko­we oku­la­ry i uniósł Ze­is­sa. Po chwi­li zmarsz­czył brwi.

— Co oni ro­bią?

Oja­li­ka na­cią­gnę­ła rę­ka­wicz­ki, skop­nę­ła z woj­sko­wych bu­tów wszech­obec­ne bło­to, wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Obej­rza­ła się na wej­ście do naj­bliż­sze­go na­mio­tu, gdzie Ima­tor wy­pru­wał wnętrz­no­ści sta­ro­żyt­ne­mu ma­gne­to­fo­no­wi. — Bę­dzie coś z tego? — spy­ta­ła, prze­rzu­ca­jąc ję­zy­kiem lan­dryn­kę w dru­gi po­li­czek. Ima­tor nie ra­czył na­wet od­po­wie­dzieć. Wró­ci­ła wzro­kiem do wzgó­rza to­te­mu.

Ten prze­ra­ża­ją­cy tro­pi­ciel Ano­ukie­go nadal kon­wer­so­wał ze star­szy­zną kla­nu za po­mo­cą sze­ro­kich, po­wol­nych, nie­mal ry­tu­al­nych ge­stów. Z tej od­le­gło­ści — bez mała ki­lo­me­tra — nie spo­sób było do­strzec, o czym wła­ści­wie dys­ku­tu­ją. Lu­dzie nie mie­li jed­nak moż­li­wo­ści zbli­że­nia się, sami wy­zna­czy­li tak sze­ro­ką stre­fę neu­tral­ną, w oba­wie przed włócz­nia­mi tu­byl­ców. Pię­cio­oso­bo­wa grup­ka sie­dzą­ca w kuc­ki cia­snym okrę­giem u stóp mo­nu­men­tal­ne­go to­te­mu, wi­dzia­na z są­sied­nie­go wznie­sie­nia, zda­wa­ła się nie wię­cej jak miej­sco­wym zwi­chro­wa­niem i nie­re­gu­lar­nym wy­pię­trze­niem na­gie­go grun­tu. In­dia­ni­na moż­na było roz­po­znać je­dy­nie na sku­tek róż­ni­cy wzro­stu po­mię­dzy nim a jego in­ter­lo­ku­to­ra­mi — się­ga­ła ona dwóch me­trów. Wiatr ude­rzył Oja­li­kę w twarz i roz­mru­ga­ła się; Lee od­dał jej lor­net­kę, od­wró­ci­ła gło­wę.

Od pa­łat­ki ozna­czo­nej em­ble­ma­tem Kor­pu­su szło ku niej dwóch woj­sko­wych w pan­ter­kach, go­glach bi­tew­nych (dzia­ła­ją?, zdu­mia­ła się prze­lot­nie), z sa­mo­pow­ta­rzal­ny­mi ku­sze­ra­mi przy bio­drach i wy­sta­ją­cy­mi spo­nad bar­ków rę­ko­je­ścia­mi ty­ta­no­wo-pla­sti­ko­wych mie­czy. Roz­po­zna­ła po­rucz­ni­ka Se­be­to i puł­kow­ni­ka Je­sli­toch­ce­wa. Za nimi drep­tał wy­raź­nie skon­fun­do­wa­ny Spie­glass, w tej swo­jej czar­nej ko­mi­niar­ce. (Oskal­po­wa­ny, skrzy­wi­ła się). W zsi­nia­łych dło­niach ści­skał ku­bek pa­ru­ją­cej kawy.

Uśmiech­nął się do Oja­li­ki prze­pra­sza­ją­co, od­su­wa­jąc się od żoł­nie­rzy.

Je­sli­toch­cew za­kasz­lał su­cho.

— Pani gu­ber­na­tor…

— To już?

— Co?

— Bunt.

Puł­kow­nik, ru­chem sta­re­go, zmę­czo­ne­go czło­wie­ka, ścią­gnął go­gle, prze­je­chał dło­nią w rę­ka­wi­cy po krót­kich wło­sach.

— Nie chciał­bym, żeby tak to się od­by­wa­ło — po­wie­dział ci­cho.

— Przy­kro mi. Nie dam ci tej sa­tys­fak­cji.

Mil­cze­li. Ano­uki chłep­tał kawę. Je­sli­toch­cew pa­trzył po­nu­ro po­nad ko­bie­tą na wzgó­rze to­te­mu; huś­tał w opusz­czo­nej le­wej ręce ciem­ne go­gle. Oja­li­ka przy­glą­da­ła się Ima­to­ro­wi, ude­rza­jąc ner­wo­wo lor­net­ką o udo.

— Bądź­my szcze­rzy — sap­nął Se­be­to. — De­Won­te to na­dzie­ja oca­le­nia; pani — do­go­ry­wa­nie i de­ge­ne­ra­cja w stra­chu…

— Za­mknij się — wark­nął Je­sli­toch­cew.

— Co tym ra­zem wam za­ofe­ro­wał? — spy­ta­ła spo­koj­nie. — Po­mysł z ba­za­mi na księ­ży­cu upadł, gdy się oka­za­ło, że nie spo­sób pod­nieść cze­go­kol­wiek z po­wierzch­ni pla­ne­ty, a upraw z „Arki” nie da się od­two­rzyć. Ile wam zaj­mie po­ła­pa­nie się w tym no­wym wa­riac­twie?

— No i po co ten sar­kazm? Ni­cze­go pani nie zmie­ni. Lu­dzie pój­dą za De­Won­tem. My­śli pani, że zna­czą te­raz co­kol­wiek re­gu­la­mi­ny? Wszyst­ko bar­dzo się upro­ści­ło. A poza tym — jest pani ko­bie­tą.

Unio­sła brwi w szcze­rym zdu­mie­niu.

— I cóż z tego?

— To pry­mi­tyw­ny świat.

— Wró­cił czas wo­jow­ni­ków, co?

— Dla homo sa­piens to stan na­tu­ral­ny. Ale nie w tym rzecz. Jed­no jest waż­ne: lu­dzie pój­dą za De­Won­tem. Nie mó­wię, że ja oso­bi­ście go po­pie­ram. Lecz nie mogę dzia­łać wbrew opi­nii ogó­łu, to tyl­ko spo­tę­go­wa­ło­by cha­os. Ja rów­nież czu­ję ten cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści, pani gu­ber­na­tor.

— Po­wiedz mi… po­wiedz: dla­cze­go wła­śnie De­Won­te?

Je­sli­toch­cew spoj­rzał w górę, w nie­bo — jak­by rze­czy­wi­ście mógł doj­rzeć „Arkę”.

— To jego twarz pierw­szą wi­dział każ­dy po prze­bu­dze­niu z wiecz­ne­go snu.

— A więc — przy­pa­dek.

— Wszy­scy­śmy uno­sze­ni fa­la­mi en­tro­pii.

— Oja­li­ka — mruk­nął Lee, nie od­wra­ca­jąc się. — Oni tu idą.

Obej­rze­li się. Sza­man i dwa Tru­py scho­dzi­li ze wzgó­rza to­te­mu.

— Co jesz­cze było w tej kap­su­le, któ­rą do­star­czył wam go­niec? — spy­ta­ła, uno­sząc do oczu lor­net­kę.

Sto­ją­cy krok za nią Je­sli­toch­cew na po­wrót za­ło­żył go­gle.

— De­Won­te prze­ry­wa za­my­ka­nie Grot. Poza tym in­for­mu­je o wy­kry­ciu przez sen­ti­ne­le or­bi­tu­ją­ce poza stre­fą wpły­wu Ba­gna sztucz­ne­go obiek­tu na sta­cjo­nar­nej dru­gie­go księ­ży­ca — rzekł su­cho. — Przy­pusz­cza, że to Sa­int-Pier­ce go tam umie­ścił.

— W pa­mię­ci „Arki” nie ma ta­kiej ope­ra­cji.

— W pa­mię­ci „Arki” nie ma wie­lu rze­czy.

— Praw­da? Nikt nie wie, co De­Won­te ro­bił przez te dwie doby od swe­go prze­bu­dze­nia do otwo­rze­nia po­zo­sta­łych ana­bio­ze­rów.

Żoł­nie­rze za jej ple­ca­mi wy­mie­ni­li czar­ne, wy­łu­pia­ste spoj­rze­nia.

Sen i Tru­py byli już w po­ło­wie dro­gi mię­dzy wznie­sie­nia­mi. Oja­li­ka pro­wa­dzi­ła ich wier­nie roz­bły­ska­mi ze­is­sow­skich szkieł. Tru­py, po­nad dwu­krot­nie wyż­sze, znacz­nie szczu­plej­sze i przez to na­tu­ral­nie przy­gar­bio­ne, wy­glą­da­ły jak flan­ku­ją­ce ofia­rę mo­dlisz­ki. Ich upior­ne po­sta­ci — wła­śnie przez tę swo­ją uni­wer­sal­ną ohy­dę — były nie­mal­że ano­ni­mo­we; nie no­si­li żad­nych ubrań ani ozdób. Mo­gła za­mknąć oczy, rów­nie do­brze by ich wi­dzia­ła, ja­skra­wo wy­ma­lo­wa­nych na we­wnętrz­nej stro­nie po­wiek: ta brzy­do­ta wże­ra się w mózg ni­czym nar­ko­tyk. Sta­no­wi w isto­cie nową war­tość, prze­su­wa ci w umy­śle ska­lę pięk­na, otwie­ra drzwi kosz­ma­rom do­tąd nie­wy­obra­żal­nym. Skó­ra ob­wi­sła, sfla­cza­ła, roz­mię­kła i zwrzo­dzo­na wie­lo­krot­nie. Twarz jak twa­rzy sen­ne spo­twor­nie­nie, wszyst­ko po dzie­się­cio­kroć wy­ka­ry­ka­tu­rzo­ne; ohy­da, ohy­da — uto­czo­no ich z bło­ta cho­rób i te­raz się w spoj­rze­niu roz­ła­żą, roz­pusz­cza­ją, dez­in­te­gru­ją w po­wro­cie do jed­no­ko­mór­ko­wej mag­my. Cho­ro­by, tyl­ko one, ja­kieś strasz­li­we za­ra­zy i pla­gi se­kret­ne, ich ogień wście­kły — to on sta­no­wi ży­wioł owych istot.

Zno­wu po­wró­cił — i za­pew­ne nie­je­den raz jesz­cze po­wró­ci, przy­wo­ła­ny przy­sta­ją­cą my­ślą — ten ob­raz, sce­na cięż­ko od­bi­ta w pla­stycz­nym pia­sku pa­mię­ci: sza­man i Tru­py, ta­necz­nie przy­kuc­nię­ci, w za­mknię­tym krę­gu ta­jem­ni­cy, jed­na­ko obcy; i oto sza­man ry­tu­al­nym ge­stem uno­si dłoń ku nie­bu, a tam­ci od­po­wia­da­ją mu syn­chro­nicz­ny­mi po­ru­sze­nia­mi pa­ty­ko­wa­tych ra­mion — i ro­zu­mie­ją się, bez wąt­pie­nia zna­leź­li ja­kąś wspól­ną im wszyst­kim mowę — zjed­no­cze­ni dzi­ko­ścią swych serc. Oja­li­ka tego nie poj­mo­wa­ła i usil­nie sta­ra­ła so­bie wy­tłu­ma­czyć ów fe­no­men, od­wo­łu­jąc się do co­raz dziw­niej­szych teo­rii.

We­szli na wzgó­rze i za­trzy­ma­li się w od­le­gło­ści wy­star­cza­ją­co du­żej, by nie przy­tła­czać lu­dzi swym wzro­stem; sen pod­szedł jed­nak bli­żej.

— Ty, ko­bie­to; ty mo­żesz po­wie­dzieć: tak; mo­żesz po­wie­dzieć: nie.

— Ja.

— Klan Stra­chu zło­ży przy­się­gę. Wy zło­ży­cie przy­się­gę. Po­kój na pra­wach rów­no­wa­gi. Krew za krew. Gra­ni­cę sta­no­wi pra­wy do­pływ.

— Po­wie­dzie­li ci to? — Zer­k­nę­ła na Ima­to­ra, se­man­ty­ka ze spe­cja­li­za­cją kse­no­lo­gicz­ną, bez­rad­ne­go bez swej, mar­twej te­raz, apa­ra­tu­ry, któ­ry pod­szedł do gru­py, jesz­cze ze śru­bo­krę­tem w ręku.

— Za­rzu­casz mi kłam­stwo?

— Spo­koj­nie, Luis.

— Nie je­stem Luis.

Po­rucz­nik Se­be­to nie wy­trzy­mał smro­du Tru­pów i od­wró­cił się, prze­sło­nił nos urę­ka­wicz­nio­ną dło­nią. Zde­gu­sto­wa­na Oja­li­ka po­sła­ła mu zim­ne spoj­rze­nie.

— A Sa­int-Pier­ce? — wy­rwał się Spie­glass. — Lu… Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem, oni na pew­no wie­dzą…

Je­sli­toch­cew wes­tchnął cięż­ko.

— Będę tro­pił — rzekł sza­man i na po­wrót zwró­cił się do Oja­li­ki: — Nim słoń­ce opad­nie o ich dłoń, roz­pocz­nie się ce­re­mo­nia przy­się­gi pod to­te­mem. Przy­go­tuj­cie się.

— Dla­cze­go oni tu z tobą przy­szli?

Sta­li i ga­pi­li się z wy­so­ko­ści tymi swo­imi męt­ny­mi, roz­la­ny­mi po po­twor­nych ob­li­czach śle­pia­mi.

— Wie­dzą, że mó­wię praw­dę — uniósł rękę.

Lewy Trup po­chy­lił się lek­ko. — T’ja krit’. Dd-le­mu­ny­ea-hh.

Je­sli­toch­cew, ciem­no za­pa­trzo­ny w ma­sa­krę na pier­si tro­pi­cie­la, po­stą­pił krok ku Oja­li­ce.

— Może by­ło­by le­piej, gdy­by przy­się­gę zło­żył De­Won­te — rzekł ci­cho i z nie­ja­kim zmie­sza­niem.

Oja­li­ka jak­by go nie sły­sza­ła.

— Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem, pój­dziesz za mną — ski­nę­ła na sen.

Ode­szli poza na­mio­ty. Tru­py cze­ka­ły w bez­ru­chu. Ima­tor pró­bo­wał zmu­sić je do pod­ję­cia roz­mo­wy; bez­sku­tecz­nie. Po­zo­sta­li przy­glą­da­li się ohy­dom w mil­cze­niu.

Oja­li­ka za­trzy­ma­ła się za wra­kiem cię­ża­rów­ki, ogra­bio­nej prze­zor­nie ze wszyst­kie­go, co prze­no­śne, na­wet szyb.

— Po­wiedz mi… wy­tro­pisz go?

— Wiem, gdzie miesz­ka. Po­wie­dzie­li mi.

— Na­praw­dę?

— Miesz­ka w Twier­dzy.

— Mhm… prze­wi­du­jesz ja­kieś kło­po­ty?

— On jest bo­giem. Bo­gów się nie sprze­da­je.

 

— Mhm… Ale tak czy owak — bę­dziesz go tro­pił.

— Je­stem kim je­stem.

— Skąd to znasz?

— Co?

— Nic. Kie­dy go już do­pad­niesz… po­wstrzy­maj Ano­ukie­go. Po­ślę Lee, do­pil­nu­je. Ja mu­szę z Sa­int-Pier­ce’em po­roz­ma­wiać.

— Po co?

— On wie.

— Co?

— Wszyst­ko. Ba­gno jest jego.

— Chcesz wła­dzy. Bia­ły Dia­beł chce ze­msty.

— Po­wiedz, cze­go ty chcesz.

Szyb­kie, ostre zda­nia. Oja­li­ka ucie­ka­ła wzro­kiem, lecz sen pa­trzył bez­li­to­śnie.

— Po­wi­nie­nem cię wte­dy za­bić. W to­bie jest de­mon.

Twier­dza

W miej­scu, gdzie Pa­zur za­ła­mu­je się w stro­me, urwi­sko­we zbo­cze, od­ra­sta odeń ma­syw­ny, ka­mien­ny fi­lar; na jego szczy­cie miesz­ka bóg Kla­nu Mi­ło­sier­dzia. Nie moż­na tam da­kiem wy­lą­do­wać. Nie moż­na tam po­dejść od po­łu­dnia, wscho­du ani za­cho­du. Moż­na tam po­dejść od pół­no­cy, ale na pół­no­cy cze­ka­ją Le­gio­ny.

— Co?

— Le­gio­ny.

— A cóż to ta­kie­go, u li­cha?

Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem zmil­czał.

Lee wzru­szył ra­mio­na­mi.

W trza­sku wir­tu­al­nych pło­mie­ni ogni­ska noc szy­fro­wa­ła ta­jem­ne ostrze­że­nia.

Bia­ły Dia­beł przy­glą­dał się po­przez dym, jak tro­pi­ciel za­tru­wa gro­ty strzał.

— Skąd wzią­łeś tę tru­ci­znę?

— Zro­bi­łem.

— Jak? Z cze­go? Skąd wiesz, że dla nich też jest za­bój­cza?

— Każ­dy świat ma swo­je tru­ci­zny, swo­je leki.

Czar­ny Czar­no­oki za­pa­lił faj­kę. Roz­cią­gnię­ty le­ni­wie pod czer­wo­no-żół­tym pon­cho ob­ser­wo­wał za­ciem­nia­nie ko­lej­nych gwiaz­do­zbio­rów przez prze­pły­wa­ją­ce chmu­ry; w my­śli na­zy­wał te obce mu kon­ste­la­cje. Młot. Sta­tek. Ak­ce­le­ra­tor. Pre­zer­wa­ty­wa. Ptak. Ka­ra­bin. Wło­sy. Nie ro­zu­miał po­le­ce­nia Oja­li­ki, by to­wa­rzy­szyć sza­leń­co­wi i jego sno­wi w tym śmier­tel­nym po­ści­gu za wam­pi­rem — lecz te­raz na­szło go nie­spo­dzie­wa­nie strasz­li­we po­dej­rze­nie, iż uczy­ni­ła to, by uchro­nić go przed ze­mstą De­Won­te’a, któ­ry wszak za­po­wie­dział był swe ry­chłe znie­baz­stą­pie­nie.

— Oja­li­ka… — ode­zwał się Ano­uki i Lee drgnął — cze­mu ona nosi ze sobą ten te­le­fon?

Lee za­śmiał się.

— Ma wciąż na­dzie­ję, że znaj­dzie ta­kie miej­sce, gdzie on za­dzia­ła. Nie wie­rzy w Ba­gno. Mówi: to nie­moż­li­we, to nie ma sen­su. Wie­rzy w na­ukę.

Po­twór: nad­biegł, za­wył. Sza­man po­de­rwał się na nogi. Nóż. To­ma­hawk. Po­twór wył na po­łu­dnie, na Pa­zur tną­cy krzy­wym cie­niem gwiaz­do­skłon. Po­de­rwa­li się i lu­dzie. Lee pod­niósł sza­blę, wy­cią­gnął ją z po­chwy. Ano­uki, ob­li­zu­jąc war­gi, prze­ła­do­wał re­ming­to­na. Daki w na­głym stra­chu roz­ło­po­ta­ły się bez­sil­nie na uwię­zi dłu­gich rze­mie­ni. Cay­uga dra­pał bli­zny po od­rą­ba­nych pal­cach.

— Wi­dzisz to?

— Co?

— To na nie­bie.

Tro­pi­ciel scho­wał nóż, czym prę­dzej za­ło­żył na łę­czy­sko cię­ci­wę, po­zbie­rał strza­ły. Po­tem sko­czył w ogni­sko i za­dep­tał je. Czar­ny Czar­no­oki — te­raz bez oku­la­rów — wy­co­fał się wol­no za pień po­wa­lo­ne­go nie­drze­wa; na klin­dze jego pa­ła­sza roz­zie­le­nił się blask księ­ży­ców.

Sen za­in­to­no­wał ja­kąś ję­kli­wą pieśń; Ano­ukie­mu od tego nie­ludz­kie­go dźwię­ku prze­biegł dreszcz po ple­cach.

Po­twór war­czał ostrze­gaw­czo.

— Co to jest? Co to jest?!

Spa­dły na nich z noc­nych wy­so­ko­ści, wy­nu­rzy­ły się z mro­ku nie­pusz­czy — Le­gio­ny.

— Na mi­łość bo­ską… co to jest?!!

Lee wy­pa­dła z ręki sza­bla. Nie miał te­raz cza­su na­cią­gać rę­ka­wic; wy­tarł wil­got­ne wnę­trza dło­ni o płaszcz, po­chy­lił się nie­pew­nie, pod­niósł broń. Na­gle cięż­ka. Za­klął mo­dli­tew­nie. Sły­szał krzy­ki roz­pa­ni­ko­wa­ne­go Ano­ukie­go. Ryki ze stro­ny prze­ciw­nej. Spoj­rzał. Smok. Nie uwie­rzył. A jed­nak — nadal smok. Ry­czy. Mio­ta się po po­la­nie. Skrzy­dła jak cho­ro­bli­we bło­ny nocy. Owa­dzio szyb­ki. Skó­rę ma czar­ną i tyl­ko cie­niem go wi­dać. Sen, ni­czym do­brze na­oli­wio­ny au­to­mat, w nie­moż­li­wym tem­pie szy­je doń z łuku za­tru­ty­mi strza­ła­mi. Po­twór wgry­za się wście­kle w smo­czy ogon. Lee krok za kro­kiem wstecz. Wte­dy — har­pie. Spo­mię­dzy gwiazd. Bia­ło­pier­śne ery­nie o or­lich skrzy­dłach. Ich pa­zu­ry — wszę­dzie do­oko­ła. Sie­cze Lee z roz­pacz­li­wych za­ma­chów; raz, dru­gi, trze­ci; tra­ci rów­no­wa­gę, rzu­ca go w pra­wo — Lee gar­bi się, przy­klę­ka, pod­pie­ra… pa­zu­ry drą i szar­pią jego płaszcz na ple­cach. Prze­wra­ca się, prze­ta­cza.

Ką­tem oka: smok, smok po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, smo­czy stu­pro­cen­to­wo. A tu har­pie. Więc wsta­je. One nur­ku­ją z ciem­no­ści, sta­ra­jąc się w prze­lo­cie roz­dra­pać go na strzę­py. Lecz usiekł już trzy spo­śród nich. Czte­ry. W jed­nym z ob­ro­tów do­strze­ga Spie­glas­sa wal­czą­ce­go z czymś, co wy­glą­da jak sze­ścio­rę­ki go­ryl; Spie­glass nie jest w sta­nie ob­ró­cić re­ming­to­na lufą ku stwo­ro­wi, tam­ten ma po pro­stu zbyt wie­le łap. Smok zaś kona od se­kret­nej tru­ci­zny sza­ma­na, już tyl­ko nie­zdar­nie pró­bu­je ze­drzeć z sie­bie strza­ły; Po­twór do­gry­za się do jego tęt­ni­cy i pły­nie gę­sta, go­rą­ca smo­cza krew. Tym­cza­sem nie­pusz­cza ro­dzi ko­lej­ne mon­stra. Co to jest? Bie­gną, lecą, ska­czą, wiją się, prze­po­czwa­rza­ją. Grzmi re­ming­ton. Wyje sen. War­czy Po­twór. Szał. Noc. Noc to uspra­wie­dli­wia.

…Po­tem wy­tarł klin­gę; wy­szczer­bi­ła się była lek­ko. Nie mógł jej unieść wy­żej jak do pasa, a ręka drża­ła mu przy tym tak, że czu­bek ostrza pa­ła­sza la­tał na pół me­tra we wszyst­kie stro­ny. Znał to zmę­cze­nie mię­śni, cho­ciaż­by z re­ha­bi­li­ta­cji po­ana­bio­zyj­nej, lecz te­raz, w kon­tek­ście owej spe­cy­ficz­nej psy­chicz­nej bez­wo­li, jaka go nie­spo­dzie­wa­nie do­pa­dła, na­zwał je od nowa: zmę­cze­nie wal­ką. De­pre­sja po­bi­tew­na.

Idąc przez po­la­nę — na­gle tak ci­chą — po­tknął się kil­ka­krot­nie o roz­pły­wa­ją­ce się po­wo­li w mgłę tru­chła; wresz­cie je­dy­nie grzązł w nich po ko­la­na. Sny. To sny. Le­gio­ny Sa­int-Pier­ce’a. I wte­dy po­my­ślał: Luis! Obej­rzał się. Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem stał nad po­śmiert­nie ze sobą sple­cio­ny­mi zwło­ka­mi Ano­ukie­go Spie­glas­sa i sze­ścio­rę­kie­go go­ry­la i nu­cił coś ci­cho. Lee po­wlókł się do da­ków (dwa były mar­twe), za­czął szu­kać ban­da­ży; my­ślał: Co on te­raz zro­bi? Wie. Wie: wkrót­ce… u m r z e. Prze­sta­nie ist­nieć. Ile cza­su mu po­zo­sta­ło? I po chwi­li: Ko­niec po­lo­wa­nia.

Ob­wią­zu­jąc roz­sie­ka­ny bark, krzyk­nął przez noc­ną po­la­nę po­wle­czo­ną tru­pią mgłą:

— Co te­raz? Sza­ma­nie…? Co te­raz?

Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem, nie od­wra­ca­jąc się, wska­zał to­ma­haw­kiem wy­so­ką ciem­ność.

— Twier­dza.

Słoń­ce wscho­dzi; słoń­ce za­cho­dzi

Ran­kiem po wal­ce świat jest jak wy­ja­ło­wio­ny. Tro­pi­cie­la przy­gnia­ta wspo­mnie­nie nie­daw­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa, w po­rów­na­niu z nim każ­dy ob­raz, każ­dy dźwięk zda­je się bla­dy i ni­ja­ki. Pod wie­czór wszyst­ko za­czy­na od­zy­ski­wać na­tu­ral­ne pro­por­cje i wal­ka od­cho­dzi w prze­szłość dal­szą, mie­sza się z pa­mię­cią dni z mi­nio­nych mie­się­cy i lat.

Za­cho­dzi/wscho­dzi słoń­ce. Na­wet w Ba­gnie jest w tym pięk­no. Na­wet tu. Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem chło­nie to pięk­no, po­nie­waż poza nim nic już mu nie po­zo­sta­ło. Sie­dzi na na­gim sto­ku pod ma­sy­wem Pa­zu­ra i sta­ra się nie pa­trzeć na ko­na­ją­ce­go Po­two­ra, nie sły­szeć jego bła­gal­ne­go skom­le­nia: zwie­rzę czu­je, że to śmierć. Utra­ta re­al­no­ści ist­nie­nia boli. Już wi­dać prze­zeń od­le­głe gła­zy. Ale sza­man nie może mu po­móc, ro­ze­mgle­nie się Po­two­ra to pre­lu­dium jego wła­sne­go koń­ca, to samo go cze­ka. Więc już tyl­ko słoń­ce, tyl­ko ono.

Kil­ka­dzie­siąt kro­ków od tro­pi­cie­la wy­lą­do­wa­ły trzy daki, ale nie spoj­rzał, bo i po co?

Oja­li­ka po­mo­gła Lee zejść z jego wierz­chow­ca; Mu­rzyn za­to­czył się. Prócz po­sie­ka­ne­go bar­ku, któ­ry pry­mi­tyw­nie ob­wią­zał był so­bie po­dar­tą na pasy ko­szu­lą, wy­krwa­wiał się z no­wej rany na pra­wym bio­drze; nie mógł ustać. Zro­bił pół kro­ku i usiadł; ale sie­dzieć też nie był w sta­nie i skoń­czył roz­cią­gnię­ty jak dłu­gi w cie­niu daka, któ­ry od woni ludz­kiej krwi roz­ko­le­bał sza­leń­czo swy­mi szy­ja­mi/ogo­na­mi. Oja­li­ka, odzia­na w ja­kieś prze­dziw­ne, po­ły­sku­ją­ce mo­kro, bu­fia­ste ubra­nie, po­chy­li­ła się nad nim za­nie­po­ko­jo­na.

— I jak?

— Nic, nic…

— No co, boli?

— Daj spo­kój.

— Żeby cho­ciaż mor­fi­na…

— Masz?

— Nie.

— Och.

— Lee…

— Kur­wa mać.

Z za­ci­śnię­ty­mi wście­kle war­ga­mi po­de­szła do Po­dą­ża­ją­ce­go za Cie­niem; In­dia­nin sie­dział ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi, z łu­kiem przez uda, za­ga­pio­ny w słoń­ce. Obok ko­nał de­ma­te­ria­li­zu­ją­cy się Po­twór. Wy­trzesz­czy­ła nań oczy. Do­pie­ro ko­lej­ne prze­kleń­stwo Lee zza ple­ców otrzeź­wi­ło ją.

— Co, Luis, by­łeś tam? Luis? Po­wiedz.

Ale mil­czał. Nie ist­nia­ła dla nie­go. Wiatr po­ru­szał jego wło­sa­mi, amu­le­ta­mi, skal­pem przy pa­sie. Słoń­ce — tyl­ko ono.

— Luis, do cho­le­ry!

— Pie­przo­ny In­dia­niec — jęk­nął Lee.

Po­trzą­snę­ła sza­ma­nem. Nic.

— On też umie­ra — rzekł Lee. — Zo­staw go. To już nie ma sen­su. Prze­gra­li­śmy, De­Won­te wy­grał. Po­gódź się z tym, za­nim cię to ze­żre… Daj mu umrzeć.

— Nikt mi tu nie bę­dzie zdy­chał!

— Sztu­ką jest wie­dzieć, kie­dy się pod­dać.

— Co za ba­na­ły mi tu sa­dzisz!

Za­chi­cho­tał:

— Ba­nał, w od­po­wied­niej chwi­li po­wtó­rzo­ny, po­tra­fi od­zy­skać za­tar­te pięk­no sta­ro­żyt­nej mą­dro­ści.

— Wa­riat.

— Oja­li­ka…

Prze­ra­ził ją ton jego gło­su; wró­ci­ła do Mu­rzy­na. Usi­ło­wał się pod­nieść na łok­ciu. Zdjął ciem­ne oku­la­ry, jak­by zdzie­rał so­bie z twa­rzy skó­rę. Przy­klę­kła. Pa­trzył jej w oczy. Usi­ło­wa­ła go ob­jąć, pod­trzy­mać, ale był zbyt cięż­ki, zbyt wiel­ki. Coś wy­bul­go­tał wraz z krwią.

Po­tem:

— Oja­li­ka… ja…

— Tak.

No i sko­nał.

Nie uwie­rzy­ła. Chwi­lę jej ze­szło na wtrzą­sa­niu weń ży­cia. Lecz nie ożył. Wte­dy spo­strze­gła, że ma jego krew na ubra­niu. Wsta­ła. Wście­kłość w oczach.

— Ty skur­wy­sy­nu — wy­sy­cza­ła. — Jak mo­głeś mi tak zdech­nąć? Tyl­ko ty mi zo­sta­łeś! Jak mo­głeś mnie zdra­dzić?! Wszy­scy­ście tacy sami!

Za­czę­ła go ko­pać. Mar­twe cia­ło przyj­mo­wa­ło to z cał­ko­wi­tą obo­jęt­no­ścią. Ko­pa­ła więc i ko­pa­ła.

Na­gle czy­jaś dłoń na ra­mie­niu. Od­sko­czy­ła. Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem.

— Nie bez­cześć zwłok.

Oklę­ła go w ję­zy­ku, któ­re­go nie znał.

Otarł pot z twa­rzy, zer­k­nął na Po­two­ra, już nie bar­dziej re­al­ne­go od nie­do­koń­czo­nej my­śli.

— Na­resz­cie oprzy­tom­niał, co? — sark­nę­ła Oja­li­ka.

— Ci­cho, ci­cho.

— A szlag by cię tra­fił! Mia­łeś spraw­dzić Twier­dzę, a nie…

— Spraw­dzi­łem.

Po chwi­li ona:

— I co?

— Daw­no pu­sto. Nie ma go. Prze­wi­dział nas.

To ją zła­ma­ło osta­tecz­nie. Usia­dła na zie­mi, ple­ca­mi do Lee.

Nie­wy­raź­nie, ka­le­cząc sło­wa:

— Tyl­ko on jesz­cze… Je­śli­by­śmy Sa­int-Pier­ce’a schwy­ta­li… wszyst­kie jego ta­jem­ni­ce, wła­dza nad Ba­gnem… Cho­ler­ny De­Won­te, skry­to­bój­ca pie­przo­ny…

Przy­siadł obok.

Gdy­by tak spoj­rzeć na nich ze szczy­tu prze­ciw­le­głe­go do łań­cu­cha gór wzgó­rza — a nie ma tam ni­ko­go, by spoj­rzał — sta­no­wi­li­by za­le­d­wie dwie małe, ja­sne plam­ki na tle ma­to­wej czer­ni po­ro­stu i sza­ro-sza­rej mo­zai­ki gła­zów, ka­mie­ni i żwi­ru, na sto­ku ma­sy­wu zwień­czo­ne­go wśród chmur zło­wro­gim gro­tem Pa­zu­ra. Daki nie­mal wto­pi­ły­by się w zbo­cze. Po­twór ro­ze­mglił­by się do po­sta­ci lek­kie­go za­fa­lo­wa­nia po­wie­trza. Kąt bie­gu spoj­rze­nia unie­moż­li­wił­by na­to­miast roz­po­zna­nie zwłok Lee.

Oja­li­ka od­pły­nę­ła; bar­dziej niż do Lu­isa La­vie­ra mó­wi­ła do jego wy­obra­że­nia we wła­snej gło­wie.

— A wiesz, że le­cąc tu, wy­my­śli­łam spo­sób na utrzy­ma­nie cię przy ży­ciu? Lee od razu po­wie­dział mi o Ano­ukim. Po­my­śla­łam so­bie: je­śli go te­raz nie do­pad­nie­my, niech Luis tro­pi go da­lej, już dla mnie, te­raz ja będę w nie­go wie­rzyć, bę­dzie moim tro­pi­cie­lem… Ale po co, po co to wszyst­ko?

 

— A co się zmie­ni­ło? Będę go tro­pił.

Nie zwró­ci­ła uwa­gi na nie­po­ję­tą zmia­nę jego po­sta­wy — jesz­cze przed mo­men­tem ni sło­wa by nie rzu­cił za swym ży­ciem.

— Lee umarł.

— Ach.

Ja­koś zła­god­niał. Ule­cia­ła zeń dzi­kość bez­względ­ne­go dra­pież­cy.

— Tak nie moż­na. Co bo­go­wie za­bie­ra­ją, tego czło­wiek nie za­trzy­ma; co bo­go­wie dają, trze­ba brać.

— Od­pier­dol się.

— Ży­cie jest ży­ciem, ja­kie­kol­wiek by było. Każ­dy mo­ment jest tyle samo wart. Bez­czyn­ność to śmierć.

Wresz­cie oprzy­tom­nia­ła. Spoj­rza­ła na nie­go.

— A to­bie co się sta­ło? Już nie wszyst­ko ci jed­no? Do cze­go ty mnie prze­ko­nu­jesz?

Ge­stem prze­ję­tym od oj­ców, któ­rzy prze­ję­li go od swo­ich oj­ców, a ci od swo­ich, i tak aż po nie­pa­mięć pra­ma­cie­rzy — wska­zał, za­pa­da­ją­cą za ho­ry­zont, bla­dą kulę słoń­ca.

— Czy wi­dzisz pięk­no tej chwi­li? Czyż nie jest ono war­te każ­de­go cza­su? Czy nie uspra­wie­dli­wia i tłu­ma­czy wszyst­kie­go? — Prze­ka­zał jej je­dy­ną uni­wer­sal­ną mą­drość, jaką świa­do­mie po­znał.

— Sen mi to mówi — od­rze­kła, nie wie­dząc, co od­rzec.

— Sen. Ulot­ność chwi­li i trwa­łość chwi­li to ja. Uwierz we mnie.

Obej­rza­ła się na Lee.

— Tym się róż­ni­my, mój dro­gi śnie, że moja pa­mięć nie jest wy­biór­cza.

On obej­rzał się na Po­two­ra, któ­re­go już nie było.

— Róż­ni­my się je­dy­nie spo­so­bem ma­ga­zy­no­wa­nia te­raź­niej­szo­ści.

— Ty na­uczy­łeś się żyć wy­łącz­nie nią. No, ale ty mu­sisz: tyl­ko w niej ist­nie­jesz.

Jesz­cze nie ro­zu­mia­ła, że sama rów­nież jest już za­le­d­wie snem.

— Uwierz we mnie — po­wtó­rzył, spo­glą­da­jąc kon­tro­l­nie na swo­je dło­nie, czy aby nie za­czę­ły tym­cza­sem za­tra­cać swej cie­le­sno­ści.

Za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa, żeby się prze­ko­nać, jak bar­dzo trzę­są się jej pal­ce.

— A cóż mi ma do za­ofe­ro­wa­nia ta­kie ży­cie?

Po raz dru­gi uczy­nił ma­gicz­ny gest.

A chwi­la była taka:

Czerń i fio­let, i żółć, i biel. Obce ko­lo­ry w ob­cej ich kon­fi­gu­ra­cji. Lico nie­ba w wo­jen­nym ma­lun­ku. Lecz to wszyst­ko się po­ru­sza, zmie­nia, pły­nie; tam zma­ga­ją się ze sobą w śmier­tel­nym wy­ści­gu za­ho­ry­zon­tal­ne wi­chry, ty­siąc­od­cie­nio­we chmu­ry za­nu­rzo­ne w ich zim­nym nur­cie suną nad zie­mią szyb­ciej od my­śli… — ale to tam, w nie­opi­sy­wal­nej od­le­gło­ści, tam pę­dzi i mknie; stąd zaś wi­dzia­ne, zda­je się zgo­ła wi­sieć w ko­ro­nie gwiaz­dy, ro­ze­dr­ga­ne mocą świa­tła: roz­cze­sa­ne ob­ło­ki, mgły po­nad moż­li­wość pod­nie­sio­ne, przej­rze­wa­ją­ce wi­śnio­wo od bli­sko­ści słoń­ca po­wie­trze, samo słoń­ce nad wy­raz w tym Ba­gnie sło­necz­ne. Tak da­le­ko. A jed­nak żyje. Prze­strzeń żyje. Czuć jej od­dech w nie­zmien­nej per­spek­ty­wie zmien­nych ob­ra­zów. Jak się prze­sła­nia­ją wza­jem­nie skrzy­dla­te po­two­ry w go­do­wej wal­ce wy­żej cmen­tar­nej nie­pusz­czy; jak raz i dru­gi roz­pió­ro­pu­szy się ża­łob­nie po­piół i dym ze stoż­ka nie­wi­docz­ne­go wul­ka­nu; jak cień po cie­niu cwa­łu­ją po prze­bar­wio­nej rów­ni­nie grup­ki ko­ści­stych zwie­rząt. A słoń­ce co­raz bar­dziej ro­ze­dr­ga­ne, roz­my­wa­ją się w chmur­nej za­wie­si­nie jego kon­tu­ry; co­raz moc­niej sło­necz­ne w swym zej­ściu pod zie­mię. Chwchchch­chwch… — tchnie­nie wie­czor­nej pust­ki. Obej­mo­wać wzro­kiem prze­strze­nie, ja­kich w ca­łym swo­im ży­ciu nie prze­mie­rzysz. Czuć na skó­rze wietrz­ny do­tyk dali naj­dal­szych. Ist­nieć. Tak. Tak.

— Za­chód słoń­ca.

Dwa gro­by

Spo­czę­li obok sie­bie, a gdzieś w oko­li­cy krą­żył za­pew­ne i duch du­cha Po­two­ra. Po­dą­ża­ją­cy za Cie­niem z Bia­łym Dia­błem spę­dził był nie­po­rów­na­nie wię­cej cza­su ani­że­li z Czar­nym Czar­no­okim, lecz wie­dział, że to Mu­rzy­na za­pa­mię­ta ja­śniej, ostrzej i wy­raź­niej. Róż­ni byli jak bar­wy w ich imio­nach, i to Lee był wo­jow­ni­kiem. Sza­man zło­żył jed­nak wraz ze Spie­glas­sem Spie­glas­sa skalp. Sza­cu­nek na­le­żał się mu jako stwór­cy. Bóstw się nie oce­nia.

Po­cząt­ko­wo za­mie­rzał cia­ła spa­lić, lecz Oja­li­ka za­bro­ni­ła. Wie­le się bę­dzie mu­sia­ła na­uczyć. Pro­chy spa­lo­nych roz­wie­wa wiatr, od­tąd są oni obec­ni w każ­dym miej­scu i każ­dym cza­sie. A gro­by tyl­ko tu i te­raz. Ple­mię odej­dzie i nie wró­ci; nie za­bie­rze cmen­ta­rza ze sobą. Po cóż wzmac­niać dni mi­nio­ne, niech nie ro­sną w siłę na­szym kosz­tem. Jesz­cze tego nie ro­zu­mia­ła.

Na pół­noc, po­wie­dzia­ła, na pół­noc. Tam bez­lu­dzie. Leć­my. Wie­rzę, wie­rzę w cie­bie. Ona się boi tego de­mo­na, De­Won­te’a; to dla­te­go. Strach prze­trwa wszyst­ko. Te­raz już ni­kim nie do­wo­dzi­ła. Te­raz już nic od niej nie za­le­ża­ło. Te­raz to był jego ży­wioł.

Rzekł:

— Za­chód. Po­tem za­bi­je­my daki.

Zmil­cza­ła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?