W kraju niewiernych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Czy­je to?

— Nie wiem. Czy­je to? — spy­tał czwór­kę za­kli­na­ją­cych.

— Mi­ja­li­śmy ja­kiś układ z ga­zo­wy­mi ol­brzy­ma­mi — od­mruk­nął je­den z nich. — Szlag by tra­fił te po­kra­ki. Trze­ba przez de­mo­ny, in­a­czej nie idzie co­kol­wiek zro­zu­mieć. Nie wiem, czy zdą­ży­my.

— Cho­le­ra.

— Do­my­sły? — rzu­cił Ge­ne­rał.

— To oczy­wi­ste — prych­nął Za­kra­ca. — Folt­zmann siadł od kontrza­klę­cia.

— Więc jed­nak tu­byl­cy — po­ki­wał gło­wą Gou­l­de.

— De­mo­ny spo­rzą­dzi­ły pro­fil ich ma­gii?

— Nie ma z cze­go, brak da­nych, Folt­zman­na od­cię­ło prze­cież bez opóź­nie­nia.

— Były pró­by son­do­wa­nia stat­ku?

— Ni­cze­go ta­kie­go nie za­re­je­stro­wa­li­śmy.

— A oni? — Żar­ny wska­zał spoj­rze­niem za­śle­pio­nych urwi­tów. — Zna­leź­li już coś?

— Ko­goś — po­pra­wił krót­kim mruk­nię­ciem Gou­l­de za­pa­trzo­ny na ob­ra­ca­ją­cą się wiel­ką ilu­zję pla­ne­ty. — Ko­goś.

Za­kra­ca skrzy­wił się.

— Wła­śnie nie mogę od nich nic wy­cią­gnąć. Pew­nie blo­ka­da.

— Czy kon­strukt bocz­ni­ku­je ich ilu­zyj­nie? — spy­tał Ge­ne­rał.

— Po­wi­nien — przy­znał ma­jor i ski­nął na urwi­tów zaj­mu­ją­cych się krysz­ta­łem. — Daj­cie mi tu ich trój­kę — rzekł, wska­zu­jąc na lewo od ilu­zji pla­ne­ty, w zbieg ścia­ny i su­fi­tu.

— Robi się.

Po chwi­li za­ko­tło­wa­ły się pod po­wa­łą trzy kłę­by mro­ku.

— O kur­wa.

Ge­ne­rał szyb­ko pod­szedł do za­śle­pio­nych urwi­tów i lewą dło­nią do­tknął skro­ni każ­de­go z nich. Zsu­nę­li się z krze­seł, nie­przy­tom­ni. Ob­ło­ki ciem­no­ści znik­nę­ły.

— Trze­ba było po­sa­dzić tu ko­goś, żeby ich mo­ni­to­ro­wał — rzekł. — Wpa­dli w spi­ra­lę świa­tła. Ucie­kli­by jed­nak, gdy­byś nie dał im tego wspo­ma­ga­nia. Dia­men­ty mo­gły­by wpom­po­wać w nich pół ga­lak­ty­ki, to po­stęp geo­me­trycz­ny, re­zo­nans zmie­nił­by nas w pla­zmę. Dla­cze­go o tym nie po­my­śla­łeś, Za­kra­ca? Trzy czwar­te miast w Im­pe­rium ma po­dob­ne pu­łap­ki na dal­wi­dzów, Usta­wa o Pry­wat­no­ści.

— Mój błąd — przy­znał ma­jor. — Ale skąd mo­głem wie­dzieć? Ostat­nie, cze­go bym się tam spo­dzie­wał, to dru­gie Im­pe­rium.

— Pa­nie ma­jo­rze… — ode­zwał się na­raz je­den z urwi­tów pra­cu­ją­cych na krysz­ta­le.

— Mhm?

— Mamy peł­ną mapę.

— I co?

— Nic. Dzicz, pust­ka. Wi­zu­ali­zo­wać?

— Żad­nych miast, żad­nych… istot?

— Nic. Wi­zu­ali­zo­wać?

Spoj­rze­li po so­bie. Gou­l­de po­stu­kał się cy­bu­chem w zęby.

— Pięk­na ro­bo­ta — skwi­to­wał. — Fał­szyw­ka to­tal­na. Z tej od­le­gło­ści i na ca­łej pla­ne­cie… maj­stersz­tyk. Ilu­zja — spoj­rzał na fan­tom pla­ne­ty — że niech się Peł­zacz scho­wa. Oj, cięż­ki to bę­dzie pod­bój, Ge­ne­ra­le, bar­dzo cięż­ki.

Z du­cha­mi zdą­ży­li na ostat­nią chwi­lę i nie było już cza­su na peł­ny zwiad, Ge­ne­rał ka­zał im tyl­ko spraw­dzić kil­ka lo­so­wo wy­bra­nych miejsc; i szyb­ko je spraw­dzi­ły — oka­za­ły się, co do jed­ne­go, zgod­ne z mapą spo­rzą­dzo­ną na pod­sta­wie da­nych ze­bra­nych przez pod­klą­twy kon­struk­tu „Jana IV”. Co zresz­tą nie było dla ni­ko­go za­sko­cze­niem, nie ocze­ki­wa­no zmia­ny i fał­szu w każ­dym szcze­gó­le — lecz wła­śnie ukry­cia nie­wie­lu kłamstw w po­wo­dzi prawd.

Sta­tek wszedł na or­bi­tę pla­ne­ty, pod­klą­twy ska­no­wa­ły księ­ży­ce. Tym­cza­sem de­mo­ny w krysz­ta­le spo­rzą­dzi­ły wiel­ko­ska­lo­wą mapę ukła­du: sześć pla­net; czte­ry od­le­glej­sze: zim­ne ska­ły; jed­na gwieź­dzie bliż­sza: ska­ła go­rą­ca.

Czte­rech urwi­tów sklę­tych na wspo­ma­ga­niu w bier­nych te­le­pa­tów na­słu­chi­wa­ło my­śli tu­byl­ców; ta czwór­ka była jed­nak mo­ni­to­ro­wa­na przez lu­dzi oraz de­mo­ny i gdy na­tknę­ła się na pierw­sze li­nie Pa­ją­ka Mó­zgu, na­tych­miast ją od­cię­to. Pa­jąk był po­tęż­ny, krył swą sie­cią wszyst­kie kon­ty­nen­ty. Pusz­czo­ne po jego li­niach mocy cza­ry re­wer­syj­ne za­pę­tli­ły się na pierw­szych wę­złach. Za­pla­no­wa­ne to zo­sta­ło wręcz ge­nial­nie: Pa­jąk roz­plótł swą sieć sfe­rycz­nie i chro­nił samo źró­dło klą­twy, któ­re znaj­do­wa­ło się gdzieś we­wnątrz, na lub pod po­wierzch­nią pla­ne­ty. Rzecz była nie do ru­sze­nia.

Przy­szło wy­brać miej­sce lą­do­wa­nia. Ge­ne­rał za­pro­sił Gou­l­de’a, Za­kra­cę oraz du­cha za­klę­te­go na stu­pro­cen­to­wą me­dial­ność, więc już nie­mal czy­ste za­wi­ro­wa­nie my­śli, a to dla wpro­wa­dze­nia ele­men­tu ne­krom­pi­rii. Za­gra­li w trój­wy­mia­ro­wą ta­ba­nę. Na­stęp­nie krysz­tał trans­po­no­wał plan­sze w mapę po­wierzch­ni pla­ne­ty. Wska­za­ło to na przy­lą­dek naj­więk­sze­go kon­ty­nen­tu, w oko­li­cy rów­ni­ka: coś jak­by tro­pik, sa­wan­na ła­ma­na za­gaj­ni­ka­mi niby-drzew, wy­brze­że nad płyt­ką za­to­ką. Go­nił ją wła­śnie ter­mi­na­tor. „Jan IV” spi­ko­wał w noc.

Uak­tyw­ni­ły się klą­twy prze­ciw­o­po­ro­we. Scho­dzi­li w at­mos­fe­rę w gru­bym ochron­nym bą­blu roz­wi­nię­tych przez kon­strukt stat­ku cza­rów; żywe dia­men­ty pul­so­wa­ły wy­so­ką czę­sto­tli­wo­ścią po­bo­ru ener­gii. Nie od­czu­li wej­ścia w pole gra­wi­ta­cyj­ne glo­bu, bo za­klę­cia de­for­mu­ją­ce cią­że­nie pra­co­wa­ły da­lej. Z tego sa­me­go po­wo­du nie od­czu­li ne­gi­ner­cyj­ne­go ha­mo­wa­nia „Jana IV”, wy­ko­na­ne­go do­pie­ro kil­ka­dzie­siąt łok­ci nad grun­tem, z po­twor­ną de­ce­la­ra­cją. Sta­tek za­wisł nad mo­rzem czer­wo­nej tra­wy.

Że­la­zny Ge­ne­rał, któ­ry sprzągł się z głów­nym kon­struk­tem przez krysz­tał ope­ra­cyj­ny, spu­ścił te­raz ze smy­czy z set­kę wy­ce­lo­wa­nych wcze­śniej my­śli. Oglą­da­ne przez dym­nik, wy­glą­da­ło to nie­mal jak eks­plo­zja kon­struk­tu. Cza­ry po­mknę­ły na wszyst­kie stro­ny. Po­bór mocy sko­czył do ośmiu jed­no­stek. „Jan IV” bu­do­wał wo­kół sie­bie ma­gicz­ne for­ty­fi­ka­cje.

Uła­mek kno­ta póź­niej, na te­le­pa­tycz­ny znak Ge­ne­ra­ła, urwi­ci uak­tyw­ni­li do­pa­la­cze tem­po­ral­ne swych zbroi i w stru­mie­niach przy­spie­szo­ne­go cza­su wy­pa­dli na po­wierzch­nię pla­ne­ty przez otwo­rzo­ne w wyż­szym wy­mia­rze luki w po­wło­ce „Jana IV”. Kon­struk­ty zbroi utrzy­my­wa­ły w płyt­kim za­wie­sze­niu swych zre­du­ko­wa­nych Ło­boń­skich-Kra­ftów, go­to­we za­trza­snąć je wo­kół urwi­tów w każ­dej chwi­li, na byle ślad za­gro­że­nia.

I zno­wu ten de­sant wy­glą­dał przez dym­nik ni­czym wy­buch. Blu­zgnę­ło bo­wiem wraz z urwi­ta­mi set­ka­mi i ty­sią­ca­mi za­cze­pio­nych na nich cza­rów i klątw, aż cała oko­li­ca za­pul­so­wa­ła dzi­ką plą­ta­ni­ną na­kła­da­ją­cych się, prze­ni­ka­ją­cych i wzmac­nia­ją­cych ma­ge­ono­mii. Urwi­ci, wciąż na do­pa­la­czach, nie­sie­ni ze­spo­ła­mi dżin­nów i wła­sny­mi ru­bi­na­mi psy­cho­ki­ne­tycz­ny­mi, mknę­li ku wy­zna­czo­nym uprzed­nio sta­no­wi­skom; kil­ku po­szło pro­stą świe­cą wzwyż, by do­mknąć z góry ko­pu­łę stra­ży.

De­mo­ny krysz­ta­łu prze­ana­li­zo­wa­ły tym­cza­sem ze­bra­ne bez­po­śred­nio z oto­cze­nia in­for­ma­cje i oznaj­mi­ły, iż nie do­szu­ka­ły się żad­ne­go fał­szer­stwa we wcze­śniej otrzy­ma­nym z ma­gicz­ne­go zwia­du ob­ra­zie. Żar­ny po­le­cił więc ob­ni­żyć sto­pień go­to­wo­ści bo­jo­wej i pu­ścił du­chy pęcz­nie­ją­cą spi­ra­lą na re­gu­lar­ny re­ko­ne­sans. Po­tem sam wy­szedł na ze­wnątrz.

Za­kra­ca, w peł­nym rynsz­tun­ku, stał przy pod­sta­wie pio­nu le­wi­ta­cyj­ne­go. Wy­glą­dał jak ska­mie­nia­ły owad. Ko­de­struk­tor ob­ra­cał mu się le­ni­wie nad gło­wą, szcze­rząc kły śmier­tel­nych klątw ku nie­wi­docz­nym wro­gom.

Wy­pusz­czo­ne z lu­ków „Jana IV” sa­mo­dziel­ne de­cy­zyj­nie le­tal­na­to­ry ko­ło­wa­ły po mrocz­nie­ją­cym szyb­ko nie­bie ni­czym pa­dli­no­żer­ne pta­ki nad przy­szłym po­bo­jo­wi­skiem; przez dym­nik świe­ci­ły ja­sno dia­men­to­wy­mi ser­ca­mi, od któ­rych szły sfe­rycz­ne fale mor­tal­nych cza­rów fi­zjo­lo­gicz­nych.

Ge­ne­rał spły­nął w tra­wę i sta­nął na sze­ro­ko roz­sta­wio­nych no­gach. Tup­nął, jak­by pró­bu­jąc twar­dość zie­mi; tak się pró­bu­je wy­trzy­ma­łość pod­ło­gi w sta­rym bu­dyn­ku.

— A więc — sta­ło się.

Za­kra­ca, sku­pio­ny na dia­lo­gu ze swym de­mo­nem, przez któ­re­go nad­zo­ro­wał po­czy­na­nia urwi­tów, od­po­wie­dział Żar­ne­mu ja­kąś nie­ja­sną my­ślą.

Ge­ne­rał wcią­gnął głę­bo­ko po­wie­trze; sma­ko­wa­ło świe­żą far­bą i swą­dem ga­szo­ne­go ogni­ska. Ro­zej­rzał się przez dym­nik. Cza­ry prze­sła­nia­ły ho­ry­zont; od śmi­ga­ją­cych w tra­wie po­lter­ge­istów, roz­no­szą­cych po oko­li­cy ar­te­fak­ty stra­ży i wal­ki, krę­ci­ło się w gło­wie. Zła­pał lewą dło­nią cza­so­prze­strzeń, szarp­nął i prze­szedł po grzbie­cie fali dwa węże w głąb cy­pla, nad samą za­to­kę. Le­wi­tu­ją­cy tu nad urwi­skiem kli­fu urwi­ta na wi­dok Żar­ne­go spły­nął na zie­mię.

— Ge­ne­ra­le.

— Chcia­łem tyl­ko po­pa­trzeć na mo­rze.

Mo­rze było iden­tycz­ne z ziem­skim: te same fale, ten sam szum, ta sama nie­skoń­czo­ność i po­tę­ga na­tu­ry.

— My­śli pan, Ge­ne­ra­le, że kto to jest? — spy­tał urwi­ta, ro­ze­mgliw­szy przy­łbi­cę; był mło­dym blon­dy­nem o gar­ba­tym no­sie i ru­dych brwiach.

— Kto?

— Oni.

— Kim­kol­wiek by byli, póki co — są wro­ga­mi.

— Ale jak wy­glą­da­ją, co to za isto­ty, co oni…

— Nie wiem.

Od­wie­dził jesz­cze kil­ka po­ste­run­ków i w koń­cu wró­cił pod „Jana IV”.

Słoń­ce już za­szło, wszy­scy prze­szli na in­fra­wi­zję. Urwi­ci, któ­rzy nie mie­li służ­by w kor­do­nie stra­ży, ro­ze­szli się po oko­li­cy. W świe­tle fos­fo­ry­zu­ją­ce­go błę­kit­nie brzu­cha stat­ku usta­wio­no stół i kil­ka­na­ście krze­seł. Ktoś roz­pa­lił ogni­sko. Opo­dal sfan­to­mi­zo­wa­no z pry­zma­tu ilu­zyj­ne­go ostat­ni wy­stęp Aja­rvian­ny. Pół­na­ga elf­ka śpie­wa­ła pod ob­cy­mi gwiaz­da­mi nie­zro­zu­mia­łą pieśń w umie­ra­ją­cym ję­zy­ku.

 

Ge­ne­rał usiadł przy Gou­l­de’em.

— Za­kra­ca po­zwo­lił na taki pik­nik? — mruk­nął. — Skąd to się wzię­ło? Ta­kie roz­luź­nie­nie w środ­ku ope­ra­cji woj­sko­wej. To nie­bez­piecz­ne.

— Bez prze­sa­dy — mach­nął faj­ką ki­ne­tyk. — Prze­cież wi­dzę: ob­ło­ży­li­śmy się ta­ki­mi cza­ra­mi, że Ptak z całą ar­mią by tu nie wszedł.

— Ptak by wszedł.

Gou­l­de zer­k­nął na hra­bie­go po­dejrz­li­wie.

— Coś cię gry­zie? Có­żeś taki po­nu­ry? Masz tę swo­ją pla­ne­tę! Wiesz już, jak ją na­zwiesz?

— Jesz­cze się nie za­sta­na­wia­łem — skła­mał Ge­ne­rał.

Po­lter­ge­isty przy­nio­sły z kuch­ni stat­ku ko­la­cję. Dżinn ga­stro­no­micz­ny do­pa­so­wał się do na­stro­ju i za­ser­wo­wał dzi­czy­znę i bi­gos my­śliw­ski. Za­kra­ca przy­mknął oko na prze­my­co­ną be­czuł­kę piwa.

Aja­rvian­na skoń­czy­ła śpie­wać i roz­pła­ka­ła się. Ktoś za­czął kla­skać. Ktoś inny za­nu­cił Ży­wot urwi­ty. Ge­ne­ra­ła co­raz bar­dziej to wszyst­ko iry­to­wa­ło. Bez­u­stan­nie za­ci­skał i roz­wie­rał swą ma­gicz­ną dłoń, w ryt­micz­nych skur­czach lśnią­cej ma­szy­ny cza­rów.

— Na Boga, prze­cież to są żoł­nie­rze, we­te­ra­ni wie­lu bi­tew! — wark­nął. — Nikt jesz­cze nie ogło­sił zwy­cię­stwa. Nie roz­po­zna­li­śmy na­wet nie­przy­ja­cie­la! Znaj­du­je­my się na te­re­nie tak ob­cym, że bar­dziej już nie moż­na, szło­gi od domu — a oni co? Noc­ną za­ba­wę urzą­dza­ją!

Gou­l­de spoj­rzał nań spode łba.

— Wi­dzę, że Ka­smi­na nic ci nie po­mo­gła. Te osiem­set lat rzu­ca się jed­nak na umysł.

Żar­ny prze­ka­zał puł­kow­ni­ko­wi ob­raz si­wo­wło­se­go dziad­ka po­ucza­ją­ce­go dziec­ko z su­ro­wą miną i pal­cem wznie­sio­nym w górę.

Gou­l­de się skrzy­wił.

— Po­wiedz le­piej, jaki masz plan.

— Plan jest pro­sty — rzekł Ge­ne­rał. — Zna­leźć źró­dło tych wszyst­kich pu­ła­pek i blo­kad. A po­tem się oka­że.

— Rze­czy­wi­ście, pro­sty. A jak wła­ści­wie za­mie­rzasz je zna­leźć?

— To tyl­ko kwe­stia cza­su. Du­chy w koń­cu od­bi­ją się gdzieś od ścia­ny i tam ude­rzy­my.

— Je­steś go­tów z set­ką lu­dzi roz­pę­tać mię­dzy­gwiezd­ną woj­nę?

Ge­ne­rał nic nie od­rzekł. Wy­pił piwo, prze­gryzł szyn­ką i od­szedł w ciem­ność.

Wy­łą­czył dym­nik i za­blo­ko­wał wszyst­kie nie­po­trzeb­ne ma­gicz­ne uspraw­nie­nia zmy­słów. Sły­szał te­raz, jak wy­so­kie źdźbła tra­wy szep­czą, ocie­ra­jąc się mu o nogi ni­czym wier­ne psy. Ze­rwał jed­no. Uschło mu na dło­ni: w kil­ka kno­tów sczer­nia­ło i zwi­nę­ło się w cia­sną spi­ra­lę. Wy­rzu­cił. Szedł da­lej; a od zie­mi — wciąż szep­ty. Tsz, tsz, szcz. Zo­ba­czył nad wzgó­rzem pła­ski cień na nie­bie. Rzu­cił so­bie na oczy Po­że­ra­cza Świa­tła. To było drze­wo. To zna­czy: nie drze­wo, lecz tu­tej­szy jego od­po­wied­nik. Ko­ro­nę miał bez­list­ną, całą w ró­żo­wej wa­cie od­dy­cha­ją­ce­go miąż­szu. Nic się w nim nie po­ru­sza­ło od wia­tru; tyl­ko to pul­so­wa­nie gę­ste­go różu. Ge­ne­rał pod­szedł bli­żej do ro­śli­ny. Czy to ro­śli­na? Ma­gicz­ną ręką do­tknął pnia. Po­czuł ży­cie. Po­czuł my­śli. Głę­bo­ki na­wis drga­ją­cej waty opadł nad Żar­nym jesz­cze ni­żej. Ge­ne­rał wy­pu­ścił de­mo­na. De­mon wzru­szył men­tal­nie ra­mio­na­mi: dym przez pal­ce. Niby-drze­wo od­dy­cha­ło. Ge­ne­rał od­stą­pił. Nie moje ży­cie, nie moja śmierć. Ono też cof­nę­ło fał­dę różu. Czy chcia­łeś, jak ja, je­dy­nie do­tknąć i zba­dać nie­zna­ne? Czy też chcia­łeś mnie za­bić, po­łknąć, znisz­czyć? Je­steś moim wro­giem? Co? Uśmiech­nął się; miąższ pul­so­wał. Ge­ne­rał zdez­ak­ty­wo­wał Po­że­ra­cza Świa­tła, noc po­now­nie za­ćmi­ła mu wzrok. Przy­siadł na cie­płej zie­mi, w ostrej tra­wie, kil­ka­na­ście łok­ci od gru­be­go pnia. Wiatr o nie­przy­jem­nym za­pa­chu ob­my­wał mu twarz. Za­ci­śnię­ta pięść cie­nia urą­ga­ła nie­bio­som. Nie­na­wi­dzisz mnie? Mhm? Nie­na­wi­dzisz? Lecz co war­ta two­ja nie­na­wiść, je­śliś tyl­ko drze­wem?

Była to ma­sa­kra. Tak się miaż­dży in­sek­ty mię­dzy pal­ca­mi. Aż do po­cząt­ku dru­giej ćwier­ci kno­ta, kie­dy to włą­czył się Że­la­zny Ge­ne­rał. Wów­czas ma­sa­kra trwa­ła da­lej — od­wró­ci­ły się na­to­miast gra­dien­ty śmier­ci.

Lecz przez tę pierw­szą jed­ną czwar­tą kno­ta ata­ku wy­glą­da­ło to na ab­so­lut­ną klę­skę. Ob­ru­szo­ne na ma­gicz­ne za­po­ry „Jana IV” po­tę­gi cza­rów były tak ol­brzy­mie, że w stat­ku po­pę­ka­ły wszyst­kie czte­ry krysz­ta­ły ope­ra­cyj­ne; uwol­nio­ne nie­spo­dzie­wa­nie de­mo­ny tyl­ko po­więk­szy­ły cha­os.

Pięt­na­stu z osiem­na­stu urwi­tów peł­nią­cych aku­rat straż na brze­gach ochron­ne­go bą­bla zo­sta­ło spa­lo­nych do wol­nej pla­zmy, za­nim w ogó­le zo­rien­to­wa­li się, co się dzie­je. Dżin­ny bo­jo­we nie­przy­ja­cie­la we­szły na kli­nach kil­ku­na­sto­pię­tro­wych klątw re­wer­syj­nych o wspo­ma­ga­niu rów­no­le­głym trzech nie­za­leż­nych ukła­dów ży­wych dia­men­tów, nie­prze­rwa­nie ssą­cych z ser­ca gwiaz­dy jej go­rą­cą krew. Na­to­miast czwar­ty układ ży­wo­dia­men­to­wy ofen­so­rów za­wie­sił funk­cjo­no­wa­nie swych klątw wy­mia­ny ter­micz­nej i trans­mi­to­wał punk­to­wo przed in­tru­zyj­ne szpi­ce czy­sty żar słoń­ca. Przed ta­kim ata­kiem po­win­ny urwi­tów obro­nić al­go­ryt­micz­ne re­ak­cje klątw ich zbroi, wcho­dzą­cych au­to­ma­tycz­nie w tryb mak­sy­mal­nej ak­ce­le­ra­cji tem­po­ral­nej i full-bi­lo­ku­ją­cych wła­ści­cie­li pro­ba­bi­li­stycz­nym roz­rzu­tem w krzy­we do­okol­ne prze­strze­nie, otwo­rzo­ne wcze­śniej dla ich na­tych­mia­sto­wej uciecz­ki. Po­win­ny; nie obro­ni­ły: wpy­cha­ją­ce się za dżin­na­mi kon­struk­ty in­wa­zyj­ne ude­rzy­ły już sze­ścio­wy­mia­ro­wy­mi za­rod­nia­mi pól cha­osu, mocą za­sy­sa­ną przez żywe dia­men­ty roz­wi­ja­jąc je w cia­sne ma­cie­rze en­tro­pij­ne. Cza­ry urwi­tów ski­sły. Nie­któ­rych, już w po­sta­ci pla­zmy, bi­lo­ko­wa­ło gdzieś poza ho­ry­zont. Dżin­ny na kli­nach go­rą­cych kon­struk­tów we­szły w de­fens­fe­rę stat­ku jak w ma­sło.

W tym mo­men­cie pra­co­wa­ły już na naj­wyż­szych ob­ro­tach wszyst­kie re­ak­tyw­ne klą­twy obron­ne kon­struk­tu „Jana IV” — to zna­czy te, któ­re nie wy­ma­ga­ły sta­łe­go nad­zo­ru krysz­ta­łów ope­ra­cyj­nych. Po­szedł bój na czy­stą ma­gię; in­fer­nal­ne ognie gwiaz­dy, ob­ra­ca­ne w zim­ną ener­gię, spły­wa­ły na pole bi­twy rwą­cy­mi stru­mie­nia­mi. Na­tę­że­nie sko­czy­ło wy­żej ba­rie­ry N’Ze­lma i żywe dia­men­ty wy­wich­nę­ły się w swych obej­mach. Ich re­zo­nans otwo­rzył nad pół­wy­spem z set­kę tak zwa­nych cza­rów ska­żo­nych, po­wsta­łych z bez­myśl­nych per­mu­ta­cji ele­men­tów pra­wi­dło­wych for­muł. Za­czę­ły więc od­wra­cać się na nie­bie i zie­mi ko­lo­ry, ne­ga­ty­wo­wa­ły się ob­ło­ki i słoń­ce; per­spek­ty­wa już na wy­cią­gnię­cie ręki spra­wia­ła wra­że­nie spa­czo­nej wiel­ką ska­zą w gru­bym szkle te­le­sko­po­wym; po­wsta­ły wia­try, wi­chu­ry — hu­ra­ga­ny! — wy­ry­wa­ją­ce z gle­by owe ró­żo­we drze­wa wraz z ko­rze­nia­mi; szły przez po­wie­trze fale dźwię­ków o róż­nych czę­sto­tli­wo­ściach, za­ła­my­wa­ne na ob­sza­rach ob­ni­żo­ne­go ci­śnie­nia, gdzie pru­ły się szwy mię­dzy­wy­mia­ro­we i gra­wi­ta­cja kru­szy­ła ka­mie­nie. Dwóch urwi­tów zgi­nę­ło wła­śnie w ten spo­sób, ro­ze­rwa­nych na czę­ści.

Re­ak­cja resz­ty obroń­ców była, oczy­wi­ście, wol­niej­sza od re­ak­cji kon­struk­tu „Jana IV” — na­wet po­mi­mo ich mak­sy­mal­ne­go przy­spie­sze­nia tem­po­ral­ne­go. Nie­wie­le mo­gli zro­bić. Dym­ni­ki bo­jo­we uka­zy­wa­ły ich zmy­słom cha­os tak po­tęż­ny, ta­kie po­plą­ta­nie cza­rów wro­ga, stat­ku i le­tal­na­to­rów oraz masy cza­rów „spu­dło­wa­nych”, ni­czy­ich ma­ge­owa­ria­cji na te­mat znisz­cze­nia — że po pro­stu nie byli w sta­nie sa­mo­dziel­nie włą­czyć się do boju. Po­zba­wie­ni wspo­ma­ga­nia de­mo­nów krysz­ta­łów ope­ra­cyj­nych, zdać się mu­sie­li na swo­je dżin­ny i klą­twy roz­po­znaw­cze: oso­bi­ste oraz ar­te­fak­tycz­ne zbroi. Jed­nak­że ma­cie­rze en­tro­pij­ne roz­wi­nię­te przez kon­struk­ty in­wa­zyj­ne wgry­zły się już w naj­pier­wot­niej­sze struk­tu­ry nie­za­im­pre­gno­wa­nych nań cza­rów i te­raz owe ero­du­ją­ce klą­twy tyl­ko po­tę­go­wa­ły ist­nie­ją­ce za­mie­sza­nie. Nie­któ­re wska­zy­wa­ły urwi­tom jako wro­gów ich to­wa­rzy­szy; w ułam­ku kno­ta wy­bu­cha­ły i ga­sły bra­to­bój­cze wal­ki. Ko­lej­ne sie­dem tru­pów. Za­czę­ły ero­do­wać le­tal­na­to­ry; po­nie­waż na ra­zie nie po­ka­zał się ani je­den praw­dzi­wy, ma­te­rial­ny wróg, wszyst­kie obiek­ty roz­po­zna­wa­ne przez ma­ge­oal­go­ryt­my le­tal­na­to­rów jako żywe były cia­ła­mi im­pe­rial­nych urwi­tów i w nie też ude­rzy­ły. Na­stęp­nych dwu­na­stu urwi­tów sko­na­ło więc od na­głe­go spo­pie­le­nia w ich ży­łach krwi, za­mro­że­nia mó­zgu, roz­pusz­cze­nia w oso­czu tok­sycz­nej daw­ki hor­mo­nów, zgni­cia wą­tro­by i ser­ca.

W chwi­li gdy do bi­twy włą­czył się Że­la­zny Ge­ne­rał, przy ży­ciu po­zo­sta­wa­li jesz­cze wy­łącz­nie ci urwi­ci, któ­rzy no­co­wa­li we wnę­trzu „Jana IV”. Jed­nak w owej chwi­li szpi­ce kon­struk­tów in­tru­zyj­nych się­ga­ły już ostat­niej po­wło­ki cza­rów stat­ku i na­wet za­mknię­tym w nim żoł­nie­rzom na­le­ża­ło li­czyć czas do śmier­ci na ułam­ki kno­ta; miecz jest za­wsze sil­niej­szy od tar­czy.

Ge­ne­rał pierw­szą swą my­ślą uak­tyw­nił ca­łość za­rte­fak­ceń swe­go cia­ła. Ręka sta­no­wi­ła bo­wiem je­dy­nie naj­bar­dziej wi­docz­ny ele­ment do­ko­na­ne­go prze­kształ­ce­nia or­ga­ni­zmu. To, co wi­dzie­li lu­dzie, na­wet szko­le­ni urwi­ci, na­wet Za­kra­ca: hra­bia Kar­dle i Bła­dy­ga w po­lo­wym mun­du­rze ge­ne­ra­ła Ar­mii Zero — nie było ni­czym wię­cej jak wy­su­nię­tą po­nad lu­stro mo­rza gło­wą smo­ka, męt­nym od­bi­ciem po­two­ra w pły­ną­cej wo­dzie. Cza­sa­mi coś tam mi­ga­ło pod po­wierzch­nią, ja­kieś wiel­kie, ciem­ne kształ­ty — lecz za­raz za­po­mi­na­li, usu­wa­li z pa­mię­ci, bo do ni­cze­go nie było to po­dob­ne, nie dało się na­zwać, nie dało się po­rów­nać, ka­le­czy­ło wy­obraź­nię; po­prze­sta­wa­li na le­gen­dzie: nie­śmier­tel­ny Że­la­zny Ge­ne­rał, ar­che­typ urwi­ty. A on ist­niał na­praw­dę.

Ugiął czas i prze­strzeń. Wszedł w chro­nos­fe­rę mak­sy­mal­ne­go przy­spie­sze­nia. Tu po­now­nie ugiął czas i prze­strzeń i otwo­rzył dru­gą chro­nos­fe­rę. Po­wtó­rzył to jesz­cze czte­ro­krot­nie. W koń­cu, za­mknię­ty w tem­po­ral­nej ce­bu­li, tak wy­prze­dził resz­tę świa­ta, że od ude­rzeń po­je­dyn­czych pro­mie­ni świa­tła pę­ka­ła mu skó­ra. Zdał się więc w ekra­no­wa­niu ze­wnę­trza na al­go­ryt­my cięż­kich klątw ręki i otwo­rzył im wej­ścia do swe­go ży­wo­dia­men­to­we­go te­tra­do­nu. Był to po­czwór­ny nie­skoń­czo­ny sze­reg ży­wych dia­men­tów, sprzę­żo­nych fa­zo­wo co je­den wy­miar wy­żej. Koń­czył się i za­czy­nał w „ko­ściach” pal­ców le­wej dło­ni Ge­ne­ra­ła; oprócz kciu­ka, któ­re­go rola była inna. Nie­ak­tyw­ny te­tra­don, jako układ za­mknię­ty, był nie do wy­kry­cia. Ak­tyw­ny — po­wo­do­wał im­plo­zje kwa­za­rów, eks­plo­zje pul­sa­rów.

Ge­ne­rał za­ci­snął lewą dłoń w pięść. „Jan IV” zwi­nął się w to­rus, za­wi­ro­wał, zmniej­szył do ziarn­ka pia­sku i znik­nął. Ge­ne­rał roz­warł lewą dłoń. Zdmuch­nę­ło pierw­szą war­stwę ce­bu­li tem­po­ral­nej oraz wszyst­kie inne cza­ry chro­nal­ne i en­tro­pij­ne. Za­ci­snął dłoń po raz dru­gi. Oko­li­ca, aż do ho­ry­zon­tu, od­bi­ła się pół­s­fe­rycz­nie na cie­le Żar­ne­go i prze­sko­czy­ła na dru­gą stro­nę. Ty­sią­ce ton zie­mi, po­wie­trza, wody, ro­ślin. Zgniótł je w swej ręce. Do­ci­snął kciu­kiem: po­łknę­ła je czar­na dziu­ra ją­dra ga­lak­ty­ki.

Stał te­raz na dnie wiel­kie­go kra­te­ru znisz­cze­nia, czar­nej misy wnę­trza pla­ne­ty, bru­tal­nie oskal­po­wa­nej ze swej bios­fe­ry. Jesz­cze osy­py­wał się żwir, wa­li­ły się ska­ły, pły­nął pia­sek, grzmia­ła lawa. Pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca z tru­dem prze­bi­ja­ły się przez wi­szą­cy w po­wie­trzu kurz i pył. Gdy­by nie hu­ra­gan, wzbu­dzo­ny wy­bi­ciem na­głej dziu­ry ci­śnie­nio­wej, nie doj­rzał­by nie­ba. Przez dym­nik wi­dział zim­ny pło­mień pul­su­ją­ce­go bo­ską czę­sto­tli­wo­ścią te­tra­do­nu, ja­śniej­szy od krzy­wej pio­ru­na, od na­giej gwiaz­dy.

Nim pierw­sza z prze­ła­ma­nych skał do­się­gła w swym upad­ku dna kra­te­ru — tak wol­no, tak wol­no spa­da­ły — Ge­ne­rał roz­po­starł się na całą pla­ne­tę, za­my­ka­jąc ją tym sa­mym w lu­strza­nym od­wró­ce­niu swej tem­po­ral­nej ce­bu­li. Był te­raz cza­sem cza­su, ze­ga­rem ze­ga­rów. W jego dło­ni ob­ra­ca­ło się ro­ba­czą śla­ma­zar­no­ścią ży­cie pla­ne­ty. Wi­dział wszyst­ko. Gi­ga­dym­nik roz­pi­sy­wał mu przed oczy­ma li­nie mocy. Ge­ne­rał spoj­rzał i za­ci­snął dłoń. Pla­ne­ta im­plo­do­wa­ła. Za­nim jesz­cze ob­rał do resz­ty swą tem­po­ral­ną ce­bu­lę, czar­na dziu­ra wy­pa­ro­wa­ła.

 

Ge­ne­rał roz­warł pięść. Wy­plu­ło „Jana IV”. Zwi­nął się do jego wnę­trza.

Gou­l­de wrza­snął na jego wi­dok.

— Arr!! Co…?!

Ge­ne­rał czym prę­dzej przy­wró­cił sta­łą ilu­zję swej po­sta­ci.

— Aa, to ty… — ode­tchnął puł­kow­nik. — Boże dro­gi, Żar­ny, co tu się…

— Wiem. Ilu w środ­ku?

— Je­ste­śmy w próż­ni! — krzy­czał ki­ne­tyk z fo­te­la pierw­sze­go pi­lo­ta. — Au­to­her­me­ty­za­cja! Kraft pur­pu­ro­wy! Scho­dzi­my pod? Pa­nie puł­kow­ni­ku…?! Scho­dzi­my pod?

— Po­twier­dzam. I Kosz/Pia­sek do opo­ru. — Wy­daw­szy roz­ka­zy, Gou­l­de od­wró­cił się z po­wro­tem do Ge­ne­ra­ła. — Co tu się, do cięż­kiej…

Bi­lo­ko­wał się do ko­pu­ły ki­ne­ty­ków Za­kra­ca.

— Żyje pan, Ge­ne­ra­le! — ode­tchnął ad­iu­tant. — Krysz­ta­ły po­pę­ka­ły i…

— Je­de­na­stu — oznaj­mił Żar­ny.

— Co?

— Po­li­czy­łem. Mamy je­de­na­stu urwi­tów na po­kła­dzie, łącz­nie z nami. Tylu oca­la­ło.

— Pa­nie puł­kow­ni­ku, ta pla­ne­ta im­plo­do­wa­ła! — krzyk­nął ktoś z ze­wnątrz po­miesz­cze­nia, być może przez czar fo­nicz­ny.

— Jaka pla­ne­ta? — od­ru­cho­wo od­wark­nął mu zdez­o­rien­to­wa­ny Gou­l­de, ma­ca­jąc po kie­sze­niach za faj­ką.

— Zdra­da — rzekł Że­la­zny Ge­ne­rał.

— Nic in­ne­go. Za­sta­nów­cie się. Oni cze­ka­li na nas.

— Kto? Prze­cież kol­lap­so­wał pan ten glob, Ge­ne­ra­le.

— Ni żywy duch… — mru­czał Gou­l­de. — To praw­da, zdra­da oczy­wi­sta; ale te­raz szlag tra­fił wszyst­kie do­wo­dy i nic nie wskó­ra­my.

— Nie żywy, to mar­twy — rzekł Ge­ne­rał i otwo­rzył ra­mio­na do in­wo­ka­cji. Po­zo­sta­li na­tych­miast za­mknę­li umy­sły. Żar­ny roz­cią­gał sieć swych my­śli, wa­biąc w pu­łap­kę du­chy. — Je­ste­śmy wy­star­cza­ją­co bli­sko — mó­wił rów­no­cze­śnie — i nie mi­nę­ło jesz­cze tyle cza­su, by zdą­ży­li za­tra­cić swe oso­bo­wo­ści.

— Ale to nie­bez­piecz­ne — wtrą­cił Za­kra­ca. — Bo je­śli to jed­nak nie byli lu­dzie i je­śli nie była to zdra­da…

Lecz oto już zma­te­ria­li­zo­wał się po­mię­dzy rę­ko­ma Żar­ne­go cho­rą­ży Iur­ga.

— Nie ty — szep­nął mu Ge­ne­rał. — Odejdź, za­po­mnij, odejdź.

— Boli, boli, bo­li­bo­li­bo­li… — ję­czał Iur­ga.

Żar­ny kla­snął i wid­mo znik­nę­ło. Po­tem po­now­nie roz­ło­żył ra­mio­na i po­wtó­rzył we­zwa­nie.

Dłu­go cze­ka­li. Wresz­cie za­ko­tło­wa­ły się cie­nie i skrze­pły w syl­wet­kę czło­wie­ka. Twarz — jego twarz nie na­le­ża­ła do żad­ne­go ze zmar­łych urwi­tów Im­pe­rium.

— Mój! — krzyk­nął na du­cha Ge­ne­rał. — Służ!

Wid­mu aż żyły wy­stą­pi­ły na szyi i czo­le, lecz zgię­ło się w po­kło­nie.

— Kim je­steś? — spy­tał Gou­l­de.

— Ja… ja… Ha­asir Trvak, Błę­kit­na Kom­pa­nia, As­sa­gon… Puść­cie…

— By­łeś urwi­tą Pta­ka?

— Ja je­stem… By­łem, tak.

— Ptak was tu wy­słał?

— Cze­ka­li­śmy… były roz­ka­zy. Za­bić wszyst­kich; żeby ślad nie po­zo­stał i świa­dek nie umknął. Wy­ko­ny­wa­li­śmy… roz­ka­zy… Żeby was Bóg po­ka­rał… puść­cie!

— Skąd wie­dzie­li­ście, że przy­le­ci­my? Kto prze­ka­zał in­for­ma­cję?

— Nie wiem… Nie wiem! Przy­szło bez­po­śred­nio z kan­ce­la­rii Dyk­ta­to­ra. Ćwi­czy­li­śmy… po­tem te­le­por­to­wa­no nas… ty­siąc stu zgi­nę­ło… mie­li­śmy cze­kać i… Ta­kie były roz­ka­zy, ja nic nie wiem.

— Sa­mo­bój­cza eks­pe­dy­cja — mruk­nął Za­kra­ca. — Ptak nie ma stat­ków mię­dzy­gwiezd­nych, mu­siał się zdać na lo­te­rię te­le­por­ta­cji. Z po­wro­tem też by ich nie­źle prze­sia­ło. Zresz­tą za­pew­ne nie było w pla­nie żad­ne­go po­wro­tu; jak bez świad­ków, to bez świad­ków. Naj­wy­żej te­le­por­to­wa­li­by ich w ją­dro gwiaz­dy.

Żar­ny kla­snął; duch znik­nął.

— Więc?

— Zdra­da.

— Zdra­da.

— Kto?

— Bru­da. Lub Or­wid — rzekł Za­kra­ca. — To oczy­wi­ste. Or­wid mó­wił, że do­pie­ro co zna­leź­li tę pla­ne­tę. A tam­ci mie­li czas na­wet na tre­nin­gi.

— Wszyst­ko z góry ukar­to­wa­ne — przy­tak­nął Gou­l­de.

— To był za­mach na pana ży­cie, Ge­ne­ra­le — stwier­dził z prze­ko­na­niem ma­jor. — In­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia nie wi­dzę. Ża­den z nas nie jest aż tak waż­ny, by an­ga­żo­wać dla jego zgła­dze­nia po­dob­ne środ­ki. Na­to­miast za­bić Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła — no, to nie w kij dmu­chał. Za­bez­pie­czy­li się na wszel­kie moż­li­we spo­so­by. Po­zba­wie­ni wspar­cia Im­pe­rium, po­zba­wie­ni na­wet łącz­no­ści, wzię­ci z za­sko­cze­nia… prak­tycz­nie nie mie­li­śmy szans. Ta pu­łap­ka nie mia­ła pra­wa za­wieść.

— A jed­nak — po­wie­dział Gou­l­de, spo­glą­da­jąc po­nad faj­ką na mil­czą­ce­go Ge­ne­ra­ła — a jed­nak za­wio­dła. Kim ty je­steś, Raj­mund?

— Tym, kim mu­szę być, by prze­trwać — od­parł hra­bia. — Ni­kim mniej. A co­raz trud­niej mi ucho­dzić w oczach ko­lej­nych skry­to­bój­ców za bez­bron­ne­go star­ca. Na­stęp­nym ra­zem za­pew­ne eks­plo­du­ją Słoń­ce, aby mnie za­bić.

— Jaki jest plan, Ge­ne­ra­le? — spy­tał szyb­ko Za­kra­ca, by zmie­nić nie­zręcz­ny dla Żar­ne­go te­mat.

— A jaki może być? Pod­la­tu­je­my na kon­tak­to­wą z peł­nym ma­sko­wa­niem i pod­słu­chu­je­my. A po­tem się zo­ba­czy.

Tym­cza­sem Gou­l­de, py­ka­jąc spo­koj­nie faj­kę, otwo­rzył te­le­pa­tycz­ny ka­nał do Ge­ne­ra­ła i ob­ło­żyw­szy go cięż­ką blo­ka­dą men­tal­ną, za­py­tał:

— Co mia­no­wi­cie się zo­ba­czy? Prze­cież ty wiesz, że to spi­sek. Ptak w przy­mie­rzu z Zam­kiem. Za­ło­żysz się, że Bo­gu­mił już nie żyje? Nie po­wi­nie­neś, nie po­wi­nie­neś po­zwo­lić się im we­pchąć w ten cały pod­bój.

— Roz­kaz.

— Wiem, że roz­kaz. Ale — z czy­jej ini­cja­ty­wy? No niech zgad­nę: Bi­rzin­nie­go. Co? Mylę się może?

— Mu­szę mieć pew­ność.

— Pew­ność? To wszyst­ko jest tak oczy­wi­ste, że aż chwi­la­mi nie chce mi się wie­rzyć w ich głu­po­tę.

— Su­ge­ru­jesz spi­sek pod spi­skiem?

— Ni­cze­go nie su­ge­ru­ję. Po pro­stu znam le­gen­dy o to­bie; i oni też je zna­ją. Je­śli Bo­gu­mił nie żyje…

— To co?

— Krew na ich gło­wy!

— Mów, Kuzo.

— Gdzie je­ste­ście?

— Na tyle bli­sko, że mo­że­my roz­ma­wiać. Mów.

Ma­jor Kuzo na wiel­kim zdal­nym zwier­cia­dle mesy „Jana IV” otarł pot z czo­ła. Był w swo­im ga­bi­ne­cie na Try­bie; wi­docz­na przez okno za jego ple­ca­mi ko­śla­wa ska­ła Mni­cha wy­cią­ga­ła przez sza­re traw­ni­ki krzy­we pa­zu­ry cie­nia.

— Za­mach sta­nu, Ge­ne­ra­le. Bi­rzin­ni się ko­ro­no­wał. Ma po­par­cie Pta­ka. Od­dał mu Po­gó­rze i całe Chaj­tow­le. I Ma­gu­rę ze wszyst­ki­mi są­sia­du­ją­cy­mi wy­spa­mi. Ptak za­bez­pie­cza nowe gra­ni­ce. Pod­pi­sa­li układ. W Ar­miach przy­mus no­wej przy­się­gi: albo zło­żysz, albo wy­no­cha.

— Już wy­eg­ze­kwo­wa­ny?

— Czę­ścio­wo.

— Ar­mia Zero?

— Nie.

— A co z Bo­gu­mi­łem?

— Bi­rzin­ni za­prze­cza. Ale nikt kró­la nie wi­dział od cza­su prze­ję­cia wła­dzy. Naj­praw­do­po­dob­niej urwi­ci Pta­ka wy­te­le­por­to­wa­li go na śmierć.

— Jak u was na Try­bie?

— Wła­śnie so­bie o nas przy­po­mnie­li. Mamy ter­min za nie­ca­łe sie­dem klep­sydr. Po­tem… Bóg je­den wie, pew­nie ze­trą nas na proch.

Ge­ne­rał ob­ró­cił się do Gou­l­de’a.

— Za ile mo­że­my naj­szyb­ciej tam być?

— Naj­szyb­ciej? — uśmiech­nął się puł­kow­nik. — Te­sto­wa­no ten sta­tek już wie­lo­krot­nie, lecz gór­ną gra­ni­cę jego pręd­ko­ści wciąż wy­zna­cza je­dy­nie strach te­stu­ją­cych.

— Dia­men­ty wy­wich­nę­ły się pod­czas ata­ku na Zdra­dzie — za­uwa­żył je­den z urwi­tów.

— No to się wwich­ną.

— Trzy­maj­cie się, Kuzo — rzekł do zwier­cia­dła Że­la­zny Ge­ne­rał.

— Ba, że­bym to ja wie­dział cze­go — mruk­nął ma­jor, od­wra­ca­jąc po­nu­ry wzrok.