W kraju niewiernych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Jak to co? — pod­nie­cił się Or­wid. — To ja­sne, trze­ba tam po­le­cieć i prze­jąć ją w po­sia­da­nie w imie­niu Wa­szej Wy­so­ko­ści, jako część Im­pe­rium!

— Gdzie to wła­ści­wie jest? — spy­tał Ge­ne­rał.

— Dru­ga pla­ne­ta nu­me­ru 583 ze Śle­pe­go Łow­cy. Nie wi­dać z na­szej pół­ku­li. Oko­ło dwu­na­stu ty­się­cy szło­gów.

— No, ko­cha­ny Ge­ne­ra­le — wy­szcze­rzył się pre­mier — nosi cię i nosi, woj­ny byś chciał, ru­chu, ak­cji — masz oka­zję. Bierz sta­tek i leć. Cóż za przy­go­da! Ge­ne­rał Od­kryw­ca! Jak ją na­zwiesz? Cze­kaj, za­raz ci wy­sta­wię peł­no­moc­nic­twa kró­lew­skie­go na­miest­ni­ka i gu­ber­na­to­ra ziem przy­łą­czo­nych. — Od razu zła­pał za lu­ster­ko i wy­szcze­kał doń od­po­wied­nie roz­ka­zy.

Ge­ne­rał prze­niósł wzrok na kró­la.

— Nie są­dzę, żeby to był od­po­wied­ni czas na po­dob­ne wy­ciecz­ki — rzekł.

Or­wid wy­grze­bał z kie­sze­ni pry­zmat ilu­zyj­ny, po­ło­żył na sto­le i wy­mam­ro­tał kod wy­zwa­la­ją­cy. W po­wie­trzu roz­wi­nął się trój­wy­mia­ro­wy ob­raz pla­ne­ty. Kil­ko­ma sło­wa­mi Or­wid po­więk­szył go i pod­niósł.

— Ład­na, nie? — Ob­szedł pla­ne­tę do­oko­ła, przy­glą­da­jąc się jej z nie­skry­wa­ną sa­tys­fak­cją, jak­by w isto­cie przez uak­tyw­nie­nie pry­zma­tu to on ją stwo­rzył. — Nie wi­dać, bo ilu­zjo­ni­ści zdję­li ją z bar­dzo bli­skie­go spoj­rze­nia, ale ma dwa księ­ży­ce, je­den duży, trzy-, czte­ro­krot­na masa na­sze­go Try­ba, dru­gi na­to­miast pra­wie śmieć. Ten kon­ty­nent, co go ter­mi­na­tor tak tnie, idzie tam po­tem jesz­cze do dru­gie­go bie­gu­na. A tyl­ko po­patrz na te ar­chi­pe­la­gi. Po­patrz na te góry.

Aż za­uro­czy­ło to sa­me­go kró­la i Warz­had wstał i z pa­pie­ro­sem w ustach pod­szedł do ilu­zji. Ge­ne­rał rów­nież się zbli­żył; na­wet Plu­ciń­ski się za­in­te­re­so­wał. Pla­ne­ta, w po­ło­wie bia­ło-błę­kit­na, w po­ło­wie czar­na, wi­sia­ła nad nimi ni­czym wy­ba­łu­szo­ne z pią­te­go wy­mia­ru oko nie­śmia­łe­go bó­stwa. Ob­raz w ilu­zji był za­mro­żo­ny, pry­zmat pa­mię­tał tyl­ko to jed­no od­bi­cie w źre­ni­cy — hu­ra­ga­ny za­trzy­ma­ne w wi­ro­wa­niu, chmu­ry zła­pa­ne w roz­cią­gnię­ciu na ćwierć oce­anu, bu­rze po­chwy­co­ne w środ­ku pa­rok­sy­zmów, za­sto­po­wa­ne w ob­ro­tach noc i dzień — ale wy­star­czy­ło.

— Mój Boże, mój Boże — szep­nął Warz­had. — Sam chciał­bym po­le­cieć.

Bi­rzin­ni uśmiech­nął się pod wą­sem.

Ge­ne­rał za­ci­snął pra­wą dłoń na ra­mie­niu kró­la.

— Wa­sza Wy­so­kość. Ja bła­gam was…

— Nie bę­dzie, kur­wa, żad­nej woj­ny! — roz­darł się mo­nar­cha, plu­jąc pe­tem na do­ku­men­ty i od­ska­ku­jąc od Żar­ne­go. — Co ci się nie po­do­ba? No co?! Mó­wię, że po­le­cisz — i po­le­cisz!

Ge­ne­rał wziął głę­bo­ki od­dech.

— Wa­sza Wy­so­kość, pro­szę wo­bec tego tyl­ko o roz­mo­wę w czte­ry oczy w Ci­chej Kom­na­cie.

— Co ty knu­jesz? — wark­nął Bi­rzin­ni. — O co ci cho­dzi? My­ślisz, że uda ci się za­stra­szyć kró­la? W czte­ry oczy z Że­la­znym Ge­ne­ra­łem, do­bre so­bie…!

— Je­stem kró­lew­skim do­rad­cą i Straż­ni­kiem Rodu, przy­słu­gu­je mi…

— Nie po­zwo­lę! — Tu pre­mier zwró­cił się do Warz­ha­da. — Nie zda­jesz so­bie spra­wy, pa­nie, do cze­go on jest zdol­ny…

— Wy­da­łem roz­kaz czy nie? — syk­nął król. — No wy­da­łem czy nie?! Więc, kur­wa, wy­ko­nać bez py­sko­wa­nia! Już! — Spoj­rzał na ilu­zję, po­dra­pał się w po­li­czek, roz­gląd­nął po sali i wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc. — Idę spać. Do­bra­noc.

Po czym wy­szedł.

— Co się sta­ło? — spy­tał mi­ni­ster skar­bu.

— Nic, śpij da­lej — mach­nął nań Bi­rzin­ni.

Ge­ne­rał wró­cił po la­skę, skło­nił się pre­mie­ro­wi i Plu­ciń­skie­mu i ru­szył do wyj­ścia. Bi­rzin­ni pod­krę­cił wąsa, Nex po­stu­kał się w za­my­śle­niu cy­bu­chem faj­ki w przed­nie zęby… Od­pro­wa­dza­li wzro­kiem ple­cy Ge­ne­ra­ła do sa­mych drzwi. Or­wid nie pa­trzył, ba­wił się wy­łą­czo­nym pry­zma­tem, Bru­da od­wró­cił wzrok, by nie na­po­tkać spoj­rze­nia mi­ja­ją­ce­go go Żar­ne­go; do­pie­ro po­tem zer­k­nął. Gu­staw Lam­be­raux z za­mknię­ty­mi oczy­ma kon­wer­so­wał ze swy­mi de­mo­na­mi.

Odźwier­ny za­mknął drzwi.

— Na mi­łość bo­ską — sap­nął Sa­sza Qu­erz — co tu się dzie­je?

— Nic się nie dzie­je, śpij, śpij.

— Że co??

— Kró­lew­ski roz­kaz. Lecę ju­tro z rana — rzekł Ge­ne­rał, sia­da­jąc na ła­wie pod fos­fo­ry­zu­ją­cą ścia­ną bez­okien­ne­go ga­bi­ne­tu Za­kra­cy.

— Bi­rzin­ni, co? — wark­nął po­nu­ro ma­jor. — Jego ro­bo­ta, praw­da?

Ge­ne­rał na­wet nie fa­ty­go­wał się od­po­wie­dzieć.

Za­kra­ca wstał zza biur­ka, ma­sze­ru­jąc ner­wo­wo wte i we­wte, spraw­dził ma­chi­nal­nie głów­ne za­klę­cia an­ty­pod­słu­cho­we­go kon­struk­tu po­miesz­cze­nia, wresz­cie wy­buch­nął:

— Owi­ja go so­bie do­oko­ła pal­ca! Na­wet się z tym nie kry­je! Prze­cież nie może się łu­dzić, że nikt nie wi­dzi! Na co on li­czy? My­śli, że uj­dzie mu to na su­cho? Wła­śnie mnie do­szło, że re Duin prze­jął pa­kiet kon­tro­l­ny Yaxa & Yaxa. Sły­szał pan, Ge­ne­ra­le? To jest już dwie trze­cie Rady Kró­lew­skiej! Bi­rzin­ni zła­pał nas za gar­dło!

— Re Duin był do prze­wi­dze­nia — mruk­nął Ge­ne­rał, spo­glą­da­jąc na prze­ciw­le­głą ścia­nę, po któ­rej kar­to­gra­ficz­nym fre­sku para nie­wi­dzial­nych dżin­nów prze­su­wa­ła sym­bo­licz­ne strzał­ki, li­nie, trój­ką­ty i kół­ka. — Prze­bił się już?

— Ptak? — ma­jor zwol­nił, obej­rzał się na ścia­nę. — Cią­gle to samo. Ale trze­ba by chy­ba cudu, żeby w koń­cu ich nie zdu­sił. Mam tu bier­ne od­bi­cie ze szta­bu Szczu­ki — wska­zał na jed­no z usta­wio­nych na biur­ku lu­ste­rek. — My­ślą już o od­da­niu Za­le­sia i Pra­wej Hur­ty.

— Fer­dy­nand leży — rzekł Ge­ne­rał. — Leży i pro­si o do­rżnię­cie. Wy­co­fa­nie się z gwa­ran­cji dla Księ­stwa było naj­więk­szym błę­dem Bi­rzin­nie­go. Przyj­dzie nam za to dro­go za­pła­cić. Do unik­nię­cia było mo­rze krwi.

— Nic pan nie mógł po­ra­dzić, Ge­ne­ra­le. — Za­kra­ca wró­cił za biur­ko, za­czął prze­stra­jać jed­no z lu­ste­rek. — Vo­tum se­pa­ra­tum dało przy­najm­niej nie­któ­rym do my­śle­nia. Zresz­tą Warz­had i tak zro­bił­by, co chciał Bi­rzin­ni, cho­ciaż­by zdo­łał pan prze­ko­nać Radę. A tam po praw­dzie nie ma prze­cież kogo prze­ko­ny­wać, sam pan naj­le­piej wie, ile kosz­tu­je głos ta­kie­go Spo­ty czy Chwal­czyń­skie­go. Ale sło­wo Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła ma zna­cze­nie, tak, tak, lu­dzie pana po­pie­ra­ją, niech pan nie uda­je zdzi­wio­ne­go, za­plu­ty chłop z naj­dal­sze­go za­du­pia do­brze wie, że Że­la­zny Ge­ne­rał nig­dy nie ła­mie da­ne­go sło­wa i nie spla­mił­by swo­je­go ho­no­ru żad­ną zdra­dą czy krzy­wo­przy­się­stwem, i praw­da jest taka, że przy­zna­ją ra­cję panu, Ge­ne­ra­le, nie kró­lo­wi, król szcze­niak, Ge­ne­rał le­gen­da; lu­dzie jed­nak wie­dzą, lu­dzie wie­dzą bar­dzo do­brze, kto co wart. O, jest. Ilu pan chce?

— We­zmę „Jana IV” z trój­ką ki­ne­ty­ków. Na głów­ne­go ścią­gnij Gou­l­de’a. Peł­na ob­sa­da urwic­ka, z cięż­kim uzbro­je­niem, sprzę­tem de­san­to­wym i tak da­lej. Nad­to za­pa­sów, ile się da… a, nie, one już są w sta­zach. Zresz­tą sam wiesz: chcę być przy­go­to­wa­ny na każ­dą moż­li­wość, sko­ro po­ję­cia nie mam, cze­go się tam spo­dzie­wać.

— Sły­sza­łeś, Kuzo — zwró­cił się Za­kra­ca do lu­stra. — Ge­ne­rał leci ju­tro rano. Za­raz po­bu­dzę lu­dzi. Ma­cie tam miej­sce?

— Sta­ry Dwór stoi pra­wie pu­sty, już ja­kiś czas temu przy­go­to­wa­li­śmy miej­sce dla ucie­ki­nie­rów z Kra­te­ru — ode­zwa­ło się zwier­cia­dło. — Na pa­rę­na­ście klep­sydr mo­że­my tam za­kwa­te­ro­wać i pułk. „Jan IV” jest w han­ga­rze, nie ru­sza­li­śmy go od lat, będę mu­siał po­go­nić dżin­ny. Za­ła­du­je pan lu­dzi od razu, Ge­ne­ra­le, czy też szy­ku­je pan ja­kieś ćwi­cze­nia, od­pra­wę? W wy­ży­wie­niu je­ste­śmy uza­leż­nie­ni od Zie­mi i do­dat­ko­wa set­ka gąb na sta­nie…

— Naj­wy­żej je­den po­si­łek — mruk­nął Ge­ne­rał.

— Naj­wy­żej je­den po­si­łek — po­wtó­rzył Za­kra­ca. — A wła­śnie, były ja­kieś sy­gna­ły z Kra­te­ru? Ksią­żę­cy nie ru­sza­ją się? Ile mają stat­ków?

— Czte­ry lub pięć, nad­to trzy w ru­chu wa­ha­dło­wym, ale, przy­pusz­czam, znisz­czo­ne, prze­ję­te bądź za­blo­ko­wa­ne, bo to już mija trzy­dzie­ści klep­sydr, jak nic z Księ­stwa nie wy­szło po­nad at­mos­fe­rę. Tak w ogó­le to jest kwe­stia po­li­tycz­na, urwi­ci Pta­ka ro­bi­li tu pod­cho­dy od Sub­ber­may­era jesz­cze za sta­re­go Lu­cju­sza, smę­ci­ły się ja­kieś du­chy po szcze­li­nach, po­ka­zy­wa­ły wid­ma, praw­do­po­dob­nie nie­wy­ci­szo­ne ma­ni­fe­sta­cje sprzę­żeń bi­lo­ka­cyj­nych, pią­te­go, czwar­te­go stop­nia. Pan wie, Ge­ne­ra­le, o tej pró­bie de­san­tu na Wro­nę? Chcie­li się wko­pać na sto łok­ci i ob­ło­żyć wy­rwi­du­szą, nie wiem, cze­mu się wy­co­fa­li, to by im jed­nak da­wa­ło ja­kąś od­skocz­nię; cho­ciaż, nie da się ukryć, cho­ler­nie kosz­tow­ne to było, wszy­scy w bą­blach, głów­ny kon­strukt na ży­wych dia­men­tach… Kra­ter jed­nak się nie pod­da. A gdy­by ksią­żę­cy ewa­ku­owa­li cy­wi­li tak bez ni­cze­go, z sa­me­go stra­chu…

— Ro­zu­miem, ro­zu­miem. — Ge­ne­rał prze­szedł za biur­ko, wcho­dząc w pole wi­dze­nia lu­strza­ne­go Kuzo. Kuzo po­de­rwał się, ukło­nił; Ge­ne­rał ski­nął mu gło­wą. — Czyj to był roz­kaz z tym Sta­rym Dwo­rem?

— Mhm, po praw­dzie my­śmy się sami do­ga­da­li, tu, na miej­scu, jak tyl­ko wy­szło to oświad­cze­nie o neu­tral­no­ści. Było ja­sne, że nie bę­dzie roz­ka­zu do po­wro­tu, a jak już Ptak weź­mie Nową Pli­sę, Kra­ter po­zo­sta­nie ostat­nim wol­nym ka­wał­kiem Księ­stwa Spo­ko­ju we wszech­świe­cie. Tam się wkrót­ce roz­pę­ta pie­kło. Szy­ku­ją się już na śmierć.

 

— A w Pli­sie o tych cy­wi­li nikt się nie upo­mniał? Za­po­mnie­li o nich czy co? Mó­wisz, że zo­sta­ło im parę stat­ków… Mhm, po­myśl­my: na pra­wie azy­lu, u nas czy na Wy­spach…

— Nie mają ki­ne­ty­ków. Pra­wie ni­ko­go nie mają. Z urwi­tów zo­sta­ły chy­ba dwie oso­by, resz­ta zwy­kli żoł­nie­rze. W ra­mach tej wiel­kiej mo­bi­li­za­cji sprzed hek­so­nu ścią­gnę­li wszyst­kich na dół. Pew­nie wła­śnie giną gdzieś na Ża­bim Polu.

— Po­win­ni­śmy więc wejść na Kra­ter — rzekł twar­do Ge­ne­rał, po­chy­la­jąc się po­nad ra­mie­niem ma­jo­ra ku zwier­cia­dłu dy­stan­so­we­mu. — Te­raz jest naj­lep­szy mo­ment: przed od­da­niem Pli­sy, ale po klę­sce Księ­stwa. Był­byś w sta­nie to wy­ko­nać? Trze­ba za­tknąć tam sztan­dar Im­pe­rium, za­nim po­ja­wi się pierw­szy sta­tek Pta­ka.

Kuzo skrzy­wił się.

— Nie­zbyt mi się to po­do­ba…

— Nie bądź głu­pi, Kuzo — wark­nął Ge­ne­rał. — A po có­żeś szy­ko­wał Sta­ry Dwór? Ra­tu­jesz lu­dzi i oca­lasz bu­dyn­ki i sprzęt, bo po sztur­mie urwi­tów ka­mień na ka­mie­niu w Kra­te­rze nie zo­sta­nie, wiesz o tym. A Ptak na bazę Im­pe­rium nie sko­czy. Zero krwi.

— Ale oni się nie pod­da­dzą! Mó­wi­łem prze­cież!

— Pta­ko­wi — nie; nam — tak. Uwierz mi, tam się wła­śnie mo­dlą o ja­kieś ho­no­ro­we wyj­ście. Nikt tak na­praw­dę nie pra­gnie śmier­ci, choć­by nie wia­do­mo jak chwa­leb­nej. Będę tam rano; tym­cza­sem zrób tyl­ko jed­no: złóż im w moim imie­niu pro­po­zy­cję. Wa­run­ki ka­pi­tu­la­cji tak ho­no­ro­we, ja­kie tyl­ko chcą. Sam przyj­mę. Oso­bi­ście. Na moje sło­wo. Ro­zu­miesz? Żad­nej ujmy. Mo­żesz to na­wet przed­sta­wić jako okre­so­wą pro­tek­cję.

— Pan to mówi se­rio, Ge­ne­ra­le?

— Nie za­da­waj głu­pich py­tań — wark­nął Za­kra­ca.

— W ta­kim ra­zie spró­bu­ję.

Ka­pi­tan Kuzo za­sa­lu­to­wał i roz­łą­czył się, lu­stro od­bi­ło twa­rze Ge­ne­ra­ła i ma­jo­ra.

Ge­ne­rał wy­pro­sto­wał się, uśmiech­nął.

Za­kra­ca po­krę­cił gło­wą.

— Już wi­dzę minę Bi­rzin­nie­go. Ze­sra się, jak usły­szy. Te­raz wszyst­ko za­le­ży od tego, czy skur­wiel nie ma tam na Try­bie ja­kiejś wty­ki. No bo po­tem prze­cież już nie odda Kra­te­ru Pta­ko­wi, na coś ta­kie­go na­wet król nie pój­dzie. A jak urwi­tom Pta­ka pusz­czą ner­wy, to może na­resz­cie bę­dzie pan miał tę woj­nę, Ge­ne­ra­le…

Ni z tego, ni z owe­go w Ge­ne­ra­le wez­brał zim­ny gniew. Jed­ną my­ślą ob­ró­cił Za­kra­cę z fo­te­lem przo­dem do sie­bie, po czym wy­ce­lo­wał w ma­jo­ra ob­to­czo­ny w szkle i me­ta­lu pa­lec.

— Nie ob­ra­żaj mnie, Za­kra­ca — wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te zęby. — Król i Bi­rzin­ni nie ro­zu­mie­ją, bo nie chcą zro­zu­mieć, ale czy rów­nież ty są­dzisz, że mnie ta woj­na po­trzeb­na jest dla za­ba­wy, roz­ryw­ki, po­pi­su?

— Bar­dzo prze­pra­szam, je­śli tak pan to ode­brał…

Rów­nie szyb­ko mi­nął ge­ne­ral­ski gniew.

— Nie­waż­ne. — Żar­ny mach­nął la­ską, od­wró­cił się i wy­szedł.

Dżinn po­sa­dził służ­bo­wy ry­dwan Ge­ne­ra­ła na da­chu jego wil­li kil­ka­na­ście łok­ci od le­ża­ka ze śpią­cą Ka­smi­ną. Za­snę­ła, oglą­da­jąc bi­twę na Ża­bim Polu, w opusz­czo­nej bez­wład­nie ręce ści­ska­ła jesz­cze kie­li­szek z odro­bi­ną wina na dnie. Ge­ne­rał pod­szedł, sta­nął nad nią, spoj­rzał. Była w bia­łym, je­dwab­nym szla­fro­ku; ści­ska­ją­cy go pa­sek roz­wią­zał się, je­dwab spły­nął po jesz­cze biel­szym cie­le ko­bie­ty. Ge­ne­rał stał i pa­trzył: gło­wa opar­ta o ra­mię, opusz­czo­ne po­wie­ki, wpó­ło­twar­te usta, zmierz­wio­ne wło­sy prze­sła­nia­ją­ce pół twa­rzy, na dru­giej po­ło­wie, na po­licz­ku, czer­wo­na­wy od­cisk, za­pew­ne do­pie­ro co prze­wró­ci­ła we śnie gło­wę. Pa­trzył, jak od­dy­cha. Pier­si w dół i w górę. Od noc­ne­go zim­na skur­czy­ły się jej bro­daw­ki. Uniósł pra­wą rękę i za­trzy­mał dłoń tuż przed roz­chy­lo­ny­mi war­ga­mi Ka­smi­ny. Go­rą­cy od­dech pa­rzył mu skó­rę. Pa­trzył, jak sza­mo­czą się pod po­wie­ka­mi jej gał­ki oczne. Mia­ła w so­bie trzy czwar­te krwi el­fiej i nie­wy­klu­czo­ne, iż wi­dzia­ła go tak­że przez po­wie­ki. Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją. W pierw­szym od­ru­chu, jesz­cze śniąc, nie otwo­rzyw­szy oczu — ob­ję­ła go ra­mio­na­mi i przy­cią­gnę­ła.

— Star­cy, jak ja — szep­nął — wie­rzą już tyl­ko ta­kim wy­zna­nio­nym: nie­świa­do­mym, mi­mo­wol­nym.

— Skąd wiesz, o kim śni­łam?

— O mnie.

— O to­bie. Za­gląd­ną­łeś?

— Nie. Wi­dzia­łem, jak się uśmie­cha­łaś, znam ten uśmiech.

Pod­niósł kie­li­szek, wy­pro­sto­wał się, wy­pił.

— Po­do­ba­ło ci się? — spy­tał, wska­zu­jąc szkłem nie­bo.

Po­ma­so­wa­ła ucho, prze­cią­gnę­ła się, za­wią­za­ła szla­frok.

— Dzie­ci, jak ja — mruk­nę­ła — lu­bią ko­lo­ro­we wi­do­wi­ska. Przy­szło za­pro­sze­nie na ban­kiet u Ozra­ba, pój­dzie­my?

— Nie.

— Na­wet nie spy­ta­łeś, kie­dy to.

— Ju­tro lub po­ju­trze.

— Co, zno­wu wy­jeż­dżasz?

— Po­li­ty­ka, Kas, po­li­ty­ka.

Wsta­ła z roz­ma­chem, aż prze­wró­cił się le­żak.

— Pie­przę po­li­ty­kę — burk­nę­ła.

Za­śmiał się, przy­gar­nął ją, przy­tu­lił.

— Nie po­są­dza­łem cię o aż ta­kie per­wer­sje. Chodź już le­piej, chodź; przed świ­tem za­wsze naj­zim­niej.

Ze­szli na dru­gie pię­tro. Po­lter­ge­isty przy­go­to­wa­ły Ge­ne­ra­ło­wi go­rą­cą ką­piel — Ka­smi­na uda­ła, że się na nie­go ob­ra­ża i od­mó­wi­ła, po­szła po­plot­ko­wać przez lu­ster­ko z przy­ja­ciół­ka­mi.

Pół klep­sy­dry le­tar­gu w pa­rzą­cej skó­rę wo­dzie wy­star­czy­ło Ge­ne­ra­ło­wi dla peł­ne­go re­lak­su. Ock­nąw­szy się, prze­pro­wa­dził kil­ka roz­mów, ko­rzy­sta­jąc z od­bi­cia w su­fi­to­wym zwier­cia­dle, któ­re sklął na ten czas, by po­zby­ło się skro­plo­nej nań pary oraz we­szło w sieć miej­skich lu­ster dy­stan­so­wych. Po­tem po­lter­ge­isty wy­tar­ły Żar­ne­go gru­by­mi, mięk­ki­mi ręcz­ni­ka­mi i odzia­ły w trój­war­stwo­wą sza­tę. Prze­szedł do ga­bi­ne­tu. Szko­da mu było cza­su na je­dze­nie, po­brał ener­gię bez­po­śred­nio z ręki, prze­su­nąw­szy nią przez bu­zu­ją­cy w ko­min­ku ogień. Usiadł­szy na­stęp­nie w fo­te­lu, uak­tyw­nił dym­nik: naj­ob­szer­niej­sze ze stan­dar­do­wych za­klęć wi­zu­ali­zu­ją­cych ma­gię. Dym­nik miał wbu­do­wa­ny mo­duł de­szy­fru­ją­cy, aby przejść ewen­tu­al­ne blo­ka­dy cza­rów, chro­nią­ce je przed otwo­rze­niem się na oczach ob­ce­go; tu jed­nak wy­star­czy­ło roz­po­zna­nie ha­sła, bo wszyst­ko to były cza­ry Żar­ne­go. Ale, rzecz ja­sna, są cza­ry i cza­ry, ha­sła i ha­sła, róż­ne po­zio­my taj­no­ści i róż­ne dym­ni­ki.

Ja­skra­wo pstro­ka­te kwia­ty kon­struk­tów wy­strze­li­ły ze ścian, z ar­te­fak­tów le­żą­cych na biur­ku i na pół­kach re­ga­łów oraz z sa­me­go biur­ka, a lewa ręka Ge­ne­ra­ła wprost wy­buch­nę­ła gi­gan­tycz­nym, wie­lo­barw­nym bu­kie­tem, któ­ry wy­peł­nił nie­mal całe po­miesz­cze­nie. Od­ciąw­szy po­zo­sta­łe wi­zu­ali­za­cje, Ge­ne­rał sku­pił się na tej. Prze­ska­lo­wał i roz­wi­nął in­te­re­su­ją­ce go jej ga­łę­zie, resz­tę sym­bo­licz­nych ma­ni­fe­sta­cji za­klęć ścią­ga­jąc do we­wnątrz. Osta­ły się jeno trzy kon­struk­ty, je­den chwie­ją­cy się czar­ną w pur­pu­ro­we pasy kontrza­klęć trą­bą od pal­ca wska­zu­ją­ce­go do drzwi, dru­gi spły­wa­ją­cy róż­no­ko­lo­ro­wym ko­bier­cem spod nad­garst­ka na ko­la­na Ge­ne­ra­ła i na dy­wan pod jego sto­pa­mi, trze­ci pa­ję­czą sie­cią sztyw­nych al­go­ryt­mów de­cy­zyj­nych wy­ra­sta­ją­cy z przed­ra­mie­nia pod su­fit i ukła­da­ją­cy się pod nim koł­drą gę­ste­go dymu. Żar­ny od­ru­cho­wą bocz­ną my­ślą wy­wo­łał qu­asi-ilu­zyj­ne ope­ra­to­ry ma­gicz­ne w po­sta­ci pary szczy­piec, noża, igieł i szpu­li srebr­nej wstąż­ki, któ­ry to ko­lor, jako je­dy­ny, nie wy­stę­po­wał w żad­nych wi­zu­ali­za­cjach. Na­stęp­nie Ge­ne­rał otwo­rzył sfe­rę pod­cza­su i przy­stą­pił do pra­cy. Pło­mie­nie w ko­min­ku peł­ga­ły w zwol­nio­nym tem­pie, jak spły­wa­ją­ce we wnę­trzu bez­gra­wi­ta­cyj­ne­go pie­ca nie­do­krze­płe szkło.

Tak na­praw­dę trwa­ło to osiem­na­ście klep­sydr, ale kie­dy za­mknął sfe­rę, do­pie­ro świ­ta­ło. Prze­brał się w mun­dur po­lo­wy. Lu­stro od­bi­ja­ło kil­ka­na­ście wy­wo­ław­czych or­na­men­tów, ale nie ode­brał. Po­lter­ge­isty spa­ko­wa­ły mu do tor­by wska­za­ne do­ku­men­ty, ar­te­fak­ty, ubra­nie. Tor­bę za­nio­sły do ry­dwa­nu.

Prze­cho­dząc, zaj­rzał do sy­pial­ni. Nie po­wi­nien był. Dru­gi raz zo­ba­czył Ka­smi­nę śpią­cą, bez­bron­ne pięk­no, ufna na­gość, spo­koj­ny od­dech spo­mię­dzy wpół­roz­chy­lo­nych warg. Za­uro­czy­ła go zu­peł­nie biel jej sto­py. Prze­klął się; prze­klął się po raz dru­gi; do­pie­ro wte­dy mógł się ru­szyć.

Wy­szedł na dach. Po Ża­bim Polu już ani śla­du, nie­chyb­nie ozna­cza to ko­niec Fer­dy­nan­da.

— Aka­de­mia Sztuk Woj­ny, Bau­ra­biss — rzekł Ge­ne­rał dżin­no­wi.

Przez otwar­ty dach han­ga­ru wpa­dał do wnę­trza chłod­ny wiatr. Sza­rym pro­sto­ką­tem nie­ba su­nę­ły brzyd­kie chmu­ry. Po­ra­nek przy­szedł na świat do­praw­dy nie­zbyt uro­dzi­wy.

— Ilu? — spy­tał Ge­ne­rał Za­kra­cę.

— Sie­dem­dzie­się­ciu dwóch — od­parł ma­jor, spo­glą­da­jąc przez szy­bę kan­to­ru na parę mag­te­chów po raz ostat­ni ska­nu­ją­cych przy­go­to­wa­ny do lotu wa­ha­dło­wiec.

— Ob­ró­ci­li­śmy we dwa, „Nie­bie­skim” i „Czar­no-czer­wo­nym” — rzekł Tuul, hor­mistrz Bau­ra­bis­su. — Po pięt­na­stu. Te­raz ostat­ni.

— Gou­l­de?

— Już na Try­bie.

— Ka­pi­tan Głaz mel­du­je go­to­wość — za­ko­mu­ni­ko­wał de­mon krysz­ta­łu ope­ra­cyj­ne­go, spo­czy­wa­ją­ce­go w rogu biur­ka Tu­ula.

Ge­ne­rał zer­k­nął na ze­ga­rek.

— Pół klep­sy­dry — mruk­nął. — Trze­ba się zbie­rać. Jest po­twier­dze­nie od Kuzo?

— Tak.

— Bi­rzin­ni przy­słał pa­pie­ry?

— Jesz­cze w nocy.

Ge­ne­rał wstał, prze­cią­gnął się, za­trzy­mał wzrok na su­fi­cie i wy­krzy­wił usta.

— Za­kra­ca — rzu­cił — le­cisz ze mną.

Ma­jor obej­rzał się nań zdu­mio­ny.

— Ge­ne­ra­le, ja tu­taj…

— Le­cisz ze mną — po­wtó­rzył Żar­ny i Za­kra­ca wzru­szył ra­mio­na­mi, bo znał ten ton i wie­dział, że prze­zna­cze­nie już się za­trza­snę­ło.

— Miej­sce jest — wes­tchnął Tuul, wi­zu­ali­zu­jąc krysz­ta­łem na prze­ciw­le­głej do wiel­kiej szy­by ścia­nie sche­mat „Czar­no-czer­wo­ne­go”. — W ostat­nim leci tyl­ko trzy­na­stu. I resz­ta sprzę­tu.

Ge­ne­rał pod­szedł do krysz­ta­łu, po­ło­żył na nim dłoń, na chwi­lę za­nie­wi­dział.

— Do­brze — mruk­nął, od­su­nąw­szy rękę.

Hor­mistrz po­krę­cił z nie­sma­kiem gło­wą.

— Mógł­by pan, Ge­ne­ra­le, ro­bić to ja­koś de­li­kat­niej, de­mo­ny głu­pie­ją mi od ta­kich wi­wi­sek­cji.

— Prze­pra­szam. Nie mam cza­su. — Po­chy­lił się nad za­wa­lo­nym pa­pie­ra­mi biur­kiem Tu­ula i uści­snął dłoń hor­mi­strza. — Oby Bóg.

— Oby Bóg — po­że­gnał się Tuul i od razu roz­po­czął roz­mo­wę z czy­imś zdal­nym od­bi­ciem w jed­nym z roz­sta­wio­nych na bla­cie lu­ster.

Ma­jor i Ge­ne­rał ze­szli po że­la­znych schod­kach na po­ziom pod­ło­gi han­ga­ru; drzwi kan­tor­ka au­to­ma­tycz­nie za­trza­snął za nimi dżinn bu­dyn­ku.

Za­kra­ca po­szu­kał pa­pie­ro­sa, za­pa­lił, za­cią­gnął się.

— Dla­cze­go? — spy­tał, od­ru­cho­wo przy­kryw­szy ich obu szyb­kim an­ty­pod­słu­cho­wym.

— Bo to jest coś wię­cej, niż ci się wy­da­je.

— Co ta­kie­go?

— Po­le­cisz.

— Po­le­cę. Roz­kaz. Oczy­wi­ście że po­le­cę. Ale de­mon w in­tu­icji pod­po­wia­da mi, że­bym był ostroż­ny.

— Masz do­brze uło­żo­ne de­mo­ny — uśmiech­nął się Ge­ne­rał. — Bądź ostroż­ny; bądź za­wsze.

— Nie po­wie mi pan?

— Po­wiem.

— Taak — wes­tchnął Za­kra­ca i zdjął czar.

Ru­szy­li ku „Czar­no-czer­wo­ne­mu”. Wa­ha­dło­wiec uno­sił się dwa­dzie­ścia łok­ci nad po­sadz­ką. Miał kształt pę­ka­te­go cy­ga­ra, wy­ko­na­ny był z dę­bo­we­go drew­na, gład­ko wy­po­le­ro­wa­ne­go i po­cią­gnię­te­go po­ko­stem; na obu koń­cach za­my­ka­ły go sy­me­trycz­ne ro­ze­ty wiel­kich krysz­ta­ło­wych okien. Ge­ne­rał mru­gnął so­bie w spoj­rze­niu dym­ni­kiem, wi­zu­ali­zu­jąc jaw­ne po­czwór­ne za­klę­cie her­me­ty­zu­ją­ce Ło­boń­skie­go-Kra­fta, któ­re opla­ta­ło ści­śle po­jazd; nie do­strzegł w nim żad­nych luk i nie spo­dzie­wał się do­strzec, zna­jąc do­kład­ność mag­te­chów Tu­ula — a i tak mu­siał im prze­cież za­wie­rzyć, nie spo­sób do­pil­no­wać wszyst­kie­go sa­me­mu, kon­struk­ty cza­rów stat­ków ko­smicz­nych na­le­żą do naj­roz­le­glej­szych i naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych. Miał jed­nak złe do­świad­cze­nia z lo­ta­mi po­nadat­mos­fe­rycz­ny­mi. Raz już prze­żył na­głą de­her­me­ty­za­cję stat­ku na or­bi­cie; tyl­ko na­tych­mia­sto­wa, bez­myśl­na, ar­te­fak­tycz­na re­ak­cja ręki uchro­ni­ła go od śmier­ci z wy­mro­że­nia i udu­sze­nia. Od tam­te­go cza­su — a zda­rzy­ło się to je­de­na­ście lat temu — nie opusz­czał pla­ne­ty bez wie­lo­krot­ne­go za­bez­pie­cze­nia spo­rzą­dzo­ne­go z wła­snych cza­rów. Nie szy­fro­wał ich i to­wa­rzy­szą­cy mu urwi­ci mie­li oka­zję po­dzi­wiać ten maj­stersz­tyk sztu­ki ma­gicz­nej, re­du­ku­ją­cy Ło­boń­skie­go-Kra­fta do jed­nej ty­sięcz­nej ener­go­chłon­no­ści i tok­sycz­no­ści pier­wot­ne­go za­klę­cia. Nikt wszak­że nie po­tra­fił sko­pio­wać owe­go dzie­ła. Ta­kie przy­kła­dy świad­czy­ły naj­do­bit­niej o słusz­no­ści sto­so­wa­nej no­men­kla­tu­ry: nie na­uka — sztu­ka. Że­la­zny Ge­ne­rał był zaś jej nie­kwe­stio­no­wa­nym ar­cy­mi­strzem.

 

Przy ozna­czo­nym rurą zie­lo­ne­go gazu pio­nie le­wi­ta­cyj­nym „Czar­no-czer­wo­ne­go”, któ­rym je­den z dżin­nów stat­ku wcią­gał pa­sa­że­rów do jego wnę­trza, spo­tka­li pi­lo­ta.

— To za­szczyt, Ge­ne­ra­le — rzekł ki­ne­tyk, prze­łknąw­szy ostat­ni kęs spo­ży­wa­nej w po­śpie­chu ka­nap­ki.

— Oso­bi­sty? — spy­tał Ge­ne­rał, wska­zu­jąc wzro­kiem ka­bu­rę przy­mo­co­wa­ną do pasa pi­lo­ta, z któ­rej wy­sta­wa­ła rę­ko­jeść pi­sto­le­tu, pod dym­ni­kiem kwit­ną­ce­go na zło­to i czar­no.

— Mhm, tak — od­parł ki­ne­tyk, prze­ni­ka­jąc przez zie­leń. — Po Bau­ra­bis­sie cho­dzą róż­ne plot­ki. Kra­ter sie­dem wę­żów od Mni­cha, a prze­cież trwa woj­na. Sam pan wie, Ge­ne­ra­le. Zresz­tą, co taka pu­kaw­ka może; to tyl­ko dla kom­for­tu psy­chicz­ne­go — do­dał, szy­bu­jąc ku ciem­ne­mu brzu­szy­sku wa­ha­dłow­ca, któ­re, po­słusz­ne woli dżin­na, otwie­ra­ło się już sze­ścio­pła­to­wym wła­zem.

Ma­jor i Ge­ne­rał wle­cie­li za pi­lo­tem. We­wnątrz ścia­ny fos­fo­ry­zo­wa­ły po­ma­rań­czo­wo, było na­wet ja­śniej niż w han­ga­rze. „Czar­no-czer­wo­ny”, jak wszyst­kie wa­ha­dłow­ce, sta­no­wił w isto­cie po pro­stu so­lid­ne pu­dło do prze­wo­że­nia lu­dzi i ła­dun­ków na or­bi­tę i z po­wro­tem. Był mniej­szy, niż się wy­da­wał z ze­wnątrz. Skła­dał się z dwóch po­miesz­czeń: ka­bi­ny pi­lo­ta z przo­du oraz resz­ty cy­ga­ra, gdzie do ścian przy­mo­co­wa­no fo­te­le dla pa­sa­że­rów i haki dla ła­dun­ku. Aby wy­ko­rzy­stać prze­strzeń do mak­si­mum, ta część wa­ha­dłow­ca ob­ję­ta była za­klę­ciem de­for­mu­ją­cym okre­so­wo gra­wi­ta­cję: „dół” znaj­do­wał się za­wsze pod sto­pa­mi, o ile choć jed­na z nich do­ty­ka­ła fos­fo­ry­zu­ją­ce­go drew­na po­jaz­du. Śred­ni­ca cy­ga­ra prze­kra­cza­ła dwa­na­ście łok­ci, więc nie za­ha­cza­ło się gło­wą o gło­wy cho­dzą­cych po „su­fi­cie”, je­śli tyl­ko, rzecz ja­sna, nie zbli­ży­ło się za bar­dzo do ro­ze­ty wi­do­ko­wej, gdzie ścia­ny „Czar­no-czer­wo­ne­go” zbie­ga­ły się ku so­bie.

Spał tu już, przy­pię­ty do fo­te­la, je­den z przy­dzie­lo­nych urwi­tów, w nie­kom­plet­nym mun­du­rze bi­tew­nym, w ko­ko­nie sil­ne­go cza­ru obron­ne­go.

Pi­lot, wle­ciaw­szy do wnę­trza, znik­nął od razu w swo­jej ka­bi­nie. Za­kra­ca i Ge­ne­rał usie­dli bli­sko ro­ze­ty; przez jej okna wi­dzie­li z wy­so­ko­ści prze­krzy­wio­ny nie­co han­gar, nie­co prze­krzy­wio­ne nie­bo.

— Wy­cho­dzę do Try­ba — po­in­for­mo­wał Żar­ny ma­jo­ra i zmie­nił się w smo­li­sto­czar­ny po­sąg. Za­kra­ca uniósł tyl­ko lek­ko brwi. Wy­jął prze­no­śne lu­ster­ko i wdał się w dłu­gą roz­mo­wę ze szta­bow­ca­mi z Zam­ku, któ­rzy ana­li­zo­wa­li wła­śnie dane do­star­czo­ne przez oca­la­łe du­chy szpie­gow­skie; blo­ka­da Pta­ka była ści­ślej­sza, niż się spo­dzie­wa­li, i tych in­for­ma­cji nie było zno­wu tak wie­le. Tym­cza­sem Ptak szedł na Pli­sę. Głów­ne siły prze­rzu­cał Tcha­ta­rak­ką, wy­pa­ro­waw­szy oba Je­zio­ra Ja­do­we, Mniej­sze i Więk­sze. Pa­ni­ka wśród lud­no­ści Księ­stwa się­gnę­ła ta­kich roz­mia­rów, że nikt już nie pa­no­wał nad ru­cha­mi mi­gra­cyj­ny­mi. Bo­gu­mił Warz­had sta­nął przed dy­le­ma­tem: wpusz­czać ich czy nie wpusz­czać? Wy­glą­da­ło na to, że nie ma wyj­ścia; za­ka­zy imi­gra­cyj­ne skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko Li­dze mści­ły się na­po­rem uchodź­ców z in­nej stro­ny. Na gieł­dzie Czur­my sko­czy­ła w górę cena zło­ta i dia­men­tów, tak­że zie­mi na Wy­spach.

Wkrót­ce przy­by­ło po­zo­sta­łych je­de­na­stu urwi­tów. Za­kra­ca znał jed­ne­go z nich, cho­rą­że­go Iur­gę, i wdał się z nim w dys­ku­sję na te­mat no­wych za­sad re­kru­ta­cji do Aka­de­mii, po­dług któ­rych do­pusz­czo­no do urwic­kie­go szko­le­nia pierw­sze ko­bie­ty; Iur­ga był prze­ciw, Za­kra­ca był prze­ciw, wspie­ra­li się na­wza­jem w swym obu­rze­niu. W tym cza­sie ki­ne­tyk pod­niósł wa­ha­dło­wiec po­nad mia­sto; za­czął się on wspi­nać przez chmu­ry ku gwiaz­dom. W dzień sła­bo wi­docz­ne, w mia­rę wzno­sze­nia się „Czar­no-czer­wo­ne­go” świe­ci­ły co­raz ja­śniej; cza­ry an­ty­opo­ro­we oraz kla­ru­ją­ce czy­ni­ły wi­dok lu­strza­nie wy­raź­nym.

Nie­bo­skłon ściem­niał aż do głę­bo­kie­go mro­ku zim­ne­go ko­smo­su, we­szli na or­bi­tę Zie­mi. Kil­ka nie umo­co­wa­nych przed­mio­tów roz­po­czę­ło le­wi­ta­cję po wnę­trzu wa­ha­dłow­ca. Urwi­ci w mgnie­niu oka ścią­gnę­li je te­le­ki­ne­zą do sie­bie.

Wszedł­szy na od­po­wied­ni kurs, „Czar­no-czer­wo­ny” jął ści­gać księ­życ. Pa­sa­że­ro­wie nie wi­dzie­li Try­ba, do­pó­ki nie roz­po­czął się ma­newr lą­do­wa­nia, a ra­czej cu­mo­wa­nia, bo Tryb, choć naj­więk­szy z na­tu­ral­nych sa­te­li­tów pla­ne­ty, i tak był prze­cież ni­czym wię­cej jak spo­rych roz­mia­rów ku­li­stym odłam­kiem ska­ły. Jego przy­cią­ga­nie było nie­mal nie­zau­wa­żal­ne, wszy­scy prze­by­wa­ją­cy na jego po­wierzch­ni zmu­sze­ni byli no­sić spe­cjal­ne buty, trwa­le sklę­te wcze­śniej przez ma­gów, aby nie „od­sko­czyć” przy­pad­kiem w ko­smos. Urwi­ci, rzecz ja­sna, za­kli­na­li swo­je wła­sne obu­wie.

Le­d­wo wa­ha­dło­wiec opu­ścił się w głąb księ­ży­co­we­go han­ga­ru, Ge­ne­rał wy­szedł z bez­cza­su.

Ka­pi­tan Kuzo bi­lo­ko­wał się do wnę­trza opa­da­ją­ce­go stat­ku, za któ­rym za­mknę­ła się już pół­s­fe­ra cza­ru her­me­ty­zu­ją­ce­go, i za­mel­do­wał się Ge­ne­ra­ło­wi.

— Za klep­sy­drę spo­tka­nie w pół dro­gi. Re Quaz oso­bi­ście. Zgo­dzi­łem się na trans­mi­sję do Kra­te­ru, mam na­dzie­ję, że nie ma Ge­ne­rał nic prze­ciw­ko temu.

— Oczy­wi­ście. Po­ka­za­li się lu­dzie Pta­ka?

— Jesz­cze nie. Ale ob­ro­dzi­ło na­raz du­cha­mi, wci­ska­ją się wszę­dzie jak szczu­ry, eg­zor­cy­zmu­je­my je ma­so­wo.

— To Pta­ka?

— A czy­je? Wy­wiad Ligi nig­dy nie był spe­cjal­nie sub­tel­ny.

— Gdzie je­steś?

— Cze­kam już na miej­scu, dla­te­go nie mo­głem oso­bi­ście… Leci pan, Ge­ne­ra­le, od razu?

— Tak. Masz pa­pie­ry?

— We­dług su­ge­stii ma­jo­ra Za­kra­cy opar­łem tekst na ka­pi­tu­la­cji Sześć­dzie­sią­tej Siód­mej Ar­ka­dyj­skiej, de­mo­ny prze­ko­pio­wa­ły z ar­chi­wum.

— Sfan­to­mi­zuj mi to tu na mo­ment.

Kuzo wy­cią­gnął rękę i po­ja­wi­ła się w niej tecz­ka z do­ku­men­ta­mi. Ge­ne­rał do­tknął jej lewą dło­nią.

— Dzię­ku­ję. Za­po­znam się po dro­dze. Były ja­kieś roz­ka­zy z Zam­ku?

— Tyl­ko po­twier­dze­nie har­mo­no­gra­mu.

Ka­pi­tan znik­nął.

Tym­cza­sem „Czar­no-czer­wo­ny” znie­ru­cho­miał i urwi­ci za­czę­li wy­ska­ki­wać z wa­ha­dłow­ca. Ge­ne­rał, Za­kra­ca i pi­lot opu­ści­li sta­tek jako ostat­ni.

Spły­nę­li bez­po­śred­nio do drzwi han­ga­ru. Cały te­ren bazy woj­sko­wej ob­ję­ty był cza­rem her­me­ty­zu­ją­cym, typ Kraft III, któ­ry utrzy­my­wał tu ziem­ską at­mos­fe­rę; tem­pe­ra­tu­rę sta­bi­li­zo­wał zaś kon­strukt na ży­wych dia­men­tach, roz­sz­cze­pio­ny na dwa w pią­tym wy­mia­rze dla ab­sorb­cji żaru bez­po­śred­nio ze Słoń­ca.