W kraju niewiernych

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2008

Wy­da­nie dru­gie, przej­rza­ne przez Au­to­ra, bez zmian w tre­ści.

Tekst opar­to na wy­da­niu: Ja­cek Du­kaj, W kra­ju nie­wier­nych, War­sza­wa 2000.

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Ewa Ko­cha­no­wicz

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Il­lu­stra­tion co­py­ri­ght © Pla­ti­ge Ima­ge

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2008

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl fax:(+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo Sp. z o.o. vir­tu­alo.eu

ISBN 978-83-08-04721-7

Spis treści

  RUCH GENERAŁA

  IACTE I II III

  IRREHAARE

  MUCHOBÓJCA

  ZIEMIA CHRYSTUSA

  KATEDRA

  MEDJUGORJE

  IN PARTIBUS INFIDELIUM

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

RUCH GENERAŁA

Pociąg za­trzy­mał się i Ge­ne­rał ze­sko­czył na zie­mię. Przez kłę­by bu­cha­ją­cej od lo­ko­mo­ty­wy pary doj­rzał krę­pą po­stać kra­sno­ludz­kie­go ma­szy­ni­sty, któ­ry już krzą­tał się do­oko­ła czte­ro­krot­nie odeń wyż­szych kół, z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów wa­ląc z fu­rią w brud­ny me­tal mło­tem o bar­dzo dłu­gim trzon­ku.

Ge­ne­rał za­ma­chał la­ską, po­wstrzy­mu­jąc swe­go ad­iu­tan­ta od pod­bie­gnię­cia do to­rów, i pod­szedł do kra­sno­lu­da.

— Chy­ba wszyst­ko w po­rząd­ku?

Tam­ten spoj­rzał, sap­nął, odło­żył młot. W czar­nej od sa­dzy twa­rzy bły­ska­ły żół­ta­we biał­ka. Dzi­ko splą­ta­na bro­da kra­sno­lu­da mia­ła ak­tu­al­nie bar­wę smo­ły i za­pew­ne da­ło­by się z niej wy­cze­sać z pół szu­fli wę­gla. Ma­szy­ni­sta się­gnął gdzieś pod ów buj­ny krzak za­ro­stu, wy­jął pa­pie­ro­sa i za­pał­ki, za­pa­lił, za­cią­gnął się.

— Wszyst­ko w po­rząd­ku, Ge­ne­ra­le — rzekł, uspo­ko­iw­szy już ner­wy.

Ge­ne­rał zer­k­nął na ze­ga­rek, któ­ry wy­cią­gnął z le­wej kie­sze­ni kur­ty.

— Kwar­ta do dru­giej. O pół­to­rej klep­sy­dry szyb­ciej niż za­po­wia­da­li­ście. Nie­źle.

Kra­sno­lud par­sk­nął dy­mem; roz­ża­rzo­ny czer­wo­no pa­pie­ros, we­tknię­ty w śro­dek tej ciem­nej gę­stwy, gdzie znaj­do­wa­ły się usta ma­szy­ni­sty, na mo­ment za­ja­rzył się jesz­cze moc­niej.

— Nie o to cho­dzi. Po­moc­ni­ka mam do dupy. Ge­ne­rał bę­dzie spo­koj­ny, „De­mon” cią­gnie jak cho­le­ra, mógł­by na­wet szyb­ciej.

— Wo­lał­bym ra­czej wię­cej wa­go­nów.

— Też da radę.

— No. To świet­nie. Cie­szę się. — Po­kle­pał kra­sno­lu­da po ra­mie­niu swą lewą dło­nią (za­lśni­ły ka­mie­nie, bły­snął me­tal), na co kra­sno­lud wy­szcze­rzył w uśmie­chu krzy­we zęby; ale Ge­ne­rał pa­trzył już gdzie in­dziej, na ad­iu­tan­ta mia­no­wi­cie, któ­ry wła­śnie zbli­żał się do nich.

Ge­ne­rał po­że­gnał się z ma­szy­ni­stą i wszedł pod okap wę­glo­wej szo­py. Ko­ły­szą­ca się pod jej da­chem lam­pa naf­to­wa ci­ska­ła po oko­li­cy bla­de cie­nie.

Ma­jor Za­kra­ca wy­prę­żył się i re­gu­la­mi­no­wo za­sa­lu­to­wał: ob­ca­sy ra­zem, cho­le­wy na wy­so­ki po­łysk, lewa dłoń na rę­ko­je­ści sza­bli, pra­we ra­mię wy­rzu­co­ne ener­gicz­nie w przód i w górę.

— Daj­że spo­kój, Za­kra­ca, nie je­ste­śmy na de­fi­la­dzie.

— Tak jest, Ge­ne­ra­le.

Po czym prze­szedł w rów­nie re­gu­la­mi­no­we „spo­cznij”.

Ge­ne­rał po pro­stu nie mógł so­bie dać rady z Za­kra­cą; na­wet nie pró­bo­wał zmie­niać na­wy­ków ofi­ce­ra, przy­pusz­czal­nie zo­sta­ną mu one już do śmier­ci. Jako na­sto­let­ni ka­det Aka­de­mii Woj­ny Za­kra­ca wy­brał się wraz ze swą dru­ży­ną na wy­ciecz­kę w Góry Zmierz­chu — mie­li wol­ny mie­siąc, chcie­li spraw­dzić praw­dzi­wość le­gend, wy­da­wa­ło im się to od­po­wied­nią roz­ryw­ką dla przy­szłych do­wód­ców ar­mii. Z ca­łej dru­ży­ny prze­żył je­den Za­kra­ca: wi­zy­tu­ją­cy aku­rat osia­dłe­go w oko­li­cy zna­jo­me­go ne­kro­man­tę Że­la­zny Ge­ne­rał ura­to­wał chłop­ca, do­słow­nie wy­ry­wa­jąc go ze szpo­nów smo­ka. Ge­ne­rał, któ­ry i tak był bo­ha­te­rem dla każ­de­go z urwic­kich ka­de­tów, w oczach mło­de­go Za­kra­cy awan­so­wał wów­czas na co naj­mniej pół­bo­ga. Za­kra­ca do­rósł, trza­snę­ła mu trzy­dziest­ka — lecz w jego pry­wat­nej teo­go­nii wciąż nic się nie zmie­nia­ło.

— No więc?

— Jest źle. Ilu­zjo­ni­ści Peł­za­cza otwo­rzy­li nad mia­stem Ża­bie Pole. Lu­dzie oglą­da­ją. Ptak leje ksią­żę­cych ile wle­zie.

— Warz­had miał wy­dać de­kret.

— Nie wy­dał.

— Ja­sny pio­run. Co mówi?

— Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość nie za­mie­rza ucie­kać się do sto­so­wa­nia cen­zu­ry — wy­re­cy­to­wał z ka­mien­ną twa­rzą Za­kra­ca. — Po­wi­nien pan jed­nak, Ge­ne­ra­le, za­bie­rać ze sobą lu­ster­ka, był­by pan na bie­żą­co, po­lte’y nig­dy do koń­ca pew­ne.

— Niech zgad­nę, kto mu pod­po­wie­dział, co za­mie­rzać: Bi­rzin­ni, praw­da?

— Pre­mier nie opu­ścił Zam­ku od dwóch dni — od­parł Za­kra­ca.

Ge­ne­rał uśmiech­nął się po­nu­ro.

— Masz ko­nie?

— Za skła­dem.

— Więc do Zam­ku.

Jadąc, wy­li­czał spo­dzie­wa­ny czas do­tar­cia po­szcze­gól­nych od­dzia­łów na po­zy­cje. Teo­re­tycz­nie dane ko­niecz­ne dla prze­pro­wa­dze­nia po­dob­nych kal­ku­la­cji po­zo­sta­wa­ły zmien­ny­mi nie­aprok­sy­mo­wal­ny­mi: na przy­kład taki Nex Plu­ciń­ski, jako głów­no­do­wo­dzą­cy Ar­mii Po­łu­dnie, gdy­by tyl­ko ze­chciał, był­by w sta­nie opóź­nić ope­ra­cję o trzy – czte­ry dni. Ko­lej że­la­zna sama z sie­bie ni­cze­go nie prze­są­dza­ła, cały osią­gnię­ty dzię­ki niej zysk cza­so­wy mógł zo­stać ła­two zmar­no­tra­wio­ny przez jed­ną nie­for­tun­ną roz­mo­wę na Zam­ku.

Prze­mknę­li przez La­sek Wie­czor­ny i wy­pa­dli na Kró­lew­skie Bło­nie. Otwo­rzy­ła się przed nimi pa­no­ra­ma Czur­my, sto­li­cy Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, od sta­ro­żyt­no­ści sie­dzi­by kró­lów na Ha­vrze. Łuna od świa­teł mia­sta ga­si­ła gwiaz­dy, któ­re i tak w więk­szo­ści prze­sła­nia­ło Ża­bie Pole. Dwu­mi­lio­no­wa me­tro­po­lia cią­gnę­ła się dzie­siąt­ka­mi wę­żów wzdłuż za­to­ki o kształ­cie łzy. W czy­stych wo­dach oce­anu prze­glą­da­ła się krwa­wa klę­ska wojsk Księ­stwa Spo­ko­ju. Ge­ne­rał spo­glą­dał na na­nieb­ną ilu­zję, usi­łu­jąc, mimo nie­wy­god­ne­go skró­tu per­spek­ty­wicz­ne­go, zo­rien­to­wać się w bar­dziej szcze­gó­ło­wym prze­bie­gu bi­twy. Wzię­te to było z punk­tu wi­dze­nia le­cą­ce­go po­nad Ża­bim Po­lem orła bądź so­ko­ła (a naj­pew­niej sępa). Co ja­kiś czas wpa­da­ły jed­nak w trans­mi­sję dłuż­sze i krót­sze wstaw­ki ze zbli­żeń, gdy trwał ja­kiś wy­jąt­ko­wo za­cię­ty po­je­dy­nek, wy­jąt­ko­wo krwa­wa rzeź­ba bądź wy­jąt­ko­wo efek­tow­ne ma­gicz­ne star­cie.

Kie­dy włą­czy­ła się re­kla­ma Skła­dów Ko­wal­skie­go, Ge­ne­rał spy­tał Za­kra­cę:

— Kto jesz­cze to spon­so­ru­je?

— Jaw­nie — sta­li klien­ci Peł­za­cza: Su­mak, Foł­szyń­ski, bra­cia Que, Kom­pa­nia Po­łu­dnio­wa, Hol­ding STC. Nie wiem na­to­miast, kto wszedł z po­wo­dów po­li­tycz­nych; je­śli w ogó­le wszedł kto­kol­wiek, bo może nie było po­trze­by.

— Ilu lu­dzi Peł­za­cza to trzy­ma?

— Oho ho, chy­ba wszy­scy. Tam już się tłu­ką ład­nych parę klep­sydr, a leci to non stop.

— Na­pu­ści­li na­wet dżin­ny.

— Mhm?

— Tyl­ko się przy­patrz: ża­den ry­dwan nie wcho­dzi im w wi­zję. Mu­sie­li po­ło­żyć blo­ka­dę. Zno­wu pół mia­sta bę­dzie się pro­ce­so­wać. Peł­zacz na pew­no do­stał od ko­goś po ci­chu w łapę, w ża­den spo­sób nie zwró­ci­ło­by mu się po­dob­ne przed­sta­wie­nie z sa­mych re­klam.

 

— No… nie wiem. Pan spoj­rzy na ta­ra­sy, bal­ko­ny, da­chy, Ge­ne­ra­le. Pan spoj­rzy na uli­ce. Mało kto śpi. To nie jest bi­twa o byle wio­chę, tam Ptak roz­dep­tu­je Księ­stwo. Fre­kwen­cja, że po­zaz­dro­ścić. Peł­zacz na pew­no doi ich wszyst­kich ile wle­zie. Na do­da­tek su­kin­sy­ny mają szczę­ście, bo oba księ­ży­ce aku­rat są pod ho­ry­zon­tem i ja­kość ob­ra­zu uda­ła im się jak z lu­stra.

Wpa­dli na przed­mie­ście. Tu już mu­sie­li za­dzie­rać gło­wy, by nie stra­cić wi­do­ku to­czą­cej się na noc­nym nie­bo­skło­nie bi­twy. Przez Ża­bie Pole prze­wa­la­ło się pie­kło: smo­ki pło­nę­ły w lo­cie, otwie­ra­ły się w zie­mi wul­ka­ny, try­ska­ła lawa, ludź­mi rzu­ca­ło na set­ki łok­ci w górę, roz­dzie­ra­na prze­strzeń zwi­ja­ła ich w ob­wa­rzan­ki i struc­le, po­tem od­wi­ja­ła w dru­gą stro­nę, i na nice, me­ta­mor­ficz­ne po­two­ry ście­ra­ły się po­nad gło­wa­mi pie­cho­ty, sno­py świa­tła z usta­wio­nych na wzgó­rzach do­oko­ła Pola la­tar­ni tar­tyj­skich krzy­żo­wa­ły się, łą­czy­ły, wy­gi­na­ły i roz­sz­cze­pia­ły, in­dy­wi­du­al­ne po­je­dyn­ki urwi­tów prze­ra­dza­ły się w sza­lo­ne po­ka­zy ma­gicz­nych fa­jer­wer­ków, urwi­ci w ułam­kach kno­tów wy­ła­do­wy­wa­li w wal­ce moc, umie­jęt­no­ści i do­świad­cze­nie ze­bra­ne w cią­gu ca­łe­go swe­go ży­cia, ro­śli pod chmu­ry i kur­czy­li się ni­żej źdźbeł tra­wy, rzy­ga­li ogniem, wodą, ga­zem, ni­co­ścią, ci­ska­li na wro­gów hu­ra­ga­ny śmier­tel­nych przed­mio­tów, la­wi­ny nisz­czą­cych ener­gii i rów­no­cze­śnie bro­ni­li się przed ana­lo­gicz­ny­mi ich ata­ka­mi.

Bie­do­ta ze slum­sów, le­żąc bez­po­śred­nio na zie­mi bądź na roz­cią­gnię­tych na niej ko­cach, ko­men­to­wa­ła gło­śno prze­bieg po­je­dyn­ków, na­gra­dza­ła zwy­cięz­ców i prze­gra­nych gwiz­da­mi, okla­ska­mi, prze­kleń­stwa­mi.

Wy­je­cha­li na Gór­ną Wil­lo­wą, Ge­ne­rał po­ka­zał: w pra­wo. Za­trzy­ma­li ko­nie przy sze­ścio­pię­tro­wym Za­jeź­dzie Gon­za­le­sa. Sta­jen­ny za­brał wierz­chow­ce, prze­szli na za­ple­cze. Sta­rzec pro­wa­dzą­cy in­te­res wy­naj­mu ry­dwa­nów stuk­nął cy­bu­chem faj­ki w noc­ny cen­nik. Ge­ne­rał ski­nął na Za­kra­cę; ma­jor za­pła­cił.

Oka­za­ło się, że za­jazd dys­po­nu­je tyl­ko jed­nym wol­nym ry­dwa­nem, po­zo­sta­łe jesz­cze nie wró­ci­ły albo nie nada­wa­ły się do użyt­ku.

— Za­mek — rzekł Ge­ne­rał dżin­no­wi ry­dwa­nu, le­d­wo usie­dli i za­pię­li pasy.

— A kon­kret­nie? — spy­tał dżinn usta­mi umiesz­czo­nej na przed­pier­siu pła­sko­rzeź­by, uno­sząc po­jazd w po­wie­trze.

— Gór­ny ta­ras na Wie­ży Has­sa­na.

— Ten ta­ras jest za­mknię­ty dla…

— Wie­my.

— Jak sza­now­ni pa­no­wie so­bie ży­czą.

Wy­pry­snę­li po­nad ni­ską za­bu­do­wę przed­mie­ścia. Za­mek ma­ja­czył na ho­ry­zon­cie czar­ną pię­ścią wbi­tą głę­bo­ko w gwiaz­do­skłon. Wy­nie­sio­ny w górę na stro­mej ko­lum­nie ska­ły na bli­sko pół węża, spie­czo­ny z jed­nej bry­ły ka­mie­nia-nie­ka­mie­nia przed nie­speł­na czte­ry­stu laty, trwał po­nad Czur­mą w nie­zmien­nej i nie­zmie­nial­nej for­mie, słu­żąc ko­lej­nym kró­lom Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium jako dom, twier­dza, pa­łac oraz cen­trum ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Ge­ne­rał do­sko­na­le pa­mię­tał ten dzień, gdy Szar­chwał uak­tyw­nił wresz­cie la­ta­mi kon­stru­owa­ne za­klę­cie, wy­szar­pu­jąc z wnę­trza pla­ne­ty gi­gan­tycz­ny blok go­rą­cej lawy i for­mu­jąc go po­śród ule­wy i grzmo­tu pio­ru­nów, w prze­sła­nia­ją­cych wszyst­ko kłę­bach go­rą­cej pary — w wy­śnio­ny pra­daw­nym kosz­ma­rem Za­mek.

Spi­ko­wa­li na Wie­żę Has­sa­na, wiel­ki pa­luch czar­nej bu­dow­li wska­zu­ją­cy śro­dek Ża­bie­go Pola. Po­zio­me słu­py świa­tła, bi­ją­ce z wie­ży na wszyst­kie stro­ny przez mniej­sze i więk­sze okna oraz inne otwo­ry, czy­ni­ły z niej fi­lar ja­kiejś na pół ma­te­rial­nej dra­bi­ny ja­sno­ści. Ry­dwan wle­ciał w je­den z naj­wyż­szych jej szcze­bli, wy­ha­mo­wał i osiadł mięk­ko na wy­su­nię­tej w prze­paść szczę­ce ta­ra­su.

— Je­ste­śmy — rzekł dżinn. — Mam cze­kać, czy mogę już wró­cić?

— Nie cze­kaj — rzekł Za­kra­ca, się­ga­jąc do kie­sze­ni. — Ile?

— Dwa osiem­dzie­siąt.

Za­nim ma­jor za­pła­cił, Ge­ne­rał był już przy wej­ściu do hali po­sto­jo­wej. Zer­k­nął po raz ostat­ni w nie­bo. Chro­nio­na sfe­rycz­nym ugię­ciem prze­strze­ni pie­cho­ta Pta­ka Zdo­byw­cy od­ci­na­ła wła­śnie woj­skom Księ­stwa Spo­ko­ju ostat­nią dro­gę od­wro­tu.

— Głów­no­do­wo­dzą­cy Ar­mii Zero, ge­ne­rał urwi­tów Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, do­ży­wot­ni czło­nek Rady Ko­ro­ny, do­ży­wot­ni se­na­tor Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, ho­no­ro­wy czło­nek Rady Elek­cyj­nej, kró­lew­ski do­rad­ca, dwu­krot­ny re­gent, Straż­nik Rodu, Pierw­szy Urwi­ta, rek­tor Aka­de­mii Sztuk Woj­ny, Ka­wa­ler Or­de­rów Czar­ne­go Smo­ka i Ho­no­ru, sied­mio­krot­ny Kas­sitz Mie­czy, for­de­man Zam­ku, hra­bia Kar­dle i Bła­dy­ga, Raj­mund Ka­esil Ma­ria Żar­ny z Warz­ha­dów!

Ge­ne­rał wszedł i po­pa­trzył na odźwier­ne­go. Odźwier­ny za­mru­gał. Ge­ne­rał nie opusz­czał wzro­ku. Odźwier­ny usi­ło­wał się uśmiech­nąć, ale dol­na war­ga za­czę­ła mu drżeć. Ge­ne­rał stał i pa­trzył.

— Daj­że spo­kój, jesz­cze pad­nie nam bie­da­czy­na na ser­ce — mruk­nął pierw­szy mi­ni­ster Bi­rzin­ni, wer­tu­jąc za­le­ga­ją­ce stół pa­pie­ry.

— Cie­bie też tak za­po­wia­dał?

— Ja nie je­stem Że­la­znym Ge­ne­ra­łem, nie mam ośmiu­set lat, moje ty­tu­ły nie­co mniej licz­ne.

— Nie­co.

— Wi­dzia­łeś? — spy­tał król za­głę­bio­ny w przy­su­nię­tym do otwar­te­go okna fo­te­lu, wska­zu­jąc bro­dą nie­bo nad Czur­mą.

— Wi­dzia­łem, Wa­sza Wy­so­kość — przy­tak­nął Ge­ne­rał, pod­cho­dząc doń. Bo­gu­mił Warz­had pa­lił pa­pie­ro­sa, strze­pu­jąc po­piół do usta­wio­nej na ko­la­nie po­piel­nicz­ki w kształ­cie musz­li. Na pa­ra­pe­cie przy jego le­wym łok­ciu sta­ło jed­no z lu­ster dy­stan­so­wych, od­bi­ja­jąc ob­raz Sali Rady pa­ła­cu Księ­cia Spo­ko­ju w No­wej Pli­sie; ru­bin gło­su lu­stra był wy­ci­śnię­ty. Na owej Sali pa­no­wał cha­os nie mniej­szy niż na Ża­bim Polu.

— Skur­wy­syn Ptak ma szczę­ście jak ja­kiś pie­przo­ny Gur­lan. — Warz­had roz­gniótł pa­pie­ro­sa, za­raz wy­jął z pa­pie­ro­śni­cy i za­pa­lił na­stęp­ne­go. — Je­ba­ne­mu Szczu­ce trza­snę­ła faza i Ptak ude­rzył do­kład­nie wte­dy, pół klep­sy­dry urwi­ci cho­ler­ne­go księ­ciu­nia szli bez wspar­cia, po­ło­wa zde­chła z nie­do­tle­nie­nia. Ni chu­ja nie poj­mu­ję, cze­mu ten du­po­gło­wy Szczu­ka się nie cof­nął. Co, do kur­wy nę­dzy, zło­to mają za­ko­pa­ne pod tym za­sra­nym Ża­bim Po­lem czy jak?

Dla ni­ko­go nie było ta­jem­ni­cą, iż ję­zyk, ja­kim po­słu­gu­je się na co dzień mło­dy król, dość da­le­ko od­bie­ga od stan­dar­dów obo­wią­zu­ją­cych w ary­sto­kra­tycz­nych sfe­rach; wsze­la­ko ob­ser­wo­wa­ne w nim od ja­kie­goś cza­su na­tę­że­nie nie­cen­zu­ral­nych wy­ra­zów wska­zy­wa­ło na li­chy — i wciąż po­gar­sza­ją­cy się — stan ner­wów wład­cy.

— Tłu­ma­czy­łem Wa­szej Wy­so­ko­ści — ode­zwał się znad trój­wy­mia­ro­wej pro­jek­cji pola wal­ki od­wró­co­ny do mo­nar­chy ple­ca­mi Nex Plu­ciń­ski. — Nie zdą­ży­li­by na czas otwo­rzyć ka­na­łów w no­wym miej­scu.

— Ale urwi­ci Pta­ka też by nie zdą­ży­li! — wrza­snął Warz­had. — Więc co za róż­ni­ca?

— Ptak ma ćwierć­mi­lio­no­wą ar­mię — rzekł ci­cho kró­lo­wi Że­la­zny Ge­ne­rał. — Jemu o nic in­ne­go nie cho­dzi jak wła­śnie o wy­klu­cze­nie z wal­ki urwi­tów. Wdep­cze ksią­żę­cych w zie­mię samą masą rzu­co­ne­go do ata­ku woj­ska.

— Dla­cze­go my i Fer­dy­nand nie mamy ćwierć­mi­lio­no­wych ar­mii?

— Bo to nie­opła­cal­ne — wes­tchnął Bi­rzin­ni, pie­czę­tu­jąc ja­kiś do­ku­ment.

— Pier­do­lo­ne­mu Pta­ko­wi, żeby go szlag, naj­wy­raź­niej się opła­ca.

— Pta­ko­wi też się nie opła­ca. Dla­te­go musi pod­bi­jać.

— Nie był­bym tego taki pe­wien — mruk­nął Ge­ne­rał.

— Więc sami, kur­wa, nie wie­cie i jesz­cze mnie my­dli­cie oczy! A ogło­śmy, cho­le­ra, po­wszech­ny po­bór do woj­ska, niech się su­kin­syn zdzi­wi! On ma ćwierć mi­lio­na? Ja będę miał pie­przo­ny mi­lion! A co! W koń­cu to Im­pe­rium, nie ja­kieś pół­noc­ne za­du­pie! Gu­staw, ile było w ostat­nim spi­sie?

— Sto dwa­na­ście mi­lio­nów czte­ry­sta sie­dem ty­się­cy dwie­ście pięć­dzie­się­ciu sied­miu peł­no­let­nich oby­wa­te­li, Wa­sza Wy­so­kość — od­parł na­tych­miast Gu­staw Lam­be­raux, Se­kre­tarz Rady, któ­re­mu w gło­wie sie­dzia­ło pięć de­mo­nów.

— A ile ma ten cały Ptak, mać jego plu­ga­wa?

— Tego on sam za­pew­ne nie wie. Lud­ność za­miesz­ku­ją­cą pod­bi­te prze­zeń zie­mie oce­nia się na dwie­ście pięt­na­ście do dwu­stu osiem­dzie­się­ciu mi­lio­nów.

— Aż tyle?! — zdu­miał się Warz­had. — Skąd się wzię­ło tyle tego ro­bac­twa?

— Na Pół­no­cy pa­nu­je bie­da, Wa­sza Wy­so­kość. Mno­żą się w bar­dzo szyb­kim tem­pie — za­ko­mu­ni­ko­wał Lam­be­raux, su­ge­ru­jąc oczy­wi­ste lo­gicz­ne po­wią­za­nie tych dwóch fak­tów.

— To jest na­tu­ral­ne ci­śnie­nie de­mo­gra­ficz­ne — rzekł Ge­ne­rał, przy­sia­da­jąc na pa­ra­pe­cie przed kró­lem, la­skę kła­dąc przez bio­dro, lewą dłoń na jej gał­ce. — Prę­dzej czy póź­niej taki Ptak mu­siał się przy­da­rzyć. Nie­sie go fala przy­ro­stu na­tu­ral­ne­go, jest ni­czym bły­ska­wi­ca wy­ła­do­wu­ją­ca ener­gię bu­rzy. To jesz­cze twój pra­dzia­dek wy­dał de­kret za­my­ka­ją­cy gra­ni­ce Im­pe­rium przed imi­gran­ta­mi. Bo­gacz jest bo­ga­czem je­dy­nie do­pó­ty, do­pó­ki ma przy so­bie dla zo­bra­zo­wa­nia kon­tra­stu nę­dza­rza. To dla­te­go tak ab­sur­dal­na wy­da­je się ofen­sy­wa Pta­ka, gdy się pa­trzy na mapę: jego zie­mie przy zie­miach Im­pe­rium i so­jusz­ni­ków wy­glą­da­ją jak, nie przy­mie­rza­jąc, pchła przy smo­ku. Ale to jest zły punkt wi­dze­nia.

— A jaki jest do­bry, hę?

— Do­bry jest taki: nie­ca­łe sie­dem­set lat temu całe dzi­siej­sze Im­pe­rium to była Czur­ma, za­to­ka, Wy­spa La­tar­ni, co po­szła na dno pod­czas Dwu­na­sto­let­niej, i oko­licz­ne sio­ła. Oraz ba­ron Ana­sta­zy Warz­had, któ­ry miał od­wa­gę pod­nieść re­be­lię w środ­ku Wiel­kie­go Po­mo­ru. A ca­ry­ca Yx spoj­rza­ła na mapę, zo­ba­czy­ła pchłę przy smo­ku i od­wle­kła wy­sła­nie woj­ska.

— A cóż to za ana­lo­gie po­ro­nio­ne? — zi­ry­to­wał się Bi­rzin­ni, skoń­czyw­szy ja­kąś krót­ką roz­mo­wę przez swo­je lu­ster­ko. — Że co? Że my je­ste­śmy taki ko­los na gli­nia­nych no­gach? A Ptak z tą jego bar­ba­rzyń­ską zbie­ra­ni­ną to przy­szłe Im­pe­rium?

— O tym mo­że­my się prze­ko­nać tyl­ko w je­den spo­sób — rzekł spo­koj­nie Ge­ne­rał. — Cze­ka­jąc. Ale czy na­praw­dę chcesz mu po­zwo­lić zbu­do­wać to jego im­pe­rium?

— Ty po pro­stu masz skrzy­wio­ną per­spek­ty­wę — Bi­rzin­ni za­ma­chał w stro­nę Ge­ne­ra­ła zdez­ak­ty­wo­wa­nym lu­ster­kiem. — To przez te wszyst­kie two­je cza­ry: ży­jesz i ży­jesz, i ży­jesz, jesz­cze je­den wiek, jesz­cze je­den, hi­sto­ria ca­łych państw za­mknię­ta po­mię­dzy mło­do­ścią a sta­ro­ścią; choć­byś chciał, nie zmie­nisz tej ska­li.

— Dla kró­lów — po­wie­dział Ge­ne­rał, pa­trząc Warz­ha­do­wi pro­sto w błę­kit­ne oczy — jest to naj­wła­ściw­sza ze skal, naj­wła­ściw­sza z per­spek­tyw. Mu­si­my ude­rzyć te­raz, gdy Ptak zwią­za­ny jest w Księ­stwie. Bez pod­cho­dów, bez ma­ca­nia, całą po­tę­gą. Wejść na nie­go przez Prze­łęcz Gór­ną i Dol­ną, wejść z za­cho­du Mo­kra­dła­mi, i de­san­tem mor­skim w K’da, Ozie i obu Fur­twa­kach; i po­wietrz­nym, roz­kła­da­jąc mu sys­tem za­opa­trze­nia. Te­raz, za­raz.

Warz­had od­rzu­cił pa­pie­ro­sa, za­czął ob­gry­zać pa­znok­cie.

— Mam go za­ata­ko­wać? Tak ni z tego, ni z owe­go, bez po­wo­du?

— Po­wód masz. Naj­lep­szy z moż­li­wych.

— Jaki?

— Dzi­siaj Ptak jest do po­ko­na­nia.

— Woj­ny chcesz?! — krzyk­nął Bi­rzin­ni, wzno­sząc ręce po­nad gło­wę i bu­dząc tym swo­im krzy­kiem drze­mią­ce­go przy ko­min­ku mi­ni­stra skar­bu, Sa­szę Qu­erza. — Woj­ny?! Agre­sji na Ligę?! Osza­la­łeś, Żar­ny?!

Od bar­dzo daw­na nikt już do nie­go nie zwra­cał się in­a­czej jak „Ge­ne­ra­le”, ewen­tu­al­nie „pa­nie hra­bio”, na­wet ko­lej­ne me­tre­sy, i te­raz Że­la­zny Ge­ne­rał wbił swój lo­do­wa­to zim­ny wzrok we wzbu­rzo­ne­go pre­mie­ra.

Bi­rzin­ni cof­nął się o krok.

— Ja nie je­stem odźwier­nym! Da­ruj so­bie te sztucz­ki! Mam de­mo­na, nie zu­ro­czysz mnie!

 

— A że­by­ście oci­pia­li, ci­sza mi tu! — roz­darł się król Bo­gu­mił Warz­had i istot­nie ci­sza za­pa­dła na­tych­miast.

— Ty, Ge­ne­rał — król wska­zał Ge­ne­ra­ła pal­cem. — Ja so­bie przy­po­mi­nam: ty już od ja­kie­goś cza­su pró­bu­jesz mnie pod­ju­dzić prze­ciw­ko Pta­ko­wi. Jesz­cze chy­ba w Oxfeld usi­ło­wa­łeś wy­mu­sić na mnie zgo­dę na po­cią­gnię­cie tej kra­sno­ludz­kiej że­la­znej dro­gi pod Prze­łę­cze. Od daw­na to pla­nu­jesz. Ja mó­wię! — po­trzą­snął pal­cem. — Nie prze­ry­wać, kur­wa, kie­dy król mówi! Nie wiem, co ty so­bie wy­obra­żasz! Od wie­ku nie mia­łeś żad­nej po­rząd­nej woj­ny, więc ma­rzy ci się ja­kaś krwa­wa roz­ró­ba, co? Nie za­mie­rzam przejść do hi­sto­rii jako ten, któ­ry roz­pę­tał głu­pią, nie­po­trzeb­ną, bez­sen­sow­ną i ni­czym nie spro­wo­ko­wa­ną woj­nę! Sły­szysz mnie?

— On tę ko­lej i tak wy­bu­do­wał — rzekł Bi­rzin­ni.

— Co?

— Tę dro­gę że­la­zną kra­sno­lu­dów.

— Za moje wła­sne pie­nią­dze — mruk­nął Ge­ne­rał. — Ani gro­sza z pań­stwo­wej kie­sy nie wzią­łem.

— Boże dro­gi, co tu się dzie­je? — żach­nął się Warz­had. — Czy to jest ja­kiś spi­sek sza­lo­nych mi­li­ta­ry­stów?

— Ja nie wiem, czy to się sta­nie ju­tro czy za rok, czy za lat dwa­dzie­ścia — po­wie­dział Ge­ne­rał, wsta­jąc z pa­ra­pe­tu. — Ale wiem, mam tę pew­ność, że w koń­cu Ptak ude­rzy i na nas. A wte­dy — wte­dy to bę­dzie jego de­cy­zja, jego wy­bór i chwi­la do­god­na dla nie­go. Broń­my się, póki jesz­cze mo­że­my, póki jesz­cze sy­tu­acja jest ko­rzyst­niej­sza dla nas.

— Chcia­łeś po­wie­dzieć: dla cie­bie — wark­nął Bi­rzin­ni.

Ge­ne­rał wsparł się twar­do na la­sce, za­ci­snął szczę­ki.

— Oskar­żasz mnie o zdra­dę?

Pre­mier w kon­tro­lo­wa­ny spo­sób oka­zał zmie­sza­nie.

— O nic cię nie oskar­żam, jak­że bym śmiał…

Si­wo­wło­sy mi­ni­ster skar­bu ock­nął się na do­bre.

— Czy wy­ście wszy­scy ro­zum po­tra­ci­li? — za­skrze­czał. — Bi­rzin­ni, ty chy­ba na łeb ze scho­dów zle­cia­łeś! Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła o zdra­dę po­są­dzasz? Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła…? Toż on miał wię­cej szans na prze­ję­cie ko­ro­ny Im­pe­rium, niż ta ko­ro­na ma gwiazd! Jesz­cze o two­ich pra­dziad­kach się nie śni­ło, kie­dy on wie­szał za nie­po­słu­szeń­stwo i spi­sko­wa­nie prze­ciw­ko kró­lo­wi! Dwa razy był re­gen­tem; czy choć o dzień opóź­nił prze­ka­za­nie peł­ni wła­dzy? Dwa razy jemu sa­me­mu pro­po­no­wa­no tron, ale od­ma­wiał! Z głów usie­czo­nych prze­zeń zdraj­ców uło­żył­bym stos wyż­szy od Wie­ży Has­sa­na! Tyś się tyle razy przy go­le­niu nie za­ciął, ile jego pró­bo­wa­li za­bić, wła­śnie za wier­ność ko­ro­nie! Dwie ro­dzi­ny stra­cił w bun­tach i re­be­liach! Bli­sko ty­siąc lat stoi na stra­ży rodu Warz­ha­dów! W ogó­le nie by­ło­by już dziś tego rodu, gdy­by nie wy­ra­to­wa­ni przez nie­go oso­bi­ście twoi przod­ko­wie, Bo­gu­mił. Ty się ciesz, że masz przy so­bie ta­kie­go czło­wie­ka, bo ża­den inny wład­ca na Zie­mi nie może się po­szczy­cić tak wier­nym pod­da­nym; któ­re­go wier­no­ści był­by tak pew­ny. Już prę­dzej w sie­bie bym zwąt­pił niż w nie­go! — Co po­wie­dziaw­szy, Qu­erz po­now­nie za­snął.

Chcąc uciec spod ko­sych spoj­rzeń, ja­kie skie­ro­wa­li na nie­go zi­ry­to­wa­ni tak nie­przy­zwo­icie szcze­rą prze­mo­wą mi­ni­stra skar­bu, Ge­ne­rał wy­co­fał się w ciem­ny kąt sali i usiadł w usta­wio­nym tam pod rzeź­bą gry­fa fo­te­lu wy­ło­żo­nym czar­ną skó­rą. La­skę prze­ło­żył przez uda, ręce opu­ścił sy­me­trycz­nie na opar­cia, choć, rzecz ja­sna, o żad­nej sy­me­trycz­no­ści nie mo­gło tu być mowy, bo wzrok pa­trzą­cych za­wsze uska­ki­wał ku le­wej dło­ni Ge­ne­ra­ła. To była ta słyn­na Że­la­zna Ręka, Ma­gicz­na Dłoń.

Od ośmiu wie­ków nie­ustan­nie do­sko­na­lą­cy się w swych urwic­kich sztu­kach — za­nim jesz­cze w ogó­le po­wsta­ła de­fi­ni­cja urwi­ty, za­nim zo­stał ge­ne­ra­łem, za­nim uru­cho­mił ta­jem­ne me­cha­ni­zmy swej dłu­go­wiecz­no­ści — już wte­dy, na sa­mym po­cząt­ku, sły­nął był z owej in­kru­sto­wa­nej klej­no­ta­mi i me­ta­lem koń­czy­ny. Le­gen­da gło­si­ła, iż od­da­jąc się ciem­nym kunsz­tom (a pod­ów­czas były to kunsz­ty uzna­wa­ne za bar­dzo, bar­dzo ciem­ne), wdał się Żar­ny w kon­szach­ty z Nie­wi­dzial­ny­mi tak po­tęż­ny­mi, że nie mógł już nad nimi za­pa­no­wać, i gdy pod­czas ko­lej­ne­go z nimi spo­tka­nia do­szło do kłót­ni, isto­ty za­ata­ko­wa­ły go. Wiel­kim wy­sił­kiem woli po­ko­nał je i cu­dem prze­żył; wsze­la­ko utra­ciw­szy w wal­ce wła­dzę nad lewą ręką, nie mógł już jej od­zy­skać. Zo­rien­to­waw­szy się ry­chło w nie­sku­tecz­no­ści wszel­kich zna­nych form ku­ra­cji, aby nie po­zo­stać in­wa­li­dą do koń­ca ży­cia (któ­re mia­ło się prze­cież oka­zać tak dłu­gie), zde­cy­do­wał się mimo wszyst­ko uciec do ma­gii: im­plan­to­wał so­bie za­tem w od­po­wied­nich miej­scach ręki, dło­ni, pal­ców ru­bi­ny psy­cho­ki­ne­tycz­ne. Od­tąd nie mię­śnie i nie ner­wy po­ru­sza­ły i za­wia­dy­wa­ły mar­twą koń­czy­ną — dzia­ło się to bez ja­kie­go­kol­wiek ich po­śred­nic­twa, samą mocą my­śli Żar­ne­go. Tym spo­so­bem de fac­to prze­kształ­cił on część swo­je­go cia­ła w ma­gicz­ny ar­te­fakt. Sar­ka­ją­cy na pół­środ­ki i rzad­ko za­trzy­mu­ją­cy się w pół dro­gi, i tym ra­zem nie cof­nął się Żar­ny ze ścież­ki, jaka się przed nim po owej ope­ra­cji otwo­rzy­ła. Na­stą­pi­ły ko­lej­ne im­plan­ta­cje, ko­lej­ne ma­gicz­ne ma­chi­na­cje, trans­for­mu­ją­ce ra­mię i dłoń w po­tęż­ny i co­raz po­tęż­niej­szy, skom­pli­ko­wa­ny i wciąż się kom­pli­ku­ją­cy, wie­lo­za­da­nio­wy se­mior­ga­nicz­ny ma­ge­okon­strukt. Ten pro­ces bo­wiem wciąż się jesz­cze nie za­koń­czył; mi­nę­ły tym­cza­sem wie­ki i wie­ki, a on trwał. Wy­sta­ją­ca te­raz z cie­nia rę­ka­wa kur­ty dłoń Ge­ne­ra­ła wy­glą­da­ła ni­czym tęt­nią­cy ja­kimś zim­nym, nie­orga­nicz­nym ży­ciem splot me­ta­lu, szkła, drew­na, ka­mie­ni szla­chet­nych, tward­szych od nich nici — oraz, jed­nak, cia­ła. We­dług le­gen­dy jed­no ski­nie­nie pal­ca Ge­ne­ra­ła rów­na­ło z zie­mią nie­zdo­by­te twier­dze; we­dług le­gen­dy za­ci­śnię­cie owej pię­ści za­trzy­my­wa­ło ser­ca wro­gów, ści­na­ło im krew w ży­łach. Ale to była le­gen­da — sam Ge­ne­rał wszyst­kie­mu za­prze­czał.

Ręka spo­czy­wa­ła nie­ru­cho­mo na opar­ciu fo­te­la. Ge­ne­rał mil­czał. Nie po­zo­sta­ło mu już nic do po­wie­dze­nia; ży­jąc tak dłu­go, po­tra­fił roz­po­znać chwi­le zwy­cięstw i mo­men­ty klęsk, bar­dzo pre­cy­zyj­nie wa­żył szan­se i nie my­lił mało praw­do­po­dob­ne­go z po pro­stu nie­moż­li­wym. Sie­dział i pa­trzył. Król ner­wo­wo pa­lił ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Pre­mier Bi­rzin­ni, sto­jąc przy wiel­kim, okrą­głym sto­le zaj­mu­ją­cym śro­dek kom­na­ty, kon­fe­ro­wał szep­tem z dwo­ma swy­mi se­kre­ta­rza­mi, nie­prze­rwa­nie stu­ka­jąc przy tym pa­znok­ciem w le­żą­ce obok lu­ster­ko dy­stan­so­we. Sa­sza Qu­erz chra­pał. Ogień w ko­min­ku trzesz­czał i hu­czał. Pod prze­ciw­le­głą ścia­ną Nex Plu­ciń­ski i jego szta­bow­cy, na pod­sta­wie ra­por­tów zwia­dow­ców, prze­ka­zy­wa­nych za po­śred­nic­twem pod­wie­szo­nej uko­śnie pod su­fi­tem ba­te­rii lu­ster (dwa­na­ście na dwa­na­ście), ak­tu­ali­zo­wa­li sy­tu­ację mi­li­tar­ną, zo­bra­zo­wa­ną w trój­wy­mia­ro­wej pro­jek­cji ziem gra­nicz­nych Księ­stwa i Ligi. Je­den z lu­dzi Or­wi­da, od­po­wie­dzial­ny za pod­trzy­my­wa­nie i od­po­wied­nie prze­kształ­ca­nie tej ilu­zji, drze­mał na krze­śle za lu­stra­mi; dru­gi, se­lek­tyw­nie włą­cza­ją­cy i wy­łą­cza­ją­cy na żą­da­nie ich fo­nię, stał pod po­pier­siem Ana­sta­ze­go Warz­ha­da i zie­wał. Szep­ty pre­mie­ra i se­kre­ta­rzy, sztucz­nie tłu­mio­ne gło­sy zwia­dow­ców, mo­no­sy­la­bicz­ne po­mru­ki szta­bow­ców, fur­kot ognia, szum nocy — wszyst­ko to dzia­ła­ło usy­pia­ją­co, nic dziw­ne­go, że sta­ry Qu­erz przy­snął. Ge­ne­rał wsze­la­ko od czte­rech dni oby­wał się bez snu i tak­że te­raz nie za­mie­rzał re­zy­gno­wać z ma­gicz­nych sty­mu­la­to­rów. Zer­k­nął na ze­ga­rek. Pra­wie trze­cia.

Wszedł Or­wid z Bru­dą, sze­fem dal­wi­dzów.

Bi­rzin­ni uci­szył swo­ich se­kre­ta­rzy.

— Co jest?

Or­wid za­ma­chał ręką.

— Nie, to nie ma nic wspól­ne­go z Pta­kiem.

— Więc?

— Ge­ne­rał chciał wie­dzieć.

— Sko­ro jed­nak fa­ty­go­wa­li­ście się oso­bi­ście…

Bru­da uśmiech­nął się bla­do do skry­te­go w cie­niu Ge­ne­ra­ła.

— Zna­leź­li­śmy ją — rzekł doń.

Król zmarsz­czył brwi.

— Kogo?

— Pla­ne­tę Ge­ne­ra­ła — wy­ja­śnił Or­wid, pod­cho­dząc. — Wa­sza Wy­so­kość z pew­no­ścią pa­mię­ta. To było tuż po in­tro­ni­za­cji Wa­szej Wy­so­ko­ści. Uparł się i za­gnał mi lu­dzi do prze­szu­ki­wa­nia ko­smo­su.

— Ach, praw­da… — Warz­had po­ma­so­wał w roz­tar­gnie­niu czu­bek wy­dat­ne­go nosa. — Sło­necz­na Klą­twa. Ho­lo­caust. Dru­ga Zie­mia. No tak. I co, fak­tycz­nie tra­fi­li­ście na nią?

— Tak jest — ski­nął gło­wą Bru­da. — Praw­dę mó­wiąc, już zwąt­pi­li­śmy. Ge­ne­rał przed­sta­wił bar­dzo zgrab­ną ar­gu­men­ta­cję, sta­ty­sty­ka i mi­liar­dy gwiazd, i w ogó­le: nie­moż­li­we, żeby nie było ani jed­nej pla­ne­ty o pa­ra­me­trach wy­star­cza­ją­co zbli­żo­nych do Zie­mi… Ale wła­śnie na to wy­glą­da­ło. Do­pie­ro dzi­siaj…

— No, no, no — król wy­krzy­wił się do Ge­ne­ra­ła. — Zno­wu, cho­le­ra, mia­łeś ra­cję, niech cię szlag. I co te­raz zro­bi­my z tym od­kry­ciem, a?