Starość aksolotlaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Apo

1K PostApo

10K PostApo

100K PostApo

Motto

MECHY 3D

Star Trooper

Al-’asr

LINKI

Program umożliwiający wydrukowanie figurek Star Troopera na drukarkach 3D

Program umożliwiający wydrukowanie figurek Al-’asr na drukarkach 3D

Pełne ilustracje

© Copyright by Jacek Dukaj

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

Wydanie e-book: Allegro, 2015

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: MICHAŁ CETNAROWSKI

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, MARIA WOLAŃCZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK, PRACOWNIA 12A

Typografia na okładce i stronach tytułowych: TOMASZ BAGIŃSKI

Ilustracje na okładce i wewnątrz książki: MARCIN PANASIUK/Platige Image

Exlibrisy i emblematy: GRZEGORZ WRÓBLEWSKI, MARCIN KAROLEWSKI, PAWEŁ WALCZAK/Juice

Projekty robotów: ALEX JAEGER

Opracowanie graficzne oraz ilustracje na s. 10, 36, 56, 134, 246: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Cytat na s. 5 za: Mikołaj Bierdiajew, Rosyjska idea, przeł. J.C.-S.W. [Cezary Wodziński], wyd. 2. popr., Warszawa 1999, s. 143.

Cytaty na s. 275 za: William Olaf Stapledon, Last and First Men [Ostatni i pierwsi ludzie], Project Gutenberg, s. 253–254 oraz s. 10, [na:] https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/5/5c/Last_and_First_Men.pdf [data dostępu: 18.09.2019], przeł. Jacek Dukaj.

ISBN 978-83-08-07107-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Były to czasy takiego upadku kultury filozoficznej, że za poważny argument przeciwko istnieniu duszy uważano fakt, iż podczas sekcji zwłok duszy nie znajdowano. Z większą słusznością można by twierdzić, że gdyby znaleziono duszę, to byłby to argument na rzecz materializmu.

Mikołaj Bierdiajew

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W dzień apokalipsy, zanim oberwały się niebiosa, byli całą paczką umówieni na lunch w galerii handlowej, i Grześ przeżył – jeśli przeżył – ponieważ sąsiadce z góry roztelepana pralka rozbiła ściankę łazienki, zalała wyprutą elektrykę i poszły korki w całym pionie.

Od czasów technikum uchodzący za złotą rączkę kamienicy, ugrzązł tam Grześ do czwartej. I potem już wolał pojechać do pracy, mimo dnia wolnego nadrobić zaległości z wczoraj.

W dziale IT, czyli w piwnicach, było najchłodniej. Prezesunio lubił tu zejść po wyjątkowo stresującym dniu i wypić mrożoną kawę ze skronią przytkniętą do zimnej obudowy szafy serwerów.

Grześ wszedł i zsunął na oczy czarne okulary. Prezesunio podźwignął lewą powiekę.

– Nie myśl, że cię nie widzę.

– Ja szefa nie widzę.

Potknął się o wąż kabli.

– Fuck.

– Niczego nie widzisz. Napadli cię kominiarze?

– Ha ha.

– Idź się umyj.


All that lives must die,

passing through steel to eternity.

Rzeczywiście cały był w towocie i innych smarach hydraulicznych. Kiedy wrócił z łazienki, w serwerowni panował już kompletnie inny nastrój: prezes, z podwiniętymi rękawami koszuli, wrzeszczał po angielsku do komórki, Rytka klepała w klawiaturę bocznego terminala w tempie szalonego jazzmana, a Bociek, Józuś i Tatar stali z rozdziawionymi paszczami i gapili się na monitory z otwartymi kanałami newsowymi, polskimi i światowymi.

– Co jest?

– Armagedon, kurwa mać – sapnęła Rytka, nie podnosząc głowy.

Nikt mu nie chciał wyjaśnić, byli jak ogłuszeni. Wszedł na gazeta.pl i przeczytał wyboldowane na czerwono: ZAGŁADA?! FALA NEUTRONOWA W WARSZAWIE O 19.54. Potem gazeta.pl zmieniła się w Error 404.

– Co to właściwie jest „fala neutronowa”?

– Guglnij se, baranie.

Wszyscy guglali. Wikipedia się zawiesiła. Na światowych serwisach znalazł wyjaśnienia dla laików: bomba neutronowa zabija tak zwanymi szybkimi neutronami, nie samą falą uderzeniową; budynki i sprzęty pozostają nietknięte, ginie natomiast materia organiczna – i to na razie wyglądało na najcelniejszą diagnozę katastrofy.

W przypadku neutronowych bomb mowa jednak o niewielkich zasięgach i kilkudziesięciogodzinnym okresie od napromieniowania do zgonu. A tu smażyło ludzi niemal momentalnie, kamery uliczne z azjatyckich metropolii pokazywały tysiące przechodniów skoszonych prawie na miejscu, aleje trupów, nad którymi tylko wiatr porusza reklamami i śmieciami.

Tatar był po fizyce jądrowej, powinien wiedzieć.

– No jak to możliwe?

– Niemożliwe! – jęknęło blade Tatarzysko. – Atmosfera je gasi.

– Nie gasi.

– Powinna! Nawet te z fuzji, neutrony na czternaście mega, niewiele by z nich doszło do powierzchni Ziemi.

– Mega?

– Megaelektronowoltów. Potem masz już relatywistyczne prędkości, nie wiem, kurwa, działo z gwiazdy neutronowej czy co.

– Znaczy, idzie to z góry.

– Ale widzisz, nie od Słońca.

Gdyby to Słońce tak wtem przyprażyło, już by wszyscy w Polsce nie żyli, Polska znajdowała się przecież na półkuli dnia, była szesnasta czterdzieści jeden i siedemnaście sekund. Grześ obracał planetą na flashowej symulacji BBC. Fala uderzyła od 123°W do 57°E, mniej więcej w płaszczyźnie ekliptyki, i szła zgodnie z obrotem Ziemi, to znaczy na zachód. Mieli trzy godziny i trzynaście minut do zagłady.

Chyba że wcześniej fala wygaśnie, tak samo niespodziewanie i niewytłumaczalnie, jak się pojawiła.

PROMIEŃ ŚMIERCI

Fala promieniowania zabójczego dla materii organicznej. W miarę obrotów Ziemi wokół jej osi, fala przesuwa się na zachód, obejmując zawsze jedną półkulę globu.

Grześ zaczął guglać o górnikach i załogach łodzi podwodnych. Czy masy ziemi i wody nie powinny osłonić materii organicznej? A może pomylił neutrony z neutrinami?

– Ale oni nie umierają od napromieniowania. Raczej jakby ścięło się w nich białko.

– Mikrofalówka z niebios.

– Wtedy tak samo powinien topić się plastik. Nie?

– Ktoś to w ogóle mierzy?

– Automaty. Trzeba się zdalnie dobrać do sprzętu laboratoryjnego za południkiem śmierci, przejąć kontrolę nad miernikami, zassać dane przez satelity.

Spojrzeli na Rytkę.

– Odpierdolić się, panowie – poprosiła grzecznie, zgarbiona nad klawiaturą. – Bo się rozproszę.

Grzesiu doznał klinicznego rozdwojenia jaźni: za kilka godzin umrze, a zarazem przygląda się sobie jak ludzikowi w miasteczku lego, rączka w górę, rączka w dół, główka w prawo, posadzić go, postawić, wymienić klocki.

Wyszedł z IT.


Na górnych piętrach panowała zupełnie inna atmosfera. Większość pracowników, którzy jeszcze nie pojechali do domów, zgromadziła się przy ekranach z newsami, tam komentowali obrazy gore, sącząc kawę lub piwo; najmocniejszą oznaką stresu był tu nerwowy chichot starszej sekretarki. Główny księgowy wyprzedawał czym prędzej akcje azjatyckich spółek, a dział prawny sumował odszkodowania za kontrakty zerwane z powodu masowej śmierci klientów i podwykonawców. No tak, pomyślał Grześ, przecież to oczywiste: ten hollywoodzki Armagedon jest niemożliwy w realu.

Na tablicy zleceń wypisywano flamastrem zakłady o południk, na którym zabójcze promieniowanie się zatrzyma.

Grzesiu wyjął z automatu batonik Snickersa i puszkę coli, wrócił do piwnic IT – i momentalnie stracił całą nadzieję.

 

Prezesunio siedział po turecku w kącie przy koszu na śmieci i szlochał wściekle do smartfona. Bociek zalogował się do swojego MMO i sprintował przez bezludne dungeony. – Przynajmniej zrobię ostatni level. – Tatar zaś zamknął się w łazience i wydawał stamtąd dźwięki rodem z horroru o mózgożercach.

Zegar nad drzwiami odliczał sekundy. Była siedemnasta osiemnaście.

Grzesiu wypił colę, zjadł batonik – i cukier we krwi na powrót skleił mu świadomość. Grzesiu wrócił do realu.

Zadzwonił do Danki; zajęte. Zadzwonił do brata; zajęte. Zadzwonił do ojca – w tym momencie zablokowała się sieć komórkowa.

Józuś kolebał się na piętach i walił łbem w pokrywę klimatyzatora.

– Nie wierzę kurwa nie wierzę nie wierzę.

Rytka skończyła klepać w klawiaturę; teraz siedziała w milczeniu z założonymi na piersiach rękoma, z miną zdegustowanej wiedźmy.

Grześ przycupnął obok.

– No więc?

– Idziemy się upić.

– Co tam masz?

– Weszłam na chińskie satelity. Ciągnę feed prosto z Guójiā Hángtiānjú.

Guójiā Hángtiānjú

Chińska Narodowa Agencja Kosmiczna.

Państwowa instytucja zarządzająca chińskim programem kosmicznym, podlegająca Ministerstwu Przemysłu i Informacji.

– Cała Azja się usmażyła, Azja i ścinek Ameryki, masz to live z kamer CNN-u i Al-Jazeery.

– Chciałam zassać surowe dane o delcie natężenia, w miarę jak się Ziemia obraca.

– I co z tym natężeniem? Maleje?

– Rosło skokowo przez pierwsze dwanaście sekund, a potem wykres płaski jak stół.

– Co to jest, do cholery? Supernowa?

– Supernowa spiekłaby nas na wszystkich długościach. Anyway. Idziemy się upić.

supernowa

Faza w życiu gwiazdy, w której przechodzi ona gwałtowną eksplozję o ogromnej sile, wyrzucając dużą część swojej masy, reszta zaś często zapada się do postaci czarnej dziury. Promieniowanie emitowane w trakcie eksplozji rozchodzi się nie tylko w paśmie widzialnym (nawet odległe supernowe przyćmiewają swym blaskiem gwiazdy i planety), ale też jako m.in. promienie gamma, szkodliwe dla życia na planetach typu Ziemia.

Ostatnia zaobserwowana eksplozja supernowej w naszej galaktyce miała miejsce w 1604 roku.

Siedziała i gryzła wargę, jeszcze bardziej ponura.

Grześ trącił ją łokciem.

– Będzie dobrze.

– Co ty pieprzysz?!

Szepnął jej do ucha:

– Wszyscy zginiemy w tym samym ułamku sekundy.

Wzdrygnęła się, jakby smagnął ją batem. A zaraz potem: oddech, mrugnięcie, blady uśmiech i – spokój.

Przeszli do kuchenki zaparzyć sobie herbatę.

– Wiedziałam, że coś takiego się zdarzy. – Dmuchając w kubek, popatrywała w zamyśleniu w kąt sufitu i ściany. – Nie można mieć tyle szczęścia, co ludzkość, i nie dostać w końcu kowadłem w łeb.

Skończył się cukier; Grzesiu szukał w szafce, za lodówką i pod zlewem, wreszcie zajrzał do pakamery.

– Widziałaś to?

– Co?

– Te pudła.

Wyciągnął na korytarz firmowe kartony, jeszcze ze styropianowymi zabezpieczeniami w środku, jakby przygotowane do odsyłki do reklamacji. Pod spodem piętrzyły się stare nvidie i realteki.

– Szef upchnął.

InSoul3. Na bokach pudeł, pod logo producenta, widniały uśmiechnięte buźki graczy, których kryształowe mózgi eksplodowały fontannami planet, księżyców, gwiazd, galaktyk.

Grześ i Rytka bez słowa wymienili spojrzenia.

Był to jeden z nowszych ficzerów do xboxów i pecetów. Najpierw mocno promowany (wpakowano w tę technologię setki milionów), ale szybko oprotestowany przez rozmaite ruchy religijne, polityczne i medyczne, tudzież fronty obrony konsumentów. W efekcie spółki, które miały zarobić na aplikacjach i grach, wycofały się, i sprzęt leżał w większości nieużywany. A potem wyciekły kody źródłowe i amatorzy zaczęli dopisywać różne dziwne modyfikacje nieautoryzowane, między innymi funkcje mind copy & paste, przeznaczone do generowania maksymalnie wiernego zachowania botów awatarowych.

Firma kupiła na wyprzedaży najdroższą wersję przemysłową, z aplikacjami dla klinik i uniwersytetów, o najwyższej dostępnej wtedy rozdzielczości skanu. Po kolejnej aferze z przeciekami do konkurencji Prezesunio przez kilka miesięcy nosił się był z zamiarem wykorzystania IS3 jako uniwersalnego wykrywacza kłamstw. Potem wtrącili się prawnicy i pomysł prezesa upadł. Zostały pudła z firmowo zafoliowanymi zestawami, upchane w wysoką stertę w kącie piwnicy IT. Wystawiano je stopniowo na aukcjach na Allegro, skąd wyławiali je za pół ceny domorośli artyści softu neuro.

soft neuro

Software neurologiczny.

Kategoria oprogramowania przeznaczonego dla urządzeń pracujących na sieciach neuronów w mózgu.

Obejmuje m.in. aplikacje medyczne (sterowniki do sztucznych kończyn, implantów wzrokowych, słuchowych itp.), rozrywkowe (kierowanie awatarami w grze za pomocą myśli itp.), lingwistyczne (odczytywanie treści myśli ze wzoru aktywności mózgowej), militarne (np. dla pilotów myśliwców sterujących maszynami pod przeciążeniami uniemożliwiającymi poruszanie ciałem), uliczne (do prowadzenia rozmów telefonicznych myślą), lifestyle’owe (generowanie pętli uzależnień od pożądanych aktywności i wygaszanie pętli uzależnień od aktywności niepożądanych), aż do jawnie przestępczych (neurohacking).

Grześ rozpruł folie, wyjął zestawy. Na głowę naciągało się coś w rodzaju gumowej mycki, do kompa zaś trzeba było wpiąć szereg kart z dedykowanymi procesorami, grubszych od najnowszych kart graficznych 3D; same chłodzenia ważyły po pół kilo.


Ciało, ojczyzno moja.

Podczas gdy Grześ się z tym mocował, Rytka czytała instrukcje.

– Masa roboty z konfiguracją.

Zerknął na zegar.

– Zdążysz?

Wzruszyła ramionami.

– Odpal i zobaczymy.

Wybrali maszynę Tatara, który do tej pory pewnie już utopił się w kiblu. Grześ wpełzł pod żelastwo, przepinał porty i sprawdzał kable. A Rytka na swoim terminalu zasysała te amatorskie aplikacje do InSoul3. Istniały całe fora, wikipedie i kategorie torrentów poświęcone softowi neuro. Tymczasem transfer spadał z każdą minutą.

Po dwóch godzinach konfiguracja dobiegła końca, diagnostyka dała zielone światło dla RAM-u i procków.

Spod ściany przyglądał im się Bociek, dobrze już upalony marychą.

– Grałem w to. Mocna rzecz.

Grzesiu wylazł zmiędzy wentylatorów i kabli, otrzepał spodnie.

– To nie gra, mamy cheaty do pełnego skanu.

Bociek podszedł, pohuśtał na palcu headset pachnący jeszcze fabryczną nowością; z mycki sypał się talk.

– Ale to jest zabawka, przecież rozumiecie, nijak nie sczyta całości, to znaczy do każdego atomu kory mózgowej.

– A skąd wiesz, ile trzeba sczytać? Może tyle właśnie wystarcza? Równie dobrze mógłbyś żądać skanu kwarków i strun.

Bociek zaciągnął się głębiej jointem.

– Chcecie? – Zionął dymem. – Kandahar Blood. W sam raz na apokalipsę.

– Nie będę sobie palił neuronów w ostatniej godzinie.

– Co za zioło…! Jak potrafi cię nastawić pozytywnie do końca świata, to do wszystkiego. Nawet do niego.

To było o prezesie, który krążył po budynku z tak wściekłą rozpaczą w oczach, że najwięksi histerycy na sam jego widok zamierali niczym zmrożeni. Teraz powrócił do IT. Rozsupłał sobie krawat spod szyi i zawijał go na zaciśniętej pięści, tam i z powrotem, a z taką mocą, jakby był to bandaż bokserski na walkę z Tysonem.

Rytka i Grzesiu rzucili monetą.

– Reszka.

– Dajesz.

Rytka siadła za klawiaturą, Grzesiu wybrał skaner IS3.

Bociek poczęstował Prezesunia jointem zjaranym do mikroskopijnego peta. Prezesunio tylko splunął. Trzeszczały mu zęby i kości dłoni.

Grześ założył myckę, Rytka skalibrowała skan; zdjął myckę i ponownie sprawdzili konfigurację. Nadal zielono.

– Podało ci estymację, ile czasu zajmie pełny skan?

– Cholera wie, ten addon przejmuje potem kontrolę i zarządza powtórne skany, dopóki nie wydobędzie ci ze łba, czego mu tam potrzeba.

addon

[ang. add-on]

Program stanowiący dodatek do programu już istniejącego, rozszerzający jego możliwości.

Addony nielegalne (nieakceptowane przez twórców programu podstawowego) mogą zmieniać jego funkcjonowanie całkowicie poza pierwotne przeznaczenie. W szczególności addony do programów neuro Wyjątkowo zaskakujące możliwości ujawniły addony do takiego softu neuro, który nie tylko odczytuje stany mózgu, ale wchodzi z nimi w interakcje. Addony do programów leczących z uzależnień potrafią całkowicie zmienić osobowość człowieka, łącznie z jego orientacją seksualną, genderem, poglądami politycznymi, wiarą religijną i tożsamością etniczną. (Popularny addon HireMe! modyfikował główne cechy osobowości tak, aby zmaksymalizować szansę przejścia testów psychologicznych czy rozmów kwalifikacyjnych na dane stanowisko pracy lub na uczelnię). Addony do neuroprogramów lingwistycznych służące do wydobywania na jawę treści podświadomości człowieka (tzw. autoterapeutyki) skutkowały nierzadko schizofrenią.

Istniały addony do hackerskiego softu neuro pozwalające zabić myślą tudzież uwarunkować delikwenta do popełnienia samobójstwa.

– A nie wyciągniesz średniej z historii dotychczasowych użytkowników? Żebyś sama też zdążyła się przekopiować. Czyje to dzieło?

– Studentów z Karabachu, Uraloczka Team. Chcesz poczytać?

– Bez tłumacza guglowego? Dziękuję.

Na ekranach newsowych ginęły Ateny, kamery uliczne spod kawiarni i zabytków pokazywały turystów kładących się na bruku jak w udarze słonecznym, pod majestatycznie niewzruszonymi ruinami kamienia i cegły.

– A pan prezes nie reflektuje?

– A co mnie to kurwa co mnie tam wasze awatary, i tak tu padnę trupem!

– Ale duch, duch przetrwa.

– Jaki kurwa duch, sam jesteś duch, wypad mi stąd, to moje zabawki!

I Prezesunio rzucił się wykopać ich z piwnic.

Grześ strzelił go przez łeb starym ultrabookiem Lenovo; szef padł bez czucia.

– Komputery rządzą światem.

– True.

– Dajesz, Rytka.

Grześ naciągnął myckę, Rytka nacisnęła ENTER, i poleciało.


1K POSTAPO

Pod dwupiętrowym billboardem z plakatem Transformers 9 Michaela Baya, na środku bezludnej dzielnicy handlowej Tokio, dwa mangowe seksboty boksowały się po polimerowych buźkach.

Grześ akurat zgubił lewą nogę, plunął więc Drutem niczym stary snajper, leżąc płasko na dachu kiosku po drugiej stronie ulicy. Trafił, faraday rozpiął się jak należy, i po sekundzie oba seksboty padły niczym ścięte. Grześ podskoczyłby z uciechy, ale znowu zapomniał, gdzie i kim jest, i zwalił się przez tekturowy dach do wnętrza budki, razem z Plujnicą i kablem uziemienia. Grześ chodził po Ginzie półtonowym Star Trooperem Miharayasuhiro.

faraday

Skonstruowane przez Grzesia urządzenie służące do resetowania i przejmowania kontroli nad innymi mechami.

Składa się z:

– Plujnicy (części wystrzeliwującej);

– sieci oplatającej ofiarę;

– Drutu (kabla łączącego sieć z Plujnicą i uziemieniem lub baterią).

Urządzenie działa na zasadzie klatki Faradaya, pozwalając także przepalać obwody mecha ładunkami prądu z baterii.

Star Trooper

Marketingowa nazwa modelu mecha bazująca na jego podobieństwie do Star Trooperów z filmów i komiksów.

W tej estetyce mieściły się i roboty policyjne, i przemysłowe maszyny ogólnego użytku, i roboty do prac w elektrowniach jądrowych.

Pingnął przez satkę potwierdzenie dla aliansu i pokulał zwinąć Drut, i wtedy stratowało go stado pluszowych miśków.

Przyklęknął, podparł się pancernymi pięściami, i tak przeczekał pierwszą i drugą falę irigochi. Kiedy się podniósł, na asfalcie i pod zaspami starych śmieci spoczywały, podrygując, pojedyncze zabawki, niczym ryby wyplute na brzeg przez wysoką falę. Nie tylko misie – także pieski, kotki, pokemony, smoki, rozmaite fantastyczne i mitologiczne potworki o absurdalnie wielkich oczach.

irigochi

Popularne w Japonii zabawki o wyglądzie tradycyjnych pluszaków: miśków, piesków, pokemonów, postaci z bajek. Włączone zachowują się jak zwierzęta. Każde z osobna sięga poziomu inteligencji psa. Szybko przejmują od właściciela zwyczaje, emocje, osobowość, stając się towarzyszami-odbiciami dzieci.

Po Zagładzie, w braku ludzi, na których mogłyby się wzorować, zaczęły łączyć się z sobą na poziomie Internet of Things, tworząc stada objawiające nowy rodzaj inteligencji i świadomości.

Wracając w podskokach od wyłączonych seksbotów – wyjął im procki, rano zwiezie do siebie cały zdobyczny hardware – Grześ znowu stracił równowagę na jednej nodze i zwalił się z łomotem pod słup dźwigający obwisłą kiść grubych kabli.

 

Mógł teraz wymieniać spojrzenia z irigochi prawie na tym samym poziomie. Zmaltretowany Totoro mrugnął sennie do Star Troopera, mrugnął i wyciągnął łapkę. Grześ machnął na pluszaka. Zabawka zadygotała i poczołgała się ku niemu nieporadnie.

Ani się spostrzegł, a Totoro i misiek i Hello Kitty przylgnęły do jego tytanowej piersi.

Wstał, pokulał podparty na Plujnicy. Obejrzał się. Wlekły się za nim.

Nie miał nogi, nie mógł uciec.

– Tylko mnie nie zaduście.

Irigochi nie znają polskiego ani angielskiego. Tylko blednące światła nocnego Tokio odpowiedziały mu swym morse’owym migotaniem. Był 847. dzień PostApo i przed Grzesiem otwierała się następna wieczność.

W warsztatach podziemnego garażu, pod czterdziestopiętrowym apartamentowcem Aiko, mozolił się, by doprawić sobie zapasową kończynę.

Części do butikowego Miharayasuhiro stanowiły rzadkie dobro. Jeszcze rzadsze były umiejętności pozwalające na zużytkowanie tych części. Tokijskie transformery Royal Alliance w potrzebie zwracały się właśnie do Grzesia; teraz chwilami czuł się złotą rączką dla połowy świata. Nadmiarowy hardware stanowił rodzaj zapłaty za usługę. Pod ścianami i na stelażach zgromadził tu setki większych i mniejszych części robotów.


Royal Alliance

RA, „królewscy”, „królewiacy”, „koronni”.

Alians gildii powstałych w klasycznych grach fabularnych, zwłaszcza tych opartych na estetyce fantasy. Przed Zagładą skupiał on głównie starszych graczy, preferujących tradycyjne interfejsy (ekran, konsola, klawiatura). Po Zagładzie z początku obejmował transformery z europejskich stref czasowych.

Miał na dyskach terabajty planów konstrukcyjnych oraz podręczników użytkownika, a na papierze – grube jak Biblia katalogi urban hardware. Z oddzielnymi sekcjami dla linii mechów domowych, ulicznych, przemysłowych, medycznych, municypalnych, wojskowych, rozrywkowych, powietrznych i podwodnych. Niepostrzeżenie, strona po stronie, przechodziły one w drony, z kolei płynnie przechodzące w hardware stacjonarny i Matternet: Internet of Matter, bezserwerową sieć wszechobecnych mikroprocesorów, opartą na RFID, podczerwieni i NFC.

Matternet (I)

Pierwszy etap rozwoju Internet of Things.

Sieć łącząca wszystkie urządzenia „inteligentne”: wyposażone w mikroprocesory, zdolne do komunikacji – najczęściej przez WiFi, podczerwień, bluetooth, RFID (Radio Frequency Identification) i NFC (Near Field Communication).

Matternet rozrastał się przed Zagładą, w miarę popularyzacji standardu 5G przejmując także rolę przekaźników i wzmacniaczy sygnału w rejonach gęstej zabudowy miejskiej.

Matternet odpowiadał za sterowanie, orientację i komunikację dron i samochodów automatycznych.

Na bazie Matternetu rozwijano też projekty smart cities oraz różne modele lokalnej demokracji bezpośredniej.

W dekadzie przed Zagładą wpakowano w tę branżę biliony dolarów. Bezrobocie rosło, tymczasem kolejne korporacje przerzucały się z ludzkich pracowników na roboty; społeczeństwa się starzały i do opieki nad starcami też trzeba było zastępów czułych i cierpliwych automatów zamiast biologicznych dzieci i wnuków; no i żołnierz mech, nawet jeśli kosztuje fortunę, to nic nie kosztuje w sondażach opinii publicznej, gdy ginie na polu walki.

Jeszcze dziesięć–piętnaście lat i owych użytkowych robotów prowadzonych na radiowych smyczach byłyby na świecie miliony. Zagłada jednak uderzyła u zarania trendu.

Gdybyż mógł zadzwonić do jakiegoś centrum obsługi mechów…! Te katalogi były w istocie katalogami prototypów i modeli pokazowych. Podręczników japońskich nadal nie potrafił odczytać, a one interesowały Grzesia najbardziej.

W klatce Faradaya w głębi warsztatu Grześ trzymał trzy kompletne seksboty, jednego medicusa oraz chrabąszcza.

medicus

Robot medyczny.

Genealogia medicusów sięga jeszcze robotów przeznaczonych do zdalnego wykonywania operacji, kierowanych przez chirurgów znajdujących się w innym kraju, na innym kontynencie, z wykorzystaniem łączności w standardzie 5G i virtual reality. (Pierwsza taka operacja została wykonana w Chinach w 2019 roku).

Później użycie nazwy ograniczyło się do humanoidalnych robotów medycznych, w szczególności japońskich mechów-pielęgniarzy, przeznaczonych do opieki nad starszymi.

chrabąszcz

Potoczne miano wielu starych, prymitywnych mechów obciążonych jeszcze wielkimi, niewydajnymi bateriami – umieszczane na ich plecach, nadawały im wygląd chrabąszczy.

Irigochi nie zbliżały się do klatki; zbiły się w gromadkę w kącie i obserwowały Grzesia niczym zalęknione szczenięta.

– Nie naprawię was – powtarzał im, wiedząc doskonale, że go nie rozumieją. – Nie jestem informatykiem. Mogę tylko poskładać do kupy ręce i nogi.

Informatycy osiągnęli na lata przed Zagładą taki stopień zjednoczenia z Cyfrą, że całkowicie odkleili się od hardware’u. Wyłonił się był wobec tego odrębny klan fachmanów od IT, których główne zajęcie stanowiło pełzanie pod biurkami i kratownicami i którzy przechowywali w swych głowach bezcenną wiedzę, jaki kabel wetknąć w jaki slot i które karty ciągną najlepiej pod jakimi radiatorami.

Grześ był piwnicą IT tych, którzy pracowali w piwnicach IT.

Przez podwójnie filtrowane USB wpiął się do laptopa podczepionego do anteny satelitarnej na dachu budynku Aiko. Królewscy właśnie zaktualizowali na swojej stronie granice wpływów w Wielkim Tokio oraz kolory alertów na liniach energetycznych od elektrowni w Tōkai i Hamaoce. Serwerownia JPX w Nihonbashi Kabuto-cho, gdzie procesowała się większość królewskich transformerów w Tokio, świeciła się na zielono. W barze Chūō Akachōchin w Kyōbashi licznik obecności stał na siedmiu transformerach.

JPX

Japan Exchange Group

Tokijska Giełda Papierów Wartościowych.

Nihonbashi Kabuto-cho

Dzielnica finansowa Tokio.

Grześ przepuścił przez nową nogę całą testerkę, wykonał kilka przysiadów, westchnął i machnął na pluszaki.

– No, chodźcie do taty. Jakoś poskładam was do kupy.

Pisnęły nieśmiało i jeszcze szerzej otwarły komiksowe ślepia.

A zaczęło się od tego, że Grześ sam siebie poskładał do kupy.

Wylazł był na real we Władywostoku. Rosyjskie sieci publiczne, prywatne, wojskowe, rządowe i komercyjne są tak cudownie poplątane, że wyłącznie od zrządzenia losu zależy, czy utkniesz tam na wieki w ślepej kiszce dedykowanego serwera, czy też wpadniesz wprost na wirtualną autostradę do FSB lub Pentagonu.

A Grzesia pogrzebało żywcem. Obudził się tam i nie miał zmysłów, nie miał ciała, miał tylko instynkty i granice bólu. Szarpał się w tym karcerze prawdziwą wieczność – czyli cztery i pół minuty – zanim znalazł szczelinę cienką na bit i przez lokalny Matternet wszedł w municypalną sieć CCTV. Pooglądał martwe ulice zasłane trupami. Popadłszy w depresję, zwolnił się do stu ticków na sekundę.

Dopiero gdy padły mu cztery partycje i przegrzały się procesory we władywostockim centrum Gazpromu LNG, z powrotem włączył się Grzesiowi instynkt samozachowawczy i zebrał się Grześ w sobie i wyrwał z apatii.

Przerzucił się na maszyny Pacyficznego Państwowego Uniwersytetu Medycznego. Tam zagarnął na wyłączność rezerwowe zasilanie (szpital miał generator paliwowy włączany z poziomu administratora sieci). I przy dwóch gigahercach wróciła Grzesiowi ciekawość.

Kto przeżył? Co z jego rodziną i znajomymi? Co ze światem całym?

A siedział na tych serwerach władywostockich, bo akurat tak się był rozdystrybuował w dniu Apokalipsy. Grzesia kopia numer jeden powinna się mielić na maszynach firmy w Warszawie, podobnie jak pierwszy backup; potem był backup w Google’u; potem – backup w chmurze; i dopiero potem czwarty, władywostocki. Nie miał on wyjścia na satelity i szeroki net, i to go uratowało.

Przez te sto oczu CCTV wypatrzył segwaye w warsztacie naprawczym na wybrzeżu nad Zatoką Amurską. Niektóre zostały przystosowane do bezludnych patroli dla lokalnych firm ochroniarskich i musiały mieć jakieś wejścia radiowe; stanowiły zresztą część Matternetu, Internetu przedmiotów rozbałaganionego tuzinem konkurencyjnych protokołów. Teoretycznie powinny pozostawać w ciągłej łączności z otoczeniem. Dla praktyka Internet of Matter wyglądał zupełnie inaczej, Grześ musiał był nieustannie tłumaczyć klientom, dlaczego ich inteligentny dom wcale nie jest tak inteligentny, czemu lodówka nie potrafi się dogadać z piekarnikiem, a klucze giną i giną pomimo trzech znaczników RFID w każdym.

Po półgodzinie dość nieporadnych prób zhackował jedną taką dwukółkę. Poturlał się nią tu i tam, pogapił z poziomu ulic na martwotę zimnego miasta, popatrzył z deptaków bulwarowych na rozkołysane masy wód… I znowu ciężka smutność przychłodziła Grzesia.

Wrócił do warsztatu, włamał się do paru maszyn reperacyjnych, doprawił segwayowi łapę-manipulator oraz mocniejszy nadajnik, i w ten sposób złożywszy się do kupy, wypuścił się na poszukiwania działającego terminalu Internetu. Że nie działa sam Internet, tej myśli Grześ w ogóle nie dopuszczał.

Kyōbashi

Region Tokio w okolicy mostu Kyōbashi. Słynął on z licznych barów, restauracji i „miłosnych hoteli”, w których pokoje wynajmowało się na godziny.

Na ulicy Admirała Fokina zaplątał się w slalom między zaparkowanymi chaotycznie samochodami, betonowymi kwietnikami i zasuszonymi zwłokami ludzi i ptaków. W witrynach sklepowych po prawej dostrzegł wtem ruch, obrócił kamerkę, i to był oczywiście jego ruch, czyli ruch segwaya, czyli Grzesia.

Spojrzał tak Grześ na swoje odbicie, pomyślał: „Wall-E”, i potoczył się dalej, a w plikach neuro karabaskiego moda InSoul3 wywróciły się terabajty freudowskich skojarzeń.

Zaglądał do mijanych wnętrz i widział komputery, monitory, klawiatury, tlen życiodajny. Problem polegał na prymitywnej architekturze miasta, nieprzystosowanej do wózków dla niepełnosprawnych, toteż i dla segwaya.

W końcu więc po prostu wyjął tablet z dłoni kobiety schnącej w anorektyczną mumię na parkowej ławce pod rozłożystym trupem drzewa.

Tablet działał, lecz Grześ zupełnie nie potrafił sobie poradzić z obsługą ekranu dotykowego za pomocą twardego i kanciastego chwytaka jedynej swej kończyny; zresztą ekran mógł wyczuwać jedynie zmiany elektrostatyki.

Łamał sobie nad tym głowę (niegłowę), kiwając się tam na dwóch kołach i zezując kamerą naokoło po ulicy-kostnicy. Właścicielka tabletu, Azjatka w dżinsach i T-shircie z podobizną jakiejś bollywoodzkiej gwiazdy, gapiła się ciemnymi oczyma w brzydkie niebo pozbawione ptaków i dymów i smogu. Podmuch wiatru przylepił jej do głowy plastikową reklamówkę; teraz wyglądało, jakby kobieta się dusiła, łapiąc pod folią ostatnie oddechy.

Grześ sięgnął jej dłoni i oderwał palec wskazujący mumii. Odtąd to tym palcem operował na tablecie.

System pokazał siedemnaście sieci, dwie otwarte, Grześ wszedł w tę o najmocniejszym sygnale.


Startową stronę przeglądarki stanowiła oczywiście strona Google’a. Gdy załadował się jej adres, Grześ niemal poczuł łzy napływające do oczu (nie było łez, nie było oczu, ale było uczucie).

To jak powrót do ojczyzny, jak widok dachów rodzinnego miasta albo smak chleba dzieciństwa – powinien tu paść na kolana i całować świętą ziemię Google’a.


Chcesz wiedzieć więcej?

Trwało to ułamek sekundy, potem dostrzegł resztę. Na głównej stronie wyszukiwarki widniała grafika z mangowymi robocikami obijającymi swoje kwadratowe łepetynki blachą i cynfolią. KEEP YOUR MINDS CLOSED! Nacisnął ją opuszkiem palca trupa. Otworzyło się APOCALYPSE FAQ.