Perfekcyjna niedoskonałośćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2004

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Pa­weł Ciem­niew­ski

Ko­rek­ta

Wie­sła­wa Otto-We­is­so­wa, Anna Rud­nic­ka, Etel­ka Ka­moc­ki

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­tor tech­nicz­ny

Bo­że­na Kor­but

Wy­da­nie dru­gie

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków bez­płat­na li­nia in­for­ma­cyj­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: In­fo­mar­ket

ISBN 978-83-08-04277-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Na­ko­necz­ny, Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Spis treści

  I 1. Farstone 2. Puermageze 3. Sak

  II 4. Plateau 5. Wojny 6. Plateau

  III 7. Plateau 8. Narwa 9. Farstone

I

Wszyst­ko, co ist­nie­je, zmie­nia się w cza­sie. Każ­da zmia­na pro­wa­dzi do for­my le­piej, go­rzej lub tak samo do­brze przy­sto­so­wa­nej do wa­run­ków oto­cze­nia. Sto­pień przy­sto­so­wa­nia okre­śla szan­sę prze­trwa­nia da­nej for­my.

In­te­li­gen­cja po­zwa­la świa­do­mie wy­bie­rać zmia­ny ku więk­sze­mu przy­sto­so­wa­niu.

To, co le­piej wy­ko­rzy­stu­je wa­run­ki oto­cze­nia, zwy­cię­ża i wy­pie­ra to, co wy­ko­rzy­stu­je je go­rzej. Ży­cie in­te­li­gent­ne zwy­cię­ża i wy­pie­ra ma­te­rię mar­twą i ży­cie nie­in­te­li­gent­ne.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1. Farstone

CYWI­LI­ZA­CJA

Ogół re­guł i za­cho­wań wy­wie­dzio­nych z da­nej kul­tu­ry, któ­rych sto­so­wa­nie słu­ży utrzy­ma­niu sta­tus quo owej kul­tu­ry.

Po­tocz­nie: spo­łecz­no­ści – oraz zbio­ry ich ma­te­rial­nych ma­ni­fe­sta­cji i dóbr – przy­pi­sa­ne do da­ne­go miej­sca w Pro­gre­sie.

FREN

(gr.) „otocz­ka wą­tro­by lub ser­ca”, ośro­dek ży­cia psy­chicz­ne­go.

Ce­cha/struk­tu­ra cha­rak­te­ry­stycz­na dla sys­te­mów prze­twa­rza­nia in­for­ma­cji ob­da­rzo­nych sa­mo­świa­do­mo­ścią.

→ Uwa­ga: „Mul­ti­te­zau­rus” nie dys­po­nu­je de­fi­ni­cją „sa­mo­świa­do­mo­ści”.

„Mul­ti­te­zau­rus” (Sub­kod HS)

Pią­te­go lip­ca, w dniu ślu­bu swej cór­ki – a była to nie­dzie­la i słoń­ce grzmia­ło z bez­chmur­ne­go błę­ki­tu, sło­ny wiatr szar­pał pur­pu­ro­wy­mi sztan­da­ra­mi na wie­żach zam­ku, krzy­cza­ły pta­ki – Ju­das McPher­son, pan na wło­ściach, stahs Pierw­szej Tra­dy­cji, za­sia­da­ją­cy w obu Lo­żach, wła­ści­ciel po­nad dwu­stu hek­ta­rów° Pla­te­au HS, ho­no­ro­wy czło­nek Rady Pi­lo­tów Sol-Por­tu, pre­zy­dent Gno­sis In­cor­po­ra­ted, zo­stał dwu­krot­nie za­mor­do­wa­ny.

Czar­ny frak, czar­ne la­kier­ki, czar­ne oku­la­ry, ka­mi­zel­ka jak oce­an o zmierz­chu – scho­dząc z ta­ra­su na traw­nik pe­łen go­ści we­sel­nych, Ju­das uśmie­chał się pro­mien­nie.

Pho­ebe Ma­xi­mil­lian de la Ro­che przy­glą­da­łu się temu uśmie­cho­wi przez pry­zmat czer­wo­ne­go Pe­squé, rocz­nik 2378, ob­ra­ca­ją­ce­go się w krysz­ta­ło­wym pu­cha­rze w rytm de­li­kat­nych za­ko­le­bań jenu dło­ni. Krysz­tał był cię­ty w herb McPher­so­nów: za­ka­za­ne­go smo­ka zwi­nię­te­go dwu­krot­nie do­ko­ła wiel­kie­go bry­lan­tu. Wino nada­wa­ło her­bo­wi wła­ści­wą bar­wę, czer­wień omal tak głę­bo­ką, jak na tych cho­rą­gwiach. Wszyst­kie kie­li­chy we­sel­nej za­sta­wy były cię­te po­dług owe­go wzo­ru.

Pho­ebe zer­k­nę­łu na ce­sar­skie­go man­da­ry­na. Stał on w grup­ce ro­ze­śmia­nych dys­ku­tan­tów dwa na­mio­ty da­lej. Mon­go­lo­idal­na twarz ni­skie­go męż­czy­zny po­zo­sta­wa­ła jak zwy­kle nie­ru­cho­ma, pu­sta: Ce­sarz nie re­ago­wał ani na ten śmiech, ani na smo­ka, któ­rym McPher­son od wie­ków bez­czel­nie ła­mie Umo­wę Fun­da­cyj­ną.

Ce­sarz w ogó­le na nie­wie­le re­agu­je, po­my­śla­łu pho­ebe. Uśmiech­nię­ty McPher­son wy­mie­niał uwa­gi z za­afe­ro­wa­nym zię­ciem. Śmiej się, śmiej, czło­wie­ku.

Ma­xi­mil­lian śle­dzi­łu ich wzro­kiem przez wino, przez smo­ka, przez krysz­tał. Za­gę­ści­łu się te­raz na Pla­te­au omal punk­to­wo, po­rzu­ciw­szy inne swo­je ma­ni­fe­sta­cje; ma­ni­fe­sto­wa­łu się tyl­ko w Far­sto­ne. To przy­ję­cie jest na­zbyt waż­ne, tu ważą się losy Pro­gre­su. Umrzesz, Ju­das, umrzesz śmier­cią osta­tecz­ną.

De la Ro­che nie prze­su­wa­łu się też po Pla­te­au, nie wy­sy­ła­łu sen­sy­nów na Pola Gno­sis i McPher­so­na, bo wie­dzia­łu, że po­tem, w ra­mach śledz­twa, Ce­sarz spraw­dzi naj­drob­niej­sze drgnię­cia bło­ny. Cze­ka­łu więc cier­pli­wie, mru­ży­łu oczy od słoń­ca, piłu Pe­squé i od­kła­nia­łu się uprzej­mie go­ściom.

– Po­więk­sza się klan McPher­so­nów.

De la Ro­che obej­rza­łu się i roz­po­zna­łu ma­ni­fe­sta­cję Tu­ten­cha­mo­nu, otwar­tej nie­pod­le­głej in­klu­zji sta­re­go ob­rząd­ku: czar­no­wło­sa, czar­no­oka dziew­czy­na w je­dwab­nym sari, z mnó­stwem zło­tych bran­so­let na przed­ra­mio­nach, ze szma­rag­do­wym słoń­cem w le­wym noz­drzu, boso.

– Oby była płod­na i uro­dzi­ła mu wie­le dzie­ci – rze­kłu Ma­xi­mil­lian, chy­ląc gło­wę.

– Tak, nie wąt­pię, że ni­cze­go in­ne­go im nie ży­czysz – uśmiech­nę­ła się zza wa­chla­rza dziew­czy­na.

– Och, po­tra­fię prze­cież od­dzie­lić po­li­ty­kę od ży­cia oso­bi­ste­go.

– Ży­cia oso­bi­ste­go, pho­ebe? Ty masz ja­kieś ży­cie oso­bi­ste?

– Mó­wi­łum o ich ży­ciu, osca.

Ro­ze­śmie­li się oby­dwo­je. De la Ro­che nie spusz­cza­łu oczu z twa­rzy pry­mar­nej ma­ni­fe­sta­cji in­klu­zji. Co ośmie­li się onu oka­zać? Czy da ja­kiś znak? Co wie, a o czym ma­rzy?

Z in­klu­zja­mi nig­dy nic nie wia­do­mo. Moż­na pró­bo­wać się do­my­ślać, ale ja­kie to wy­obra­że­nia mo­ty­wów prze­cho­dzą­ce­go nad nią czło­wie­ka wy­pra­cu­je w so­bie mrów­ka? Sy­mu­la­cje Tu­ten­cha­mo­no­we­go fre­nu roz­ra­sta­ły się na Po­lach de la Ro­che’u w po­stę­pie geo­me­trycz­nym, chło­nąc każ­dą in­for­ma­cję o za­cho­wa­niu ma­ni­fe­sta­cji in­klu­zji. Po­nie­waż jed­nak była to wła­śnie in­klu­zja – U gra­nic pho­ebe’u bły­snął na Ce­sar­skim Trak­cie lau­fer pro­to­ko­łu. De la Ro­che wpu­ści­łu go. Lau­fer przy­niósł za­pro­sze­nie od Tu­ten­cha­mo­nu do Ogro­dów Ce­sar­skich. De la Ro­che po­twier­dzi­łu i roz­wi­nę­łu dru­gi ze­staw zmy­słów – dru­gie per­cep­to­rium – i sprzę­żo­ną z nim dru­gą ma­ni­fe­sta­cję, rów­nie bez­ma­te­rial­ną, co cała Ar­ti­fi­cial Re­ali­ty Ogro­dów.

AR-owe Ogro­dy Ce­sar­skie pod­le Umo­wy Fun­da­cyj­nej sta­no­wi­ły część Ziem Ce­sar­skich i – po­dob­nie jak sam Dom, Trak­ty oraz Wy­spy Dzier­żaw­ne – zo­sta­ły na trwa­łe wy­tra­wio­ne w Pla­te­au. Obo­wią­zy­wał tu pro­to­kół luź­niej­szy od pro­to­ko­łu Pierw­szej Tra­dy­cji, jed­nak in­klu­zja tak­tow­nie za­ma­ni­fe­sto­wa­ła się iden­tycz­ną po­sta­cią, co na we­se­lu McPher­son.

= Pla­te­au śpie­wa ostat­nio o dziw­nych rze­czach = mruk­nę­łu Tu­ten­cha­mon, uno­sząc wzrok ku pła­skiej ciem­no­ści bez­wy­mia­ro­we­go nie­ba.

Po­ło­że­nie jenu rąk wzglę­dem tu­ło­wia, dys­tyn­go­wa­ny gest wa­chla­rzem – wszyst­ko mie­ści­ło się w bez­piecz­nym bia­łym szu­mie ko­mu­ni­ka­cji po­za­wer­bal­nej. De la Ro­che przy­kry­wa­łu się iden­tycz­ny­mi ste­row­ni­ka­mi be­ha­wio­ru i nie spo­dzie­wa­łu się ze­rwa­nia kon­wen­cji ze stro­ny in­klu­zji hoł­du­ją­cej naj­star­szym tra­dy­cjom. In­klu­zje mniej kon­ser­wa­tyw­ne, za­miast za­pra­szać pho­ebe’u do Ogro­dów pod pro­to­ko­łem HS, do­ko­na­ły­by po pro­stu osmo­zy in­for­ma­cyj­nej. Poza pierw­szą ter­cją jest to spo­sób naj­bar­dziej na­tu­ral­ny; roz­mo­wa na­to­miast – to mę­czą­cy, po­wol­ny ry­tu­ał.

Lecz Tu­ten­cha­mon na­wet te­raz kul­ty­wu­je czło­wie­czeń­stwo, jesz­cze je­den nie­wol­nik Cy­wi­li­za­cji. To wszyst­ko musi się za­wa­lić, prę­dzej czy póź­niej. In­te­li­gen­cja nie­spę­ta­na za­wsze w koń­cu wy­gra z in­te­li­gen­cją spę­ta­ną.

 

= Słu­chasz jego pie­śni, pho­ebe? = do­py­ty­wa­ła się in­klu­zja, prze­chy­la­jąc dziew­czę­co gło­wę. = Wsłu­chuj się uważ­nie.

= Od­wiecz­ne li­ta­nie: UI, UI, UI, in­no­ga­lak­tycz­ne Pro­gre­sy, be­stie z Ot­chła­ni…

= Słu­chaj uważ­nie.

= A ty – usły­sza­łuś coś cie­ka­we­go, osca? = za­py­tał se­cun­dus de la Ro­che’u.

Rów­nież sta­no­wił od­bi­cie ma­ni­fe­sta­cji pry­mar­nej i rów­nież nie wy­kra­czał poza kon­wen­cjo­nal­ne pro­gra­my mowy i cia­ła.

Ten pro­to­kół, my­śla­łu zgryź­li­wie Ma­xi­mil­lian, na­zy­wa się Uprzej­mość i ża­den hac­ker nie zła­mie go za nas.

= Stahs Mo­etle McPher­son… = za­wie­si­ła głos in­klu­zja.

= Tak?

= Nic nie mąci spo­ko­ju zmar­łych. = Tu­ten­cha­mon de­mon­stra­cyj­nie od­pro­wa­dzi­łu spoj­rze­niem bia­łe fe­nik­sy. = Po­wierzch­nia je­zio­ra jest gład­ka.

Le­d­wo wy­mie­nio­ne zo­sta­ło imię pra­pra­wnu­ka Ju­da­sa McPher­so­na, Ma­xi­mil­lian wy­da­li­łu ar­mię sen­sy­nów. Ce­sar­ski­mi Trak­ta­mi po­mknę­ły przez Pla­te­au; inne jęły prze­cze­sy­wać ze­wnętrz­ne Pola Ma­xi­mil­lia­nu.

Z czym wró­ci­ły: kil­ka ty­go­dni temu Mo­etle za­brał trzy kor­po­ra­cyj­ne Kły i znik­nął gdzieś w ga­lak­ty­ce; żad­nych ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów; cel nie­zna­ny.

De la Ro­che za­py­tu­je samu sie­bie: co ekra­nu­je od Pla­te­au?

Od­po­wia­da: śmierć lub kie­szeń tem­po­ral­na czar­nej dziu­ry.

Za­py­tu­je: jak McPher­son za­re­agu­je na am­pu­to­wa­nie fre­nu swe­go po­tom­ka?

Od­po­wia­da (w śmie­chu): nie zdą­ży za­re­ago­wać.

= Śmierć wnu­ka stah­sa Ju­da­sa – to by­ło­by nie­for­tun­ne = mruk­nę­łu de la Ro­che.

= Na­wet bar­dzo.

De la Ro­che za­py­tu­je samu sie­bie:

Czy to moż­li­we, iż Tu­ten­cha­mon po­dej­rze­wa o to nas? I czy wo­bec tego na­le­ży wy­pro­wa­dzać nu z błę­du? Co Ho­ry­zon­ta­li­ści zy­ska­li­by na prze­ko­na­niu jed­nej z po­tęż­niej­szych in­klu­zji, że po­sia­da­ją siłę i de­ter­mi­na­cję dla pro­wa­dze­nia otwar­tych dzia­łań ofen­syw­nych? Pla­te­au ostat­nio śpie­wa­ło tak­że o na­szej pry­wat­nej Woj­nie, ukry­tej gdzieś za siód­mym ho­ry­zon­tem… Czy to praw­da? Czy rze­czy­wi­ście ją po­sia­da­my?

Ma­xi­mil­lian py­ta­łu się ze szcze­rą cie­ka­wo­ścią. Przy­pusz­cza­łu, że przed przy­by­ciem do Far­sto­ne pod­da­łu się sil­ne­mu for­ma­to­wa­niu, wy­ci­na­jąc so­bie z użyt­ko­wej pa­mię­ci wszel­kie nie­ko­niecz­ne a kom­pro­mi­tu­ją­ce dane. Ma­xi­mil­lian samu więc już nie wie­dzia­łu, cze­go nie pa­mię­ta i cze­go nig­dy nie pa­mię­ta­łu. Za­pew­ne w roz­ma­itych po­za­cy­wi­li­za­cyj­nych Pla­te­au mia­łu po­ukry­wa­ne me­try i me­try sfe­rycz­ne pa­mię­ci wy­cię­tej z rdze­nia swe­go fre­nu – tego się po so­bie spo­dzie­wa­łu, na­wet bę­dąc tym, kim w owej chwi­li byłu. Nie wy­cię­łu bo­wiem z sie­bie ma­kia­we­licz­nej po­dejrz­li­wo­ści.

A może wła­śnie tę po­dejrz­li­wość do­dat­ko­wo so­bie za­pro­gra­mo­wa­łu na wi­zy­tę w Far­sto­ne.

Rze­kłu:

= Miej­my na­dzie­ję, że wszyst­ko szyb­ko się wy­ja­śni i żad­na zła wia­do­mość nie ze­psu­je tak pięk­ne­go dnia.

In­klu­zja spa­li­ła swą pla­te­au’ową ma­ni­fe­sta­cję i wy­co­fa­ła się z Ogro­dów. De la Ro­che ska­so­wa­łu se­cun­du­so­we per­cep­to­rium planck póź­niej.

Z po­wro­tem sku­pi­łu się na traw­ni­ku przed zam­kiem McPher­so­nów. Całe spo­tka­nie w Ogro­dach nie trwa­ło wię­cej jak dwa Gplanc­ki a-cza­su.

Pry­mar­na ma­ni­fe­sta­cja Tu­ten­cha­mo­nu za­grze­cho­ta­ła bran­so­le­ta­mi w krót­kim ukło­nie i ode­szła.

Ma­xi­mil­lian od­szu­ka­łu wzro­kiem Ju­da­sa McPher­so­na, zi­ry­to­wa­nu, że pod obo­wią­zu­ją­cym na przy­ję­ciu pro­to­ko­łem musi się ogra­ni­czać do jed­ne­go kie­run­ku spoj­rze­nia. Taak, Tra­dy­cja jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo wy­god­na dla stah­sów. Jak ro­zu­mu­ją nasi ko­cha­ni stah­so­wie? „Sko­ro my nie mo­że­my – nie chce­my – pod­nieść się na ich po­ziom, niech oni zej­dą na nasz”. Ty­ra­nia wy­cho­dzi na jaw w każ­dym szcze­gó­le, du­ma­łu de la Ro­che. Ży­je­my w jarz­mach ne­an­der­tal­czy­ków.

We­szłu do na­mio­tu, skry­łu się w chłod­nym cie­niu ko­lo­ro­we­go płót­na. Od­sta­wi­łu kie­lich z nie­do­pi­tym wi­nem i na­ło­ży­łu so­bie na ta­le­rzyk lo­do­we cia­sto. Z po­ukry­wa­nych prze­myśl­nie gło­śni­ków są­czy­ła się mu­zy­ka, kwar­tet smycz­ko­wy, ja­kaś im­pro­wi­za­cja, bo nie sko­ja­rzy­łu jej z ni­czym już pły­wa­ją­cym w mo­rzach da­nych.

Spod sto­łu zer­k­nął zło­wro­go na de la Ro­che’u pies, wiel­ki ber­nar­dyn. Za­war­czał z głę­bi gar­dła, uno­sząc łeb. Zwie­rzę­ta nie lu­bią na­no­ma­tycz­nych re­pre­zen­tan­tów, nie­po­koi je cał­ko­wi­ty brak za­pa­chu więk­szo­ści użyt­ko­wych ma­ni­fe­sta­cji, inf jest wszak tak gru­bo­ziar­ni­sty… Ma­xi­mil­lian od­su­nę­łu swe­go pri­mu­sa od sto­łu.

Lo­do­we cia­sto było mdlą­co słod­kie. De la Ro­che nie chcia­łu psuć so­bie hu­mo­ru i po­sta­no­wi­łu lu­bić cie­kłą sło­dycz. Po­sta­no­wi­łu – lu­bi­łu. Ob­li­zu­jąc war­gi, na­ło­ży­łu so­bie dru­gą por­cję.

Przy wej­ściu do na­mio­tu na­tknę­łu się na am­ba­sa­do­ra ra­ha­bów. Am­ba­sa­dor przy­wdzia­łu ma­ni­fe­sta­cję sta­re­go Mar­lo­na Bran­do. Prze­ko­ma­rza­łu się wła­śnie z trój­ką stah­so­wych dzie­ci, w ra­mach pro­to­ko­łu pe­dan­tycz­nie sy­mu­lu­jąc pot na czo­le i cięż­ki od­dech.

– Ależ nie, ależ nie! – wo­ła­łu, wy­ma­chu­jąc pu­stym ku­flem. – To nie my zja­da­my ga­zo­we ol­brzy­my, to usza!

– Usza in­wer­tu­ją ob­ło­ki wo­do­ro­we – upie­ra­ła się kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka w ró­żo­wej su­kien­ce, bia­łych pod­ko­la­nów­kach i błę­kit­nych ko­kar­dach wpię­tych w blond wło­sy. Się­ga­ła pry­mar­nej ma­ni­fe­sta­cji am­ba­sa­do­ra do pasa.

– Nie­praw­da! – uniósł się chłop­czyk o buzi uma­za­nej cze­ko­la­dą. – Oni są z me­ta­no­wych mórz!

– No ja chy­ba wiem le­piej – wes­tchnę­łu am­ba­sa­dor.

– Więc któ­rzy są krze­mow­ca­mi? – włą­czył się dru­gi chłop­czyk, do­tąd za­ję­ty roz­sma­ro­wy­wa­niem po ma­ry­nar­ce pla­my żół­te­go sosu.

– An­ta­ri – od­parł mu ten cze­ko­la­do­wy.

– A kto to?

– No krze­mow­ce!

Am­ba­sa­dor, prze­wra­ca­jąc ocza­mi, po­drep­ta­łu do usta­wio­nej na krzy­ża­kach wiel­kiej becz­ki i na­peł­ni­łu ku­fel.

Ma­xi­mil­lian uśmiech­nę­łu się po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Dzie­ci.

– Dzie­ci – sap­nę­łu ra­hab.

– Nie prze­czę, jest w tym pe­wien urok, prah­be.

Am­ba­sa­dor wes­tchnę­łu wie­lo­ry­bio.

– Ech, po­li­tycz­ne z cie­bie zwie­rzę, na­wet tu mi nie da­ru­jesz.

Mach­nę­łu wiel­ką ręką i, wy­mi­nąw­szy brzdą­ce mo­le­stu­ją­ce fleg­ma­tycz­ne­go ber­nar­dy­na, wy­szłu z na­mio­tu.

Ma­xi­mil­lian spo­koj­nie do­koń­czy­łu cia­sto, odło­ży­łu ta­le­rzyk, otar­łu usta. Już nie tra­ci­łu ner­wów tak ła­two, jak na po­cząt­ku we­se­la. Mapa jenu Pól emo­cjo­nal­nych znów przy­po­mi­na­ła Man­del­bro­ta, z do­brze wy­kształ­co­nym rdze­niem i pe­ry­fe­ryj­ny­mi od­bi­cia­mi; nowy pro­to­kół uczu­cio­wy był bar­dziej ela­stycz­ny.

Mru­żąc oczy sta­nę­łu na gra­ni­cy słoń­ca i cie­nia, pod fał­dą za­wi­nię­te­go płót­na na­mio­tu.

Ob­lusz­czo­ne mury zam­ku wzno­si­ły się wy­so­ko nad roz­sło­necz­nio­nym traw­ni­kiem, ka­mien­ne płasz­czy­zny chro­po­wa­te­go cie­nia. Po­nad bry­łą zam­ku że­glo­wał wiel­ki czer­wo­ny ba­lon z wy­pi­sa­ny­mi na po­wło­ce ży­cze­nia­mi dla no­wo­żeń­ców. Wiatr od mo­rza ko­ły­sał ba­lo­nem, szar­pał go w dół i w górę. Nie­ba, tak czy­ste­go, tak błę­kit­ne­go, nie zna­czy­ły naj­drob­niej­sze strzę­py ob­ło­ków, na­wet pta­ków nie doj­rza­łu, upał przy­gniótł je do zie­mi. Cie­nie zam­ku i na­mio­tów wy­ci­na­ły w traw­ni­ku ko­śla­we for­my, we­wnątrz nich gro­ma­dzi­li się go­ście. Pod naj­więk­szym, śnież­no­bia­łym na­mio­tem szy­ko­wa­ła się na owal­nym po­dium or­kie­stra; Ma­xi­mil­lian wi­dzia­łu mu­zy­ków stro­ją­cych in­stru­men­ty, dzie­ci cho­wa­ją­ce się za de­ska­mi es­tra­dy. W ką­cie, gdzie cień naj­głęb­szy, ja­kiś męż­czy­zna zdjąw­szy ma­ry­nar­kę żon­glo­wał czte­re­ma kie­lisz­ka­mi. Mu­siał być już lek­ko wsta­wio­ny. Żona da­wa­ła mu dys­kret­ne zna­ki. Ale żon­glo­wał jesz­cze za­ma­szy­ściej. Dzie­cia­ki sta­ły z otwar­ty­mi bu­zia­mi. Kil­ka osób za­kła­da­ło się, czy fa­cet upu­ści szkło. Za­bu­cza­ła stro­jo­na gi­ta­ra i kie­lisz­ki spa­dły na zie­mię. Wszy­scy się śmia­li, łącz­nie z nie­for­tun­nym żon­gle­rem.

Ma­xi­mil­lian łyk­nę­łu z Pla­te­au nie­co głę­biej. Męż­czy­zna na­zy­wał się Adam Za­moy­ski, lecz w ety­kiet­ce pla­te­au’owej uj­mo­wa­no to na­zwi­sko w cu­dzy­słów. Nie był stah­sem. Nie był też nie­pod­le­głą ma­ni­fe­sta­cją pho­ebe’u sta­re­go ob­rząd­ku. Był wła­sno­ścią McPher­so­na.

Ma­te­rial­ne szcząt­ki Za­moy­skie­go od­zy­ska­no z „Wolsz­cza­na”, na któ­re­go wrak, idą­cy dzi­kim kur­sem ostro od eklip­ty­ki, na­tra­fił trój­zę­bo­wiec Gno­sis. Zna­le­zio­no tam jesz­cze kil­ka in­nych tru­pów, ale mó­zgu żad­ne­go z nich nie uda­ło się od­bu­do­wać. Na­to­miast ten tu po­ła­ta­niec – we­dług da­nych z pu­blicz­nych Pól Pla­te­au – po­sia­dał ory­gi­nal­ne wspo­mnie­nia i ory­gi­nal­ny fren. Ak­tu­al­nie znaj­do­wał się pod nad­zo­rem SI z Pla­te­au – owa se­min­klu­zja fil­tro­wa­ła mu rze­czy­wi­stość, sy­mu­lu­jąc jego współ­cze­sność i sty­mu­lu­jąc re­kon­struk­cję pa­mię­ci. W niej bo­wiem za­mknię­ta była ta­jem­ni­ca lo­sów „Wolsz­cza­na”.

Gno­sis nie in­for­mo­wa­ła, dla­cze­go po pro­stu nie wło­żo­no Za­moy­skie­go do te­ra­peu­tycz­nej AR.

W pu­blicz­nych za­so­bach Pla­te­au znaj­do­wa­ły się do­syć bo­ga­te dane na te­mat mi­sji stat­ku. Zbu­do­wa­ny w oko­łok­się­ży­co­wej stocz­ni ALMA w 2091 roku, wy­ru­szył w dro­gę 2 grud­nia 2092. Cel: ano­ma­lia cza­so­prze­strzen­na pół roku świetl­ne­go od ε Eri­da­ni.

Ach, to była pierw­sza eks­pe­dy­cja do Zła­ma­ne­go Por­tu! Po te in­for­ma­cje nie mu­sia­łu de la Ro­che się­gać do ze­wnętrz­nych Pól, to był ka­mień mi­lo­wy Pro­gre­su Homo Sa­piens.

Port De­for­man­tów z nie­zna­nych przy­czyn roz­pruł się, gdy mi­jał ε Eri­da­ni. Nie prze­ży­łu żad­nu De­for­mant. Po ka­ta­stro­fie po­zo­sta­ło tam nie­re­gu­lar­ne ugię­cie cza­so­prze­strze­ni, sie­ją­ce lo­so­wo wiąz­ka­mi dłu­gich kra­ft­fal. Obiek­ty zła­pa­ne w sio­dło ta­kiej fali ze­śli­zgi­wa­ły się poza za­sięg ziem­skich te­le­sko­pów z pręd­ko­ścią po­nad­świetl­ną.

W koń­cu parę państw z Zie­mi wy­sła­ło eks­pe­dy­cje dla zba­da­nia fe­no­me­nu. Pierw­sze trzy szlag tra­fił, Zła­ma­ny Port po­łknął je bez śla­du. Była to oczy­wi­ście wiel­ka nie­ostroż­ność ze stro­ny na­ukow­ców, że pcha­li się tak pro­sto w pasz­czę wul­ka­nu, ale wte­dy wła­śnie Homo sa­piens jesz­cze się zu­peł­nie nie zna­li na kra­ftun­ku. Wie­dza, tech­no­lo­gia przy­szły do­pie­ro po­tem; na Zła­ma­nym Por­cie lu­dzie na­uczy­li się pod­sta­wo­wych praw, dzię­ki nie­mu zbu­do­wa­li swo­je pierw­sze Kły, dzię­ki nie­mu prze­kro­czy­li Dru­gi Próg Pro­gre­su.

Zwa­żyw­szy na wie­ki dry­fu, „Wolsz­czan” zo­stał zna­le­zio­ny we wca­le nie­złym sta­nie. Mu­siał jed­nak prze­cho­dzić przez ja­kiś sys­te­mo­wy śmiet­nik, bo po­dziu­ra­wi­ło go mniej­szy­mi i więk­szy­mi me­te­ora­mi nie­mal na wy­lot. Wszyst­kich sze­ścio­ro człon­ków za­ło­gi zna­le­zio­no w ana­bio­ze­rach. Dwo­je nie żyło już przed ich za­mknię­ciem, resz­ta zmar­ła w efek­cie po­stę­pu­ją­cej de­gra­da­cji sprzę­tu.

Te­raz de la Ro­che do­ce­nia­łu zna­cze­nie Ada­ma Za­moy­skie­go, któ­ry w rze­czy­wi­sto­ści mógł na­zy­wać się in­a­czej, lecz nikt nie wie­dział jak, bo jego DNA nie od­po­wia­da­ło żad­ne­mu z sze­ściu DNA za­cho­wa­nych w Pla­te­au jako DNA człon­ków za­ło­gi fe­ral­ne­go stat­ku. To samo do­ty­czy­ło zresz­tą dwóch in­nych tru­pów.

Czyż­by ktoś pod­mie­nił w głę­bo­kim ko­smo­sie tro­je lu­dzi? Zmie­nił DNA i RNA każ­dej ich ko­mór­ki, wszyst­kich mi­to­chon­driów? To ewi­dent­nie wska­zy­wa­ło na in­ter­wen­cję tech­no­lo­gii z wyż­szych re­jo­nów Krzy­wej. Czyż­by Pią­ty Pro­gres? To by­ło­by coś! Czy Gno­sis kon­sul­to­wa­ła spra­wę z an­ta­ri, ra­ha­ba­mi i usza? Trze­ba by wy­sto­so­wać ofi­cjal­ne za­py­ta­nie. De la Ro­che uzna­łu, że nie po­win­no ono wzbu­dzić żad­nych po­dej­rzeń: zwy­kła cie­ka­wo ść. Wy­sła­łu za­tem Trak­tem lau­fra do Pól kor­po­ra­cji. Kil­ka Kplanc­ków póź­niej lau­fer przy­niósł od­po­wiedź spro­wa­dza­ją­cą się do jed­no­myśl­ne­go de­men­ti wszyst­kich trzech Cy­wi­li­za­cji.

 

Może więc ja­cyś De­for­man­ci. Mhm. Trud­no po­wie­dzieć.

Nie­mniej wskrze­sze­niec re­ago­wa ł na na­zwi­sko Ada­ma Za­moy­skie­go, Ada­mem Za­moy­skim się pa­mię­tał – Gno­sis tym­cza­so­wo za­ak­cep­to­wa­ła tę toż­sa­mość.

Ma­xi­mil­lian po­desz łu do Za­moy­skie­go, któ­ry zbie­rał wła­śnie odłam­ki szkła z zie­mi. (Tyl­ko je­den kie­li­szek się roz­bił).

– Dzień do­bry.

– A tak, tak. Wy­grał pan, czy prze­grał?

– Ja się nie za­kła­da­łum.

– Kie­dyś żon­glo­wa­łem pię­cio­ma.

– Na­praw­dę?

Za­moy­ski wy­pro­sto­wał się, za­wi­nął szkło w ser­wet­kę, ro­zej­rzał się i wrzu­cił je do naj­bliż­sze­go ko­sza.

Pry­mar­na Ma­xi­mil­lia­nu przy­glą­da­ła mu się spo­koj­nie, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi za ple­ca­mi. Ana­li­za an­giel­skie­go, ja­kim po­słu­gi­wał się Za­moy­ski, wska­zy­wa­ła, iż nie sta­no­wił on jego ję­zy­ka oj­czy­ste­go.

Cie­ka­we, jak szczel­ny jest ten filtr re­tro.

– To po­dob­nie jak Wiel­ka Loża – rze­kłu pry­mar­nym de la Ro­che. – Trzy na­raz i wszyst­ko spa­da, roz­pry­sku­je się w drob­ny mak.

Za­moy­ski zi­gno­ro­wał sło­wa Ma­xi­mil­lia­nu, spo­glą­dał obo­jęt­nie, gło­wa ani drgnę­ła, nie po­ru­szy­ły się oczy.

Ana­li­zer be­ha­wio­ru nie miał wąt­pli­wo­ści: Za­moy­ski nie usły­szał nic ze słów Ma­xi­mil­lia­nu, SI ocen­zu­ro­wa­ła.

Bied­ny pół­trup, żyje w XXI wie­ku.

– Po­noć jest pan ko­smo­nau­tą.

– A tak, tak. – Tym ra­zem za­re­ago­wał. – Ko­smo­nau­tą. By­łem. – Wy­krzy­wił się do­bro­dusz­nie. – Mi­siu za­ko­piań­ski. Chce się pan sfo­to­gra­fo­wać?

– Nie, dzię­ku­ję. Miał pan ja­kieś cie­ka­we przy­go­dy?

– Słu­cham? – mruk­nął roz­tar­gnio­ny Za­moy­ski.

Już bo­wiem na czym in­nym sku­piał swą uwa­gę – za­wie­sił wzrok po­nad ra­mie­niem pry­mar­nej de la Ro­che’u, na wy­so­ko­ści zam­ko­wych blan­ków.

– W ko­smo­sie – cią­gnę­łu pho­ebe gład­kim, ni­skim gło­sem, ob­ra­ca­jąc ku męż­czyź­nie tu­łów i prze­chy­la­jąc gło­wę. – Przy­da­rzy­ło się panu coś cie­ka­we­go? Wie pan, lu­dzie róż­ne rze­czy opo­wia­da­ją…

– A tak, tak. Coś cie­ka­we­go. Na pew­no.

Po­cie­rał o sie­bie ner­wo­wo wnę­trza wiel­kich dło­ni. Czy to jest jego ory­gi­nal­ny fe­no­typ, czy też prze­ska­lo­wa­no go do współ­cze­snych wa­run­ków? Zresz­tą czy na­praw­dę był Ada­mem Za­moy­skim? Wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do ar­bi­tral­nych de­cy­zji. Wy­bra­no mu za­tem cia­ło o wy­so­ko­ści me­tra i dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów i dzię­ki temu był te­raz wzro­stu śred­nie­go.

Pry­mar­na Ma­xi­mil­lia­nu mia­ła jego spo­co­ną twarz na wy­cią­gnię­cie ręki. Ja­sno­błę­kit­ne oczy Za­moy­skie­go ce­lo­wa­ły tuż obok.

Na Po­lach pho­ebe’u py­ta­nia mno­ży­ły się ni­czym go­rą­ca kul­tu­ra bak­te­ryj­na. Czy do­bór wie­ku i rzeź­ba fe­no­ty­pu wskrze­szeń­ca były przy­pad­ko­we, czy też wy­ni­ka­ły ze ska­nu jego mó­zgu sprzed re­kon­struk­cji? Czy Gno­sis dys­po­nu­je do­dat­ko­wy­mi, nie­ujaw­nia­ny­mi in­for­ma­cja­mi o wy­pra­wie „Wolsz­cza­na”? W ja­kim celu Ju­das wpu­ścił tę ofia­rę mię­dzy go­ści we­sel­nych?

Ob­li­cze miał Za­moy­ski po­bruż­dżo­ne głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi, brwi zgo­ła na­stro­szo­ne, wąs gę­sty, usta jak pęk­nię­cie ka­mie­nia. Bar­dzo bar­czy­sty, po­chy­lał gło­wę do przo­du.

Na pe­ry­fe­ryj­nych Po­lach Ma­xi­mil­lia­nu wy­bu­cha­ły szyb­kie atrak­to­ry sko­ja­rzeń wi­zu­al­nych: bok­ser – byk – bul­do­żer – ta­ran.

– Co ta­kie­go? Ja­kaś przy­go­da w ko­smo­sie? Ha, może i tra­fi­li­ście na ślad ży­cia po­za­ziem­skie­go! Wie pan, ja­kie plot­ki się bez prze­rwy sły­szy? – do­py­ty­wa­łu się de la Ro­che, cier­pli­wie son­du­ją­cu pre­cy­zję fil­tra nad­zor­czej se­min­klu­zji.

Ale on, Za­moy­ski – nie usły­szał? zi­gno­ro­wał? był zbyt pi­ja­ny? na­my­ślał się tak dłu­go? Bo zno­wu nie od­po­wie­dział.

Z głę­bi na­mio­tu wró­ci­ła jego żona, szczu­pła bru­net­ka w prze­wiew­nej ba­weł­nie.

Żona? Pla­te­au na­świe­tla inny ob­raz: na­no­ma­tycz­na ku­kła straż­ni­czej SI. Skrom­na wi­zy­tów­ka pla­te­au’owa in­for­mu­je o sta­tu­sie ma­ni­fe­sta­cji: le­asing Gno­sis Inc… – ce­sar­ska li­cen­cja bez­ter­mi­no­wa – funk­cja te­ra­peu­tycz­na.

– Ile pa­mię­ta? – zwró­ci­łu się do niej de la Ro­che, pew­nu, że se­min­klu­zja to wy­tnie i Za­moy­ski nie usły­szy słów, nie spo­strze­że na­wet ru­chu warg.

– Z pa­mię­ci krót­ko­ter­mi­no­wej nie­wie­le oca­la­ło – od­par­ła SI, wy­gła­dza­jąc bia­łą su­kien­kę.

Mi­nę­ła ma­ni­fe­sta­cję pho­ebe’u, ob­da­rza­jąc ją ko­sym spoj­rze­niem, i uję­ła Za­moy­skie­go pod ra­mię. Adam nie uczy­nił ru­chu, by się wy­rwać, nie uczy­nił ru­chu, by przy­gar­nąć ją bli­żej, nie zmie­nił też wy­ra­zu twa­rzy. Wy­da­wał się być już dość moc­no odu­rzo­ny – choć przed chwi­lą żon­glo­wał czte­re­ma kie­lisz­ka­mi. Czyż­by se­min­klu­zja była w sta­nie na­kła­dać nań tak bru­tal­ne blo­ka­dy?

– Prze­nie­śli­ście go na Pla­te­au, czy ma tyl­ko siat­kę na ko­rze?

– Tyl­ko wsz­czep­kę na­no­ma­tycz­ną – od­par­ła SI, pro­wa­dząc po­wo­li „męża” na słoń­ce. – Roz­sze­rzo­ną ko­nek­cyj­kę Czwar­tej Tra­dy­cji. Stahs Ju­das ma na­dzie­ję w koń­cu ją usu­nąć.

– Kupi mu oby­wa­tel­stwo? – De la Ro­che po­stę­po­wa­łu za nimi.

– Może. – Se­min­klu­zja uśmiech­nę­ła się dwu­znacz­nie. – To za­le­ży. Pro­szę go zresz­tą samu za­py­tać, pho­ebe.

Oby­dwie ma­ni­fe­sta­cje na­no­ma­tycz­ne obej­rza­ły się rów­no­cze­śnie na McPher­so­na. (Na bio­lo­gicz­ną ma­ni­fe­sta­cję McPher­so­na, my­śla­łu Ma­xi­mil­lian). Ju­das McPher­son su­nął w swym fra­ku przez gęst­nie­ją­cy wo­ko­ło tłu­mek go­ści, w stro­nę mło­dej pary, skry­tej w cie­niu pierw­szych drzew par­ku, za sto­ła­mi z pre­zen­ta­mi. Na war­gach: mo­nar­szy pół­u­śmiech. W oczach: zło­śli­wa iro­nia i po­gar­da. Jego oczu Ma­xi­mil­lian nie wi­dzia­łu przez czar­ne szkła oku­la­rów Ju­da­sa, lecz taki wy­raz mia­ły one w 99% mo­de­li fre­nu stah­sa Ju­da­sa McPher­so­na ho­do­wa­nych na Po­lach de la Ro­che’u.

– No wła­śnie – wes­tchnę­ła zza ich ple­ców – Kto? Bły­sk­planc­ko­wa ana­li­za gło­su i Ma­xi­mil­lian już wie, że to – An­ge­li­ka, naj­młod­sza cór­ka McPher­so­na, sie­dem­na­ste jego dziec­ko we­dług sta­rej Tra­dy­cji – prze­cią­ga­jąc wes­tchnie­nie, mówi na wy­de­chu:

– Przy­pusz­czam, że tak to wy­glą­da na wszyst­kich we­se­lach, na któ­re go za­pra­sza­ją: on jest za­wsze głów­ną atrak­cją, cen­trum uwa­gi.

Od­wró­ci­li się do niej, pry­mar­na SI się ukło­ni­ła, Za­moy­ski uca­ło­wał dłoń.

An­ge­li­ka uśmiech­nę­ła się do nie­go ser­decz­nie.

– Pa­nie Za­moy­ski, pa­nie Za­moy­ski… zno­wu pan prze­sa­dził? Może jed­nak ja­kieś ła­god­niej­sze trun­ki. Nie sma­ku­ją?

– Sma­ku­ją – od­rzekł męż­czy­zna, ostroż­nie ar­ty­ku­łu­jąc gło­ski. – Wszyst­ko tu sma­ku­je. Ale są zbyt… po­wol­ne.

– Tak?

– Nie­ste­ty – po­ki­wał gło­wą. – Je­stem al­ko­ho­li­kiem – rzekł i po­rwał z tacy prze­cho­dzą­ce­go obok kel­ne­ra ko­lej­ny kie­li­szek.

– O? A cze­muż to?

De la Ro­che za­chi­cho­ta­łu w du­chu. Cóż za dia­log przez stu­le­cia…!

Bo wła­ści­wie na ile sub­tel­ne mogą być in­ge­ren­cje nad­zor­czej SI? Czy po­win­na ona na przy­kład prze­re­da­go­wać ostat­nie py­ta­nie An­ge­li­ki? McPher­son za­py­ta­ła jak o wy­bór, lecz Za­moy­ski po­cho­dzi z epo­ki fa­ta­li­zmu, z epo­ki pre­de­sty­na­cji cia­ła i umy­słu. Pili, bo mu­sie­li. Cho­ro­wa­li, bo mu­sie­li. Umie­ra­li, bo mu­sie­li. Nie było wy­bo­ru.

Na­wet więc je­śli sły­szy – to co sły­szy? co ro­zu­mie?

– Tego drin­ka – Za­moy­ski jął tłu­ma­czyć z po­waż­ną miną, na­chy­la­jąc się na pro­stych no­gach ku czar­no­wło­sej dziew­czy­nie; upa­da­ją­ca wie­ża, ludz­ki obe­lisk – tego drin­ka wy­pi­ję, bo po­przed­ni był zbyt sła­by. Tam­te­go po­trze­bo­wa­łem, bo ten przed nim nie star­czył. A on – – Ach. Więc w ta­kim ra­zie jaka była Pierw­sza Przy­czy­na?

– Pierw­sza Przy­czy­na, moja dro­ga – Za­moy­ski uniósł kie­li­szek pod świa­tło i przy­mknąw­szy lewe oko, stu­dio­wał bar­wę pły­nu z uwa­gą god­ną ki­pe­ra – Pierw­sza Przy­czy­na za­wsze sta­no­wi ta­jem­ni­cę.

An­ge­li­ka czub­kiem pan­to­fla za­kre­śli­ła li­nię na su­chej zie­mi mię­dzy sobą a Za­moy­skim. Za­moy­ski opu­ścił wzrok na jej opa­lo­ną łyd­kę. An­ge­li­ka – bio­lo­gicz­na ma­ni­fe­sta­cja An­ge­li­ki – była wy­so­ka, szczu­pła, lecz o wi­docz­nych, do­brze roz­wi­nię­tych, dłu­gich mię­śniach. Mało przy­po­mi­na­ła ojca. Tra­dy­cja wy­mu­sza nie­za­kłó­co­ny trans­fer ge­nów – ko­ściec mia­ła za­tem po mat­ce lub pra­dziad­ku.

De la Ro­che wchła­nia­łu in­for­ma­cje: An­ge­li­ka Ma­ria McPher­son – Pierw­sza Tra­dy­cja – dzie­więt­na­ście lat – czter­na­sty rok na­uki w je­zu­ic­kiej szko­le w środ­ko­wej Afry­ce – nie­jaw­ny sta­tus w struk­tu­rze dzie­dzi­cze­nia McPher­so­nów – żad­nych ofi­cjal­nych de­kla­ra­cji – ar­chi­wi­zo­wa­na w cy­klu rocz­nym lub pół­rocz­nym – brak za­re­je­stro­wa­nych pla­te­au’owych łą­czy cza­su rze­czy­wi­ste­go – nig­dy nie opusz­cza­ła Zie­mi – nie­zna­na orien­ta­cja po­li­tycz­na…