LódTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kraków 2007

In­for­mację o źródłach cy­tatów za­wie­ra Ex li­bris

Wy­da­nie pierw­sze

Re­dak­tor pro­wadzący

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Paweł Ciem­niew­ski

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Małgo­rza­ta Wójcik, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk

Pro­jekt okładki

To­masz Bagiński i Ma­ciek Jac­kie­wicz

Pro­jekt stron tytułowych

To­masz Bagiński

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bożena Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2007

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łama­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04717-0

Spis treści

  I WARSZAWA ROZDZIAŁ PIERWSZY

  II TRANS-SYBERJA ROZDZIAŁ DRUGI ROZDZIAŁ TRZECI ROZDZIAŁ CZWARTY ROZDZIAŁ PIĄTY ROZDZIAŁ SZÓSTY ROZDZIAŁ SIÓDMY

  III DROGI MAMUTÓW ROZDZIAŁ ÓSMY ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

  IV UN-ILU ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

  EX LIBRIS

My nie mar­z­nie­my.

I WAR­SZA­WA

„Jeżeli żołnierz daje strzał z ka­ra­bi­nu, to w tej chwi­li za­czy­na ist­nieć rana, jaką kula w nie­przy­ja­cie­lu wy­wier­ci za jakiś czas; jeśli kto zażywa dawkę nie­ule­czal­nej tru­ci­zny, to w tej chwi­li za­czy­na ist­nieć osta­tecz­ny pro­ces śmier­tel­ny, choćby jego chwi­la na­deszła do­pie­ro za parę dni. Słusznie mówili sta­rożytni: umar­liśmy już z chwilą na­ro­dzin. Władzy nad dalszą drogą kuli i tru­ci­zny (i po części przeżywa­nia się) nie mamy”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

O synu tysiącru­blo­wym

14 lip­ca 1924 roku, gdy przy­szli po mnie czy­now­ni­cy Mi­ni­ster­jum Zimy, wie­czo­rem tego dnia, w wi­gilję sy­ber­ja­dy, do­pie­ro wte­dy zacząłem po­dej­rze­wać, że nie ist­nieję.

Pod pie­rzyną, pod trze­ma ko­ca­mi i sta­rym płasz­czem ga­bar­dy­no­wym, w bar­cha­no­wych ka­le­so­nach i swe­trze włóczko­wym, w skar­pe­tach naciągniętych na skar­pe­ty — tyl­ko sto­py wy­sta­wały spod pie­rzyny i koców — po kil­ku­na­stu go­dzi­nach snu na­resz­cie roz­mrożony, zwi­nięty pra­wie w kulę, z głową wciśniętą pod po­duchę w gru­bej ob­szew­ce, że i dźwięki do­cie­rały już miękkie, ogrza­ne, ob­la­ne w wo­sku, jak mrówki ugrzęzłe w żywi­cy, tak one prze­dzie­rały się w głąb po­wo­li i z wiel­kim mozołem, przez sen i przez po­duszkę, mi­li­metr za mi­li­metrem, słowo za słowem:

— Ga­spa­din Wie­nie­dikt Je­rosław­ski.

— On.

— Spit?

— Spit, Iwan Iwa­no­wicz.

Głos i głos, a pierw­szy ni­ski i ochrypły, a dru­gi ni­ski i śpiew­ny; za­nim uniosłem koc i po­wiekę, już ich wi­działem, jak się nade mną po­chy­lają, ten ochrypły od głowy, ten zaśpiew­ny od stro­ny stóp, car­scy aniołowie moi.

— Obu­dzi­liśmy pa­ni­cza Wie­nie­dik­ta — stwier­dził Iwan, gdy podźwignąłem po­wiekę drugą. Skinął na Bier­na­tową; go­spo­dy­ni po­tul­nie opuściła izbę.

Iwan przy­sunął so­bie ta­bu­ret i usiadł; ko­la­na trzy­mał ra­zem, a na ko­la­nach czar­ny me­lo­nik o wąskiem ron­dzie. Wy­so­ki va­termörder, biały jak śnieg w południo­wem słońcu, raził mnie w oczy, biały va­termörder i białe biu­ro­we man­kie­ty, ośle­piające na tle jed­no­li­tej czer­ni ich ubiorów. Mru­gałem.

— Pozwólcie, Wie­nie­dikt Fi­li­po­wicz.

Po­zwo­li­li so­bie. Dru­gi przy­siadł w no­gach łóżka, swo­im ciężarem pie­rzynę ściągając, aż mu­siałem ją puścić; złapaw­szy z ko­le­ji za koce, uniosłem się na barłogu, i tak oto od­kryłem także ple­cy, po­wie­trze zim­ne wcisnęło się pod swe­ter i ka­le­so­ny, zadrżałem, roz­bu­dzo­ny.

Na­rzu­ciłem na ra­mio­na płaszcz, ko­la­na pod­sunąłem pod brodę.

Spoglądali na mnie z roz­ba­wie­niem.

— Jak zdro­wie?

Odchrząknąłem. W gar­dle ze­brała się fleg­ma noc­na, żrący kwas na wszyst­kich treściach żołądka, z kiełbasy czosn­ko­wej, kor­ni­szonów, cze­go tam jesz­cze wczo­raj zażywa­liśmy, z ciepłej de­re­niówki i pa­pie­rosów, mnóstwa pa­pie­rosów. Wy­chy­liłem się ku ścia­nie i charknąłem do kra­szar­ki. Aż mnie zgięło. Zgięty, przez długą chwilę kasz­lałem ciężko.

Otarłem usta roz­dar­tym ręka­wem płasz­cza.

— Końskie.

— A to do­brze, to do­brze, baliśmy się, że z łóżka nie wsta­nie­cie.

Wstałem. Pu­gi­la­res leżał na pa­ra­pe­cie, wciśnięty za do­niczkę z martwą pe­lar­go­nią. Wyjąłem bu­magę, pod nos Iwa­no­wi po­de­tknąłem.

Ani spoj­rzał.

— Ależ ga­spa­din Je­rosław­ski! Czy my stójko­wi jacy je­steśmy! — Wy­pro­sto­wał się na tym ta­bu­re­cie jesz­cze bar­dziej, myślałem, że to nie­możliwe, ale jesz­cze się wy­pro­sto­wał, te­raz to ścia­ny krzy­we­mi się zda­wały, sza­fa gar­batą, fu­try­na skol­jo­tyczną; obrażony, uno­sił czy­now­nik podbródek i pierś wy­pi­nał. — Bar­dzo grzecz­nie pro­si­my pana do nas na Mio­dową, na her­batkę i słodkości, ko­mi­sarz za­wsze spro­wa­dza so­bie sor­be­ty, ba­becz­ki, rożki śmie­tan­ko­we, pro­sto od Se­ma­de­nie­go, praw­dzi­wa roz­pu­sta pod­nie­bie­nia, jeśli mogę się tak wy­ra­zić, co, Kirył?

— Możecie, Iwan Iwa­no­wicz, jak naj­bar­dziej — zaśpie­wał Kirył.

Iwan Iwa­no­wicz miał su­mia­ste wąsy, wy­po­ma­do­wa­ne moc­no i ku górze pod­wi­nięte; Kirył na­to­miast cały był gładziut­ko wy­go­lo­ny. Iwan wyjął z kie­szon­ki ka­mi­zel­ki ce­bulę na de­wiz­ce spląta­nej i oznaj­mił, że jest pięć do piątej, ko­mi­sarz Pre­iss wiel­ce so­bie ceni punk­tu­al­ność, a o której wy­cho­dzi na ko­lację? Umówili się z gie­ne­rałem-ma­jo­rem we Fran­cu­skim.

Kirył poczęsto­wał Iwa­na ta­baką, Iwan poczęsto­wał Kiryła pa­pi­ro­sem, przyglądali mi się, jak się ubie­ram. Chlusnąłem w mied­nicę wody lo­do­wa­tej. Ka­fle pie­ca były zim­ne. Podkręciłem knot w lam­pie. Je­dy­ne okno po­ko­ju wy­cho­dziło na podwórko cia­sne, szy­by zaś tak bru­dem i szro­nem za­rosły, że na­wet w południe nie­wie­le bla­sku słonecz­ne­go przez nie prze­cie­ka. Kie­dy się goliłem — kie­dy jesz­cze się goliłem — mu­siałem byłem sta­wiać so­bie przed lu­strem lampę na pełny płomień odkręconą. Zyga roz­stał się z brzytwą za­raz po przy­by­ciu do War­sza­wy; wy­ho­do­wał brodę godną popa. Zerknąłem na jego posłanie po dru­giej stro­nie pie­ca. W po­nie­działki ma wykłady, wstał pew­nie o świ­cie. Na łóżku Zyg­mun­ta leżały czar­ne szu­by czy­now­ników, ich ręka­wi­ce, la­ska i szal. Stół bo­wiem za­sta­wio­ny był po brze­gi brud­ne­mi na­czy­nia­mi, flasz­ka­mi (pu­ste­mi), książkami, cza­so­pi­sma­mi, ze­szy­ta­mi, Zyga su­szył so­bie skar­pe­ty i bie­liznę, zwie­szając je z krawędzi bla­tu, przy­ciśnięte atla­sa­mi ana­tom­ji i łacińskie­mi dyk­cjo­na­rza­mi. A na środ­ku stołu, na roz­czy­ta­nym, zatłuszczo­nym Über die Hy­po­the­sen we­lche der Geo­me­trie zu Grun­de lie­gen Rie­man­na i na ster­cie pożółkłych „Ku­ry­erów War­szaw­skich”, trzy­ma­nych na pod­pałkę, do klaj­stro­wa­nia szcze­lin mro­zem roz­par­tych i od­wil­ga­ca­nia butów, a także na ob­wijkę bu­tersz­nytów — tam wzno­sił się podwójny rząd świec i ogarków, ru­iny ste­ary­no­we­go Par­te­no­nu. Pod ścianą na­prze­ciw­ko pie­ca piętrzyły się na­to­miast równe sto­sy wo­lu­minów w twar­dej ob­wo­lu­cie, poukłada­nych według for­ma­tu i gru­bości, i według częstości lek­tu­ry. Wiszący nad nimi na okop­co­nej ścia­nie ryn­graf z Matką Boską Ostro­bramską — je­dy­na po­zo­stałość po po­przed­nich lo­ka­to­rach, których Bier­na­to­wa wy­rzu­ciła na bruk z po­wo­du „nie­przy­stoj­ne­go pro­wa­dze­nia” — do resz­ty sczer­niał i te­raz wyglądał ra­czej jak ele­ment śre­dnio­wiecz­nej zbro­ji dla li­li­putów. Iwan przy­pa­try­wał mu się długo, w natężeniu wiel­kiem, sztyw­no usa­dzon na stołku, z lewą ręką z pa­pi­ro­sem od­su­niętą w bok pod kątem czter­dzie­stu pięciu stop­ni do ciała, prawą ułożoną na udzie obok me­lo­ni­ka, marszcząc brwi i nos, strosząc wąsa — wte­dym zro­zu­miał, że on jest pra­wie ślepy, że to kan­ce­la­ryj­ny krótko­widz, na no­sie i pod oczo­dołami miał ślady po bi­no­klach, bez bi­no­kli po­zo­stało mu zdać się na Kiryła. We­szli pro­sto z mro­zu i Iwan mu­siał był zdjąć oku­la­ry. Mnie sa­me­mu cza­sa­mi łzawią tu oczy. Po­wie­trze we wnętrzu ka­mie­ni­cy jest gęste, ciężkie, na­tar­te wszyst­kie­mi wo­nia­mi ludz­kich i zwierzęcych or­ga­nizmów, okien nie otwie­ra nikt, drzwi za­raz się za­trza­sku­je i za­ty­ka szma­ta­mi szcze­liny nad pro­ga­mi, iżby nie uciekło ciepło z bu­dyn­ku — za opał trze­ba prze­cie płacić, a kto by miał dosyć pie­niędzy na węgiel, w ogóle nie gnieździłby się w ta­kich ciem­nych ofi­cy­nach, gdzie po­wie­trze jest gęste, ciężkie, od­dy­chasz nim, jak­byś pił wodę wy­plutą przez sąsia­da i psa jego, każdy twój od­dech mil­jon razy wcześniej prze­szedł przez gruźli­cze płuca chłopów, Żydów, wo­zaków, rzeźników i dzi­wek, wy­krztu­szo­ny z czar­nych krta­ni po­wra­ca do cie­bie zno­wu i zno­wu, przesączo­ny przez ich ślinę i śluz, przepuszczo­ny przez za­grzy­bio­ne, za­wszo­ne i za­ro­piałe ciała, oni wy­kasz­le­li, wy­smar­ka­li, wy­rzy­ga­li go to­bie pro­sto w usta, mu­sisz połknąć, mu­sisz od­dy­chać, od­dy­chaj!

 

— Prze-prze­pra­szam.

Wy­cho­dek na końcu ko­ry­ta­rza szczęściem nie był aku­rat zajęty. Wy­mio­to­wałem w dziurę, z której wionęło mi w twarz smro­dem lo­do­wa­tym. Spod ob­sra­nej de­ski wyłaziły pru­sa­ki. Roz­gnia­tałem je kciu­kiem, gdy pod­cho­dziły mi pod brodę.

Wy­szedłszy z po­wro­tem na ko­ry­tarz, zo­ba­czyłem Kiryła stojącego w pro­gu po­ko­ju — miał na mnie oko, trzy­mał straż, czy nie ucieknę im na mróz w ka­le­so­nach i swe­trze. Uśmiechnąłem się po­ro­zu­mie­waw­czo. Podał mi chu­s­teczkę i wska­zał na po­li­czek lewy. Wy­tarłem. Gdy chciałem mu ją oddać, od­sunął się krok. Uśmiechnąłem się po raz dru­gi. Mam sze­ro­kie usta, bar­dzo łatwo się uśmie­chają.

Wdziałem je­dy­ny mój strój wyjścio­wy, czy­li czar­ny gar­ni­tur, w którym zda­wałem eg­za­mi­ny ostat­nie; gdy­by nie war­stwy bie­li­zny pod spodem, zwi­sałby te­raz na mnie jak na szkie­le­cie. Urzędni­cy pa­trzy­li, gdy sznu­ro­wałem buty, gdy za­pi­nałem ka­mi­zelkę, gdy wal­czyłem ze sztyw­nym kołnie­rzy­kiem ce­lu­lo­ido­wym do ostat­niej bawełnia­nej ko­szu­li przy­piętym. Za­brałem do­ku­men­ta i resztkę gotówki, trzy ru­ble i czter­dzieści dwie ko­piej­ki — łapówka z tego będzie le­d­wo sym­bo­licz­na, ale z pu­ste­mi kie­sze­nia­mi w urzędzie człowiek czu­je się na­gim. Na sta­ry kożuch ba­ra­ni nic na­to­miast nie mogłem po­ra­dzić, łaty, pla­my, krzy­we szwy, in­ne­go nie miałem. Przyglądali się w mil­cze­niu, jak wci­skam ra­mio­na w nie­sy­me­trycz­ne rękawy, lewy dłuższy. Uśmiechnąłem się prze­pra­szająco. Kirył poślinił ołówek i skru­pu­lat­nie za­no­to­wał coś na man­kie­cie.

Wy­szliśmy. Bier­na­to­wa widać podglądała przez uchy­lo­ne drzwi — na­tych­miast po­ja­wiła się przy czy­now­ni­kach, za­ru­mie­nio­na i roz­traj­ko­ta­na, by po­pro­wa­dzić ich z po­wro­tem scho­da­mi z dru­gie­go piętra i przez oba podwórka-stud­nie do bra­my głównej, gdzie stróż Wa­len­ty, po­pra­wiw­szy czapkę z mosiężną blaszką i scho­waw­szy fajkę do kie­sze­ni, zamiótł pośpiesz­nie śnieg z chod­ni­ka i pomógł czy­now­ni­kom wsiąść do sani, uj­mując panów pod łokcie, aby nie pośli­zgnęli się na tro­tu­arze za­lo­dzo­nym, Bier­na­to­wa zaś już siedzących, gdy ob­wi­ja­li so­bie nogi ple­da­mi, za­sy­pała po­to­ka­mi skarg na lo­ka­torów złośli­wych, na ban­dy powiślańskich złodzie­ji, co włamują się do domów na­wet za dnia, oraz na mro­zy okrut­ne, przez które okna zwewnątrz na­wil­got­niałe się paczą, a rury pękają w ścia­nach, i żadna hy­drau­li­ka ni ka­na­li­za­cja nie prze­trzy­ma długo w zie­mi; na ko­niec za­pew­niła gorąco, że daw­no po­dej­rze­wała mnie o roz­ma­ite występki i be­ze­ceństwa, i nie­chyb­nie do­niosłaby sto­sow­nej własti, gdy­by nie tysiąc i je­den in­nych fra­sunków na jej głowie spiętrzo­nych — aż woźnica ze swe­go kozła za ple­ca­mi Kiryła strze­lił ba­tem i ko­nie szarpnęły sa­nie w lewo, zmu­szając ko­bietę do odstąpie­nia, i tak ru­szy­liśmy w drogę do war­szaw­skiej de­le­ga­tu­ry Mi­ni­ster­jum Zimy, do daw­ne­go Pałacu Bi­skupów Kra­kow­skich, Mio­do­wa 5, róg Se­na­tor­skiej.

Za­nim skręciliśmy z Ko­szy­ko­wej na Mar­szałkowską, zaczął prószyć śnieg; naciągnąłem szapkę na uszy. Urzędni­cy w swych fu­trach ob­szer­nych i me­lo­ni­kach po­dob­nych łupi­nom orze­cha, usa­dze­ni na ni­skich ławach sań, Iwan obok mnie, Kirył tyłem do izwoz­czi­ka, przy­po­mi­na­li żuki, które wi­działem w Zyg­mun­to­wym uczieb­ni­ku: gru­be, owal­ne tułowia, krótkie łapki, mała głowa, wszyst­ko glanc-czar­ne, za­mknięte w gie­ome­trycz­nej sy­me­tr­ji elips i okręgów. Kształt tak bli­ski ideałowi kuli sam się ze świa­ta wy­ci­na. Pa­trzy­li przed się bez­na­miętnym wzro­kiem, z zaciśniętemi usta­mi i podbródka­mi wy­so­ko pod­nie­sio­ne­mi przez sztyw­ne kołnie­rzy­ki, bezwład­nie pod­dając się ru­cho­wi sań. Myślałem, że cze­goś się od nich do­wiem po dro­dze. Myślałem, że za­czną się do­po­mi­nać o dat­ki za przy­chyl­ność, za brak pośpie­chu i pil­ności. Mil­cze­li. Za­py­tam ich — jak? o co? Udadzą, że nie słyszą. Płatki lep­kie­go śnie­gu wi­ro­wały między nami. Scho­wałem dłonie zim­ne w ręka­wach kożucha.

W Cu­kier­ni Fran­cu­skiej paliły się światła, blask elek­trycz­ny bijący przez wiel­kie okna dzier­gał wokół syl­we­tek prze­chod­niów au­re­ole z wełny. Let­nie słońce po­win­no było stać jesz­cze hen na nie­bie, ale jak zwy­kle nad mia­stem wi­siały ciężkie chmu­ry, za­pa­lo­no na­wet la­tar­nie — bar­dzo wy­so­kie, o za­wi­niętym spi­ral­nie szczy­cie. Skręciliśmy na północ. Z cu­kier­ni Ostrow­skie­go, przy skrzyżowa­niu z Piękną, wy­bie­gały dziewczęta w czer­wo­nych płasz­czy­kach i białych pe­le­ry­nach z kap­tur­ka­mi, ich śmiech prze­bił się na mo­ment po­nad gwar ulicz­ny. Przy­po­mniał mi się nie­do­kończo­ny list do pan­ny Jul­ji i jej ostat­nie krzyk-py­ta­nie. Obok Ostrow­skie­go, u We­dla, uma­wia­liśmy się z Fred­kiem i Ki­waj­sem na wie­czo­ry kar­cia­ne. Tu za­raz, za ki­nem „Sokół”, u Kal­ki, Miły Książę wy­naj­mo­wał pokój na se­sje noc­ne. Gdy­bym uniósł głowę i spoj­rzał w lewo, po­nad me­lo­ni­kiem Iwa­na, doj­rzałbym okno na dru­gim piętrze ka­mie­ni­cy pod nu­me­rem 71, okno, przez które wy­padł Fre­dek.

Przy skrzyżowa­niu z No­wo­grodzką wi­siała przy­mar­z­nięta do la­tar­ni tłusta kro­wa, ścięgno ciem­ne­go lodu łączyło ją ze szczy­tem ele­wa­cji czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku. Kro­wa mu­siała po­cho­dzić z ostat­nie­go spędu bydła do rzeźni na Ocho­cie, zi­mow­ni­cy jesz­cze jej nie odrąbali. W per­spek­ty­wie uli­cy, nad da­chem ka­mie­ni­cy „Sfink­sa” ma­ja­czyło si­no­czar­ne gniaz­do lodu, skrzep wiel­ki twar­dej jak dja­ment zmar­z­li­ny, połączo­ny sie­cią lo­do­wych nici, so­pli, przęseł i ko­lumn z ka­mie­ni­ca­mi po obu stro­nach Mar­szałkow­skiej i Złotej — z ka­mie­ni­ca­mi, z lam­pa­mi, ki­ku­ta­mi za­mar­z­niętych drzew, ba­lu­stra­da­mi bal­konów, wy­ku­sza­mi, igli­ca­mi kopuł i wieżyczek, at­ty­ka­mi i ko­mi­na­mi. Kino „Sfinks” po­zo­sta­wało oczy­wiście od daw­na nie­czyn­ne; na naj­wyższych piętrach nie paliły się światła.

Sa­nie zwol­niły, gdy minęliśmy No­wo­grodzką. Woźnica wska­zał coś ba­tem. Wóz przed nami zjeżdżał na tro­tu­ar. Kirył obej­rzał się za sie­bie. Wy­chy­liłem się w pra­wo. Na skrzyżowa­niu z Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi sta­li dwaj po­li­cjan­ci, za po­mocą gwizdków i krzy­ku spędzając ruch ze środ­ka jezd­ni — nad jezd­nią prze­ma­rzał właśnie luty.

Na kil­ka mi­nut utknęliśmy w spo­wo­do­wa­nym prze­zeń za­to­rze. Za­zwy­czaj lute prze­miesz­czają się po­nad da­cha­mi, w mia­stach rza­dziej do zie­mi schodząc. Na­wet z ta­kiej od­ległości zda­wało mi się, że czuję płynące od nie­go fale zim­na. Zadrżałem i od­ru­cho­wo wcisnąłem brodę w kołnierz kożucha. Czy­now­ni­cy Mi­ni­ster­jum Zimy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia. Iwan zerknął na ze­ga­rek. Po dru­giej stro­nie uli­cy, za słupem ogłosze­nio­wym ob­le­pio­nym pla­ka­ta­mi re­kla­mującemi walkę zapaśniczą w cyr­ku na Okólni­ku, po an­giel­sku ubra­ny mężczy­zna roz­sta­wiał ar­cha­icz­ny apa­rat fo­to­gra­ficz­ny, by zro­bić zdjęcie lu­te­go; zdjęcie naj­pew­niej i tak nie ukaże się w ga­ze­cie, skon­fi­sko­wa­ne przez lu­dzi z Mio­do­wej. Iwan i Kirył na­wet nie zwrócili na nie­go uwa­gi.

Luty był wyjątko­wo żwawy, przed zmro­kiem po­wi­nien zdążyć przejść na drugą stronę Mar­szałkow­skiej, przez noc we­sp­nie się nad da­chy, do piątku zdoła do­trzeć do gniaz­da nad ki­no­te­atrem. Kie­dy w zeszłym roku mroźnik prze­cho­dził z Pra­gi do Zam­ku Mo­stem Alek­san­dryj­skim, Most za­mknięto na bli­sko dwa mie­siące. Tym­cza­sem ten tu­taj gla­cjusz — po­cze­kać kwa­dran­sik i pew­nie mógłbym do­strzec jego ruch, jak prze­ma­rza z miej­sca na miej­sce, prze­su­wa się w lo­dzie, lo­dem, od lodu do lodu, jak pęka za nim jed­na, po­tem dru­ga nić kry­sta­licz­na i osy­pu­je się po­wo­li si­no­biały roz­krusz, mi­nu­ta, ksztr, dwie mi­nu­ty, ksztr, wiatr po­ry­wał wraz ze śnie­giem co lżej­sze dro­bi­ny, lecz większość wma­rzała w czarną taflę ści­nającą za lu­tym ulicz­ne błoto, lód lodu; i ta ścieżka chro­po­wa­tej zmar­z­li­ny jak ślad śli­ma­cze­go śluzu, ciągnęła się kil­ka­dzie­siąt metrów na wschód Je­ro­zo­lim­skich, i po tro­tu­arze, i po ele­wa­cji ho­te­lu. Resztę sku­li już zi­mow­ni­cy lub sama od­marzła; wczo­raj po południu ter­mo­metr u Sznic­ce­ra po­ka­zy­wał pięć stop­ni wyżej zera.

Luty nie po­ru­szał się po lin­ji pro­stej ani też nie utrzy­my­wał się na stałej wy­so­kości nad bru­kiem (wma­rzają także pod po­wierzch­nię zie­mi). Trzy-czte­ry go­dzi­ny temu, sza­cując podług skru­szo­nej ar­chi­tek­tu­ry lodu, luty jął zmie­niać tra­jek­torję: dotąd prze­miesz­czał się le­d­wie metr nad środ­kiem uli­cy, lecz wte­dy, przed trze­ma go­dzi­na­mi, ru­szył po ostrej pa­ra­bo­li wzwyż, po­nad szczy­ty lamp i wierz­chołki drzew za­mrożonych. Wi­działem po­zo­sta­wio­ny przez nie­go sze­reg smukłych sta­lag­mitów, lśniły od­bi­ja­nym bla­skiem la­tar­ni, re­flek­sa­mi neonów ko­lo­ro­wych, świa­teł bijących przez okna i wy­sta­wy. Sze­reg ury­wał się nad szy­na­mi tram­wa­jo­we­mi — luty za­wisł całym ciężarem na gwiaździ­stej sie­ci mro­zo­strun, roz­piętych w po­zio­mie oraz sięgających wzwyż, ku fa­sa­dom narożnych bu­dynków. Można było pod nie­go wejść, gdy­by zna­lazł się ktoś na tyle sza­lo­ny.

Iwan skinął na Kiryła i ten wy­gra­mo­lił się z sań z niechętnym gry­ma­sem na twa­rzy od szczy­piącego mro­zu ob­ru­mie­nio­nej. Może mi się poszczęści, pomyślałem, może się spóźnimy, ko­mi­sarz Pre­iss wyj­dzie już na ko­lację z gie­ne­rałem-ma­jo­rem umówioną, od­pra­wią mnie z Mio­do­wej z kwit­kiem. Dzięki Ci, Boże, za tę so­pel-po­krakę. Prze­sunąłem się na ławie, opie­rając bark o bok sań. Pod­biegł ga­ze­ciarz — „Hi­ro­hi­to po­bi­to!”, „Express spe­cy­jal­ny, Mie­rzow try­jum­fal­ny!” — pokręciłem głową. Przy za­to­rach w cen­trum za­raz tworzą się zbie­go­wi­ska, po­ja­wiają się han­dla­rze ulicz­ni, sprze­daw­cy pa­pie­rosów i wody święco­nej, święco­ne­go ognia. Po­li­cjan­ci prze­ga­nia­li prze­chod­niów od lu­te­go, prze­cież nie są w sta­nie upil­no­wać wszyst­kich. Ban­da urwisów pod­kradła się od stro­ny re­stau­ra­cji Brie­se­me­istra. Naj­od­ważniej­szy, z twarzą sza­li­kiem prze­wiązaną i w gru­bych, nie­fo­rem­nych ręka­wi­cach, pod­biegł na kil­ka­naście kroków do lu­te­go i rzu­cił w nie­go ko­tem. Ko­ci­sko le­ciało wy­so­kim łukiem, rozłożyw­szy łapy, drąc się wnie­bogłosy… za­raz urwał się wrzask prze­raźliwy. Spadło na lu­te­go już chy­ba mar­twe, by po­wo­li sto­czyć się zeń w śnieg, za­mar­z­nięte na kość: lo­do­wa rzeźba kota o kończy­nach roz­ca­pie­rzo­nych i ogo­nie w drut wy­pro­sto­wa­nym. Chłopcy od­bie­gli, z ucie­chy aż wyjąc. Pej­sa­ty Żyd wy­grażał za nimi z pro­gu skle­pu ju­bi­ler­skie­go Ep­ste­ina, klnąc siar­czyście w ji­dysz.

Kirył tym­cza­sem do­padł star­sze­go po­li­cjan­ta i, chwy­ciw­szy go pod łokieć, by nie od­da­lił się w pościgu za ulicz­ni­ka­mi, jął mu coś per­swa­do­wać głosem przy­ci­szo­nym, lecz z wy­datną po­mocą za­ma­szy­stych gestów dru­giej ręki. Stójko­wy od­wra­cał głowę, wzru­szał ra­mio­na­mi, w cie­mię się dra­pał. Młod­szy z po­li­cyj­nej pary po­krzy­ki­wał na to­wa­rzy­sza, rusz się, pomóż! Na Ale­jach scze­piło się płoza­mi dwo­je sań, jesz­cze większy har­mi­der po­wo­dując, wozy wjeżdżały na chod­ni­ki, pie­si, klnąc po pol­sku, ro­syj­sku, nie­miec­ku i żydow­sku, ucie­ka­li spod kół i ko­pyt, przed składem win przewróciła się na zmar­z­niętem błocie ma­tro­na o ga­ba­ry­tach sza­fy gdańskiej, trzech gen­tle­manów pod­nieść ją usiłowało, pośpie­szył z po­mocą ofi­cjer brzu­cha­ty, i tak dźwi­ga­li ją wczwórsił, na raz — upadła — na dwa — upadła — na trzy — już pół uli­cy pękało ze śmie­chu, a ko­bie­ci­na, na wiśnię skraśniała, pisz­czała prze­raźli­wie, maj­tając gru­be­mi nóżkami w trze­wi­kach drob­nych… Nic dziw­ne­go, że do­pie­ro na dźwięk dar­tej bla­chy i trzask pękającego drew­na spoj­rze­liśmy na­zad ku skrzyżowa­niu. Au­to­mo­bil zde­rzył się z wo­zem węgla­rza; je­den koń się przewrócił, jed­no koło od­padło. Po­li­cjant ode­pchnął Kiryła, rzu­cił się bie­giem ku krak­sie. Uwięzio­ny we wnętrzu kry­tej ma­szy­ny au­to­mo­bi­li­sta począł cisnąć trąbkę alar­mową; na do­da­tek coś strze­liło pod maską bo­li­du, jak­by z du­beltówy palnął. Tego było już za wie­le dla siw­ka zaprzęgnio­ne­go do sani obok. Spłoszo­ny, szarpnął w przód, wprost ku lu­te­mu. Woźnica złapał za lej­ce, ale sam koń też mu­siał po­czuć, w jaką ścianę mro­zu wpadł — jesz­cze ener­gicz­niej wierzgnął w bok, zakręcając sa­nia­mi w miej­scu. Czy płoza o krawężnik za­ha­czyła? Czy si­wek pośli­zgnął się na czar­nej ta­fli lodu? Już stałem w sa­niach mi­ni­ster­jal­nych, ra­zem z Iwa­nem przyglądając się wy­pad­ko­wi po­nad sze­re­giem po­jazdów przed nami, ale to wszyst­ko szło za szyb­ko, zbyt nie­spo­dzie­wa­nie, zbyt wie­le ru­chu, krzy­ku, świa­teł i cie­ni. Przewrócił się si­wek, przewróciły się ciągnio­ne prze­zeń sa­nie, spadł z nich ładu­nek, kil­ka­naście pęka­tych bu­tli w ko­szach z tro­ci­na­mi, ko­sze i bu­tle po­to­czyły się na śro­dek skrzyżowa­nia, część z nich mu­siała się roz­bić, po lo­dzie roz­lała się bo­wiem lśniąca se­le­dy­no­wo ciecz — naf­ta, pomyślałem — i już buchnął ogień, od cze­go, od iskry elek­trycz­nej z au­to­mo­bi­lu, upusz­czo­ne­go pa­pie­ro­sa, ude­rze­nia ko­pyta pod­ku­te­go o bruk, nie wiem. Błękit­ny płomień ska­kał po całej sze­ro­kości kałuży, wy­so­ko, co­raz wyżej, na metr, półtora wzwyż — pra­wie sięgając wmrożone­go w na­po­wietrzną sieć lu­te­go.

 

Fo­to­graf, zgar­bio­ny nad apa­ra­tem, po­wo­li, me­to­dycz­nie wy­pa­lał zdjęcie za zdjęciem. I co na nich po­tem uj­rzy, co się za­cho­wa na szkle i od­bi­je na pa­pie­rze: śnieg — śnieg — bla­de au­re­ole la­tar­ni — ciem­ne błoto, ciem­ny bruk, nie­bo ciem­ne — sza­re ele­wa­cje ka­mie­nic w per­spek­ty­wie sze­ro­kie­go wąwozu mia­sta — na pierw­szym pla­nie cha­os kan­cia­stych kształtów po­jazdów za­blo­ko­wa­nych w za­to­rze — spo­między nich i spo­między syl­we­tek ludz­kich bu­cha blask ognia czy­ste­go, tak ja­sny, że kar­ta wy­da­je się w tym miej­scu zupełnie nie­naświe­tlo­na — a nad nim, nad płomie­niem bie­li biel­szej od bie­li, w ser­cu wiszącej ara­be­ski lodu roz­poście­ra się luty, luty, ma­syw­ny pio­run mro­zu, roz­gwiaz­da szro­nu, żywe ogni­sko chłodu, luty, luty, luty nad fu­trza­ne­mi tocz­ka­mi nie­wiast, luty nad cza­pa­mi i me­lo­ni­ka­mi mężczyzn, luty nad łbami końskie­mi i bu­da­mi po­wozów, luty nad neo­na­mi ka­wiarń i sa­lonów, sklepów i ho­te­li, cu­kier­ni i owo­car­ni, luty nad Mar­szałkowską i Ale­ja­mi Je­ro­zo­lim­ski­mi, luty nad War­szawą, luty nad Ce­sar­stwem Ro­syj­skim.

Gdyśmy po­tem je­cha­li do Sa­skie­go, i Królewską, obok Ogro­du mar­twe­go pod wie­lo­let­nią zmar­z­liną i ko­lum­na­dy so­pla­mi ob­wie­szo­nej, obok przy­kry­tych na­wi­sa­mi śnieżnemi wieży i so­bo­ru na Pla­cu Sa­skim, ku Kra­kow­skie­mu Przed­mieściu, tam­ten ob­raz — po­wi­dok ob­razu i wy­obrażenia — na­wie­dzał mnie raz za ra­zem, natrętne wspo­mnie­nie o nie­ja­snem zna­cze­niu, wi­dok uj­rza­ny a nie­zro­zu­mia­ny.

Urzędni­cy wy­mie­nia­li półgłosem uwa­gi bur­kli­we, woźnica krzy­czał na nie­uważnych prze­chod­niów; śnieżyca zelżała, lecz robiło się co­raz zim­niej, od­dech na war­gach mi za­ma­rzał, białym obłokiem przed twarzą za­wi­sając, spo­co­ne ko­nie po­ru­szały się w chmu­rach lep­kiej wil­go­ci — Za­mek Królew­ski był co­raz bliżej. Przed skrętem w Mio­dową zo­ba­czyłem go po­nad ko­lumną Zyg­mun­ta: za­mknięty w bry­le cie­ni­ste­go lodu Za­mek — i wiel­kie gniaz­do lu­tych nad nim. Fio­le­to­wo-czar­na skrze­pli­ca sięgała połowy dachów Sta­re­go Mia­sta. W po­god­ne dni można zo­ba­czyć do­okoła Wiel­kiej Wieży stojące w po­wie­trzu fale mro­zu. Brak ska­li na ter­mo­me­trach dla po­mie­rze­nia tego zim­na. Przy ogni­skach na gra­ni­cy Pla­cu Zam­ko­we­go trzy­mają straż żan­dar­mi. Kie­dy z gniaz­da wy­mraża się luty, za­my­kają uli­ce. Gie­ne­rał-gu­ber­na­tor usta­no­wił był tu kor­don z dra­gonów z Czter­na­ste­go Pułku Małoro­syj­skie­go, ale pułk wy­eks­pe­djo­wa­no tym­cza­sem na front japoński.

Dach Pałacu Bi­skupów Kra­kow­skich po­zo­sta­wał wszakże wol­ny od lo­do­we­go na­ro­stu. W ofi­cy­nie od stro­ny uli­cy Se­na­tor­skiej nadal mieściły się wy­twor­ne skle­py — elek­trycz­ne re­flek­to­ry oświe­tlały re­kla­my Eks­klu­zyw­nych De­li­ka­tesów Mikołaja Sze­le­cho­wa i her­bat Mo­skiew­skie­go Domu Han­dlo­we­go Sier­gie­ja Ba­zy­lo­wi­cza Perłowa — lecz główne skrzydło od Mio­do­wej, pod ro­ko­ko­wem zwieńcze­niem i w pi­la­strach z ko­rync­kie­mi głowi­ca­mi, należało do Mi­ni­ster­jum Zimy. Nad obo­ma prze­jaz­da­mi bram­ne­mi wi­siały czar­ne, dwugłowe orły pod ko­ro­na­mi Ro­ma­nowów, in­kru­sto­wa­ne onyk­so­wym tun­ge­ty­tem.

Wje­cha­liśmy na wewnętrzny dzie­dzi­niec, płozy sań za­zgrzy­tały na bru­ku. Urzędni­cy wy­sie­dli pierw­si, Iwan od razu zniknął w drzwiach, na­sa­dzając na nos cwi­kier; Kirył stanął na scho­dach, przed pro­giem, i obej­rzał się na mnie. Otwo­rzyłem usta. Uniósł brew. Opuściłem wzrok. We­szliśmy.

Woźny za­brał mi kożuch i szapkę, a odźwier­ny pod­sunął księgę wielką, do której mu­siałem się wpi­sać w dwóch miej­scach, pióro wy­pa­dało ze zgra­białych palców, może wpi­sać za wiel­możnego pana, nie, ja, ja sam. Nie­piśmien­ne pospólstwo też od­wie­dza ko­ry­ta­rze na­czal­stwa Zimy.

Wszyst­ko lśniło tu czy­stością: mar­mur, par­kie­ty, szkła i krysz­tały i tęczo­we zim­na­zo. Kirył po­pro­wa­dził mnie główną klatką scho­dową, przez dwa se­kre­tar­ja­ty. Na ścia­nach, pod por­tre­ta­mi Mikołaja II Alek­san­dro­wi­cza i Pio­tra Rap­pac­kie­go, wi­siały słonecz­ne pej­zaże ste­pu i lasu, wio­sen­ne­go Sankt Pe­ter­bur­ga i let­niej Mo­skwy, z czasów, gdy wio­sna i lato miały jesz­cze do nich wstęp. Per­so­nel nie uno­sił głów znad biu­rek, ale wi­działem, jak rad­cy, re­fe­ren­ci, biu­ra­liści i pi­sa­rze ukrad­kiem od­pro­wa­dzają mnie wzro­kiem, a po­tem wy­mie­niają między sobą spoj­rze­nia krzy­we. Kie­dy kończy się czas urzędo­wa­nia? Mi­ni­ster­jum Zimy nig­dy nie za­sy­pia.

Ko­mi­sarz nad­zwy­czaj­ny Pre­iss W. W. zaj­mo­wał ob­szer­ny ga­bi­net z za­byt­ko­wym pie­cem i nie­czyn­nym ko­min­kiem, wy­so­kie okna wy­cho­dziły na Mio­dową i Plac Zam­ko­wy. Gdy wszedłem, mi­jając się w pro­gu z Iwa­nem, który naj­wy­raźniej już mnie za­po­wie­dział, pan ko­mi­sarz krzątał się przy sa­mo­wa­rze, odwrócony ple­ca­mi. Sam miał fi­gurę sa­mo­wa­ra, kor­pus pękaty, grusz­ko­wa­ty, i małą, łysą głowę. Po­ru­szał się z fre­ne­tyczną energją, dłonie trze­po­tały nad stołem, sto­py nie usta­wały w tańcu, kro­czek w lewo, kro­czek w pra­wo — byłem pe­wien, że nuci so­bie pod no­sem, że pod no­sem się uśmie­cha, z ru­mia­nej twa­rzy spoglądają na świat oczka wesołe, nie marsz­czy się gład­kie czoło ko­mi­sarza Zimy. Tym­cza­sem, po­nie­waż się nie od­wra­cał, stałem przy drzwiach z rękoma za ple­ca­mi założone­mi, i po­zwa­lałem ciepłemu po­wie­trzu wypełniać płuca, ob­my­wać skórę, roz­ta­piać krew w żyłach stężałą. W ga­bi­ne­cie było nie­mal gorąco, wiel­ki, ko­lo­ro­wo ma­lo­wa­ny piec ma­jo­li­ko­wy nie stygł ani na mo­ment, szy­by w końcu tak za­pa­ro­wały, że wi­działem przez nie głównie roz­my­te tęcze świa­teł ulicz­nych, dziw­nie roz­le­wających się i zle­wających na szkle. Jest kwe­stją wiel­kiej po­li­tycz­nej wagi, by w Mi­ni­ster­jum Zimy nig­dy nie pa­no­wało zim­no.

— No i cze­muż nie sia­da­cie, Wie­nie­dikt Fi­li­po­wicz? Usiądźcie, usiądźcie.

Ru­mia­na twarz, wesołe oczka.

Usiadłem.

Wes­tchnąwszy donośnie, opadł po swo­jej stro­nie biur­ka, tuląc w dłoniach filiżankę z cza­jem pa­rującym. (Mnie nie poczęsto­wał). Nie­zbyt długo tu urzędował, biur­ko nie było jego, wyglądał za nim jak dziec­ko w mi­ni­stry się bawiące, na pew­no by me­bel wy­mie­nił. Mu­sie­li go do­pie­ro co przysłać, przysłali go, car­skie­go ko­mi­sa­rza nad­zwy­czaj­ne­go — skąd? z Pe­ter­bur­ga, z Mo­skwy, z Je­ka­te­ryn­bur­ga, z Sy­ber­ji?

Wziąłem głębszy od­dech.

— Wa­sze Błaga­ro­dje po­zwo­li… Czy je­stem aresz­to­wa­ny?

— Aresz­to­wa­ny? Aresz­to­wa­ny? Jakżesz myśl taka mogła po­stać w wa­szej głowie?

— Wasi urzędni­cy —

— Moi urzędni­cy!

— Gdy­bym otrzy­mał we­zwa­nie, na pew­no bym sam —