Król BóluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kraków 2010

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja i ko­rek­ta

Paweł Ciem­niew­ski, To­masz Kunz, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Anna Rud­nic­ka, Małgo­rza­ta Wójcik

Pro­jekt okładki i stron tytułowych

To­masz Bagiński

Pro­jekt wy­kle­jek

Mi­chał Dzie­kan

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bożena Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40

księgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łama­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o. vir­tu­alo.eu

ISBN 978-83-08-04723-1

Spis treści

  LINIA OPORU CZĘŚĆ PIERWSZA: NIEWOLA CZĘŚĆ DRUGA: TEATR CZĘŚĆ TRZECIA: GRIND

  OKO POTWORA

  SZKOŁA

  KRÓL BÓLU I PASIKONIK I II

  CRUX

  SERCE MROKU I II III

  AGUERRE W ŚWICIE

  PIOŁUNNIK

  POSTSCRIPTUM

Doświad­cze­nie oso­bi­ste jest niewątpli­wie pożytecz­ne. Ale gdy­by się ściśle prze­strze­gało gra­nic ta­kie­go doświad­cze­nia, okrop­nie za­cieśniłoby się twórczość po­etycką, a na­wet twórczość fi­lo­zo­ficzną. Gdy­by trze­ba było cze­kać sta­rości, aby się ośmie­lić o niej mówić, albo ciężkiej cho­ro­by, aby móc o niej wspo­mnieć, gdy­by trze­ba było sa­me­mu do­znać wszel­kiej udręki albo zamętu umysłu, aby je ująć w słowa, prze­ko­na­li­byśmy się, że do na­pi­sa­nia po­zo­sta­je za­iste nie­wie­le. I ja­sne jest, że o wie­lu spra­wach w ogóle by nie na­pi­sa­no, gdyż ten, co by ich doświad­czył, mógłby nie być osobą od­ba­rzoną ta­len­tem, zdolną do ana­li­zo­wa­nia ich i wyrażania.

Kon­stan­di­nos Ka­wa­fis, Ars Po­eti­ca

tłum. Zyg­munt Ku­biak

L INIA OPO­RU

Czy war­tość wszyst­kich rze­czy nie na tym po­le­ga, że są one fałszy­we?

Czy właśnie SKŁAMY­WA­NIE i CZY­NIE­NIE FAŁSZEM, wkłada­nie sen­su nie jest war­tością, sen­sem, ce­lem?

Czy nie po­win­no się wie­rzyć w Boga nie dla­te­go, że jest praw­dzi­wy, LECZ DLA­TE­GO, ŻE JEST FAŁSZEM?

Frie­drich Nie­tz­sche

Kre­atyw­ność nie jest żadną zewnętrzną siłą o ukry­tych ce­lach. Wszyst­kie zisz­czo­ne byty dzielą z Bo­giem ową właściwość: ich przy­czy­na leży w nich sa­mych. Wszechświat jest twórczym postępem ku temu, co nowe.

Al­fred North Whi­te­he­ad

Początek układu współrzędnych

Spójrz na dziec­ko — jak się bawi. Kil­ku­let­ni brzdąc wy­biegł na łąkę, już roz­ra­do­wa­ny, już buźka-słonecz­ko, oczka-skow­ron­ki, nie za­trzy­ma się, smyrgnął tu, smyrgnął tam, kwiat­ki, mo­tyl­ki, psie kupy, sta­re pusz­ki i żwir ko­lo­ro­wy — wszyst­ko go cie­ka­wi, wszyst­ko go cie­szy, ze wszyst­kie­go rosną cuda, baśnie, kra­iny przygód i skarbów. Ska­cze po ka­mie­niach, chmu­rach na nie­bie. Huśta się na gałęzi, po­nad pokładem okrętu w sztor­mie. Śle­dzi mrówki, ar­mie chi­ty­no­wych ro­botów ata­kujące for­te­ce szkła i pla­sti­ku. Spójrz. Jeśli jest sam, nie zo­ba­czysz, ale jeśli jest z in­ny­mi dziećmi, zo­ba­czysz i usłyszysz: ich gry, ich te­atry, języki za­ba­wy, mapy pan­to­mi­my, dru­gie, trze­cie świa­ty. Nie ma tu stra­chu i nie ma chęci zy­sku. Ni­cze­go nie muszą. Nakar­mieni, za­spo­ko­je­ni, nieśmier­tel­ni, bez­piecz­ni. Ener­gia przepływa przez wiecz­nie pod­eks­cy­to­wa­ne ciałka. Budzą się i za­sy­piają ku nie­skończo­ności nie­od­par­tych cudów. Spójrz!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

C ZĘŚĆ PIERW­SZA: N IE­WO­LA

Zim­ny re­start

Wto­rek. Ale jak­by so­bo­ta.

Po co tu przy­szedł? Miał coś kupić. Za­po­mniał co.

Króle­stwa, potęgi otwie­rają się przed nim i za­my­kają i otwie­rają.

Sie­dzi pod fon­tanną pośrod­ku ga­le­rii han­dlo­wej, pa­trzy na pięknych mężczyzn, piękne ko­bie­ty. Obok wejście do sa­lo­nu ciała.

Jak to jest, że do le­ka­rzy chodzą cho­rzy, ale do piękno­robów — właśnie ci piękni?

To przyśpie­sza, myśli so­bie. I na­wet tem­po przyśpie­sze­nia rośnie.

Co mia­no­wi­cie przyśpie­sza?

Nie po­tra­fi wysłowić.

Za­nu­rzo­ny w wy­lew mag­my ludz­kiej, czu­je na skórze tar­cie, czu­je prze­sko­ki i zazębie­nia kon­ste­la­cji. Iskrzą wokoło kry­sta­licz­nie, elek­trycz­nie.

Na­zy­wa się Paweł Ko­strze­wa, ma dwa­dzieścia sie­dem lat, stu­diu­je już na czwar­tym kie­run­ku, i jego też nie ukończy; jest zmęczo­ny. Miał coś osiągnąć, ale za­po­mniał co.

Sie­dzi pod fon­tanną, szum wody przy­no­si uko­je­nie, +20% Com­fort Buff.

Głowa ni­sko między ra­mio­na­mi, ręce na ko­la­nach, sto­py do wewnątrz. Za­ci­ska po­wie­ki.

Wte­dy jed­nak nie­ustan­ny stu­kot ob­casów na lu­strza­nych płytach sta­je się nie do znie­sie­nia.

Potrząsa łepe­tyną. Jak to wyłączyć? Wszyst­ko go męczy. Ta­kie życie, taki so­und­track.

Rano: wi­zy­ta u pro­chow­ca. Które dra­gi brać, żeby nie mu­sieć brać żad­nych dragów?

Pro­cho­wiec za­wsze na­le­ga, by spo­ty­kać się oso­biście, cho­ciaż oczy­wiście przy­chod­nia jest po­kry­ta. Ale po naj­cięższy gejdż per­so­na­li­zo­wa­ny trze­ba wędro­wać w gno­ju.

Jak się dziś czu­je­my? I po­mi­mo tej szpi­tal­nej licz­by mno­giej Paweł czy­ni wysiłek, by od­po­wie­dzieć mak­sy­mal­nie szcze­rze. (Co pe­wien czas za­da­je so­bie ćwi­cze­nie: od­po­wia­daj lu­dziom, jak­by na­prawdę myśleli to, co mówią).

Jak się dziś czu­je? Jak się dziś czu­je? Jak się czu­je?

Zwi­ja się tam na krześle u pro­chow­ca ni­czym w ata­ku ner­wobóli żołądko­wych. Próbuje, próbuje — ale nie umie na­zwać.

Nie wie, jak się czu­je.

Chciałby się czuć w jakiś na­dający się do na­zwa­nia sposób. Tak albo tak.

Zaczął brać pro­chy na de­presję, by móc so­bie po­wie­dzieć, że jest w de­presji. De­pre­sja — i wszyst­ko ja­sne. Gejdż naj­prost­szy z możli­wych.

Nie jest w de­pre­sji. Jest zmęczo­ny. Ale to nie ko­gi­to emo — to stan ener­ge­tycz­ny.

Pro­cho­wiec i tak nie słucha jego mil­cze­nia. Wy­ni­ki badań ma w du­chu i na pa­pie­rze, wygłasza for­mułki, pod­pi­su­je.

On nie jest od psy­cho­te­ra­pii, on tyl­ko porównu­je przy­pa­dek z wy­tycz­ny­mi.

Paweł no­tu­je, by do­ko­pać się do tych wy­tycz­nych. Tam stoi, jak się czują ci, którym za­da­je się taki gejdż.

Kupił nową porcję jesz­cze w osie­dlo­wej ap­te­ce, kwa­drans na sper­so­na­li­zo­wa­nie dragów, se­kun­da na za­klu­cze­nie ich w du­szy pu­blicz­nej; za­tem nie po to przy­je­chał do ga­le­rii.

Nie pamięta dro­gi do cen­trum.

Czyn­ności często po­wta­rza­ne wy­ma­zują mu się z re­jestrów mózgo­wych. Musi spraw­dzać szczo­teczkę, czy mo­kra. Umył już zęby? Czy też to wspo­mnie­nie z wczo­raj, z przedwczo­raj, z mie­siąca wstecz? Ko­lację — zjadł czy nie zjadł?

Jak odróżnić je­den posiłek od dru­gie­go? To nie­możliwe.

Mózg nie po­mieści tylu powtórzeń.

Ta sama ścieżka, to samo miej­sce na ROM-ie — plik nad­pi­su­je się na plik.

 

Wto­rek czy so­bo­ta — Paweł musi zerknąć w du­cha. Rok i rok, lato i lato, Boże Na­ro­dze­nie i Boże Na­ro­dze­nie. „Pamiętasz, jak w lip­cu sie­dem­na­ste­go…” Paweł kiwa głową, ale oczy­wiście nie pamięta. (Może sam wy­gejdżował).

Na­wet nie ro­zu­mie, jak można tak in­dek­so­wać wspo­mnie­nia: da­ta­mi, go­dzi­na­mi. Jego pamięć nie dys­po­nu­je tą funkcją.

Kro­pla do kro­pli do kro­pli, stru­mie­nie nie­odróżnial­nych ko­ra­li wod­nych prze­la­tują mu przez głowę. Woda jest tak czy­sta, nie po­zo­sta­wia naj­mniej­sze­go śladu.

Wi­dzi sie­bie w wi­try­nach i lu­strach: po­stać poza grą. Nic się nie dzie­je. Lagi i jesz­cze większe lagi.

Dwaj by­sie w ciężkich sza­ra­wa­rach usie­dli obok.

Nowa ścieżka dia­lo­go­wa. (Pu­blic chat).

Ściur­bal, za­je­bu­ta. Yo, po­dzi­wioj. A mi­kru­cha? Sie­dem cyców. Wi­działeś kraj­ca? Kra­jec ja­jec. To może by tę li­zuchnę? Eee. To może tego? (I grze­bią w kie­sze­niach prze­past­nych). W chu­ja dzi­dziuś. Ale szla­ka! No tak, szla­ka po­kra­ka. He he. Da­waj tego tam. Bu­diet. No to? Tyyy, zo­bacz li­cho. Dwójka wyszła! Myślałem, że tyl­ko demo. A! Już jest, noże, fla­ki, cipy, wsio.

Wsta­li, po­szli.

Szum wody i ob­ca­sy ko­biet.

One wszyst­kie chodzą na bar­dzo wy­so­kich ob­ca­sach.

Flash, re­kla­my piękno­robów: sto­py na no­wym kośćcu, skóra jak po re­tu­szu, ażuro­we rzęsy, man­go­we pa­znok­cie, pier­si na mięśniach ko­sme­tycz­nych.

Kogo stać? Już pra­wie wszyst­kich, pro­teo uli­cy. A resz­ta i tak naśla­du­je.

Paweł za­da­je so­bie inne ćwi­cze­nie: niech mi się któraś spodo­ba. Od razu, na su­cho.

Gapi się.

Co z tego, że piękne. Frak­ta­le i równa­nia też by­wają piękne.

Żeby cho­ciaż pół erek­cji.

Nic.

Zie­wa.

Może to przez te dra­gi.

I wziął je już dzi­siaj, czy nie wziął?

Nie pamięta.

To zna­czy pamięta, ale nie­zin­dek­so­wa­ne. Dzi­siaj? Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Te dra­gi czy inne?

Wyj­mu­je bu­te­leczkę, czy­ta ulotkę, li­czy pa­styl­ki.

(Ale, pa­nie dok­to­rze, cze­mu nie spod skóry? Bo za­raz za­po­mni pan, że w ogóle jest na te­ra­pii, pa­nie Ko­strze­wa. Ale, pa­nie dok­to­rze, wszy­scy są na te­ra­piach. Pigułka, pa­nie Ko­strze­wa, pigułka pod­no­si samoświa­do­mość pa­cjen­ta).

Li­czy.

Nie wziął.

Łyka dwie według prze­pi­su, po­pi­ja wodą z fon­tan­ny, 24h Bles­sing.

Zja­wia się straż i wy­pro­wa­dza go na ulicę, poza du­cha ga­le­rii.

Pada deszcz. Dzie­ci wra­cające ze szkoły gonią się z krzy­kiem po nie­wi­dzial­nych la­sach. Wal­ki­rie spa­dają z nie­ba. Au­re­ole Ban­dy Troj­ga prze­pa­lają mury i szkie­le­ty. Na nie­bie — hie­ro­gli­fy astro­no­mii po­li­tycz­nych sąsied­nich królestw.

Dzie­ci. Przy­po­mi­na so­bie: dzie­ciak sio­stry ma uro­dzi­ny.

Miał mu kupić pre­zent, to dla­te­go.

Kupi ju­tro. Albo z domu.

Za­pi­su­je w du­chu.

W me­trze roz­czu­la go wi­dok dwóch pod­pie­rających się la­ska­mi sta­ru­szek. Omal wy­bu­cha płaczem.

Co to za gejdż porąbany?

Skręca za­raz hal­sem na sze­ro­kie wody, pod nie­ba błękit­ne.

Giełda go nu­dzi, par­tii nie rozróżnia, wo­jen nie ro­zu­mie. Wiatr wewnętrzny króle­stwa spy­cha go ku kra­dzieżom, gwałtom, mor­der­stwom.

I do­pie­ro poj­mu­je, na co się uma­wiało tych dwóch w ga­le­rii. To taka moda: przy­god­ny prze­cho­dzień, ten lub tam­ten, bez po­wo­du, bez celu, bez sen­su — wpad­nie w oko i nóż mu w ple­cy.

Ale chłopaczków odciągnęła re­kla­ma ja­kiejś no­wej rąba­ni­ny w du­chu.

Zabójstwo praw­dzi­we nie jest dość praw­dzi­we. Na­sze sta­re zmysły bio­lo — to re­alizm na ćwierć gwizd­ka.

Me­tro się za­trzy­mu­je i Paweł spo­strze­ga, że prze­ga­pił swoją stację. Sta­rusz­ki wy­siadły.

Która go­dzi­na? Trze­cia szes­naście.

Czy w ogóle ma dzi­siaj ju­tro po­ju­trze coś do zro­bie­nia?

Stoi na pu­stym pe­ro­nie i próbuje, próbuje wymyślić co­kol­wiek.

Życie. Ale jak­by nie.

Bu­chal­te­ria nowa

Paweł po­pi­ja na da­chu ka­mie­ni­cy. Nie­bo gwiaździ­ste nade mną, żywiec we mnie.

Bu­dy­nek po le­wej: szkło. (Nie szkło, ale wygląda jak szkło).

Bu­dy­nek po pra­wej: cegła. (Nie cegła, ale).

Bu­dy­nek na­prze­ciw: drew­no. (Drew­no! No­wiut­kie).

Na da­chu Pawła srają gołębie i ziel­sko kwit­nie między dachówka­mi.

Z ko­minów wiatr prószy sadzą.

Deszczówka śmier­dzi w ryn­nach.

Ka­mie­ni­ca od pół wie­ku należy do trzech skłóco­nych bra­ci i nie należy do ni­ko­go. Nic z nią nie można zro­bić. Ot, klo­szard wy­wle­czo­ny z głębi PRL-u i usa­dzo­ny pośrod­ku mia­sta.

Mia­sto zmie­nia się co se­zon; ka­mie­ni­ca wca­le.

Dzie­ci ma­lują na popęka­nej ele­wa­cji tagi i wul­gar­ności.

Dom nu­mer czte­ry, „Sta­ru­cha”. Dwa­dzieścia sześć miesz­kań, luk­sus nad luk­susy, niech się drew­no scho­wa. Tu po­nad­stu­let­nie cegłówki kru­szeją w dłoniach.

Paweł pod­naj­mu­je ka­wa­lerkę od ciot­ki daw­ne­go kum­pla z mar­ke­tin­gu i soc­ta­in­men­tu. (Daw­no już wypłuka­ne­go z kon­ste­la­cji). Na czynsz wy­da­je większość tego, co wy­da­je.

Bo wszyst­ko ta­nie­je.

Nie wszyst­ko, ale wszyst­ko, co można wziąć do ręki.

Do­ctor Who po­ka­zu­je Pawłowi przyszłość ren­tie­ra. Mie­siąc temu były to 1542 dni, dzi­siaj — 1873.

Pro­sta eks­tra­po­la­cja: za rok star­czy mu już na 16 lat bez pra­cy. Założyw­szy obec­ny po­ziom życia.

Oczy­wiście nie wol­no zakładać obec­ne­go po­zio­mu. Cały wic na tym, żeby chcieć więcej więcej więcej.

On nie chce. Bo po co?

Sie­dzi na da­chu i pije do mu­zy­ki noc­ne­go mia­sta, All Re­si­sts -15%. Wol­na ręka spla­ta z chwastów ko­szycz­ki, wian­ki, war­ko­cze.

So­und­track off.

Cza­sa­mi wy­cho­dzi na dach Fran­cuz spod piętnast­ki, inżynier snów. Ga­dają o ce­nach nie­ru­cho­mości w Mi­nas Ti­rith i re­ce­sji w Won­der­lan­dzie.

Dzi­siaj tyl­ko mia­sto szu­mi w uszach.

Flu­ore­scen­cyj­ne re­ki­ny szy­bują w świe­tli­stych ka­nio­nach między bu­dyn­ka­mi.

Paweł wy­rzu­ca bu­telkę (roz­bu­tel­czy się, za­nim do­tknie bru­ku) i otwie­ra następną.

Był to kwa­drans ciężkiej pra­cy.

Nie chce, nie pla­nu­je, nie pożąda — ale mózg się ob­ra­ca.

Pra­ca to jest to, co się ro­dzi z jego myśli, kie­dy on nie myśli o pra­cy.

Te­raz po ko­lei od­faj­ko­wu­je roz­wiązane pro­ble­my.

Udało mu się na­wet wy­pro­du­ko­wać nowy ro­dzaj tęskno­ty: trochę cy­na­mo­nu, biały włos na wie­trze, powtórzo­na ba­so­wa nuta i od­dech nie­win­ne­go chłopca.

W du­chu ob­li­cza całościo­we zy­ski na sto-dwieście mi­lionów. Nowe ni­sze kon­su­menc­kie, nowe tren­dy. Gej­zer po­wi­nien sprze­dać tę tęsknotę za dzie­sięć do piętna­stu pro­cent.

I da­lej kal­ku­lu­je się samo. Pro­wi­zja. Smycz.

Od­legły huk mia­sta jak kac po or­gii w głowie.

Klkl­kl­klk, wiatr prze­su­wa dachówki.

To przyśpie­sza.

Paweł sie­dzi w bez­ru­chu, żywiec w garści, gapi się w nie­bo. Zda­je mu się, że wi­dzi lagi szar­piące chmu­ra­mi, gwiaz­da­mi, światłami ulic.

Od­dy­cha przez nos.

Do­brze. Prze­cież to tyl­ko życie. Do­brze. Za­cznę raz jesz­cze.

Za­czy­na: Mógłbym —

Mmmmmmmmmm.

Nie ma dal­sze­go ciągu.

Po pra­cy — jest zmęczo­ny. Był zmęczo­ny przed.

Jest zmęczo­ny.

Pije.

Po pra­wej ruch lu­strza­ny.

Bal­kon na trze­cim piętrze ce­gla­nej.

Mężczy­zna uno­si do ust filiżankę.

Paweł opusz­cza bu­telkę.

Mężczy­zna opusz­cza filiżankę.

Paweł się gapi.

Mężczy­zna się gapi.

Paweł kiwa głową.

Mężczy­zna kiwa głową, pod­no­si dłoń.

W du­chu się wi­tają, wy­mie­niają uśmie­chy, przed­sta­wiają. 10min So­cial Buff.

Ad­rian Utrałt.

Paweł.

Pan Utrałt.

Pan Ko­strze­wa.

On nie przej­dzie na „ty”. Paweł od­sta­wia żywca. Ad­rian Utrałt, 48, króle­stwo No­kia-Pen­de­rec­ki, Kraków, Glas­gow, Kraków, Syd­ney, Bu­re­wa­la, przed­wczo­raj prze­pro­wadz­ka z ho­te­lu, ubez­pie­cze­nia du­szy, AKG Ltd., płcio­wiec pe­tra, pro­te­osek­su­ali­sta homo, a to sio­stra, a to mat­ka, a to to­wa­rzy­stwo, a to kon­ste­la­cje, a to po­wie­dział, a to zro­bił, a to o nim po­wie­dziano, a w tych lu­dziach żyje, a ci lu­dzie żyją w nim, a tak się bawił na we­se­lu sio­stry, a tak cho­ro­wał, a tak myślał, i praw­do­po­do­bieństwo, że go po­lu­bisz — nie po­lu­bisz — po­lu­bisz — po­lu­biłeś.

Seks.

Książki.

Mu­zy­ka.

Gry.

Je­dze­nie.

Już się po­zna­li, już zna­jo­mi.

Utrałt za­pra­sza do ser­ca.

Paweł myśli: Czy tak mam zacząć? Od no­we­go sąsia­da?

Cho­wa Ad­ria­na Utrałta do kie­sze­ni, za­bie­ra żywca i scho­dzi z da­chu.

W miesz­ka­niu waha się między gejdżem a gejdżem.

Wa­ha­nie to miły stan. Po­le­gu­je na łóżku. Wa­hający się.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Cze­ka na za­po­mnie­nie. Mo­ment ode­rwa­nia pamięci długo­ter­mi­no­wej od pamięci krótko­ter­mi­no­wej, kon­so­li­dację przeszłości. (Za­wsze na po­dorędziu: in­ha­la­tor z za­po­mi­najką, in­hi­bi­to­rem PKM-Zet).

Szum nocy w głowie. Blank.

Wy­obraża so­bie życie ludz­kie jako prze­strzeń fa­zową wszyst­kich możliwości du­szy i ciała. Człowiek ab­so­lut­nie wol­ny jest w niej nie­odróżnial­ny od człowie­ka ab­so­lut­nie pu­ste­go: bez właściwości, bez cha­rak­te­ru. Każdy czyn i każda myśl jed­na­ko­wo praw­do­po­dob­ne.

Równo roz­sma­ro­wa­ny. Ot co.

Leży w bez­ru­chu go­dzinę.

Drugą.

W trze­ciej wsta­je, idzie do łazien­ki, sika.

Po­tem kładzie się z po­wro­tem.

Za­sy­pia w ubra­niu.

Bu­dzi się.

Wsta­je, idzie do łazien­ki, sika.

Kładzie się z po­wro­tem.

Bu­dzi się.

Su­cho w gar­dle.

Idzie napić się wody.

Po­ran­ne słońce sze­leści na fi­ran­kach. Od­kry­to Atlan­tydę. Zie­lo­ne pa­stwi­ska roz­wi­jają się dy­wa­no­wo.

Paweł pije wodę mi­ne­ralną długi­mi, po­wol­ny­mi łyka­mi. Bar­dzo mu woda sma­ku­je.

Za­sta­na­wia się, czy połknął wie­czo­rem pa­styl­ki, czy nie.

Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Jesz­cze in­ne­go dnia?

Wczo­raj — czy­li kie­dy?

Duch sięga do kie­sze­ni.

Dzień, w którym po­znał Ad­ria­na Utrałta.

Aha.

Ety­ka pra­cy

Za dużo gier, za mało książek. Słowo pi­sa­ne, myśli, idee — naj­lep­szy nawóz.

Z dru­giej stro­ny: za dużo w fo­te­lu.

Wyjść, upić się, zgejdżować, wypłasz­czyć, wy­pla­jać, wy­szla­jać jak pies.

Spor­ty eks­tre­mal­ne — o, za­le­ca­ne, za­le­ca­ne!

Na­prawdę, Paweł, opusz­czasz się w ro­bo­cie.

Kie­dy ostat­nio dałeś po py­sku? Kie­dy kotkę wy­je­bałeś na for­ge­cie?

Albo cho­ciaż występki ja­kieś ulicz­ne. (Po co płaci­my wam mie­sięczne pa­pu­go­we?)

Z życiem, maładiec, z życiem! Tak Sze­fu się rozpędza.

Tyl­ko pierw­sza młodość za fri­ko! Za następne trze­ba płacić.

Żreć i srać, żreć i srać!

A wszyst­ko to na tle ra­por­tu kwar­tal­ne­go.

Paweł bawi się cie­nia­mi 4D i po­ta­ku­je grzecz­nie.

To też błąd. Po­ta­ki­wa­cze są źle wi­dzia­ni, po­ta­ki­wa­cze są wczo­raj­si. Dzi­siej­si są eks­cen­try­cy.

Ale my sie­dzi­my w biz­ne­sie ju­tra, dla nas dzi­siaj to wczo­raj.

Cze­go my chce­my? Sze­fu się rozpędził. My chce­my, żebyście wy nam mówili, cze­go chce­my!

Nie rób, co ci mówię — mów, żebym ja robił!

Zaraź mnie!

Uwiedź!

Po­rwij!

Zgwałć! Zgwałć!

Paweł uprzej­mie na­le­wa Sze­fo­wi per­rie­ra.

CCO: ma­ory­skie ta­tuaże, bod­mo­dy do kości, pogańskie awa­ta­ry i czar­ne bębny na so­und­trac­ku.

(Ale — pani pierw­sza, pani Kry­siu. Całuję rączki. I pod­su­wa krzesło si­wowłosej asy­stent­ce pe­tra).

 

Zeszłej wio­sny, pit­chując pro­jekt, tak się na­czardżował, że wy­sko­czył przez okno, połamał ręce i nogi.

Przed laty cha­dzał na długie piel­grzym­ki do Często­cho­wy. Ale mu się od­wi­działo.

Te­raz or­ga­ni­zu­je or­gie przy ogni­skach w noc kupały i spro­wa­dza cer­ty­fi­ko­wa­ne dzie­wi­ce z mu­slim­landów. Ma to w du­szy pu­blicz­nej. Żyją po­przez nie­go na­sto­let­ni Gor­do­no­wie Gek­ko i pro­teo sadyści królestw Re­aga­na.

Ta­de­usz Prażny.

Zwy­cza­jo­wy uśmie­szek na ko­ry­ta­rzu fir­my: Przy­prażyło cię?

Otóż Paweł jest właśnie prażony.

Sie­dzi i myśli: A gdy­bym rzu­cił pracę. A gdy­bym wstał i wy­szedł. A gdy­bym lunął mu tym per­rie­rem w mordę.

(Pew­nie by się Prażny za­chwy­cił).

W du­chu di­sney­owe ptaszęta roz­wie­szają ko­lo­ro­we gir­lan­dy na ścia­nach ga­bi­ne­tu.

Wzdech.

A Sze­fu je­dzie da­lej. Kla-kla-kla, kla-kla-kla, kla! Tagi: Bu­si­nesstalk, Sin­ce­re­ly­Y­ours.

Paweł przygląda mu się z tra­dy­cyj­nie tępym wy­ra­zem twa­rzy.

(Nie zmy­li ni­ko­go).

Prażny zstąpił do Gej­ze­ru Cudów po wejściu zu­lusów. Spółki afry­kańskie to te­raz naj­większy rejdż. Gdzie kto wi­dział w eu­ro­lan­dach plus naście pro­cent PKB gno­ju, sen Bal­ce­ro­wi­cza. A zu­lusi żrą.

Biz­nes je­dzie na mo­dach jak wszyst­ko inne.

Więc hol­ding kre­atywów, który łyknął Gej­zer jesz­cze w po­wi­ja­kach, wymyślił wpiąć się w zu­lusów. Przy­je­chał pe­tra Ma­saj. Połaził, po­lu­kał, po­ru­chał se­kre­tar­ki, pożon­glo­wał ka­dra­mi, do­rzu­cił port­fo­lio klientów, i po­je­chał. Zagląda co kwar­tał.

A w ra­mach żon­gler­ki wy­rwał z in­ne­go szcze­pu hol­din­gu — kogo? Prażnego.

(Który właśnie prze­sko­czył biur­ko i szczy­pie Pawła w po­licz­ki, mój ty śli­macz­ku lu­kro­wa­ny, ti-ti-ti).

Paweł roz­po­zna­je dwa ga­tun­ki biz­nes­menów: Re­wol­we­rowców i Far­merów.

In­a­czej niż w we­ster­nach, Re­wol­we­row­cy przy­chodzą naj­pierw. Z nich była Pierw­sza Bry­ga­da ka­pi­ta­listów od wa­rzyw­nia­ka i kan­to­ra, prze­myt­ników wódki i le­wusów bu­dow­la­nych.

Far­me­rzy przy­chodzą wte­dy, gdy widać już, że zie­mia żyzna i plon ładny. Nie ry­zy­kują.

Pierw­si muszą być po tro­sze wa­ria­ta­mi. Rzad­ko by­wają in­te­li­gent­ni. In­te­li­gen­cja tam prze­szka­dza.

Dru­dzy — o, to full me­nadżerka i Men­sa, MBA i do­pa­la­cze hor­mo­nal­ne.

Ale Re­wol­we­row­cy pierw­sze­go sie­wu to ban­da ory­gi­nałów.

Paweł po­znał ich kil­ku­na­stu, te­raz już dziadków wy­pru­wających się na med­mo­dy. Niektórzy to ewi­dent­ni kre­ty­ni, inni — buce i chu­je o so­cial skills poniżej zera.

Prażny to Re­wol­we­ro­wiec w ciu­chach Far­me­ra.

Za późno się uro­dził. Ale kor­po­ra­cja po­tra­fi zarządzać także zbyt późno uro­dzo­ny­mi. Są dla nich tytuły, funk­cje i podręczni­ki me­nadżerki eks­tre­mal­nej.

Sze­fu wra­ca za biur­ko i wy­pi­ja wodę jed­nym hau­stem. Słonie wa­chlują się usza­mi, ali­ga­to­ry za­my­kają pasz­cze, Afry­ka bie­rze od­dech.

Tym­cza­sem ja z cie­bie pożytek będę miał! (Po­wia­da. Kla-kla-kla).

Je­steś w niżu, Paweł, ja to ro­zu­miem. Ja­kieś smęty no­stal­gicz­ne, ze­it­ge­isty le­pio­ne na nu­dzie i sens życia w je­li­cie cien­kim.

A mnie te­raz po­trze­ba ha­mul­co­we­go.

Ge­stem Zeu­sa Gro­mowład­ne­go Sze­fu rzu­ca w du­chu Po­le­ce­nie Służbowe.

Paweł się nie uchy­lił.

Pójdziesz do Bart­ka. On daje za­raz spicz. Zespół jest pełny, do­bra­li już kre­tynów. Sta­niesz obok.

Mam mu zaglądać przez ramię? Będzie kwas.

A kto lep­szy? Ro­bi­liście tu chwi­la­mi za układ podwójny, krążył wokół cie­bie jak ślepy sa­te­li­ta, ty go chrzciłeś pod Gej­ze­rem.

Ale. Nie moja rola. Z ba­tem tak nad głową.

Prażny zeu­su­je po­now­nie, grzmot w gębie, nie­bo w pięściach.

Słuchasz ty mnie! Ogień w człowie­ku gaśnie i za­pa­la się — ale doświad­cze­nia prze­cież nie stra­ciłeś. Masz re­fe­ren­cje dłuższe niż DNA Pana Boga. Zo­ba­czysz ścianę, za­nim w nią walną.

I po raz dru­gi ci­ska zyg­zak ogni­sty.

Paweł gejdżuje się wa­zo­pre­syną i chwy­ta już w lot — pio­run, myśl i Po­le­ce­nie, +1 Ac­tion Spe­ed.

A! Praw­ni­cy wykręcili ci ręce. Mam do­brze wyglądać w pa­pie­rach. Że był nadzór.

Masz do­brze wyglądać w pa­pie­rach. (Z twoją RE­PU­TACJĄ!) Ale to nie pic. Mamy wie­lo­ry­ba na wędce.

So­und­track: na­ra­stający łomot tam-tamów. (Nad­cho­dzi potwór).

Wot, siur­pry­za. Zde­gra­do­wa­ny przez awans. Awan­so­wa­ny de­gra­dacją.

W pro­gu jesz­cze do­pa­da go ostat­nia mądrość sze­fa: To, cze­go ci trze­ba, Ko­strze­wa, to porządny nałóg.

Paweł wzru­sza ra­mio­na­mi.

Porządny, czy­li jaki?

Z wódki czy z in­nych na­tu­ral­nych dragów wykręcisz się bez śladu po gen­ku­ra­cji i płuka­niu neu­ro. Tytoń w ogóle nam nie szko­dzi. Sek­so­ho­li­ka­mi po­win­niśmy być od kołyski. Gejdż przy­cho­dzi i od­cho­dzi. A za pra­co­ho­lizm tyl­ko po­chwalą.

Nie ma lek­ko. Ciało, fi­zjo­lo­gia — już nie rządzi. Trze­ba sa­me­mu.

Pod rękę z tą myślą wędru­je ku atrak­to­ro­wi so­cjal­ne­mu. (Cia­stecz­ka i kawa, ko­ko­sy pro­sto z pal­my, słonecz­nik pro­sto z ogródka).

Tu­byl­cy po­znają po mi­nie.

Przy­prażony?

Przy­prażony.

Nasz pan

Wszedłszy.

Łapiesz się, Paweł? Łapię się.

Usiadł, wcisnął się w du­cha, ziewnął. Agro — 100.

Główny play­gro­und Gej­ze­ru przy­po­mi­na ma­ga­zyn roz­pu­stu za­adap­to­wa­ny na przed­szko­le. Gdziesz chcesz — usiądź, gdzie chcesz — le­gnij, gdzie chcesz — baw się.

For­mal­ny nie­for­ma­lizm wy­kal­ku­lo­wa­ne­go re­lak­su. W du­chu i w gno­ju. Pstro­ka­ci­zna ścian i trendów.

Jak nie za­mkniesz głowy, wwie­je ci do snów śmiet­nik wszechświa­ta.

Grup­ka w kącie mon­tu­je ro­bo­ta Lego. Będzie roz­pru­wał piłą me­cha­niczną plu­szo­we mi­sie.

Krzy­siu czy­ta pa­per­bo­ok, po uszy w gejdżu ner­dycz­nym; ota­go­wała się.

Krwa­wy He­ge­mon, nadal jed­nogłowy, po­chra­pu­je w cie­niu pi­ra­mi­dy Che­op­sa. (W Egip­cie pada).

Par­ka przy pla­sto­le obści­sku­je się w chi­cho­tach. Ale wy­wie­si­li fla­gi BDSM.

Paweł ma­rzy o gar­ni­tu­ro­wych na­siadówach przy kon­fe­ren­cyj­nym ma­ho­niu, o twar­dym szy­ku pe­tra. Ach, te cza­sy cu­dow­ne, gdy kor­po­ra­cje były kor­po­ra­cja­mi i alie­na­cja płynęła hek­to­li­tra­mi w szkla­nych ko­ry­ta­rzach!

W du­chu roz­dzie­ra swe­ter i de­to­nu­je ka­mi­zelkę bomb ru­ro­wych. (Agro +5000).

Nikt nie zwra­ca uwa­gi.

Będzie sie­dział w kącie i mo­czył nogi w gorącej wo­dzie Gej­ze­ru. Igrając z bąbla­mi dia­bełkami po­wi­do­ka­mi du­cha­mi.

Kre­ty­ni w ze­spo­le Bart­ka to Idzia, Bu­za­ty i dwóch Tomków (To­mek Mniej­szy i To­mek Naj­mniej­szy).

Mądrość gru­py: im szer­szy roz­rzut, tym traf­niej­sze de­cy­zje. Kon­ste­la­cja trzech eks­pertów prze­gry­wa z kon­ste­lacją trzech eks­pertów i sied­miu laików. Dla­cze­go na wol­nym ryn­ku ak­cji, zakładów i de­ry­watów mi­lion kre­tynów plus tysiąc za­wo­dowców za­wsze po­bi­je sa­mych za­wo­dowców? Ano dla­te­go właśnie.

(Na­pis nad windą na piątym piętrze Gej­ze­ru: GRU­PA JEST MĄDRZEJ­SZA OD NAJMĄDRZEJ­SZE­GO CZŁONKA GRU­PY).

Na do­da­tek w kotłach kre­atywów nie cho­dzi prze­cież o wiedzę ani in­te­li­gencję — lecz in­wencję. A gdzie bije źródło idei w wy­obraźni ko­lek­tyw­nej — tego żaden Jung nie od­kry­je.

Kre­ty­ni są naj­mo­wa­ni na se­zon, po­tem się za­nad­to wy­cwa­niają. Spa­dają im z główek au­re­ole igno­ran­cji. Ci tu­taj siedzą już w Gej­ze­rze piąty mie­siąc, ro­bi­li w dwóch-trzech pro­jek­tach Pawła.

Idzia pusz­cza do nie­go oko. Tom­ki wy­mie­niają się sna­mi por­no.

Tym­cza­sem —

Pa­nie! Pa­no­wie! I wy, po­jeb­ce ko­cha­ne!

Bar­tek za­siadł na ko­ni­ku bu­ja­nym.

Się zaczęło.

Ziew.

So­und­track: dźwięki pociągów to­wa­ro­wych w nocy na od­ległym to­ro­wi­sku. Sy­re­na. Echo. Mia­sto jak sen Bla­de Run­ne­ra.

Bar­tek mru­ga w du­chu pry­wat­nym do Pawła, po czym star­tu­je pre­zen­tację od hi­sto­rii ma­kro­eko­no­mii. Nikt nie uda­je za­in­te­re­so­wa­nia. Musi ich za­ssać.

Skok do spe­ku­la­cji nie­ru­cho­mościa­mi.

Skok do anar­cho­syn­dy­ka­li­zmu.

Skok do spra­wy Ławrińskiej.

Słuchają, patrzą, ale po nich nig­dy nie widać.

Bar­tek na­bie­ra po­wie­trza. Będzie­my się posługi­wać ter­mi­nem „cake-sta­te”. I ry­su­je w po­wie­trzu.

Te­raz główna idea. Za­pnij­cie pasy.

Ławrińska, ca­sus post­humów. Pe­tra­skop­cy za­ko­twi­cze­ni w eks­tro­pi­stycz­nych kli­ni­kach Ka­li­for­nii wystąpili o uzna­nie swo­jej re­pre­zen­ta­cji między­na­ro­do­wej. Ich Re­pu­bli­ka Ławrińska nie po­sia­da ani me­tra kwa­dra­to­we­go zie­mi, po­sia­da na­to­miast kon­ty­nen­ty i oce­any du­cha. Ope­ru­je stamtąd kil­ka­dzie­siąt kor­po­ra­cji (króle­stwa ra­do­sne) sza­co­wa­nych na sie­dem­dzie­siąt-osiem­dzie­siąt mi­liardów euro rocz­ne­go przy­cho­du.

Ca­sus: pływające mi­ni­państwa ran­dystów. Ko­niec dwu­dzie­ste­go wie­ku, początek dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go. Sta­wia­li je na sta­rych plat­for­mach wiert­ni­czych, na wy­sep­kach usy­py­wa­nych na ra­fach, na wy­ku­pio­nych tan­kow­cach. Pra­wo lądu sięga dwieście mil od brze­gu. Dwieście je­den — i zy­skałeś nie­pod­ległość.

Własne ko­dek­sy kar­ne i cy­wil­ne. Własne sys­te­my rządów. Własne idee.

Co­kol­wiek. Ka­ni­ba­lizm. Nie­wol­nic­two. Wol­ny ry­nek. De­mo­kra­cja. Ty­ra­nia. Teo­kra­cja. Anar­chia.

Ale w ma­te­rii trud­niej. Ma­te­ria ogra­ni­cza.

Państwo musi ist­nieć na określo­nym te­ry­to­rium, musi po­sia­dać prze­strzeń su­we­ren­ności.

Spójrz­my te­raz na plaję.

Zie­mi więcej Pan Bóg nie stwo­rzy.

Oce­any też skończo­ne.

Ko­smos — zbyt duże kosz­ta, a niższe or­bi­ty już zmi­li­ta­ry­zo­wa­no.

Lecz jaka była przy­czy­na ostat­nie­go kra­chu na ryn­ku nie­ru­cho­mości?

Prze­strzeń do życia i gry roz­ciągnęła się w nie­skończo­ność, ceny dążą do zera. (Nie dokład­nie do zera, ale ro­zu­mie­my).

Otóż nie żadne cy­ber-ideały, nie Tech­no­lo­gicz­ne Oso­bli­wości i sza­tańskie AI, lecz pro­sty ra­chu­nek eko­no­micz­ny wy­py­cha nas z gno­ju w du­cha.

Cze­go trze­ba, żeby po­sta­wić w du­chu własne państwo?

Trze­ba za­bez­pie­cze­nia jego pod­sta­wy fi­zycz­nej. Państwo du­cha musi po­sia­dać przy­najm­niej swo­je ser­we­ry fun­da­cyj­ne.

A ser­we­ry pod­le­gają pra­wu państwa ma­te­rii.

Hen­ce the cake-sta­te.

I Bar­tek ry­su­je przed dzie­ciar­nią Gej­ze­ru:

tort