Inne pieśniTekst

1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Inne pieśni
Inne pieśni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Inne pieśni
Audio
Inne pieśni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2003

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Bar­ba­ra Gór­ska, Mi­chał Ol­szew­ski

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Mał­go­rza­ta Wój­cik

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Na wy­klej­kach wy­ko­rzy­sta­no m.in. sche­mat i mapę wszech­świa­ta wg Pto­le­me­usza, mapy świa­ta wg Era­sto­te­ne­sa, gra­fi­ki przed­sta­wia­ją­ce Bo­gi­nię Węży (Sna­ke God­dess) z Kre­ty mi­noj­skiej oraz la­tar­nię mor­ską w Fa­ros.

Re­dak­tor tech­nicz­ny

Bo­że­na Kor­but

Wy­da­nie dru­gie

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia in­for­ma­cyj­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: In­fo­mar­ket

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Na­ko­necz­ny Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04715-6

Spis treści

  I Α Nokturn Β Dom Kupiecki Γ Ojcorództwo ∆ Bóg w cyrku Ε Słowo, gest, spojrzenie ε Jak Czarnoksiężnik

  II Ζ Aereus Η Pod słońcem Nabuchodonozora Θ Sztylet Ι Dżurdża ι Jak ojciec

  III Λ Szulima Amitace Μ Wyniesienie Ν Światło naszej Pani Ξ Inny ξ Jak strategos

  IV Π Król szczurów Ρ Reguły kaźni Σ Ferus, aereus, aethereus Τ Państworództwo Υ O naturze ludzkiej i kwiatach Hyakinthosa Φ Oczy wdowca

  V Χ Kratistobójca χ Jak Czarnoksiężnik Ψ Floty, armie, Horrory Ω Pan Berbelek

W cią­gu mo­je­go ży­cia wy­ro­bi­łem so­bie szcze­gól­ną wraż­li­wość na For­mę i ja na­praw­dę lę­kam się tego, że mam pięć pal­ców u ręki. Dla­cze­go pięć? Dla­cze­go nie 328584598208854? A dla­cze­go nie wszyst­kie ilo­ści na­raz? I dla­cze­go w ogó­le pa­lec? Nic dla mnie bar­dziej fan­ta­stycz­ne­go, jak że tu i te­raz je­stem jaki je­stem, okre­ślo­ny, kon­kret­ny, taki aku­rat, a nie inny. I boję się jej, For­my, jak dzi­kie­go zwie­rza! Czy inni po­dzie­la­ją moje nie­po­ko­je? O ile? Nie czu­ją For­my, jak ja, jej au­to­no­mii, jej do­wol­no­ści, jej fu­rii stwa­rza­ją­cej, ka­pry­sów, per­wer­sji, spię­trzeń i roz­pa­dów, nie­po­ha­mo­wa­nia i bez­gra­nicz­no­ści, nie­ustan­ne­go spla­ta­nia się i roz­pla­ta­nia.

Wi­told Gom­bro­wicz

Je­den jest ro­dzaj ludz­ki, je­den bo­ski.

Ta sama Mat­ka tchnę­ła w nas ży­cie.

Lecz róż­ni­ca mocy

Roz­dzie­la nas we wszyst­kim.

Pin­dar

I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Α Nokturn

Mgła wi­ro­wa­ła wo­kół do­roż­ki, z mięk­kich kształ­tów bia­ło-sza­rej za­wie­si­ny pan Ber­be­lek usi­ło­wał od­czy­tać swo­je prze­zna­cze­nie. Mgła, woda, dym, li­ście na wie­trze, syp­ki pia­sek oraz ludz­ki tłum — w nich wi­dać naj­le­piej.

Gło­wa cią­ży­ła mu ku skó­rza­ne­mu obi­ciu. Wcią­gnąw­szy głę­bo­ko do płuc wil­got­ne po­wie­trze, obro­nił się przed mor­fą nocy, drob­ny czło­wie­czek w dro­gim płasz­czu, o zbyt gład­kiej twa­rzy i zbyt du­żych oczach. Pod­niósł z sie­dze­nia ga­ze­tę zo­sta­wio­ną przez po­przed­nie­go pa­sa­że­ra. W brud­nym świe­tle mi­ja­nych la­tar­ni py­ro­kij­nych z tru­dem od­czy­ty­wał her­doń­skie czcion­ki: li­te­ry jak runy, jak strzę­py ja­kichś więk­szych zna­ków, z pra­wej tłu­ste i gru­be, ku le­we­mu bo­ko­wi blak­ną­ce. Twar­dy pa­pier miął się i ła­mał w orę­ka­wicz­nio­nych dło­niach. KSIĘ­ŻY­CO­WA WIEDŹ­MA ZA­KO­CHA­NA. KIM JEST WY­BRA­NEK? Szpal­ta obok — ry­ci­na z mor­skim po­two­rem i na­głó­wek: PIERW­SZY NIM­ROD KOM­PA­NII AFRY­KAŃ­SKIEJ ZA­GI­NIO­NY NA MO­RZU. Ko­men­tarz po­li­tycz­ny ry­te­ra Dreu­ga-z-Koh­le: Czyż do­praw­dy tak trud­no było prze­wi­dzieć so­jusz Jana Czar­no­bro­de­go z kra­ti­sto­sem Sied­mio­pal­cym? Rzym, Go­th­land, Fran­ko­nia i Neur­gia będą się te­raz mu­sia­ły ugiąć pod snem Czar­no­księż­ni­ka. Po­dzię­kuj­my na­szym dy­plo­ma­tom za ich wspa­nia­łą pra­cę! Tekst aż ocie­kał sar­ka­zmem. W ka­łu­żach na czar­nym bru­ku od­bi­jał się Księ­życ w trze­ciej kwa­drze, bez­chmur­ne jego nie­bo od­sła­nia­ło ró­żo­we mo­rza, kra­ti­sta Il­lea za­iste mu­sia­ła być w do­brym na­stro­ju (może rze­czy­wi­ście za­ko­cha­na?) albo też świa­do­mie tak moc­no roz­po­ście­ra­ła swą ko­ro­nę. An­thos pana Ber­be­le­ka rzad­ko roz­cią­gał się da­lej niż na wy­cią­gnię­cie ręki i rze­czy­wi­ście tyl­ko we mgle, w dy­mie dało się od­gad­nąć co­kol­wiek z jego kształ­tu — może wła­śnie przy­szłość, za­po­wiedź ki­sme­tu, jak chce po­pu­lar­ny prze­sąd. Ale czyż pan Ber­be­lek nie na­giął dziś wie­czo­rem za­rów­no woli mi­ni­stra Bru­ge, jak i Szu­li­my? Po­pa­try­wał więc, za­my­ślo­ny, w wi­ru­ją­cą mgłę.

Ktlap, ktlap, ktlappp, do­roż­karz nie po­pę­dzał ko­nia, noc była ci­cha i cie­pła, chwi­la na­rzu­ca­ła spo­kój i roz­wa­gę. Pan Ber­be­lek wspo­mi­nał go­rąc win­ne­go od­de­chu Szu­li­my i za­pach jej aegip­skich per­fum. Tej wio­sny skoń­czy­ło się pa­no­wa­nie asce­tycz­nej mody z Her­do­nu (małe zwy­cię­stwo nad kra­ti­sto­sem Ana­xe­gi­ro­sem, przy­najm­niej na tym polu) i po­wró­ci­ły na sa­lo­ny tra­dy­cyj­ne eu­ro­pej­skie chi­ma­ty, ka­fta­ny lon­dyń­skie, bez­gu­zi­ko­we ko­szu­le od­kry­wa­ją­ce tors, a dla ko­biet — suk­nie ka­ftor­skie, so­fo­rie i mi­ta­ni, arab­skie szal­wa­ry, gor­se­ty pod­no­szą­ce biust, krzy­kli­wa bi­żu­te­ra sut­ków. Przed­ra­mio­na Szu­li­my obej­mo­wa­ły dłu­gie, spi­ral­ne bran­so­le­ty z brą­zu w kształ­cie węży i kie­dy es­th­le Ami­ta­ce po­da­ła Ber­be­le­ko­wi rękę do uca­ło­wa­nia (do­tyk jej skó­ry pra­wie go pa­rzył), zaj­rzał on ga­do­wi pro­sto w szma­rag­do­we śle­pia. — Es­th­le. — Es­th­los. — Już się uśmie­cha­ła, do­bry znak, od pierw­sze­go spoj­rze­nia na­rzu­cił for­mę życz­li­wo­ści i kon­fi­den­cji. Po­tem szep­ta­ła mu zza błę­kit­ne­go wa­chla­rza iro­nicz­ne ko­men­ta­rze na te­mat mi­ja­ją­cych ich go­ści. Tak­że na te­mat swo­je­go wuja. Es­th­los A. R. Bru­ge, mi­ni­ster han­dlu Księ­stwa Neur­gii, wplą­tał się ostat­nio w skom­pli­ko­wa­ny ro­mans z goc­ką ka­wa­le­rzyst­ką, set­nicz­ką Hor­ro­ru, któ­ra naj­wy­raź­niej była moc­nym de­miur­go­sem — z każ­do­ra­zo­we­go z nią spo­tka­nia Bru­ge wra­cał odro­bi­nę przy­stoj­niej­szy i odro­bi­nę głup­szy, jak śmia­ła się Szu­li­ma. Może więc rze­czy­wi­ście mi­ni­ster zo­stał już wcze­śniej uro­bio­ny? Bo zgo­dził się na pro­po­zy­cję Ber­be­le­ka wła­ści­wie bez opo­ru, mach­nię­cie ręki i gry­mas, nie chciał się na­wet nad tym za­sta­na­wiać — i tak oto Dom Ku­piec­ki Nju­te, Iki­ta te Ber­be­lek uzy­skał fak­tycz­ny mo­no­pol na im­port fu­ter z Pół­noc­ne­go Her­do­nu. Pan Ber­be­lek świę­to­wał. Po­mię­dzy jed­nym to­a­stem a dru­gim, nie za­sta­na­wia­jąc się, za­pro­sił Szu­li­mę do swej let­niej po­sia­dło­ści w Ibe­rii. Unio­sła brew, strze­li­ła wa­chla­rzem, wąż bły­snął zie­lo­nym śle­piem. — Chęt­nie. — Lecz te­raz, li­cząc w ka­łu­żach go­rą­ce Księ­ży­ce oraz ude­rze­nia ko­pyt o miej­ski bruk w wil­got­nej ci­szy, pan Ber­be­lek my­śli tak: A je­śli było do­kład­nie na od­wrót, je­śli to jej an­thos prze­żarł mnie pod­stęp­nie i to jej prze­ko­ra wy­pchnę­ła z mo­ich ust owo za­pro­sze­nie? Czy opo­wia­da­jąc hi­sto­rię goc­kiej set­nicz­ki-de­miur­go­sa, nie pró­bo­wa­ła mi dać cze­goś do zro­zu­mie­nia…?

 

Mgła zrze­dła, wi­dział kan­cia­ste syl­we­ty bu­dyn­ków na­chy­la­ją­ce się nad od­kry­tą budą do­roż­ki. Kla­sycz­na vo­den­bur­ska ar­chi­tek­tu­ra nig­dy nie mia­ła dla Ber­be­le­ka wiel­kie­go uro­ku, te wszyst­kie ma­syw­ne ka­mie­ni­ce, ści­śnię­te w krę­te sze­re­gi, uli­ce jak ka­nio­ny ka­mien­ne­go la­bi­ryn­tu, da­chy na­stro­szo­ne gar­gul­ca­mi i rzy­ga­cza­mi, okna ni­czym strzel­ni­ce, por­ta­le jak wro­ta krypt, ciem­ne dzie­dziń­ce za ukry­ty­mi w cie­niu bra­ma­mi, wiecz­nie mo­kre ko­cie łby, po któ­rych ście­ka­ją, w dół, ku por­to­wi i mo­rzu, stru­my­ki miej­skie­go bru­du… Cen­trum oraz więk­szość dziel­nic miesz­kal­nych sto­li­cy wznie­sio­no za cza­sów kra­ti­sto­sa Grze­go­rza Po­nu­re­go, gdy re­zy­do­wał on w pa­ła­cu ksią­żę­cym. Ke­ros Vo­den­bur­ga giął się wów­czas i top­niał w ogniu ko­ro­ny kra­ti­sto­sa za­iste jak wosk, sam pa­łac za­stygł po odej­ściu Grze­go­rza w for­mie upior­nych ogro­dów ka­mie­nia i sta­li. Ber­be­lek zo­stał tam za­pro­szo­ny tuż po prze­pro­wadz­ce do Vo­den­bur­ga, w kon­tra­ście jego wła­sny dom wy­da­wał mu się po­tem wca­le sło­necz­ny i ra­do­sny. Lu­dzie jed­nak szyb­ciej się zmie­nia­ją od ma­te­rii nie­oży­wio­nej. Trzy po­ko­le­nia po Grze­go­rzu Czar­nym vo­den­bur­czy­cy na­uczy­li się śmiać i ba­wić i na­wet usły­szał od nich w cią­gu sze­ściu lat parę dow­ci­pów. Całe szczę­ście, że Szu­li­ma nie po­cho­dzi stąd. Otwo­rzył „Jeźdź­ca o Zmierz­chu” na przed­ostat­niej stro­nie. Dzi­siej­sza ka­ry­ka­tu­ra — wy­tę­żył wzrok — przed­sta­wia­ła kanc­le­rza Löke na czwo­ra­kach, z roz­anie­lo­nym wy­ra­zem twa­rzy wy­li­zu­ją­ce­go noc­nik Czar­no­księż­ni­ka. Cóż, nie od razu Rzym zbu­do­wa­no, po­czu­cie hu­mo­ru też nie ro­dzi się z ka­mie­nia.

Prze­je­cha­li przez plac świą­tyn­ny. Na stop­niach Domu Isz­tar doj­rzał kil­ka ku­rew z no­wi­cja­tu, bia­łe uda lśni­ły w ga­zo­wym świe­tle. Do­roż­ka skrę­ci­ła, przy­śpie­sza­jąc na opa­da­ją­cej stro­mo uli­cy, ktlappp-ktlappp. Się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ka­fta­na, wy­jął ty­toń­ców­kę i za­pał­ki. Ta­aak. Za­cią­gnąw­szy się dy­mem, od­chy­lił gło­wę na skó­rza­ne opar­cie i za­pa­trzył się w nie­bo. Wbrew po­po­łu­dnio­we­mu desz­czo­wi było bez­chmur­ne, gwiaz­dy mi­go­ta­ły fi­lu­ter­nie, Księ­życ pra­wie ośle­piał. Tyl­ko z przo­du, nad por­tem, gdzie na że­la­znych łań­cu­chach wi­sia­ły świ­nie po­wietrz­ne, ich bul­wia­ste syl­we­ty prze­sła­nia­ły gwiaz­do­skłon. Ty­to­niec ża­rzył się czer­wo­no, pan Ber­be­lek dmuch­nął, ja­sne iskry po­le­cia­ły w noc. Po­wiedz­my, że Kri­stoff utrzy­ma ob­ro­ty na ze­szło­rocz­nym po­zio­mie. Ale po prze­ję­ciu rzą­do­wych za­mó­wień… Sto dwa­dzie­ścia, sto czter­dzie­ści ty­się­cy gro­szy czy­ste­go zy­sku. Pięt­na­ście pro­cent z tego… Po­wiedz­my: dwa­dzie­ścia ty­się­cy. Spła­cił­bym wresz­cie ojca i za­mknął ren­ty Or­lan­dy, Ma­rii i dzie­ci. Na­le­ża­ło­by rów­nież wy­ku­pić usłu­gi ja­kie­goś do­bre­go tek­ni­te­sa cia­ła. Przy­znaj to, Hie­ro­ni­mie Ber­be­lek-z-Ostro­ga: sta­rze­jesz się jak każ­dy.

Mo­no­ton­ny ruch do­roż­ki i ryt­micz­ny stu­kot ko­pyt dzia­ła­ły mimo wszyst­ko usy­pia­ją­co, pra­wie hip­no­tycz­nie — kie­dy sta­nę­ła, Hie­ro­nim po­de­rwał się ni­czym wy­bu­dzo­ny z po­ran­ne­go snu.

— Je­ste­śmy na miej­scu, es­th­los — mruk­nął woź­ni­ca.

Pan Ber­be­lek, wy­sia­da­jąc, nie­mra­wo gme­rał w kie­sze­ni za drob­ny­mi.

Bra­ma na dzie­dzi­niec była oczy­wi­ście za­war­ta, lecz świa­tło py­ro­kij­ne pa­li­ło się nad mniej­szy­mi drzwia­mi obok. Za­stu­kał w nie trzy­krot­nie srebr­ną głów­ką la­ski. Do­roż­ka od­kle­ko­ta­ła po­wo­li w górę pu­stej uli­cy, ku pla­co­wi świą­tyn­ne­mu. Jesz­cze jed­no za­cią­gnię­cie się czar­nym ty­toń­cem w chłod­nym pół­mro­ku przed­świ­tu, w tej go­dzi­nie naj­dłuż­szej, gdy bo­go­wie pro­stu­ją swe ko­ści, a ke­ros wszech­świa­ta jest odro­bi­nę bar­dziej mięk­ki, odro­bi­nę bliż­szy Ma­te­rii…

— Ach, na­resz­cie! Już my­śla­łem, że nie wró­cisz tej nocy! Jak tam bal, co? No, pro­szę mi dać ten płaszcz! I rę­ka­wicz­ki. Chy­ba nie pa­da­ło zno­wu?

Pan Ber­be­lek zi­gno­ro­wał zrzę­dli­wy sło­wo­tok sta­re­go słu­żą­ce­go i nie zdjąw­szy na­wet ka­fta­na, za­szedł do fron­to­wej bi­blio­te­ki. Tu, przy pu­stym pul­pi­cie, skre­ślił na ma­łej kar­cie cie­lę­ce­go per­ga­mi­nu krót­ką in­for­ma­cję o po­wo­dze­niu ne­go­cja­cji z mi­ni­ster­stwem han­dlu. Zła­maw­szy kar­tę dwu­krot­nie na ży­dow­ską mo­dłę, roz­pu­ścił nad świe­cą zie­lo­ny szlak i za­pie­czę­to­wał nim list. Jesz­cze sy­gnet z her­bem Ostro­ga i:

— Por­te! Niech An­ton za­nie­sie to do kan­to­ru es­th­lo­sa Nju­te. Już!

Nie od­wró­cił się jed­nak od pul­pi­tu. Ten dym nad świe­cą — uniósł dłoń — prze­cież nie ma prze­cią­gu — czy to sza­bla, miecz? — w li­ściach na wie­trze, w ludz­kim tłu­mie, we mgle, wo­dzie i dy­mie, w tym dy­mie ciem­nym — aż się po­chy­lił, mru­ga­jąc — za­krzy­wio­ne ostrze, tak.

Β Dom Kupiecki

Pan Ber­be­lek nie wy­spał się tego dnia. Pan Ber­be­lek źle sy­piał w vo­den­bur­skie noce, ale te­raz na do­da­tek spał krót­ko: le­d­wo wy­bi­ła go­dzi­na dzie­wią­ta, a do sy­pial­ni, od­py­cha­jąc z pro­gu Por­te i Te­re­zę, wkro­czył es­th­los Kri­stoff Nju­te, i od razu wszel­ka sen­ność po­czę­ła pa­ro­wać z Ber­be­le­ko­we­go cia­ła, kosz­ma­ry z umy­słu.

— Ajch, ajch, ajch! Hie­ro­ni­mie, cu­do­twór­co, kra­ti­sto­sie mój sa­lo­no­wy, do stóp pa­dam, do stóp!

— A oby cię trąd… Nie od­sła­niaj okien!

— Jak­żeś tego do­ko­nał, wni­kać nie będę, ale tyle ci po­wiem, żeś go­dzien ostat­nie­go gro­sza, na­stęp­ny okręt u Sy­ty­na na­zwie­my two­im imie­niem, no po­każ­że mor­dę, niech cię uści­skam!

— A po­szedł! Sam byś też za­ła­twił, Bru­ge zgo­dził­by się na wszyst­ko, po­dob­no to z mi­ło­ści tak zgłu­piał, w każ­dym ra­zie gło­wa w chmu­rach… Te­re­za! Qah­wy!

Szla­chet­ny Kri­stoff Nju­te, ry­ter je­ru­za­lem­ski i po­ten­tat fu­trzar­ski, też nie po­cho­dził z Vo­den­bur­ga (był Her­doń­czy­kiem w dru­gim po­ko­le­niu, uro­dzo­nym w Neue Re­ese Her­ma­na, syna Gu­sta­wa), co po­nie­kąd tłu­ma­czy­ło jego wy­lew­ność. Nie­mniej miesz­kał tu już dłu­żej niż Ber­be­lek i sta­no­wi­ło dla tego ostat­nie­go jed­ną z więk­szych za­ga­dek, jak też Kri­stoff zdo­łał po­zo­stać ta­kim sa­mym ru­basz­nym cho­le­ry­kiem, pod­czas gdy na­wet praw­dzi­wi de­miur­go­si opty­mi­zmu i de­zyn­wol­tu­ry po kil­ku mie­sią­cach ży­cia pod Grze­go­rzo­wą mor­fą po­pa­da­li w „vo­den­bur­ską de­pre­sję”. Ale Nju­te w ogó­le był za­prze­cze­niem prze­cięt­no­ści: sześć i pół pusa wzro­stu, dwa li­tho­sy ży­wej wagi, bary ar­chi­tek­to­nicz­ne, wło­sy jak krzyk pło­mie­nia — ruda bro­da, ruda grzy­wa — i ten głos ja­ski­nio­wy, ryk prze­pi­te­go niedź­wie­dzia, kie­lisz­ki dźwię­cza­ły, gdy szep­tał.

— Od razu zło­ży­łem nowe za­mó­wie­nia i ku­rier­skim po­sła­łem fak­to­rom wyż­szą ofer­tę sku­pu, wy­prze­my Kreuc­ka nie tyl­ko z Neur­gii, ale i z księstw bał­tyc­kich, już to wi­dzę — cią­gnął pan Nju­te. — Rok, dwa, nie mogą się prze­cież wiecz­nie trzy­mać na cy­gań­skich kre­dy­tach, a jak wej­dzie­my na pół­noc —

— Mu­sza­chin ma wspar­cie kró­lew­skie­go skarb­ca — wtrą­cił Hie­ro­nim, sior­biąc go­rą­cą qah­wę cy­na­mo­no­wą.

— Ha! Czyż nie po to wzią­łem cię do spół­ki? Ty masz przy­ja­ciół na wschod­nich dwo­rach, two­ja pierw­sza po­cho­dzi­ła z Mo­skwy, praw­da?

— Kri­stoff…

— No bar­dzo prze­pra­szam, że wspo­mnia­łem, Pa­nie Mę­czen­ni­ku! Kri­ste, jak ty się po­tra­fisz de­lek­to­wać ża­ło­bą! Pa­mię­tasz, jak mu­sia­łem cię wy­cią­gać z psiar­ni Löke? My­śla­łem, że —

— Wyjdź.

— No, już, już. O czym to ja… Kreu­cek, Mu­sza­chin, bra­cia Ro­zar­scy. No a po­tem to już tyl­ko cha­nat sy­be­ryj­ski.

— Ich nie prze­bi­jesz, kosz­ty trans­por­tu —

Kri­stoff pal­nął pią­chą w po­du­chy.

— Kie­dy wła­śnie nie za­mie­rzam! Na od­wrót! So­bo­le do Pół­noc­ne­go Her­do­nu na przy­kład. Hop przez cie­śni­nę! A jak Dzia­dek Mróz wy­mor­fu­je ten most lo­do­wy z Azji do No­wej La­po­nii…!

— Taa, mor­fu­je go od sie­dem­set­ne­go. Za sła­by an­thos, mu­siał­by się prze­nieść z Ubby nad samą Cie­śni­nę Ibn Kady.

— A co wy mnie tak do­łu­je­cie, es­th­los? Trzy do­bre no­wi­ny tego ran­ka, a on jak z gro­bu wy­ko­pa­ny!

— A że­byś wie­dział… Jak czło­wiek bu­dzi się bar­dziej zmę­czo­ny, niż się kładł…

— Cóż zno­wu ci się śni­ło?

— Nie pa­mię­tam, nie je­stem pe­wien, nie wiem zresz­tą, jak to opo­wie­dzieć. Sam po­myśl, Kri­stoff, coś ta­kie­go: za­mknię­ty, ale w nie­skoń­czo­nej prze­strze­ni, bie­gnę do miej­sca, w któ­rym sto­ję, a oni mnie tną do ko­ści, ile­kroć się ob­ró­cę, ale to nie ja się ob­ra­cam —

— Do­syć, do­syć! Ja cię mu­szę roz­ru­szać, rdze­wie­jesz mi tu. Na ten bal też cię pra­wie prze­mo­cą wy­pchną­łem — i co? źle zro­bi­łem?

— Co za no­wi­ny?

— Ajch, to nie wiesz! Thor idzie na woj­nę! Zno­wu się będą bić o Uuk. Wy­obraź so­bie te za­mó­wie­nia, sam kon­tyn­gent zi­mo­wy, a jesz­cze skok cen…!

— Pa­so­żyt.

— Heh. A za trzy go­dzi­ny przy­bi­ja „Fi­lip Apo­stoł”, o świ­cie przy­le­ciał ptak. Przed ter­mi­nem i żad­nych strat. Te­raz mi mów, że nie po­win­ni­śmy in­we­sto­wać we wła­sną flo­tę!

— Żad­nych strat, bo zła­pa­łeś na ostat­ni rejs tego Per­sa-he­ka­tom­bę. Czy­ta­łeś wczo­raj­sze­go „Jeźdź­ca”? Coś po­żar­ło kli­per Kom­pa­nii, ra­zem z ich naj­lep­szym nim­ro­dem, i to gdzie? — na Mo­rzu Śród­ziem­nym! A ty mó­wisz o oke­ano­sie!

— Dla­te­go wła­śnie za­raz po­dźwi­gniesz się z tego łoża i po­je­dziesz ze mną do por­tu. Trze­ba zła­pać Ih­me­ta jesz­cze na tra­pie, za­nim nie pod­pi­sze kon­trak­tu z in­ny­mi. Już ty go prze­ko­nasz, czu­ję, że przy­pad­nie­cie so­bie do gu­stu. W li­stach wy­ra­żał się o to­bie z wiel­ką aten­cją — na­praw­dę nig­dy się nie spo­tka­li­ście? W każ­dym ra­zie te­raz ma­cie oka­zję, wy­mie­ni­cie te swo­je krwa­we opo­wie­ści, za­bie­rzesz go do łaź­ni, wszyst­ko na koszt fir­my, bądź roz­rzut­ny, niech mu za­szu­mi w gło­wie, co tyl­ko —

— Nie chce mi się — mruk­nął Hie­ro­nim.

Kri­stoff trza­snął go z za­ma­chu w ple­cy, aż cza­ra z reszt­ką qah­wy wy­pa­dła panu Ber­be­le­ko­wi z dło­ni na po­ściel i z niej na dy­wan.

— Wie­rzę w cie­bie!

— Fa­na­tyk.

Pan Ber­be­lek po­czła­pał do sa­ni­ta­rium, gdzie Te­re­za na­go­to­wa­ła już wrząt­ku do ką­pie­li. Para za­kro­pli­ła ko­lo­ro­wą ro­ze­tę wy­cho­dzą­cą na dzie­dzi­niec bu­dyn­ku. Tyl­ko o tej po­rze dnia świa­tło sło­necz­ne wy­pie­ra­ło z dzie­dziń­ca mo­kry cień, za go­dzi­nę bę­dzie tam już pa­no­wać zmierzch ka­mien­ny — wte­dy ga­zo­we pło­mie­nie py­ro­kij­ne, od­bi­ja­jąc się mi­go­tli­wie od zie­lo­no-nie­bie­skiej mo­zai­ki, nada­dzą izbie ła­zieb­nej po­zór mor­skie­go aqu­arium. Tu Hie­ro­nim czę­sto przy­sy­piał w ką­pie­li i stąd zro­dzo­ne sny ko­ły­sa­ły go naj­de­li­kat­niej.

Pan Ber­be­lek w ogó­le za ła­two i za czę­sto przy­sy­piał — z wy­jąt­kiem nocy, kie­dy wła­śnie przy­cho­dzi­ło mu to z tru­dem. Od dzie­ciń­stwa, od­kąd pa­mię­tał, bo jesz­cze na dłu­go przed Ko­le­ni­cą, prze­śla­do­wa­ły go czar­ne kosz­ma­ry, któ­rych wszak­że ni­jak nie po­tra­fił po prze­bu­dze­niu opo­wie­dzieć, ani na­wet do­brze so­bie przy­po­mnieć; pa­mię­tał tyl­ko po­czu­cie kom­plet­ne­go za­gu­bie­nia i dez­orien­ta­cji, trwo­gi tak głę­bo­kiej, że w ogó­le nie­moż­li­wej do wy­sło­wie­nia. Na­to­miast dni prze­mi­ja­ły mu w Vo­den­bur­gu w nie­ustan­nym sen­nym roz­le­ni­wie­niu, prze­waż­nie na­wet nie pod­no­sił się z łoża, nie ubie­rał się, nie było po co i dla cze­go. Słu­żą­cy krę­ci­li gło­wa­mi i zrzę­dzi­li pół­gło­sem, ale nie zwra­cał uwa­gi. Gło­sy, lu­dzie, świa­tło i ciem­ność, ha­łas i ci­sza, po­sił­ki o sma­kach ta­kich i owych, na­stęp­stwo pór roku za okna­mi — zle­wa­ło mu się to wszyst­ko w jed­ną cie­płą, kle­istą bre­ję, któ­ra za­ta­pia­ła go w po­wol­nych przy­pły­wach, za­le­pia­ła szczel­nie zmy­sły. Trze­ba było do­pie­ro sil­nej ręki es­th­lo­sa Nju­te, ona wy­cią­ga­ła Hie­ro­ni­ma na po­wierzch­nię. Nju­te za­wsze wie­dział, po co i dla cze­go.

 

Pie­nią­dze, pie­nią­dze, pie­nią­dze. Wy­da­wa­ło się, że od przy­by­cia do sto­li­cy Neur­gii o ni­czym in­nym pan Ber­be­lek nie my­śli, a w każ­dym ra­zie nie ma in­nej osi dla jego dzia­łań. Bo je­śli się z tej sie­ci wy­ry­wał, to nie ku od­mien­nym pra­gnie­niom, lecz w ciem­ny bez­ruch i bez­wo­lę, w ten tar­tar star­ców i sa­mo­bój­ców, do któ­re­go z Vo­den­bur­ga otwie­ra­ła się bra­ma naj­szer­sza. Trze­ba jed­nak przy­znać, że bo­gac­two to przy­najm­niej jest ja­kiś cel, ja­kiś po­wód do ży­cia, może ni­ski, lecz praw­dzi­wy, a z nie­go ro­dzą się ko­lej­ne, i na­stę­pu­je re­ge­ne­ra­cja czło­wie­czeń­stwa. Na przy­kład dumy, god­no­ści oso­bi­stej — z es­te­ty­ki ubio­ru i form ety­kie­ty. Biel ko­szu­li i cię­żar pier­ście­ni na pal­cach wy­zna­cza­ją war­tość chwi­li. Tak oto mar­twe przed­mio­ty po­tra­fią mor­fo­wać sa­mo­po­czu­cie czło­wie­ka — czyż nie je­ste­śmy sub­stan­cją naj­po­dlej­szą?

Kie­dy więc do­łą­czył do Kri­stof­fa prze­bra­ny już w strój wyj­ścio­wy, z wło­sa­mi na­tłusz­czo­ny­mi olej­kiem, zie­lo­ną leią za­wią­za­ną pod bro­dą, w czar­nym bry­tyj­skim ka­fta­nie ści­śle za­pię­tym i w ju­grach o wy­po­le­ro­wa­nych przez do­mo­we­go nie­wol­ni­ka cho­le­wach — był odro­bi­nę in­nym es­th­lo­sem Ber­be­le­kiem niż ten, któ­re­go Kri­stoff za­stał w cie­płym za­du­chu sy­pial­ni; odro­bi­nę in­a­czej my­ślą­cym i zu­peł­nie in­a­czej się za­cho­wu­ją­cym. Do ko­la­ski es­th­lo­sa Nju­te wsko­czył Hie­ro­nim rów­nie ener­gicz­nie, jak sam Nju­te. Wio­sen­ne słoń­ce przy­świe­ca­ło moc­no, rzu­cił na opar­cie płaszcz hu­mi­jo­wy. Kri­stoff na­to­miast po­zo­stał w swo­jej ob­szer­nej szu­bie z bo­bro­wym koł­nie­rzem — i kie­dy te­raz Her­doń­czyk roz­pie­rał się w sze­ro­kim po­wo­zie, pan Ber­be­lek u jego boku zda­wał się jesz­cze bar­dziej szczu­pły i nie­po­zor­ny.

Spoj­rzał przed wyj­ściem na ter­mo­metr: sie­dem­na­ście kre­sek na ska­li ale­xan­dryj­skiej — cho­ciaż od mo­rza cią­gnął moc­ny, chłod­ny wiatr i strzę­pia­ste chmu­ry bar­wy pia­sku su­nę­ły szyb­ko po la­zu­ro­wym nie­bie. Dymy z huty Wo­er­ne­ra za­zwy­czaj za­snu­wa­ły pół­noc­ny ho­ry­zont, lecz dziś wiatr po­ra­dził so­bie i z nimi, nie­bo było jak lu­kier. Je­cha­li w in­nym kie­run­ku, w dół, ku por­to­wi, i Hie­ro­nim ani na mo­ment nie tra­cił z oczu świń po­wietrz­nych, któ­rych dłu­gi­mi kor­pu­sa­mi rzu­ca­ło na boki i wzwyż. Po­li­czył: sie­dem. Przy­by­ła jed­na w bar­wach suł­ta­na­tu Mal­ty, ko­sze były wła­śnie w ru­chu. Zwró­cił wzrok ku wie­ży fla­go­wej por­tu. Istot­nie, wy­wie­szo­no już za­po­wiedź przy­by­cia „Fi­li­pa Apo­sto­ła”. Sa­me­go por­tu jesz­cze nie wi­dział, uli­ce Vo­den­bur­ga były wy­jąt­ko­wo krę­te: za­pro­jek­to­wa­no je z my­ślą o obro­nie prze­ciw­ko bry­tyj­skim pi­ra­tom, któ­rzy jesz­cze do roku 850 PUR na­jeż­dża­li tę część Eu­ro­py. Mia­sta pół­noc­ne, co ule­gły i pła­ci­ły Bry­tom ha­racz, unik­nę­ły znisz­czeń, któ­rych śla­dy wciąż były wi­docz­ne w Vo­den­bur­gu, cho­ciaż­by w po­sta­ci wy­szczer­bio­ne­go muru nad­brzeż­ne­go. Ciem­no­sza­ry jego ma­syw gó­ro­wał nad por­to­wą dziel­ni­cą mia­sta, te­raz znaj­do­wa­ły się tam straż­ni­ce tek­ni­te­sów mo­rza oraz ko­twi­co­wi­ska świń. Z czar­nych oczo­do­łów baszt wy­sta­wa­ły owal­ne ryje stu­let­nich py­re­si­der.

Za­nim wy­je­cha­ła na bul­wa­ry por­to­we, ko­la­sa mu­sia­ła się prze­do­stać przez jesz­cze bar­dziej zwę­ża­ją­ce się ulicz­ki sta­re­go kwar­ta­łu ku­piec­kie­go — i tu utknę­ła na dłu­gie mi­nu­ty. Oto­czył ich tłum ludz­ki, za­wie­si­na okrzy­ków, śmie­chów i gło­śnych roz­mów w czte­rech ję­zy­kach we­pchnę­ła się w uszy, w noz­drza — za­pa­chy, od naj­po­spo­lit­szych po naj­bar­dziej eg­zo­tycz­ne, te ze skle­pów per­skich i in­du­skich, otwar­tych „stra­ga­nów głup­ców”, wszyst­kie ostre. Jak zwy­kle w ta­kim tło­ku i za­mie­sza­niu każ­da rzecz zda­wa­ła się być tro­chę mniej sobą, a tro­chę bar­dziej czymś in­nym, to zna­czy ni­czym, rzecz, sło­wo, wspo­mnie­nie, myśl, pan Ber­be­lek w roz­tar­gnie­niu po­stu­ki­wał głów­ką la­ski o pod­bró­dek.

— Czy ten Ih­met…

— Tak?

— Czy on ma ja­kąś ro­dzi­nę? Gdzie miesz­ka?

— Zwią­zać go przez zie­mię? Mhm. To mia­sto ma wie­le za­let, ale mało kto na­zwie je uro­czym.

— My­śla­łem ra­czej o do­mie pod Kar­ta­ge­ną, po­sia­dłość są­sia­du­ją­ca z moją vil­lą idzie na sprze­daż w przy­szłym mie­sią­cu, do­sta­łem list, moż­na by…

— Oni bar­dzo so­bie ce­nią ta­kie wię­zy. Mhm.

Nie na­le­ża­ło za­po­mi­nać, że ry­ter Nju­te to w głę­bi du­cha kse­no­fob. Pan Ber­be­lek pa­mię­tał o tym do­brze, sam był dla Kri­stof­fa ob­cym; co wię­cej, tu, w Neur­gii, ob­cy­mi byli obaj. Kse­no­fo­bia Kri­stof­fa sta­no­wi­ła od­mia­nę na tyle spe­cy­ficz­ną, że nie owo­co­wa­ła by­najm­niej nie­na­wi­ścią, nie­chę­cią czy choć­by stra­chem. Po pro­stu Kri­stoff do każ­de­go, kto nie był Her­doń­czy­kiem i kri­stja­nem, pod­cho­dził jak do dzi­kie­go bar­ba­rzyń­cy, spo­dzie­wa­jąc się wszyst­kie­go naj­gor­sze­go i nie dzi­wiąc się ni­cze­mu, a byle prze­jaw czło­wie­czeń­stwa wi­tał ni­czym wiel­kie zwy­cię­stwo swej mor­fy. Kry­ły się za tym wy­so­kie po­kła­dy nie­in­ten­cjo­nal­nej po­gar­dy, acz­kol­wiek na ze­wnątrz ob­ja­wia­ła się ona je­dy­nie wy­lew­ną ser­decz­no­ścią. „Mó­wisz po grec­ku! Jak­że się cie­szę! Wstą­pił­byś do nas na ko­la­cję? Je­śli, oczy­wi­ście, jesz mię­so i pi­jasz al­ko­hol”. A przy tym Kri­stof­fa istot­nie nie dało się nie lu­bić.

Pan Ber­be­lek wy­jął jan­ta­ro­wą ty­toń­ców­kę i po­czę­sto­wał ry­te­ra. Za­pa­li­li obaj, woź­ni­ca po­dał ogień.

— Ty znasz es­th­le Szu­li­mę Ami­ta­ce.

— Owszem — pan Nju­te po­wo­li uwol­nił z płuc lep­ki dym. — Jaka to mie­szan­ka?

— Na­sza.

— Na­praw­dę? No po­patrz. Co z tą Ami­ta­ce?

Pan Ber­be­lek za­chi­cho­tał, za­cią­gnąw­szy się głę­bo­ko.

— Chy­ba wpa­dłem w jej ko­ro­nę. Albo ona w moją. I tak się za­sta­na­wiam…

— Wszyst­kie ko­bie­ty to de­miur­go­sy po­żą­da­nia.

— Taaa.

— Co ty się przej­mu­jesz? Do­brze ro­bisz, spla­taj się z nimi, z Bru­ge, z jego krew­ny­mi, o to cho­dzi, o to cho­dzi. Ku więk­szej po­tę­dze NIB!

— Przy­je­cha­ła z By­zan­tio­nu — znasz ko­goś, kto tam ją znał?

— Po­py­tam. Bo co? Wie­rzysz w te plot­ki?

— Ja­kie plot­ki?

— Że mło­da nie dla­te­go, że mło­da, i pięk­na nie dla­te­go, że pięk­na…

— Ach, jak zwy­kle opo­wia­da­ją cho­re baj­ki, bo za­zdrosz­czą.

— Fakt. Prze­cież sko­ro krew­na Bru­ge —

— Mi­ni­ster gli­nia­ny.

Woź­ni­ca strze­lił ba­tem, ko­nie szarp­nę­ły, po­wóz uwol­nił się z tłu­mu. Wy­je­cha­li z cie­nia uli­cy na roz­sło­necz­nio­ne bul­wa­ry, sze­ro­kie ta­ra­sy por­to­we, gdzie ke­ros na­tych­miast stward­niał, uwol­nio­ny spod na­ci­sku tłu­mu, i pan Ber­be­lek spę­tał swe my­śli w kar­ny sze­reg, skoń­czy­ła się rwa­na roz­mo­wa.

Skła­dy Domu Ku­piec­kie­go Nju­te, Iki­ta te Ber­be­lek mie­ści­ły się w dłu­gim, drew­nia­nym ba­khau­zie, otwie­ra­ją­cym się wy­so­ki­mi wro­ta­mi wprost na ka­mien­ne na­brze­że. Vo­den­burg po­sia­dał głę­bo­ki port oraz za­mknię­tą, bez­piecz­ną za­to­kę (dzie­ło ja­kie­goś za­po­mnia­ne­go kra­ti­sto­sa) i za­zwy­czaj okrę­ty cu­mo­wa­ły tu bur­ta w bur­tę, szczel­nie za­sła­nia­jąc mor­ski ho­ry­zont; nie in­a­czej dzi­siaj. Trwał wy­ła­du­nek i za­ła­du­nek, przy sa­mym na­brze­żu NIB uwi­ja­ła się z set­ka nie­wol­ni­ków i pra­cow­ni­ków na­jem­nych.

Kri­stoff i Hie­ro­nim za­je­cha­li pod skła­dy od tyłu. Es­th­los Nju­te, wy­siadł­szy, wy­jął z kie­szon­ki ze­ga­rek.

— Pół go­dzi­ny góra.

Ze­wnętrz­ny­mi scho­da­mi we­szli do kan­to­ru, któ­ry mie­ścił się w nad­bu­dów­ce na trze­ciej kon­dy­gna­cji. W drzwiach mi­nę­li się z N’Yumą.

— Po­goń­że lu­dzi z „Ka­ro­la”, do wio­seł, do wio­seł, mu­szą mi tu za­raz zro­bić miej­sce dla „Fi­li­pa”.

Jed­no­oki Negr ski­nął gło­wą. W ze­szłym roku N’Yuma wy­ku­pił się od ry­te­ra, lecz men­tal­ność nie­wol­ni­ka mu po­zo­sta­ła, taka mor­fa od­bi­ja się naj­głę­biej.

Pan Ber­be­lek miał tu swo­je biu­ro, wy­dzie­lo­no dlań na­roż­ną izbę, ale zaj­rzał tam przez te lata wszyst­kie­go dwa razy. Nie wi­dział po­trze­by pod­trzy­my­wa­nia fik­cji, taki z nie­go był ku­piec, jak z Kri­stof­fa dy­plo­ma­ta. Je­śli w ogó­le za­cho­dził do skła­dów, koń­czy­ło się na wi­zy­cie w ga­bi­ne­cie Nju­te, skąd zresz­tą roz­po­ście­rał się naj­lep­szy wi­dok; sze­ro­kie, trzy­pa­ne­lo­we okno wy­cho­dzi­ło wprost na port i za­to­kę, mógł ob­ser­wo­wać z wy­so­ko­ści steng całą tę mrów­czą krzą­ta­ni­nę. Je­śli nie za­ci­nał deszcz lub mróz nie trzy­mał zbyt wiel­ki, Nju­te zo­sta­wiał okno otwar­te i do wnę­trza swo­bod­nie wska­ki­wał mor­ski wiatr, sło­ne po­wie­trze prze­płu­ka­ło tu wie­lo­krot­nie każ­dy sprzęt, na­są­czy­ło swo­im za­pa­chem ścia­ny i dy­wan.

Do­pa­la­jąc ty­toń­ca, pan Ber­be­lek ob­ser­wo­wał pta­sie ru­chy dźwi­gu to­wa­ro­we­go, ła­du­ją­ce­go na oke­ano­so­wy kli­per in­nej kom­pa­nii skrzy­nie oku­te że­la­zem, śle­dził wzro­kiem od­bi­ja­ją­ce­go po­wo­li od na­brze­ża „Ka­ro­la Pię­tę”, przy­glą­dał się ryt­micz­nej pra­cy wio­śla­rzy na ło­dziach ho­low­ni­czych, na­gim bi­cep­som N’Yumy, po­kry­tym ja­kimś ple­mien­nym mor­fun­kiem — Negr, sto­jąc na hał­dzie sta­re­go ta­kie­lun­ku, wy­krzy­ki­wał klą­twy i za­chę­ty do uprzą­ta­ją­cych na­brze­że tra­ga­rzy, dla nich pan i wład­ca, wgnia­ta­ją­cy w zie­mię sa­mym spoj­rze­niem dzi­kie­go oka… Mewy skrze­cza­ły me­lan­cho­lij­nie. Nie­wol­ni­ca przy­nio­sła go­rą­cą theę; po­dzię­ko­wał, nie od­wra­ca­jąc się od okna. Za jego ple­ca­mi Kri­stoff wy­kłó­cał się o ja­kiś za­le­gły po­da­tek z per­skim kan­ce­la­rzy­stą, prze­cho­dzi­li w wy­zwi­skach i in­wo­ka­cjach z ockie­go na grec­ki i pah­la­vi i z po­wro­tem. Hie­ro­nim wy­rzu­cił przez okno peta. Oparł­szy się przed­ra­mio­na­mi o wy­so­ką fra­mu­gę, sior­bał theę, sól szczy­pa­ła ję­zyk.