Imperium chmur

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

.

.

Pewnego dnia spaliła sobie włosy i wygryzła pół dłoni i mówi, że nie wie dlaczego.

Tak Kagaku-san ćwiczy się do łuku, tak Kagaku-san znika i się rozwiewa i tak mistrzostwo łuku Kagaku-sana trafia do celu w górskiej ciszy.

Chmury na ziemi – domy na niebie – świat przewraca się na drugi bok.

.

Pewnego dnia spaliła sobie włosy i wygryzła pół dłoni i mówi, że nie wie dlaczego. Wszyscy trochę się boją babki Reiny i trochę się z niej śmieją. Babka Reina wędruje po wiosce, w której żyje od sześćdziesięciu lat, i gubi się za pierwszym zakrętem.

Popołudniami, wieczorami Hibiki, Takumi, Kiyoko i Sakurako chodzili za babką Reiną, udając, że ją śledzą, i kryli się, udając, że babka Reina nie wie, że za nią chodzą.

Babka Reina chodziła także do lasu, i także w lesie się gubiła.

Babka Reina przechodziła na drugą stronę dopływu rzeki przez południowy mostek, a wracała w bród, po uda w wodzie.

Trzydzieści trzy lata temu, kiedy Ōkamu nawiedził wędrowny mistrz Yoshō, babka Reina wyszła w góry i w górach pozostawała przez następne pięć lat. Mistrz Yoshō sprowadził ją z powrotem nagą, brudną, z robakami żyjącymi w skórze i włosach i z wielką blizną na plecach.

Odwiedził ją jeszcze dwa razy. „Znajduję mądrość w życiu niewypełnionym poszukiwaniem mądrości”.

Po śmierci Yoshō jego uczniowie przywieźli babce Reinie ulubioną laskę mistrza. Miesiąc, i zapomniała gdzieś laski.

Babka Reina wędruje po wiosce, w której żyje od sześćdziesięciu lat, i gubi się za pierwszym zakrętem.

Pewnego wieczoru przysiadła na skarpie nad młynem wodnym i zaczęła się jeść.

Owego dnia chodzili za nią Kiyoko i Hibiki. Hibiki stanął i patrzył. Kiyoko pobiegła po dziadka. Zanim go przyprowadziła, babka Reina zjadła sobie dwa palce, napoczęła trzeci i przeżuwała mięso wygryzione z boku dłoni.

„Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?” „Nie wiem”.

I Kiyoko widzi, że babka Reina naprawdę nie wie.

Dlaczego chodzi tak po wiosce i górach, plącze się w tę i we w tę, zawraca i zawraca, traci dni, gapiąc się w pustkę nad dolinami, zatrzymuje się kilka kroków od domu, zamiast wejść do domu. Dlaczego?

Wreszcie w Kiyoko rodzi się pewność, że babka Reina wcale się nie gubi.

Wujek wymyśla jej godzinami od starych wariatek i kłamczuch.

„Babcia Reina mówi prawdę”.

Pochylona nad koszem węglowym (kotatsu leży zimne, rozłamane) włożyła w ogień włosy i zapaliła się. Dom napuchł cierpkim swędem popielonej staruchy.

„Nie wiem”.

Reina to imię z Nihonu. Prawdziwe imię babki jest inne. Nie wypowiada go na głos.

Nie pochodzi z wysp południowych. Jej ród nie przybył tu z imperium Amaterasu. Nie jest dzieckiem geografii Izanami.

Zanim poddani cesarza wzięli je w posiadanie, te góry i lasy i rzeki i chmury chowały lud Aynu.

Zanim oświeciła je Amaterasu, te góry i lasy i rzeki i chmury czciły bogów-niedźwiedzie.

Babka Reina szepcze w noc stare opowieści przejścia: o bogach przyjmowanych i konsumowanych przez ludzi i o ludziach przyjmowanych i konsumowanych przez bogów. Kiyoko śpi, ale słucha. Słucha, ale – śpi.

Babka Reina wita Kiyoko za każdym razem tak samo. „Kim jesteś?”

Wreszcie Kiyoko pojęła, że babka Reina wcale jej nie zapomina. Że to nie babki Reiny głowa jest dziurawa. „Kim jesteś?”

„Nie wiem”.

Tak Kiyoko odpowiada doktorowi Aka i żonie doktora Aka. Kiyoko mówi prawdę.

Doktor Aka uczy ich sokki. Sokki to sztuka szybkopisania.

Nieskończenie roztropny cesarz otworzył Kraj Bogów na zmiany, w tym na zmiany w samym sposobie sprawowania władzy. Tworzy się nowe prawa. Tworzy się nowe instytucje. Nihon ma doścignąć i prześcignąć Zachód, czyli zrobić to, co Zachód, tylko że szybciej i lepiej. Ażeby mieć parlamentaryzm, trzeba mieć partie polityczne, trzeba mieć wyborców i wybieranych, i dyskusje publiczne, i prasę zaangażowaną. Mowa staje się narzędziem masowej polityki. Wszelako w jednym miejscu i o jednym czasie mowy jednego człowieka może wysłuchać niewielka liczba osób. Lecz przeczytać wydrukowany zapis przemowy mogą setki tysięcy.

W odróżnieniu od alfabetu łacińskiego ani chińskie hànzi, ani japońskie kanji i kana nie pozwalają na zapisywanie mowy w czasie jej wypowiadania. Nawet czysta hiragana, chociaż oparta nie na znakach idei, lecz na znakach dźwięków, jest zbyt powolna. Kōki Takusari wymyślił więc system sokki.

Oto jest koło ośmiu podstawowych dźwięków mowy japońskiej. Doktor Aka otwiera Shinshiki Sokkijutsu autorstwa Kōki.

Kiyoko pismo sokki przypomina zarysy zwierząt w biegu. Długie faliste linie jak profile dzikich grzbietów pociągnięte jednym ruchem ręki.


Dopiero z tych szybkich maźnięć wydobywa się znaczenia dla kanji obrazów i myśli.

Doktor Aka uczy sokki czwórkę dzieci Ułaskawionych.

Sokki Kiyoko nie są podobne do żadnych znaków znanych doktorowi. Nie jest to system Kōki. Nie jest to hiragana ani katakana. Linie zawijają się, przecinają, tworzą kształty nie do opowiedzenia.

Doktor Aka podejrzewa, że Kiyoko sama nie potrafi ich odczytać. Że to nie pismo; to malarstwo.

Poleca Kiyoko przepisać jej sokki na kanji.

Kiyoko przepisuje. I brzmienie kanji Kiyoko zgadza się z brzmieniem podyktowanej mowy – lecz znaczenie kanji Kiyoko jest często zupełnie inne niż znaczenie tych, które doktor Aka widzi przed sobą w oryginale.

Żona doktora skrupulatnie zbiera karty z szybkopisaniem Kiyoko.

Wieczorem, w zamyśleniu, z zapalonym papierosem.

„Skąd bierzesz te znaki? Co to znaczy? Znasz je z góry?, czy za każdym razem komponujesz od nowa?”

„Nie wiem”. Z szeroko otwartymi oczyma dozgonnej ciekawości, szczera jak sokół w locie. „Nie wiem”.

Tak Kagaku-san ćwiczy się do łuku, tak Kagaku-san znika i się rozwiewa, i tak mistrzostwo łuku Kagaku-sana trafia do celu w górskiej ciszy. Kiyoko sama niemal znika, wciągnąwszy się w siebie z wdechem zimnego powietrza.

Dwanaście lat życia i stało się oczywistym, że lewe ramię Kiyoko nigdy nie dorówna prawemu ramieniu Kiyoko.

Prawe wyżej, lewe niżej. Ramię zdrowe, ramię strute przez zazdrość drugiemu ramieniu.

Pan Aigo doradził Kiyoko ćwiczyć się w łucznictwie. Pan Aigo zna rodzinę Kagaku, w której od początku ery Tokugawa przekazywana jest ryūha łucznictwa świątynnego spod Kyōto: Nikurin-ha. Na prośbę pana Aigo przyjmą przecież uczennicę z rodu samurajów.

Kagaku Kazuki, syn starego pana Kagaku, ma posturę muskularnego Buddy. Klęka do strzału, zsunąwszy czarne kimono, a pot lub rosa lśni na jego baloniastym brzuchu. Kyūjutsu Nikurin-ha wymaga nie tylko posłania strzały z jednego końca hallu Sanjūsangen-dō na drugi, ale także trafienia tam w cel. Łuk jest wyższy od łucznika.

O świcie, wtedy Kagaku ćwiczy najczęściej, cień łucznika sięga ku celowi długim szponem. Jest tak cicho, że Kiyoko słyszy źdźbła trawy prostujące się spod nacisku szponu-cienia.

Kagaku-san wypuszcza strzałę.

Cień strzały wyprzedza strzałę.

Strzała podróżuje tak długo, że Kagaku-san ma czas opuścić łuk i obrócić wzrok na Kiyoko.

Strzała podróżuje tak długo, że nie potrzebuje łucznika.

Kiyoko nie porusza się, nie mruga, nie mówi.

Nie ma Kiyoko. Nie ma Kagaku-sana. Nie ma łuku.

Dwunasty rok życia: między wydechem i wdechem.

Dali jej mniejszy łuk, do ćwiczenia stawów i pleców. Układali jej kręgosłup, ręce, szyję, głowę, nadgarstki, biodra, przeponę, palce, jelita, płuca, serce, oczy, myśl. Liczyli powtórzenia. Przez pierwsze trzy lata miała strzelać do walca słomy odległego o dziesięć shaku.

Wolała patrzyć, jak inni strzelają. I Kagaku-san w końcu wolał, żeby jego strzelanie dochodziło celu na oczach znikającej Kiyoko.

O świcie ponad Okamū i zakolem rzeki. Na łące na wschodnim zboczu Góry Pijanego Księżyca. W porze rosy.

Taka jest ryūha rodu Kagaku: sztuka łucznictwa bez-siebie.

„Muga to piękno świata dla nikogo i bez nikogo. Muga to doskonałość jedności. Dlaczego lewe ramię zazdrości prawemu? Nie ma żądzy, nie ma strachu i nie ma błędu, gdy nie ma ciebie i nie-ciebie. Potykasz się, potykamy się zawsze o tę krawędź: granicę między tym, co jest tobą, i tym, co nie jest tobą”. Wciągnij powietrze. „Nie ma granicy”.

„Nie ma granicy”.

„Nie ma granicy. Muga to wielka nieobecność. Muga to wielka miłość. To celność miecza i nieskończone miłosierdzie oświeconego. Strzała nie potrzebuje łucznika. Doskonałość nie potrzebuje «ja». Nie ma granicy, moja Kiyoko”. Wciągnij siebie.

Ona jednak nigdy nie trafi do celu dalszego niż ćwiczebna słoma.

Dwunasty rok życia i te świty ciszy napiętego drzewca, co drugi dzień, poranek rangakusha i sokki, co drugi dzień, mała Kiyoko w szarym kimonie stopa za stopą wzwyż stromego zbocza, a między zaspanymi górami toczą się jedwabne obłoki, świerszcze wibrują trawę. W rękach – książki. W rękach – łuk.

Nie dziwisz się? Świętej pustce we wnętrzu dziecka, doskonałej nicości za rozkosznym uśmiechem dziewczynki.

Jedno Słońce rozbłyska w każdej kropli rosy – w każdej kropli rosy, to jedno Słońce.

Chmury na ziemi – domy na niebie – świat przewraca się na drugi bok. I to także zdarzyło się jej owego roku dwanaście, dwudziestego piątego roku Meiji. Poszła zbierać grzyby matsutake z lasu czerwonych sosen, unkai wezbrało zaś wbrew porze dnia i roku, zasnuwając doliny i przełęcze, i Kiyoko zatonęła w chmurach. Śniło się jej, że płyną po niebie armady dziwnych domów jak klocki, ale kiedyż to spała? Idąc? Płynąc? Na futonach obłoków.

 

Wychodzi z fali powolnych bałwanów bieli na wysokie łąki Trzech Dolin. Półnadzy robotnicy pracujący przy drodze żelaznej pokazują ją sobie palcami.

Szare kimono Kiyoko – bezdźwięczny wodospad mgły – dziewczynka wypluta przez Ryūjin. Pokazują ją sobie palcami: Musume Un, Musume Un.

Zagubić się w unkai znaczy zgubić się między niebem i ziemią. Na drewnianej wieży pod granią siedzi stary yamabushi i dmie w muszlę jinkai, gdy spostrzeże niebezpieczne obniżenie rozlewu chmur. Wojenna melancholia pulsuje ponad świerkami i sosnami morską nutą. Zagubić się w unkai znaczy zagubić się w sobie.

Po dwunastu latach wyszła na inne łąki. Świat przewrócił się na drugi bok.

Wielkie jak pagoda serce stali obraca się w powietrzu nad błękitną tonią rzeki.

Z jam smolnych wybuchają bąble tłustego dymu.

Oficer Ministerstwa Kolonizacji w czarnym europejskim mundurze galopuje na młodym siwku wzdłuż błotnistego brzegu.

Na wyższych od sosen masztach rozstawionych w niecce doliny – chorągwie ze znakami Kaitakushi.

Rzemieślnicy żelaza machają do Kiyoko i śmieją się.

„Co robicie?” „Okręty dla cesarza”.

Dali jej słodkiego soku z moreli i posadzili na pancernym biodrze lokomotywy. Huk młotów rozdreszcza skórę. Dokoła Kiyoko biega i pokrzykuje więcej ludzi, niż ludzi dotąd widziała.

Myśli o czarno-białych miastach barbarzyńców wypalonych na fotografiach doktora Aka. Myśli o kanji 捗, o postępowaniu naprzód.

W nozdrzach – zapach owoców mikan i wygasłego ogniska.

Oficer zapytał ją o imię i o to, jak tu trafiła. „Zgubiłam się w chmurach”. Oficer zapytał ją o dom. „Ōkamu”. „Z Dolin nie ma drogi na południe i zachód. Są tylko góra, wodospady i urwisko”.

Na uwięzi powrozów grubych jak udo zapaśnika zaprzęg ośmiu wołów ciągnie, ciągnie to serce stali. Kanciaste kłębowisko płacht brudnego metalu. Kołysze się lekko w powietrzu, lampion skała, skała origami, origami grzmot. Od patrzenia na ową masywną niemożliwość cierpną Kiyoko podniebienie i wargi.

Oficer podąża wzrokiem za jej spojrzeniem. Uśmiech lśniących guzików czarnego munduru. Pobłażliwość miecza skrytego w pochwie. Wrzask czerwonych blizn zagłuszający połowę twarzy oficera. „Więc teraz ty także służysz sekretom cesarza”. Świat przewrócił się na drugi bok.

W owym czasie w Kraju Bogów działało zaledwie kilka linii kolejowych, wszystkie zbudowane przez ludzi Zachodu. Pierwszą linię na Hokkaidō, z kopalni Ishikari do portu Otaru, poprowadził gaikokujin Crawford.

Lecz do Trzech Dolin nie zostaną dopuszczeni cudzoziemcy z żadnych państw Zachodu, które istnieją.

Trzy Doliny budują własną kolej, systemu brytyjskiego, z parowozami amerykańskiej kompanii H.K. Porter – aby dowozić tu rudę z Nanae, ludzi i maszyny z portu Hakodate, rzadkie surowce z Korei i Chin.

W dwudziestym piątym roku Meiji kopalnie węgla Damasi i Adamasi nie są jeszcze niczym więcej niż dziurami w ziemi, ponad którymi chwieją się bambusowe rusztowania. Cesarska Górska Stocznia to pogrążony w chaosie i błocie obóz prospektorów i kolonizatorów. Robotnicy mieszkają w szałasach i namiotach rozstawionych na północnym zboczu Pierwszej Doliny, pod linią lasu.

Unkai przepływa dwa chō powyżej, od przełęczy do przełęczy.

I Góra Pijanego Księżyca, i Szczyty Wierzbowe, i łańcuch Okachi, aż do paszczy wulkanu – wszystko przecięte wpół przez tę poziomą lawinę chmur:

to jest połowa nieba,

to jest połowa ziemi.

Kiyoko zasypia na chłodnym łonie niewkolejonej jeszcze lokomotywy. Zapatrzona w pióropusze iskier pod falami obłoków.

Tak unkai nakryło ją miękką kołdrą.

Oficer Kaitakushi nazywa się Tomoe Ryuunosuke, to on stoi tu na straży Błogosławionego Przymierza. Nie dopuści do Cesarskiej Górskiej Stoczni nikogo, kto nie ma imiennego pozwolenia z Biura Kolonizacji.

Dotarcie do wioski Ułaskawionych traktem dokoła gór zajmie Tomoe dzień i większą część nocy.

Matka Kiyoko czeka na werandzie. Wszyscy wujkowie Ōkamu poszukiwali Kiyoko. Palą się pochodnie i ogniska. Rozbudzone psy skamlą pod Księżycem.

Oficer Tomoe wypuszcza ze swej dłoni dłoń Kiyoko. Kiyoko chce pobiec do mamy; powstrzymuje się. Tylko uśmiech wypełnia jej twarz jak płomień-lampion. Słyszy męczeńskie chrapanie wujka Masa. Babka Reina siedzi na tylnych schodkach i moczy krzywe nogi w krystalicznej poświacie Księżyca. W poprzek ścieżki maszeruje fioletowa żabka.

Matka Kiyoko dotyka czołem desek werandy. Tomoe Ryuunosuke w odpowiedzi zgina się w mechanicznym ukłonie. Nie obrazili się żadnym uczuciem.

Inni potem pytali Kiyoko, raz za razem; lecz nie matka. Kiyoko służy teraz sekretom cesarza. Ojciec wiedział, że nie ma szans na zwycięstwo; walczył do śmierci, gdyż to była jego droga.


.

.

Po śmierci wszyscy mamy inne imiona.

W dwudziestym siódmym roku Meiji do Doliny za Chmurami przybył gaikokujin z Kraju, Którego Nie Ma, aby rozpocząć produkcję Okrętów Żelaza Ducha dla Cesarskiej Marynarki Nieba.

Żołnierze, Żeglarze, My jesteśmy waszym Najwyższym Dowódcą.

.

„Po śmierci wszyscy mamy inne imiona”. Teraz, gdy odszedł do krain śmierci (które leżą za zachodnim horyzontem), ojciec Kiyoko zwie się Ibara i zaiste, jest niczym cierń w pamięci wszystkich złączonych z nim krwią lub honorem.

Kiyoko nie zna innego ojca niż pana Ciernia.

„Sonnō jōi! Czy byli wierni cesarzowi?, czy mu się sprzeciwiali? Ten sam los, skoro przegrali”. Sakurako, pucułowata i zakatarzona, przegląda się w szklanym lusterku, które ojciec przywiózł jej z Muroran. Szczególną uwagę poświęca nosowi, śliwkowoczerwonemu od ciągłego siąkania i kichania. „Nie wierz gazetom. Nie do ciebie piszą. Nie do nas”.

Kiyoko przyniosła do gospodarstwa kwaśnych senbei egzemplarz „Taiyō” pożyczony od żony doktora Aka. W jednym z artykułów wyliczano uczestników dawnych buntów wzniecanych pod podwójnym hasłem oddania absolutnej władzy cesarzowi oraz wypędzenia barbarzyńców – sonnō jōi! – którym to bohaterom-męczennikom z chwilą podpisania Konstytucji należy się co najmniej przywrócenie czci. Tak przekonuje autor artykułu.

Kiyoko nie znajduje tam imienia ojca. Ale to nie znaczy nic. Po śmierci – inne imiona.

„Doktor Aka mówi, że wszystko się zmieni. Że władzą obdarzać będą gazety. Że sonnō jōi powróci, kiedy zewsząd usłyszymy taki głos: wypędzić cesarza, być we wszystkim jak barbarzyńcy”. „Na przekór żonie, Kiyoko, on tak na przekór żonie”. „Och!”

Z werandy domu trzech wujków Ryuko widać całą główną ulicę Ōkamu. Wracający z pola chłopi napotkali dziadka Kiyoko (który nie jest jej dziadkiem) i rozgorzała pantomima dobrodusznych obleśności. Dziadek Kiyoko ma jedno wielkie marzenie: zażyć przed śmiercią rozkoszy z kurtyzaną rangi oiran. Od lat oszczędza na ten cel. Z czasem jego marzenie stało się marzeniem całej Ōkamu. Skoro dama dzieląca łoże z daimyō i książętami krwi obsypie klejnotami swych czułości tego najmarniejszego spośród nas, pokręconego reumatyzmami i sparszywiałego od stóp do pępka starucha – to jakbyśmy wszyscy choć raz zasiedli do uczty bogów. Niekiedy nawet Ułaskawieni dorzucają dziadkowi miedziaka mon.

„Po co ty tam jeszcze przesiadujesz wieczorami!” „Matka wraca od pana Aigo jeszcze później”.

Sakurako podsuwa Kiyoko lusterko, aby ujrzała się tym, czym widzą ją wszyscy w wiosce: czystszym, wyraźniejszym obrazem urody swej matki.

Kiyoko nawet własnemu odbiciu przygląda się jakby w radosnym zdumieniu. To ja? Moje oczy, moje włosy, moja młodość?

Ponad jej ramieniem wschodzi w szklanym owalu opuchłe lico Sakurako. „Ja jestem brzydka, gruba i lubię proste przyjemności bogactwa. Zdobędę zamożnego męża, urodzę tłuste dzieci, urządzę wygodny dom. Ty jesteś tennyo z wachlarza, Kiyoko, śnisz dniem, myślisz nocą, uschniesz z miłości do księcia z Księżyca albo podetniesz sobie żyły. Zobacz, jaki glut”. Oto i najszczersza uciecha ugniatania pokraśniałego nosa.

Ojciec Sakurako został ułaskawiony przed wykonaniem wyroku śmierci. Odpowiadał za porwanie jednego z ośmiu okrętów cesarskich, które Enomoto Takeaki wywiódł do Hokkaidō z zamiarem ustanowienia tu namiastki shōgunatu Tokugawa. Enomoto proklamował mianowicie Republikę Ezo. Uznali ją barbarzyńcy z Wielkiej Brytanii i Francji. Ostatecznie poddał się, a Kuroda przyjął jego kapitulację. Odbyła się bitwa morska, starcie trzynastu okrętów parowych, w tym jedynego pancernika Cesarstwa; po stronie Ezo walczyli także cudzoziemcy. Siły Cesarstwa zwyciężyły. Ojcu Sakurako odstrzelony łańcuch żurawia okrętowego połamał i zmiażdżył ręce. Uwięziony na trzy lata Enomoto Takeaki został przez bezgranicznie litościwego cesarza przywrócony do honorów i wysokich funkcji i wkrótce powierzono mu Biuro Kolonizacji Hokkaidō. Spośród samurajów, którzy służyli Enomoto podczas buntu, nie wszyscy doznali takiej przychylności. Ojciec Sakurako, wydobyty z celi w Goryōkaku, zanim zgniło mu drugie ramię, pozbawiony stanu i majątku, nie miał nawet pieniędzy na powrót z Hokkaidō. Sakurako urodziła się z łona wieśniaczki, u której ojciec zimował był w gorączce i gangrenie. Kiyoko nigdy nie spytała, czy Sakurako zna imię swej matki i czy wie, co się z nią stało.

„Myślisz, że na dworze tennō zapisują wszystkie wasze uczynki i ktoś tam pamięta o córce Ciernia?” „Nie. Nikt nie pamięta”.

Kiyoko wie, że skoro ojciec i inni bojownicy sonnō jōi przegrali, to znaczy, że nie mieli racji. I Kiyoko rozumie, że ostateczna racja, racja siły i władzy, jest po stronie Zachodu. I jeszcze, i nadto, i przede wszystkim Kiyoko czuje, że droga ojca jest jej drogą, że nie ma i nie będzie dla niej innej drogi.

Od chwili gdy zobaczyła ogromne, kanciaste serce stali rotujące w powietrzu nad chorągwiami Kaitakushi.

Zobaczyła je i połknęła wdech do dna płuc, i dalej, i głębiej, aż wciągnęła się całkiem, aż nie ma jej. Nie ma granicy między Kiyoko i światem cudownych tajemnic.

I teraz –

Wyjść za bogatego kupca? Żyć w Ōkamu krowim żywotem wieśniaczki? Służyć w domach nowobogackich?

Oto jest kana chińskiego dźwięku Ciernia: し.

Kiyoko zapisuje ojca jednym ruchem stopy na piasku, jednym zakrętem palca na zaparowanym lusterku. Ojciec przebija ją igłą-hakiem. Nawleka na oścień przeszłych dni.

Droga Ciernia: naprzód, naprzód, im głębszy ból, tym bardziej nie zawrócisz.

I tym gorętszy płomień dumy, że nie zawracasz, choć powinnaś.

Sakurako rozczesuje długie czarne włosy Kiyoko. Z omal matczyną satysfakcją podziwia jej odbicie w zwierciadle niczym dumną kaligrafię własnego imienia.

Dom Sakurako pełen będzie pięknych, wysmakowanych przedmiotów, ornamentów miłych chłopskiej urodzie pani.

„Więc teraz pan oficer Tomoe pośle po ciebie muła ze służącym”. „Zdałam egzamin. Doktor Aka poręczył. Wykują dla mnie schody w Pijanym Księżycu, wyjdę sama o świcie i stanę w Dolinach na Godzinę Węża”.

Wieczór zapada nad wioską Ōkamu. Chłopi wrócili do chat. Tu i tu i tam i tam palą się świece i lampki tranowe. Blade smugi dymu falują na wietrze jak proste kana, wszystkie pędzelkowane tą samą dłonią.

Tęskny okrzyk ptaka nad lasami – ostatnie pociągnięcie grzebienia – zaszła za chmurą włosów jasna twarz.

„Będziesz służyć barbarzyńcom”. „Będę służyć cesarzowi”. „Ten sam los”.

Ojciec wiedział, że nie ma szans na zwycięstwo; walczył do śmierci, gdyż to była jego droga.

W dwudziestym siódmym roku Meiji do Doliny za Chmurami przybył gaikokujin z Kraju, Którego Nie Ma, aby rozpocząć produkcję Okrętów Żelaza Ducha dla Cesarskiej Marynarki Nieba.

„Profesor Geist nie żyje”.

Zmarł w Paryżu minionej jesieni. Koteria Błogosławionej Propozycji znajdowała się w trakcie urządzania głównego laboratorium i biblioteki w posiadłości pana Wo Ku Kyi w Holenderskich Indiach Wschodnich. Pan Wo Ku Kyi wszedł także we własność plantacji na Jawie, budował miasto w górach Francuskich Indochin, a na prośbę brytyjskiego sekretarza Kolonii Cieśnin reformował dzielnice chińskich robotników w Singapurze. Zgodnie z Propozycją całość produkcji Żelaza Ducha na potrzeby floty imperialnej oraz sama budowa okrętów tetsu tamasi musi się wszakże odbywać na ziemiach Cesarstwa. Zarazem współpracownicy i spadkobiercy profesora, wszyscy pochodzący z Kraju, Którego Nie Ma, pozostają dysponentami wiedzy naukowej stanowiącej podstawę produkcji. Wo Ku Kyi z biblioteką i współpracownikami paryskimi nie przeniesie się do Nihonu. Kto inny sieje, kto inny zbiera plon. Dobrze ukryte są spichlerze nasion.

„Ja was nauczę”.

Gaikokujin O Ho Kyi porusza się o lasce. Nie jest starym człowiekiem; zachował młodzieńczą miękkość krągłego oblicza. Jedynie zakola przedzielone długim lokiem sięgały mu tak wysoko, że niemal do szczytu szeroko sklepionej czaszki. Lecz utracił całą władzę w lewej nodze. Ponoć pojedynkował się w Rosji i odniósł ciężką ranę.

 

Kapitan Tomoe, dyrektor Ishoda i minister Kuroda czekali, aż zejdzie powoli po schodkach wagonu-salonki.

Linię kolejową do Trzech Dolin uruchomiono zaledwie trzy tygodnie temu. Nie ma peronu, nie ma dworca.

Doktor O Ho Kyi zstępuje na żwirowy nasyp i widzi przed sobą równe szeregi powitalne: kapitana, dyrektora i ministra w europejskich ubraniach, potem długi szpaler urzędników, inżynierów, oficerów zatrudnionych w Trzech Dolinach, potem rzędy służących i żołnierzy. Na masztach oznaczających koniec linii furkoczą pionowe chorągwie Kaitakushi.

Gaikokujin jest w białym garniturze stosownym dla klimatu tropików. Zdejmuje słomkowy kapelusz, pochyla głowę.

Kapitan, dyrektor i minister kłaniają się w odpowiedzi.

„Je suis Julian Ochocki, je vais vous construire des forteresses aériennes”. „Bienvenue aux Trois Vallées, monsieur Ochocki”.

Gaikokujin nie mówi po japońsku. A nikt w Dolinach nie mówi w języku Kraju, Którego Nie Ma. Będą się porozumiewać po francusku i niemiecku.

Procesja podąża do Bramy Mgieł: siedziby Biura Kolonizacji Hokkaidō, jedynego trzypiętrowego budynku w Dolinach. We wschodnim jego skrzydle znajdują się apartamenty gaikokujina. W bawialni na parterze przygotowano wystawną kolację powitalną.

Doktorowi O Ho Kyi towarzyszą trzynastoletni syn, siwowłosy służący i dwóch uczniów profesora Geista. Długi szereg tragarzy dźwiga bagaż obcoziemców.

Minister Kuroda studiował za młodu w Europie, opowiada gaikokujinowi mijane widoki po niemiecku. Jest Godzina Małpy, cień wulkanu Okachi płoży się po lasach i łąkach.

Przystają na moment na szerokiej werandzie Bramy Mgieł. Fotograf Kaitakushi wypala dwa zdjęcia grupy. Oto one. Na pierwszym syn gaikokujina wciska głowę między łokcie ojca i ministra Kurody; na drugim gaikokujin wskazuje laską obiekt na zboczu góry. Cudzoziemiec jest miękką plamą bieli między zwartymi kanji ciemnych mundurów i garniturów. W otwartych oknach budynku Kaitakushi – firany jak fale paproci.

Po kolacji, w porze cygar i wina, padają pierwsze pytania o politykę. „Korea, Chiny, Rosja, w takiej kolejności”. „Rosja, panowie, Rosja”. „To kamienie domina, panie Ochocki. Wystarczy przewrócić jeden”. Japonia zakończyła właśnie zwycięską wojnę z Chinami, wypychając je z Korei i zdobywając półwysep Liaotung z twierdzą Lüshun, Taiwan, przywileje handlowe i reparacje wojenne od Chin w wysokości dwustu milionów taeli srebra. To srebro umożliwiło budowę Górskiej Stoczni i ustanowienie Cesarskiej Marynarki Nieba.

Siedzą przy otwartych drzwiach na werandę. Głos cykad jest tak donośny, że zagłusza muzykę z fonografu nakręconego dwa pokoje dalej.

Twarz gaikokujina roztopiła się w marzycielskiej zadumie. „Czytałem w podróży o historii waszego kraju. Spodziewałem się rycerzy w zbrojach. Jak wam się udało tak szybko przebyć całe epoki?” „Cesarz postanowił”. „Ale teraz macie parlament, wybory, konstytucję, rządy prawa”. „Bo taka jest wola cesarza”.

Cykady. Wino. Ciepła noc. Sylwety gór. Przygasłe ognie huty. „Ja was nauczę”. „Ile miesięcy?” „Gdy tylko sam się nauczę! Pan Wokulski nie mógł przecież sfinansować produkcji na taką skalę, tym bardziej – potajemnie uruchomić jej w Europie. I w tym siła Propozycji, czyż nie? Że nie zna świat takich zbrojeń. Tu, tu będziemy odkrywać i tworzyć”. „Musi pan zatem uczyć naszych inżynierów”. „Niech się uczą, niech się uczą”.

Szepty. Skinienie głową. Chrząknięcie. Minister Kuroda, kapitan Tomoe. Przywołana zostaje dziewczyna. Białe kimono z habutae, włosy rozpuszczone w prostej osuberakashi. Kłania się głęboko, po czym wycofuje w cień za fotelami.

„Wszystko, co pan zrobi i powie, należy do Cesarstwa Japonii. Ona zapisze każde pana słowo, panie doktorze Ochocki”. „Nie ma takiej potrzeby, sporządzę dla was wyczerpują – och!”

Kiyoko pisze.

Ciepła noc. Cykady. Gwiazdy nad górami. Powietrze ciężkie od tłustych woni lasu. Stuknięcia laski. „Pora spać, synu”.

Mała sowa przysiadła na ogrodzeniu między podwórzem Bramy Mgieł i drewnianymi barakami koszar. Pozwala się głaskać i karmić synowi doktora O Ho Kyi. Ordynans kapitana podaje chłopcu paski mięsa. Z zadowolenia ptak przymyka ślepia jak latarenki, strzyże długimi brwiami.

„Oswojona? Uważaj. Och, na litość boską, nie będziesz i tego zapisywać!”

Kiyoko pisze.

Doktor O Ho Kyi zagląda jej przez ramię. „Sowa?” „Na szczęście, panie doktorze”. „Na mądrość i wiedzę raczej”.

Tam jest zbyt ciemno – Kiyoko podchodzi do frontu koszar; z ich wnętrza bije przez wysokie okna żółty blask. „Sowa. Fu-ku-ro”. 福 来 郎. „Szczęście. Przyjdzie. On, jemu”.

Gaikokujin wpatruje się w wyrysowane na ziemi kanji, jakby właśnie otwierał się przed nim najtajniejszy skarbiec fizyki.

„Les navires de l’esprit de fer?” „Okręty Żelaza Ducha, panie doktorze”. „Ach tak. Każda nazwa to imię, każde imię nazywa świat. Ducha. Duch. Mhm. Geist, zgadłem?”

Kiyoko pisze na ziemi u stóp cudzoziemca.

„Tamasi. Duch, l’esprit, der Geist”.

„Tetsu. Żelazo”.

Oyatoi gaikokujin wsparł się oburącz na lasce. Zgarbiony, nachylony – nad logogramami, nad dziewczyną. „I wasz cesarz naprawdę spodziewa się Okrętów Żelaza Ducha?”

Kiyoko zapisuje w notatniku sokki także to pytanie.

Syn doktora O Ho Kyi nakarmił sowę ostatnim paskiem mięsa. Sowa przekręca główkę, w tę i we w tę, pytająco, myśląco. Chłopiec głaszcze ją lewą ręką, prawą sięgając od dołu – chce ją schwycić? podnieść? przytulić? Sowa jest szybsza, wyrywa się. Wyrwała się.

Trzepocze skrzydłami.

Zawisła pośrodku nocy. Rozpostarta ponad ludźmi.

Skrzydło, skrzydło, człowieczy gniew na pierzastej twarzyczce. Spogląda jasnymi ślepiami z wysokości.

Dziób, pazury, i szept miękkiego ruchu: ach! ach! ach!

Doktor O Ho Kyi patrzy na Kiyoko patrzącą na sowę: radosny zachwyt, dziecko zachłyśnięte światem, blask cudu odbity na półdorosłej buzi.

Doktor O Ho Kyi śmieje się głośno.

Z koszar wychodzi zirytowany oficer w rozpiętym mundurze. Przez okrągłe okulary w drucianych oprawkach rzuca spojrzeniem krótkowidza – na śmiejącego się cudzoziemca, na napisy na ziemi, na afisz z grubym drukiem przybity obok do ściany koszar.

Następuje między oficerem i ordynansem szybka wymiana zdań jak warknięć.

Oficer kłania się sztywno obcokrajowcowi, wygładza afisz, kłania się afiszowi, znacznie niżej, i znika w koszarach. Trzasnąwszy drzwiami.

„Przypuszczam, że niektórzy wciąż chcą spalić europejskie wynalazki, wypędzić białych, ukrzyżować chrześcijan”. „O! Ponieśliśmy karę!, ukorzyliśmy się pod wolą cesarza!, ułaskawieni!, służymy”.

„Tato, tato, a czemu on się kłaniał papierowi?”

Wystosowany w czternastym roku Meiji Reskrypt cesarski do żołnierzy i żeglarzy odczytują codziennie we wszystkich jednostkach wojskowych w całym Kraju Bogów; tym bardziej w nowo powołanej Cesarskiej Marynarce Nieba, na tej wyspie obcych bóstw i ułaskawionych rebeliantów.

Cesarz przemawia do poddanych, aby poznali, dlaczego robią, co robią.

Żołnierze, Żeglarze, My jesteśmy waszym Najwyższym Dowódcą. Nasz związek będzie w najwyższym stopniu intymnym: My będziemy polegać na was jak na Naszych kończynach, a wy ujrzycie Nas jako swoją głowę. Czy obronimy Imperium, czy wykażemy się godnymi łaski Niebios i odwdzięczymy się za dobrodziejstwa Naszych Przodków, zależy od sumiennego wykonywania waszych obowiązków jako Żołnierzy i Żeglarzy. Skoro majestat i potęga Naszego Imperium doznają uszczerbku, przeżyjecie z Nami ten smutek; skoro chwała Naszych czynów zbrojnych rozbłyśnie promieniście, podzielicie z Nami ten honor. Jeśli wszyscy wypełnicie swe obowiązki, wy i My w duchu jedna istota, jeśli zrobicie, co tylko możliwe, by chronić Nasz kraj, lud Nasz cieszyć się będzie błogosławieństwem pokoju przez długie lata, a siła i godność Naszego Imperium opromienią świat.