Pieszczochy losu

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pieszczochy losu
Pieszczochy losu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Pieszczochy losu
Pieszczochy losu
Audiobook
Czyta Maciej Więckowski
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Dąbała

Pieszczochy losu

(wydanie drugie poprawione)

Saga

Pieszczochy losuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1997, 2020 Jacek Dąbała i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726757392

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Jestem najgłupszy z ludzi,

nie mam ludzkiej zdolności,

nie nabyłem mądrości,

wiedza Świętego mi obca.

Księga Przysłów 30,2

1.

„Milion dolarów. Oto cel mojego życia”. W ten sposób zaczynał się list, który dotarł do rąk Petera Coya, jednego z najlepszych agentów literackich Londynu. Na szczęścicie agent lubił dziwne niespodzianki. Może dlatego, że zdarzały się rzadko. Doceniał bezpośredniość i poczucie humoru swoich klientów. Kolejne zdania listu były jeszcze bardziej bezczelne: „Książka, którą panu wysyłam, jest najinteligentniejsza na świecie.”, „Piszę dla świrów i intelektualistów.”, „Jeżeli nie jest pan stetryczałym pierdołą, to zrobi pan ze mnie najsławniejszego pisarza świata.”, „Przypuszczam, że lubi pan pieniądze tak samo jak ja.”, „Na świecie rodzą się ciągle nowi ludzie, przeważnie przeciętni. Ja urodziłem się Einsteinem literatury”. Żaden ze znanych Coyowi pisarzy nie zdobył się nigdy na podobną impertynencję.

Agent sam nie wiedział, dlaczego tego listu od razu nie wyrzucił. Zapewne przez zawodowe doświadczenie. A może miał po prostu dobry dzień? Albo był znudzony i potrzebował rozrywki? Był dostatecznie bogaty, żeby pozwolić sobie na ekstrawagancję.

Coy czytał na wyrywki poszczególne zdania listu i coraz bardziej upewniał się, że kompletnie nieznany autor niekoniecznie musi być jeszcze jednym wariatem.Najbardziej niepokoiło go nazwisko pod listem. Polskie. Karol Sulikowski. Co tu dużo mówić, dla niego był to trzeci świat. Z trudem i z masochistyczną przyjemnością przełamywał w sobie stereotypową niechęć do obcych. Polak. Nawet nie Francuz albo Niemiec. Peter Coy sięgnął po fajkę i zapalił. Cóż, w każdym razie lepiej to brzmiało niż Albańczyk, Rumun albo Wietnamczyk. W jego głowie zapalało się i gasło zielone światełko. Autor listu również o tym wspomniał: „Czy nie uważa pan, że wszędzie na świecie może urodzić się geniusz? Historia to potwierdza. Także w Polsce. Kopernik, Chopin, Curie-Skłodowska. Nie traćmy czasu. Teraz moja kolej”. Agent nacisnął guzik na biurku, wbił spojrzenie w stojące na półce z książkami, przypominające nocnik, specjalne pudło na cylindry i odezwał się do swojej sekretarki:

– Sally, czy mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego list od tego Polaka znalazł się na moim biurku?

– Czy mam to wyjaśnić osobiście, proszę pana? – w głośniku rozległ się głos dojrzałej kobiety.

– Tak, dobrze będzie jak to zrobisz. – Jego słowa brzmiały surowo, ale on sam był rozluźniony i spokojny. Tak właśnie działał na niego widok pamiątek kupionych w antykwariatach przy Charing Cross.

Sally Lenox była wysoką blondynką z krzywymi jak sierp nogami i końską twarzą. Jej głowa kiwała się na chudej szyi, a skóra, pomimo grubej warstwy kremu i pudru, była pomarszczona i przypominała suszoną śliwkę. Poza tym panna Lenox doskonale pracowała i bezgranicznie poświęcała się firmie.

– Jestem – odezwała się zasadniczym głosem, a jej oczy zawisły gdzieś nad głową Coya.

– Siadaj. – Agent wskazał jej fotel obity skórą antylopy. – Myślisz, że jest normalny?

– Myślę, że tak – odpowiedziała panna Lenox, sadowiąc się tylko jedną stroną pupy na fotelu. Zawsze uważała, że tak jest bardziej elegancko, a poza tym prawdziwej damie nie wypada siedzieć na obu pośladkach.

– Dlaczego tak myślisz? Przecież to jakiś Polak, o którym nikt nie słyszał.

– Załączył kilka wycinków z polskich gazet – wtrąciła zimno panna Lenox. – Wszystkie przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego. Przepraszam, przez czterech tłumaczy przysięgłych. To wiarygodne. Tytuły podanych gazet są w Polsce znane i cenione.

– Czytałaś maszynopis? Przetłumaczono zaledwie trzydzieści stron. – Peter Coy wstał zza biurka i podszedł do okna. Zbliżała się pora lunchu. Pomyślał, że lada chwila na Regent Street pojawią się pierwsi głodni urzędnicy z pobliskich biur. Lubił ten widok. Był naprawdę angielski i nieludzko optymistyczny. – Wiesz, jak trudno będzie go sprzedać? Nawet jeżeli jest genialny, trzeba będzie zainwestować w niego kupę forsy. Zastanawiam się czy czytelnicy książek w naszym pięknym języku zechcą go w ogóle wziąć do ręki. Tak, to jest prawdziwe wyzwanie. Udowodnić im, że oprócz Archera, Folletta czy Cobena jest ktoś, kto może im opowiedzieć coś interesującego. To cholernie trudne zadanie, Sally. No więc, czy czytałaś maszynopis?

– Czytałam – odparła sekretarka. Sama nie wiedziała, dlaczego jej wzrok uciekł w stronę fotela, który kształtem i lekko zielonkawym obiciem przypominał te z herbaciarni hotelu „Waldorf”. – To zaledwie fragment. Cóż, maszynopis może nie jest najlepiej przetłumaczony, ale wystarczająco dobrze, aby stwierdzić, że książka jest inna. – Panna Lenox zawahała się, jakby szukała odpowiedniego słowa. – Sądzę, że ten Polak nie jest nudny. Jest odważny i wie, czego chce. Poza tym... – Panna Lenox zaczerwieniła się. – Poza tym on tak cudownie używa brzydkich wyrazów. Myślę, że jest poetą ekshibicjonizmu.

– Dziękuję ci, Sally. – Głowa Petera Coya nadal była odwrócona w stronę okna. Za pięć minut ulica powinna być zatłoczona. Doskonały moment, aby podjąć ryzykowną decyzję. – Po lunchu napiszemy do niego list. Napiszemy mu, że zarobi swój milion dolarów.

2.

Mężczyzna, którego przezywali „Bezpański”, był jednym z wielu, jacy ulegali niestosownym zachowaniom. Pisał bardzo niegrzeczną książkę. W swoim stukartkowym zeszycie w kratkę wylewał z siebie cały swój ból. Tylko w ten sposób mógł ocalić kawałki prawdy, o których – jak go uczono – człowiek powinien pamiętać. Mężczyzna nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że w ten sposób wcale nie oczyszcza świata z zakłamania, że jest po prostu świrem, który musi się wykrzyczeć. To jednak szybko mijało. Kiedy siadał w bibliotece, kiedy rozglądał się po kilometrach książek i nigdy żadnej nie brał do ręki, wówczas spływała na niego wena. Odpalał i sypał obrzydliwymi kurwami...

Potem płakał. Załamany i wykończony walką, wstawał, wkładał do kieszeni zeszyt, chował długopis z wygryzionym końcem i wychodził z biblioteki. Myślał o tym, że władza jest niesprawiedliwa, że lekceważy ostrzeżenia, jakie wysyłają w każdej sekundzie szare komórki. Przerażenie mężczyzny zamieniało się powoli w smutek. Był bezradny, a tak bardzo chciał pomóc. Dlatego pisał i dlatego eksperymentował ze słowami. Tak bardzo chciał być czysty. Kiedyś czytał. Dużo oglądał. Znał języki. Należał do tych, którym życie dawało. I nadszedł dzień, gdy przestał czytać, oglądać i zaczął szukać. Oszalał. Dziwne COŚ spuściło go ze smyczy.

3.

Kiedy Jan Bykowski był jeszcze w brzuchu matki, wszyscy, bez wyjątku, wróżyli mu podłe życie. Nie uda mu się, mówili. Ciężko marzyć w wielodzietnej, robotniczej rodzinie.Tylko matka miała nieodgadnione przeczucie, że jej nienarodzony będzie kimś wyjątkowym. Rodziła po raz dwunasty. Rok po roku. Nie miała ochoty, ale musiała. Bieda znieczulała. Kolejne dzieci były jak zastrzyki morfiny. Coraz bardziej przestawała czuć. Coraz bardziej skupiała się na codziennej wegetacji. Na stole musiało być trzynaście kromek, trzynaście razy posmarowanych smalcem lub dżemem. Trzynaście tanich i cienkich herbat, wszystkiego po trzynaście. Buty, ubrania, miejsca do snu, cierpliwość i czas. Czas przeznaczony dla jedenastu dzieci, dla męża i na samym końcu dla niej samej.

To dziecko było inne. Poczuła to od chwili poczęcia. Jej mąż nie zrobił tego tak jak zwykle, niedomyty, śmierdzący wódką i piwem. Nie otworzył z łomotem drzwi, nie rozdarł mordy i nie pobudził dzieci. Nikogo nie przestraszył. Starał się. Po raz pierwszy od długich dwunastu lat było jej z nim dobrze. Nie śpieszył się. Wyszedł z łazienki umyty, ogolony i w jedynej piżamie, jaką miał. Zajrzał do pokoju, gdzie w barłogach spały ich wszystkie dzieci, przymknął drzwi i podszedł do wózka, w którym leżała cicho prawie roczna Helenka. Kobieta obserwowała go szeroko otwartymi oczami i zaczynała się bać. Nie wiedziała, jak ma zareagować. Nie dostała w twarz, nie została skopana, nie musiała uciekać na ulicę. Kobieta napięła się jak struna i czekała. Mąż położył się obok niej, poleżał kilka sekund w bezruchu i nagle podał jej na wyciągniętej dłoni cukierka.

– Miętowy – powiedział cicho. – Dobry.

Kobieta wzięła cukierka, ostrożnie włożyła do ust i kątem oka obserwowała męża. Czuła w pokoju zapach jego taniej wody kolońskiej. Tej, która stała na półce od sześciu lat. Wciągała nozdrzami ten zapach i nie mogła nadziwić się, że jej mąż naprawdę tak pachnie. Czysto. Nie ma smrodu, zaduchu, szarpania. Jego zapach pomagał zapomnieć. Nie pamiętała już o przegniłych i powybijanych zębach, nie widziała nalanej krwią, sinej i pokiereszowanej twarzy, nie wracała spojrzeniem do brudnych paznokci u nóg i rąk. Ręka jej męża powoli i ostrożnie dotknęła jej biustu. Był pełen mleka, ale nadal ładny i duży. Dbała o to. Nie poddała się. Nigdy nie piła i zawsze starała się być czysta. Robiła także coś, czego zazwyczaj nie robiły kobiety w jej sytuacji. Gimnastykowała się. Codziennie przynajmniej przez dziesięć minut. Dlatego wciąż była zgrabna i na swój sposób ładna. Mąż zaczął bawić się jej sutkami. Wsunął rękę pod koszulę i delikatnie uciskał raz jedną, raz drugą pierś. Strach zaczął odchodzić, ale nie poruszyła się. Westchnęła tylko cicho, jak wzdycha ktoś po powrocie z ciężkiej pracy. Potem zaczął ją całować. W szyję, sutki, brzuch i niżej, coraz niżej. Kiedy ją tam dotknął, objęła go i odszukała dłonią jego twardość. Był gotowy. Ona również. I to ją najbardziej dziwiło. Rozwarła uda i zrobiła się mokra. Czekała. Kiedy klęknął nad nią, zobaczyła w ciemnościach jego napęczniały narząd. Sama go naprowadziła. Czuła każdy centymetr, kiedy w nią wchodził. Powoli, jak nigdy, jak na filmach. Pierwszy orgazm w jej życiu trwał długo i sprawił, że na nowo pokochała człowieka, który przed dwunastu laty poderwał ją na dyskotece.

 

4.

Benedykt miał dwadzieścia pięć lat i uwielbiał liczyć trawę. Jego ojciec był znanym dyplomatą, a matka – dopóki nie odeszła – interesowała się modą. Często z nim rozmawiali. Tak jakby chcieli zmusić jego mózg do tańca. Raz nawet ojciec dał mu klapsa. Wtedy urażony Benedykt liczył trawę dłużej niż zwykle. Wyszedł do ogródka przy swojej rodzinnej willi, położył się na trawie i zaczął liczyć źdźbła. W małych, zielonych listkach odnajdywał całą przyjemność życia. Jego wysiłek kierował się na policzenie wszystkich, także najmniejszych trawek. Genialny debil. Egzemplarz jedyny i niepowtarzalny. Potrafiący przeliczać w pamięci każde matematyczne zadanie. Nikt nie umiał odgadnąć, w jaki sposób umysł Benedykta to robił. Benedykt zapamiętywał wszystko z cyfrową dokładnością. Znał przypadkowo przeczytane lub usłyszane rozkłady jazdy autobusów w większości stolic świata, przytaczał całe fragmenty rozkładów lotów w Los Angeles, Londynie, Meksyku czy Kuwejcie. Jego ojciec mógł zapytać o wszystko, co miało związek z zapamiętywaniem i liczeniem. Zawsze otrzymywał natychmiastową i bezbłędną odpowiedź.

Benedykt mało mówił. Właściwie wcale się nie odzywał. Rósł i potrzebował rywalizacji. Musiał czuć opór, aby nie płakać. Wcześnie zainteresował się komputerami. Mało mówiły, nie używały męczących przymiotników i zawsze chciały się ścigać. Wystarczyło naciskać klawisze klawiatury i otwierały się nowe, skomplikowane światy. Benedykt szybko osiągnął wprawę, o jakiej marzą wszyscy zawodowi programiści. Rozumiał każde włókno tej plastykowej maszyny. Kiedy rozpoczynał się wyścig i dane matematyczne przybierały coraz to nowe kształty, wtedy Benedykt przeżywał swoje najpiękniejsze chwile. Był szybki, tak szybki jak najszybsze komputery. Nieważne, czy wojskowe, czy cywilne, czy uniwersyteckie. Benedykt liczył szybciej niż one wszystkie razem wzięte. Wyniki podawał natychmiast. Odbijał jak w ping-pongu: pyk – pyk, pyk – pyk...

Mimo że nie ukończył żadnej szkoły i żadnych studiów, wiedział więcej i pamiętał więcej od najwybitniejszych umysłów świata. Debil? Genialny debil. Wszystko pamiętał i wszystko błyskawicznie przeliczał. Pytali go najwspanialsi naukowcy. Zwyczajnie. Dzwonili w nocy, kiedy grunt palił im się pod nogami, a uniwersytecka sieć komputerowa grzała się od nadmiaru danych. Rano automatyczna sekretarka Benedykta odtwarzała wszystko to, z czym próbowali sobie radzić twórcy cywilizacji.

Teraz Benedykt miał już dwadzieścia pięć lat i nie zajmował się takimi głupstwami. Dojrzał. Nadal uwielbiał liczyć trawę, ale robił to wyłącznie u znajomych rodziców. Niektórzy z nich dokładnie wiedzieli, ile ździebełek znajdowało się w danym dniu na jednym metrze kwadratowym ich ogródka. Co bardziej ekscentryczni porobili sobie nawet pamiątki: Dnia (tu dokładna data) na działce państwa M.A. Goldberg, w lewym narożniku od strony wjazdu, na jednym metrze kwadratowym rosło 3651 ździebeł trawy. Pod tekstem znajdował się podpis Benedykta. Bezcenny. Ważniejszy od podpisu laureatów Nagrody Nobla.

Zaczął się wyścig ze śmiercią. Benedykt był potrzebny i nikt się z nim nie liczył. Pierwsze i ostatnie nieudane porwanie zdarzyło się w Kalkucie. Dwoje najemników uprowadziło piętnastoletniego Benedykta prosto z lotniska. Jego ojciec nawet tego nie zauważył. Benedykt odszedł w tłum dworca lotniczego, zabawiany przez dwoje młodych ludzi w wielkich, lustrzanych okularach. Benedykt miał szczęście. Zdenerwował się, kiedy dziewczyna pocałowała go w usta, starając się zakryć jego twarz przed policyjnym patrolem. Wrzask Benedykta był tak przerażający, że najemnicy uciekli. Policja odprowadziła go do ojca. Ten niewinny pocałunek ocalił mu życie. Był ostrzeżeniem.

Rok później Benedykt oficjalnie nie żył. Nieoficjalnie trochę żył. Czuwało nad nim trzech ludzi. Państwo umiało docenić talent Benedykta. Miał najdroższy komputer i pomagał tym, którzy do niego dotarli. Pierwszy opracował program, który zagroził monopolowi twórców filmowych. Fabryka rozrywki nie była zagrożona. Zagrożona była fabryka pieniędzy. Benedykt po raz pierwszy zakochał się. Marilyn Monroe mówiła do niego to, co chciał usłyszeć. Poruszała się tak, jak sobie tego życzył. Spotykała się z nim we wszystkich wymarzonych miejscach ziemi. Dotykała go, liczyła z nim trawę, rozmawiała z tymi, których nie chciał słuchać, była bardzo blisko. Benedykt zakochał się i mógł projektować własne życie. Na ekranie komputera pojawiały się okrągłe, gorące usteczka Marilyn i szeptały: Kocham cię, Benedykt, kocham cię... Czy moglibyśmy policzyć trawę przed domem naszego drogiego prezydenta. Wokół Białego Domu? Kochany mój, licz, błagam cię, licz tę trawę...

5.

Pub nazywał się „The Bells” i serwował najlepsze piwo na świecie. Tak przynajmniej myślał Peter Coy, szef agencji skupiającej najbardziej szalonych agentów literackich w Zjednoczonym Królestwie. Dochodziła godzina dziesiąta. Na zewnątrz wiał ostry wiatr i siąpił drobny deszcz. Typowa jesienna pogoda. Po czwartym kuflu Coy poczuł, że jego nogi robią się miękkie. Pora była najwyższa, aby zakończyć wizytę, zamówić taksówkę i udać się spać do domu. Tego wieczoru jednak dyskusja potoczyła się tak interesująco, że agent celowo zwlekał z podjęciem decyzji. Henry Mikesz, potomek węgierskich emigrantów, przyjaciel Coya i znawca wszystkich możliwych sztuczek, jakich imali się w swojej pracy agenci literaccy, również miał już dobrze w czubie. Trzecim kompanem przy stoliku był Richard Prince, młody specjalista od marketingu w prężnym wydawnictwie Sandra Books. Coy lubił go mimo dużej różnicy wieku. Uważał, że kontakt z tym młodym człowiekiem zbliżał go do lepszego wyczuwania potrzeb rynku. Poza tym obaj z Mikeszem dobrze się bawili soczystym językiem Prince’a i rzadko spotykaną u wydawców zapalczywością.

– Mam w zanadrzu coś bardzo niezwykłego. – zaczął ostrożnie Coy. – Pewien Polak napisał powieść, która, jak twierdzi, jest genialna.

– Każdy tak mówi – wtrącił Prince, opierając się mocniej na łokciach. – Każdy pieprzony pisarz uważa, ze jego książki są najlepsze i trzeba je sprzedać w nieograniczonym nakładzie... Ta banda dupków nawet nie wie, ile nam zawdzięcza.

– Nie zaprzeczysz jednak, że zdarzają się prawdziwe talenty – odezwał się znad kufla Mikesz.

– Oczywiście – zaśmiał się głośno Prince. – Oczywiście, że są... Wtedy zarabiamy na nich forsę i kupujemy sobie najdroższe samochody. Co jest takiego wyjątkowego w tym Polaku? Facet pisze o śmiertelnym onanizmie wśród księży czy o kolekcjonerach zasuszonych, azjatyckich łechtaczek? Co?

Henry Mikesz zaśmiał się jak stary satyr i pociągnął kolejny łyk piwa. Głowa Coya chwiała się lekko na boki, a oczy mrugały coraz szybciej. Żaden z nich nie miał wątpliwości, że tego wieczora mocno przesadzili. Skoro jednak tak się stało, nie mieli zamiaru rezygnować. Teraz mogli być już tylko mniej lub bardziej pijani. Nie robiło im to różnicy.

– Widzicie, czytam książki od ponad czterdziestu lat – zaczął refleksyjnie Coy. – Przeczytałem może kilkadziesiąt tysięcy maszynopisów i zaledwie kilka razy miałem poczucie, że trafiłem na coś wyjątkowego. Dzisiaj myślę, że literatura tylko wtedy jest coś warta, kiedy po prostu nami wstrząsa... Kiedy jest inteligentna, zabawna lub odważna, kiedy pozwala zapominać lub sprawia nam przyjemność. Wszystko inne przypomina plagiaty w ramach gatunku.

– Co ci się tak spodobało w tym Polaku? – nieco ironicznie odezwał się Mikesz. – Nie chciał ci przypadkiem za darmo pomalować domu? Oni podobno kradną dla Rosjan samochody.

– On pisze tak, jakby patrzył na świat oczami każdego z nas – kontynuował niewzruszony Coy. – Nie boi się żadnych porównań, a jego przekleństwa są jak poezja... Poza tym patrzy na wszystko z cholernie wielu punktów widzenia. W dodatku Albert Mitchell doskonale go przetłumaczył.

– Nie rozumiem cię, Peter – ożywił się Prince. – Przecież o tym wszystkim możesz sobie przeczytać w każdym liczącym się tygodniku literackim. Za każdym razem tak samo, tylko trochę inaczej. Gdyby ktoś zestawił te wszystkie recenzje, te slogany wymyślane przez nas dla szmalu, wtedy okazałoby się, że od kilkuset lat jest to ten sam bełkot...

Mikesz obudził się. Rozejrzał po pubie, zmrużył oczy jakby chciał przez kłęby dymu dostrzec znajomych, po czym opadł luźno na oparcie krzesła. Jego broda oparła się o piersi. Zaczął prawie szeptem:

– I masz rację, i jej nie masz... Interes musi się kręcić. Wiadomo, że dobra literatura powstaje rzadko. My jesteśmy od tego, żeby wmówić ludziom, że powstaje prawie codziennie... Biznes, biznes jest odpowiedzią na twoje wątpliwości, Richardzie. A poza tym ja lubię czytać książki...

– Wspaniałe jest to, że facet nie ma żadnych wątpliwości... – powiedział na wpół do siebie Coy.

– Grafomani też nie mają – rzucił cierpko Prince. – Poza tym, kto będzie czytał jakiegoś Polaka? Zwariowałeś? Jak go sprzedać? Napisać na okładce, że na śniadanie posuwa kurę, którą potem zjada na obiad? Przecież taki gość kojarzy się z jakimś pieprzonym prowincjonalnym zadupiem. Człowieku, ty chyba straciłeś wyczucie sytuacji...

– Powiedziałeś, że facet na śniadanie bzyka kurę, którą potem zjada na obiad? – Głos Petera Coya stracił pijacką miękkość i znów był głęboki i zdecydowany. – Jesteś rzeczywiście świetny, Prince... Wymyśl coś jeszcze w tym guście. Ludzie to kupią. Na poważnie...

Henry Mikesz zamówił palcami kolejną kolejkę piwa. Kelner uśmiechnął się i dał znak, że w ciągu trzydziestu sekund piwo znajdzie się na stoliku. Tylko wybrani mogli liczyć na takie przywileje. Mikesz i Coy znali właściciela jeszcze ze szkoły. Przed trzydziestu paru laty, zaraz po otwarciu „The Bells”, byli tutaj pierwszymi gośćmi. Ich zdjęcie wisiało na ścianie na honorowym miejscu.

– Dobra – zaśmiał się podniecony Prince. – Może ty rzeczywiście wiesz, co robisz... Taki brak smaku może się spodobać. A gdybyśmy napisali, że jest dzieckiem polskiej hrabiny zgwałconej przez rosyjskiego niedźwiedzia?

Mikesz i Coy wymienili tylko zamglone spojrzenia. Prince rozgrzewał się:

– Wiem, wy pieprzone pedały, wiem, o co wam chodzi! Chcecie go sprzedać w odwrotnym kierunku... Słuchajcie, możemy napisać, że facet je tylko kartofle i pije szampana. Od urodzenia. Sulikowski... Szampański kartofel... Co wy na to?

– W Polsce? Szampana? Wegetarianin? Chyba przesadziłeś. – sceptycznie stwierdził Mikesz.

– Czyżby? – zreflektował się Prince. – Napiszemy, że je wyłącznie kury i pije wodę z jakiejś polskiej rzeki... No, jaka tam jest rzeka? Czy tam w ogóle jest jakaś pieprzona rzeka?

Mina Coya musiała wyglądać nieciekawe, ponieważ Prince szybko zaczął mówić dalej:

– Mniejsza o nazwę. Znajdziemy w słowniku. Dobra... Syn zgwałconej przez niedźwiedzia hrabiny, je tylko kury, które osobiście rano wydupczył, i popija wodą z ich głównej rzeki... Teraz coś o zainteresowaniach. Powiedzmy, że z pasją fotografuje łydki kobiet w wieku dwudziestu lat. Fotografuje tylko te, które urodziły się w październiku... Na cześć rewolucji październikowej. No, jak wam się to podoba?

– Niezłe – pochwalił z lekkim bełkotem Coy. – Kontynuuj... Niezłe...

– Mam! – Prince aż podskoczył na krześle. – Poza pisarstwem facet ma zainteresowania naukowe. Opracowuje audiowizualny katalog pierdnięć. Powiedzmy, że w jego taśmotece znajdują się już nagrania kilkuset rodzajów pierdnięć. W ten sposób ustala związki pomiędzy jakością żarcia a sposobem pierdzenia. Gość nie rozstaje się z dyktafonem... Genialne, co?

– Pytanie, czy on się na to zgodzi. – Mikesz wyraził wątpliwość, wstając z trudem od stolika.

– Dla miliona dolarów można chyba mieć nowy image, prawda? – dodał bez przekonania Coy.

Wszyscy trzej opuścili pub i odjechali wezwanymi specjalnie dla nich taksówkami. Dochodziła godzina pierwsza w nocy.