Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma BombadilaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma Bombadila
Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma Bombadila
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma Bombadila
Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma Bombadila
Audiobook
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


J.R.R. Tolkien

Gospodarz Giles z Ham. Kowal z Przylesia Wielkiego. Przygody Toma Bombadila


ISBN 978-83-8202-162-2


Farmer Giles of Ham

© The Tolkien Estate Limited 1949

Smith of Wootton Mayor

© The Tolkien Trust 1967

The Adventures of Tom Bombadil

© The Tolkien Estate Limited 1961

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd.

Tolkien and are registered trade marks of The Tolkien Estate Limited

JRR Tolkien asserts the moral right to be acknowledged as the author of this work.

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o.

Redaktor prowadzący

Dariusz Wojtczak

Ilustracja na okładce

Jędrzej Chełmiński

Opracowanie graficzne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Wydanie 1 w tej edycji


Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Kraina Czarów to ziemia, gdzie na nierozważnych czekają pułapki, a na zbyt śmiałych — więzienne lochy. [...]

Królestwo baśni rozciąga się daleko wzdłuż i wszerz, w górę i w głąb i pełne jest najprzeróżniejszych rzeczy i stworzeń: znajdziesz tam wszelkiego rodzaju ptactwo i zwierzęta, niezliczone gwiazdy i bezbrzeżne oceany, czarowne piękno i czyhającą zewsząd grozę, radości i smutki przeszywające jak ostrze miecza. Ten, kto tam zbłądził, może chyba uznać się za szczęśliwca; ale odmienność i bogactwo tej krainy wiążą język wędrowcowi, który chciałby o nich opowiedzieć. A zadając zbyt wiele pytań, naraża się on na to, że zatrzasną się przed nim drzwi królestwa, a klucze do nich zaginą1.

J.R.R. Tolkien

Gospodarz Giles z Ham

Aegidii i Ahenobarbi

Julii Agricole de Hammo

Domini de Domito

Aule Draconarie Comitis

Regni minimi Regis et Basilei

mira facinora et mirabilis exortus

czyli w języku gminu

Wspaniała, lecz prawdziwa opowieść

o gospodarzu Gilesie z Ham,

Pogromcy Gadziny,

panu na Smoczym Dworze,

królu Małego Królestwa

Przedmowa

Zachowało się niewiele fragmentów historii Małego Królestwa, ale tak się składa, że ocalały przekazy dotyczące jego powstania. Może nie tyle przekazy, ile legendy, w późniejszych czasach przerabiane, pełne cudownych zdarzeń zaczerpniętych nie z rzeczowych kronik, lecz z popularnych ballad, do których często nawiązuje ich autor. Dla niego opisywane wydarzenia były już odległą przeszłością, ale wydaje się, że mieszkał na terenie dawnego Małego Królestwa. Jego znajomość geografii ogranicza się wyłącznie do tego kraju i nie jest jego mocną stroną, a nadto ma niewielkie pojęcie o regionach leżących za granicą na północy czy na zachodzie.

Usprawiedliwieniem obecnego tłumaczenia tej ciekawej opowieści z wyspiarskiej łaciny na współczesny język Zjednoczonego Królestwa2 niechaj będzie chęć rzucenia światła na życie w mrocznym okresie dziejów Brytanii, nie wspominając o wyjaśnieniu pochodzenia dziwnych nazw geograficznych. Niektórzy mogą również uznać za godny uwagi sam charakter opowieści i przygody jej bohatera.

Wskutek niedostatku danych trudno jest określić granice Małego Królestwa, jego istnienie w czasie i przestrzeni. Od kiedy Brutus przybył do Brytanii, powstało i upadło wiele królestw. Podział na Locrin, Camber i Albanac był tylko pierwszym z wielu zmieniających się podziałów. Dążenia niepodległościowe małych księstw przeciwstawione pragnieniom królów do powiększania swoich królestw powodowały, że wojna splatała się z pokojem i radość z niedolą. Jak piszą historycy okresu panowania króla Artura, były to czasy niespokojnych granic, kiedy człowiek mógł szybko wspiąć się na sam szczyt i równie szybko upaść, a minstrelom nie brakowało tematów do pieśni i chętnych słuchaczy. Wydarzenia przedstawione w tej historii należy umiejscowić gdzieś w ciągu tych długich lat, może po okresie panowania króla Coela, a przed Arturem czy Siedmioma Królestwami Anglii. Rozgrywały się w dolinie Tamizy, przy czym wyprawy docierały na północny zachód aż pod mury Walii.

Stolica Małego Królestwa leżała z pewnością, podobnie jak nasza, w południowo-wschodniej części kraju, ale dokładnie tego nie można określić. Nie wydaje się, by królestwo sięgało daleko w górę Tamizy na zachód czy za Otmoor na północy. Przebieg wschodniej granicy jest jeszcze bardziej niejasny. We fragmentach legend o Georgiusie, synu Gilesa, i o jego paziuSuovetauriliusie (Suecie) znajdujemy napomknienia, że w pewnym okresie bezpieczeństwo i ochronę przed Średnim Królestwem zapewniała strażnica w Farthingho. Jednak to nie dotyczy tej historii, która zostanie przytoczona bez poprawek i dalszych komentarzy, choć oryginalny pompatyczny tytuł pierwotnego tekstu został odpowiednio skrócony do Gospodarza Gilesa z Ham.

Gospodarz Giles z Ham

Ægidius de Hammo mieszkał w środkowej części wyspy Brytanii. Jego pełne nazwisko brzmiało: Ægidius Ahenobarbus Julius Agricola de Hammo, ponieważ dawno temu, w owych szczęśliwych czasach, gdy wyspa była jeszcze podzielona na wiele królestw, ludzie szczycili się licznymi imionami. Czasu było wtedy więcej, a ludzi mniej, więc większość z nich się odznaczała. Ponieważ jednak tamte dni przeminęły, będę zwać tego człowieka krótko i w potocznej formie: był to gospodarz Giles z Ham i wyróżniał się rudą brodą. Ham zasługiwało jedynie na miano wioski, ale wsie w tamtych czasach były dumne i niezależne.

Gospodarz Giles miał psa. Pies nazywał się Garm. Psy musiały zadowolić się krótkimi imionami w miejscowym języku: książkowa łacina zarezerwowana była dla lepszych od nich. Poza tym Garm nie umiałby wykrztusić słowa nawet w psiej łacinie, chociaż używał pospolitej mowy (jak większość psów w tamtych dniach), by grozić, przechwalać się lub przymilać. Złorzeczył żebrakom i włóczęgom, chełpił się przed innymi psami, a przymilał do swojego pana. Giles wzbudzał dumę i strach w psim sercu, bo pomstował i przechwalał się lepiej od niego.

W owych czasach nie znano pośpiechu ani popędzania. W końcu popędzanie nie służy interesom. Ludzie wykonywali swoją pracę niespiesznie, a przy tym dużo czasu poświęcali na rozmowy. Mieli o czym mówić, bo dość często miały miejsce wypadki, które głęboko zapadały w pamięć. Jednakże w okresie początków tej opowieści nie wydarzyło się nic pamiętnego, a na dobrą sprawę w Ham nie działo się nic ciekawego już od dłuższego czasu. Taki stan rzeczy doskonale odpowiadał gospodarzowi Gilesowi, należał on bowiem do ludzi niedziałających pochopnie, mających swoje przyzwyczajenia i całkowicie pochłoniętych własnymi sprawami. Ciężko musiał pracować (jak mawiał), by mu się bieda do domu nie wkradła, to znaczy jeść tłusto i żyć w wygodzie, jak przed nim jego ojciec. Pies mu w tym dopomagał. Żaden z nich nie myślał o Szerokim Świecie, który rozciągał się gdzieś za ich polem, wioską i najbliższym targiem.

Ale Szeroki Świat istniał. Niedaleko od Ham rosła puszcza, a za nią na zachodzie i północy ciągnęły się Dzikie Wzgórza i zdradliwe bagniska górzystej krainy. Wśród wielu innych stworzeń, które tam mieszkały, nadal panoszyły się olbrzymy: grubiańskie i nieokrzesane, niekiedy sprawiające kłopoty. Jeden, większy i głupszy od swoich pobratymców, wyróżniał się szczególnie. Nie znalazłem w kronikach wzmianki, jakie nosił imię, lecz nie ma to większego znaczenia. Był ogromny, miał kostur podróżny wysoki jak drzewo i chodził ciężkim krokiem. Wiązy rozgarniał na boki niczym wysoką trawę, niszczył trakty i pustoszył ogrody, wielkimi stopami wybijał dziury głębokie jak studnie, a kiedy potknął się o dom, zostawiał tylko ruiny. A wszystkie te zniszczenia zdarzały się wszędzie tam, gdzie tylko się udał, bo głową sięgał wysoko nad dachy domów i rzadko patrzył pod nogi. Na domiar złego miał kiepski wzrok i był raczej przygłuchy. Na szczęście mieszkał daleko w Dziczy i rzadko odwiedzał tereny zamieszkane przez ludzi, a przynajmniej nie robił tego umyślnie. Mieszkał w górach w wielkim, na wpół zrujnowanym domostwie, ale z powodu głuchoty i głupoty — oraz niewielkiej liczby olbrzymów — brakowało mu przyjaciół. Miał zwyczaj przechadzać się samotnie po Dzikich Wzgórzach i po pustkowiach ciągnących się u ich podnóży.

Pewnego ślicznego dnia w środku lata olbrzym wybrał się na przechadzkę i włóczył bez celu po okolicy, czyniąc wielkie szkody wśród drzew. Nagle zorientował się, że słońce zachodzi i zbliża się pora kolacji. Stwierdził też, że zawędrował na nieznane sobie ziemie i zabłądził. Straciwszy orientację, wyruszył w niewłaściwą stronę i szedł tak długo, aż zapadła ciemna noc. Wtedy usiadł na ziemi i czekał na wschód księżyca. Ruszył dalej w jego poświacie i nie żałował nóg, chciał bowiem jak najszybciej powrócić do domu. Zostawił na ogniu swój najlepszy miedziany kociołek i bał się, że przepali się dno. Zwrócony plecami do gór, oddalał się od nich coraz bardziej i dotarł na ziemie zamieszkane przez ludzi. Właściwie zbliżał się już do gospodarstwa Ægidiusa Ahenobarbusa Juliusa Agricoli i wioski zwanej Ham w miejscowym języku.

 

Noc była piękna. Krowy spały na łąkach, a pies gospodarza Gilesa samopas włóczył się po polach. Bez pozwolenia wymknął się na przechadzkę, bo lubił blask księżyca i króliki. Oczywiście, nie miał pojęcia, że olbrzym również wybrał się na włóczęgę. Gdyby o tym wiedział, byłby to dobry pretekst, by wybrać się na spacer, choć jeszcze lepszy, by pozostać w kuchni. Około drugiej w nocy olbrzym wszedł na pola gospodarza Gilesa, łamiąc płoty, tratując zboże i depcząc skoszoną trawę. W ciągu pięciu minut poczynił większe szkody niż królewskie polowanie na lisy trwające pięć dni.

Garm usłyszał dudnienie dochodzące znad rzeki i popędził na zachodni stok niskiego pagórka, na którym stał dom jego pana, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nagle dostrzegł olbrzyma, który jednym potężnym susem przesadził rzekę i stratował Galateę, ulubioną krowę gospodarza. Biedne zwierzę rozpłaszczyło się jak karaluch pod butem wieśniaka.

Garmowi widok ten wystarczył aż nadto. Zaskomlał z przerażenia i popędził do domu. Zapomniawszy, że wymknął się bez zezwolenia, zaczął ujadać i wołać pod oknem sypialni swego pana. Odpowiedź nie nadchodziła przez długą chwilę. Gospodarz Giles spał jak kamień i niełatwo było go zbudzić.

— Ratunku! Ratunku! Ratunku! — krzyczał Garm.

Okno otworzyło się gwałtownie, a z niego wyleciała dobrze wycelowana butelka.

— Auuu — jęknął pies, z wprawą uskakując na bok. — Ratunku! Ratunku! Ratunku!

Z okna wychyliła się głowa gospodarza.

— A bodaj cię licho, kundlu! Co ty wyprawiasz?

— Nic — odrzekł pies.

— Ja ci dam nic! Rano obedrę cię ze skóry — zagroził gospodarz, zatrzaskując okno.

— Ratunku! Ratunku! Ratunku! — wydzierał się pies.

Głowa Gilesa ponownie ukazała się w oknie.

— Ukatrupię cię, jeśli bodaj piśniesz. Co cię napadło, głupcze?

— Nic — odparł pies — ale coś może napaść was, gospodarzu.

— Co to ma znaczyć? — zapytał Giles, już bardziej zaniepokojony niż zły. Garm nigdy wcześniej nie odpowiadał mu tak zuchwale.

— Na twoich polach jest olbrzym, ogromny olbrzym, i zmierza prosto w tę stronę. Ratunku! Ratunku! Tratuje twoje owce. Nadepnął na biedną Galateę i spłaszczył ją jak wycieraczkę. Pomocy! Pomocy! Rozwala twoje żywopłoty, miażdży wszystkie twoje plony. Musisz być dzielny, panie, i szybki, bo za chwilę nic ci nie zostanie. Pomocy! — Garm zaczął wyć.

— Milcz! — krzyknął gospodarz i zatrzasnął okno. — Panie miłosierny! — mruknął pod nosem i choć noc była gorąca, wstrząsnęły nim dreszcze.

— Wracaj do łóżka i nie bądź głupi! — powiedziała mu żona. — A rano utop to psisko. Nie można wierzyć w psie gadanie; psy plotą najróżniejsze bzdury, kiedy przyłapie się je na włóczędze czy kradzieży.

— Może tak, Agato — odrzekł Giles — a może nie. Jednak coś wlazło mi na pola, chyba że z Garma zrobił się tchórzliwy królik. Ten pies trząsł się ze strachu. I czemu skamlał tu po nocy, skoro mógł wślizgnąć się tylnymi drzwiami i czekać na poranne mleko?

— Nie stój więc tutaj i nie kłóć się ze mną! Jeśli wierzysz psu, posłuchaj jego rady: bądź dzielny i szybki.

— Łatwiej powiedzieć, niż zrobić — rzekł Giles, bo prawie uwierzył w opowieść Garma. W późnych godzinach nocnych wizyta olbrzyma wydaje się mniej nieprawdopodobna.

Jednakże dobytek jest dobytkiem, a gospodarz Giles szybko rozprawiał się z tymi, którzy bez pozwolenia wchodzili na jego ziemię. Wciągnął spodnie, poszedł do kuchni i zdjął ze ściany garłacz. Wiele osób mogłoby spytać, co to jest garłacz. Dokładnie takie pytanie postawiono Czterem Mądrym Uczonym z Oxenfordu, którzy po namyśle odpowiedzieli: „Garłacz to krótka strzelba z wielką, rozszerzającą się lufą, ładowana wieloma kulkami lub kawałkami metalu, zabójcza z bliskiej odległości bez potrzeby dokładnego celowania (obecnie w cywilizowanych krajach zastąpiona przez inną broń strzelecką)”.

Garłacz gospodarza Gilesa, choć wylot lufy miał szeroki niczym trąba, wcale nie był ładowany kulkami czy kawałkami metalu, tylko wszystkim, co było pod ręką. Strzał z niego nie bywał zabójczy, ponieważ Giles rzadko go ładował i nigdy nie strzelał. Sam wygląd garłacza zazwyczaj wystarczał. Kraj ten nie zaznał jeszcze dobrodziejstw cywilizacji, dlatego garłacze nie ustąpiły miejsca nowszym wynalazkom: w zasadzie stanowiły jedyny znany tutaj rodzaj broni palnej, w dodatku niezbyt rozpowszechniony. Ludzie woleli łuki i strzały, prochu zaś używali głównie do fajerwerków.

Tak więc gospodarz Giles zdjął garłacz z kołka i na wypadek, gdyby rzeczywiście musiał go użyć, podsypał dobrą miarkę prochu, a szeroką lufę nafaszerował starymi gwoździami i kawałkami drutu, skorupami ze stłuczonych garnków, kośćmi, kamykami i innymi śmieciami. Wzuł buty z długimi cholewami, narzucił kapotę i wyszedł na pole przez warzywnik.

Księżyc wisiał nisko za jego plecami i w jego poświacie Giles nie dostrzegł niczego groźniejszego od długich czarnych cieni krzaków i drzew. Usłyszał jednak okropny tupot dochodzący zza wzgórza. Nie czuł się ani dzielny, ani szybki, cokolwiek mogła powiedzieć Agata, ale bardziej troszczył się o dobytek niż o własną skórę. Dlatego, chociaż ściskało go w dołku, ruszył w kierunku wierzchołka.

Nieoczekiwanie znad wzgórza wyłoniła się twarz olbrzyma, blada w księżycowej poświacie, która lśniła w jego wielkich okrągłych oczach. Stopy znajdowały się znacznie niżej, żłobiąc wielkie doły w polu u podnóża. Księżyc oślepił olbrzyma, więc nie dostrzegł gospodarza, Giles jednakże ujrzał go wyraźnie i odszedł od zmysłów ze strachu: odruchowo pociągnął za spust i garłacz wypalił z ogłuszającym hukiem. Szczęśliwym trafem wycelowany był mniej więcej w wielką, brzydką twarz olbrzyma. Z lufy wyleciały śmieci, kamyki i kości, kawałki garnków i drutu i pół tuzina gwoździ. Choć zasięg rzeczywiście był ograniczony, czystym przypadkiem wiele pocisków trafiło w olbrzyma: skorupy zasypały mu oczy, a wielki gwóźdź utkwił w jego nosie.

— Niech to licho! — wrzasnął olbrzym w swój nieokrzesany sposób. — Coś mnie użądliło!

Huk nie wywarł na nim najmniejszego wrażenia (był przecież przygłuchy), ale aż nazbyt dobrze poczuł ukłucie gwoździa. Od długiego czasu nie spotkał owada na tyle zajadłego, by próbował przebić jego grubą skórę, doszły go jednak słuchy, że gdzieś daleko na wschodzie są Moczary, na których żyją ważki tnące jak gorące szczypce. Pomyślał więc, że natknął się na owada takiego rodzaju.

— Wyjątkowo wstrętna, niezdrowa okolica — stwierdził. — Nie ma sensu iść dalej tą drogą.

Zabrał więc ze stoku parę owiec, żeby po powrocie do domu przyrządzić sobie kolację, wrócił za rzekę i spiesznie ruszył na północ, lekko zbaczając ku zachodowi. Tym razem zmierzał we właściwym kierunku i wreszcie odnalazł drogę do domu, lecz zanim tam dotarł, dno miedzianego kociołka zdążyło się przepalić.

Gospodarz Giles zaś, kiedy garłacz wypalił, runął jak długi na wznak i leżał, gapiąc się w niebo i zachodząc w głowę, czy nie opadnie na niego stopa przechodzącego olbrzyma. Gdy nic takiego się nie wydarzyło, a łoskot kroków ucichł w oddali, Giles wstał, potarł stłuczone ramię i podniósł upuszczony garłacz. Wtedy niespodziewanie usłyszał wiwaty.

Większość mieszkańców Ham wyglądała przez okna, a kilku zarzuciło na siebie ubrania i wyszło z domów (oczywiście po odejściu olbrzyma). Niektórzy biegli z krzykiem na szczyt pagórka.

Gdy mieszkańcy wioski usłyszeli przerażający łoskot kroków olbrzyma, większość natychmiast schowała się pod kołdry, a paru nawet wczołgało się pod łóżka. Garm puchł z dumy i kurczył się ze strachu. Uważał, że jego pan w złości jest straszny i wspaniały, i nawet nie przyszło mu na myśl, że olbrzym mógł mieć inne zdanie. Kiedy tylko zobaczył, że Giles wychodzi z garłaczem (a z doświadczenia wiedział, że jest to oznaka ogromnego gniewu), ruszył w te pędy do wioski, szczekając i nawołując:

— Wychodźcie! Wychodźcie! Wychodźcie! Pobudka! Pobudka! Chodźcie zobaczyć mojego wspaniałego pana. Jest dzielny i szybki. Zastrzeli olbrzyma za to, że wszedł mu w szkodę. Chodźcie!

Szczyt wzgórza widać było z większości domów w wiosce. Kiedy ludzie i pies dostrzegli wyłaniającą się twarz olbrzyma, zatrzęśli się ze strachu i wstrzymali oddechy, i wszyscy z wyjątkiem psa doszli do przekonania, że Giles nie poradzi sobie z takim przeciwnikiem. Kiedy garłacz wypalił, a olbrzym odwrócił się spiesznie i uciekł, byli tak zdumieni i pełni podziwu, że zaczęli klaskać i wiwatować. Garm ujadał z takim zapałem, że mało łeb mu się nie urwał.

— Hura! — krzyczeli. — To mu będzie nauczką! Gospodarz Ægidius dał mu do wiwatu. Olbrzym czmychnie do domu i tam wyzionie ducha, i dobrze mu tak!

I znów zaczęli wiwatować, ale nawet wiwatując, nie omieszkali zauważyć i zapamiętać sobie, że ostatecznie garłacz może wypalić. Wcześniej debatowano na ten temat w wiejskich karczmach, a teraz sprawa została wyjaśniona raz na zawsze. Po tym zdarzeniu gospodarz Giles miał niewiele kłopotów z nieproszonymi gośćmi.

Kiedy stało się jasne, że niebezpieczeństwo minęło, kilku co śmielszych obywateli wspięło się na wzgórze, żeby uścisnąć rękę gospodarza Gilesa. Niektórzy — proboszcz, kowal, młynarz i parę najbardziej szacownych osób — poklepywali go po ramieniu. Giles krzywił się trochę, bo ramię nadal miał obolałe, ale poczuł się zobowiązany, żeby zaprosić ich do domu. Goście rozsiedli się wokół kuchennego stołu i pijąc zdrowie gospodarza, głośno go wychwalali. Giles ziewał bez śladu zażenowania, nikt jednak na to nie zważał, póki nie wysączono ostatniej kropli trunku. Kiedy gospodarz wychylił dwa lub trzy kielichy (goście po jednym czy dwóch), przybyło mu odwagi; po piątym lub szóstym (goście byli wtedy po drugim czy trzecim), jego odwaga dorównała nawet psim wyobrażeniom. Wreszcie rozstali się jak dobrzy przyjaciele i Giles serdecznie klepał gości po plecach, a że ręce miał wielkie, czerwone i krzepkie, zrewanżował im się z nawiązką.

Nazajutrz stwierdził, że zdarzenie urosło w opowieściach, on sam zaś stał się miejscową sławą. W ciągu następnego tygodnia wieści rozeszły się po wszystkich wsiach w promieniu dwudziestu mil. Giles został Bohaterem Okolicy. Uznał, że to bardzo przyjemne. W następny dzień targowy postawiono mu tyle gorzałki, że mógłby w niej pływać łódką; omal nie przebrał miary i wracając do domu, podśpiewywał stare bohaterskie pieśni.

W końcu wieść o jego wyczynie doszła do uszu samego Króla. Stolica tego królestwa, Średniego Królestwa, jak zwano je na wyspie w owych szczęśliwych dniach, leżała jakieś sześćdziesiąt mil od Ham i dwór zwykle niewiele uwagi poświęcał temu, co działo się na prowincji. Jednakże szybkie przepędzenie groźnego olbrzyma zasługiwało na uwagę i drobną nagrodę. Tak więc w stosownym czasie — to znaczy po około trzech miesiącach i w dniu świętego Michała — Król wysłał wspaniały list. Nakreślony czerwonym inkaustem na białym pergaminie, wyrażał królewską pochwałę dla „naszego wiernego poddanego i umiłowanego Ægidiusa Ahenobarbusa Juliusa Agricoli de Hammo”. Zamiast podpisu widniał czerwony kleks, ale nadworny skryba dodał: Ego Augustus Bonifacius Ambrosius Aurelianus Antoninus Pius et Magnificus, dux rex, tyrannus, et basileus Mediterranearum Partium, subscribo3, i opatrzył pismo wielką czerwoną pieczęcią. Nie ulegało wątpliwości, że dokument jest autentyczny, co sprawiło ogromną przyjemność Gilesowi i wzbudziło powszechny podziw. Podziw wzrósł znacznie, gdy stwierdzono, że każdy, kto chce obejrzeć dokument, jest sadzany na poczesnym miejscu przy kominku gospodarza i częstowany przednim trunkiem.

Cenniejszy od listu był dołączony do niego podarek. Król przysłał pas z długim mieczem. Prawdę powiedziawszy, Król sam nigdy nie nosił tego miecza. Oręż należał do jego rodziny i wisiał na ścianie w zbrojowni od niepamiętnych czasów. Zbrojmistrz nie miał pojęcia, skąd się tam wziął ani do czego mógłby się przydać. Proste ciężkie miecze tego rodzaju wyszły już z mody na dworze, więc Król uznał, że to prezent w sam raz dla wieśniaka. Gospodarz Giles był jednak zachwycony, a jego sława wzrosła niepomiernie.

Giles radował się takim obrotem sprawy. Cieszył się także jego pies, bo minęło go obiecane lanie. Giles według swojej własnej opinii był sprawiedliwy i w duchu przyznawał część zasług Garmowi, choć nigdy nie posunął się do tego, by na głos wyrazić te myśli. Nadal w złości obrzucał psa ciężkimi słowami i równie ciężkimi przedmiotami, ale przymykał oko na samowolne psie eskapady na pola. Gospodarstwo kwitło i do Gilesa szczęście się uśmiechało. Jesienne i wczesnozimowe prace poszły jak z płatka. Wszystko dobrze się układało, dopóki nie zjawił się smok.

 

W owych czasach smoki były już rzadkością na wyspie i od wielu lat nikt ich nie widział w królestwie Augustusa Bonifaciusa. Wprawdzie nie brakowało zdradliwych moczarów i bezludnych gór na zachodzie i północy, lecz szmat drogi dzielił je od ludzkich osiedli. Niegdyś na tych terenach gnieździły się liczne smoki takiego czy innego rodzaju, urządzające wyprawy w najdalsze okolice. W owych czasach Średnie Królestwo słynęło z odważnych rycerzy: wiele smoków zginęło z ich rąk lub wróciło do swoich leży z poważnym uszczerbkiem na zdrowiu, co skutecznie zniechęciło pozostałe gady do zapuszczania się w tamte strony.

Zachował się jednak zwyczaj podawania na królewski stół Smoczego Ogona podczas Bożego Narodzenia i co roku wybierano rycerza, który miał obowiązek udać się na łowy. Spodziewano się, że wybraniec wyruszy w dzień Świętego Mikołaja, a wróci ze smoczym ogonem nie później niż w Wigilię. Jednak już od wielu lat z powodu braku smoków Królewski Kucharz przyrządzał wspaniały przysmak, sztuczny Smoczy Ogon z ciasta i marcepanu, pokryty sprytnie łuskami z twardego lukru. W Wigilię wybrany rycerz przy dźwięku skrzypiec i trąb wnosił smakołyk do sali. Sztuczny Smoczy Ogon zjadany był po obiedzie w dzień Bożego Narodzenia i wszyscy twierdzili zgodnie (chcąc sprawić przyjemność kucharzowi), że smakuje dużo lepiej niż Prawdziwy Ogon.

Tak się sprawy miały, dopóki nie pojawił się prawdziwy smok. Wina leżała głównie po stronie olbrzyma. Po swojej przygodzie zaczął włóczyć się po górach, składając wizyty rozproszonym krewniakom częściej, niż miał w zwyczaju i znacznie częściej, niż mieli ochotę go gościć. Tak się bowiem składało, że olbrzym nieodmiennie próbował pożyczyć wielki miedziany kociołek. Niezależnie od tego, czy starania kończyły się sukcesem, nieproszony gość rozsiadał się wygodnie i w rozwlekłym, zagmatwanym stylu opowiadał o wspaniałym kraju na dalekim wschodzie i o wszystkich cudach Szerokiego Świata. Wbił sobie do głowy, że jest wielkim i nieustraszonym podróżnikiem.

— Przyjemny kraj — mawiał — urzekająco płaski, miękki dla stóp i obfitujący w rozmaite jedzenie. Krów, wiecie, i owiec co niemiara, łatwych do wypatrzenia, jeśli tylko patrzy się uważnie.

— A co z ludźmi? — pytały inne olbrzymy.

— Nie widziałem ani jednego człowieka — odpowiadał. — Rycerzy ani widu, ani słychu, moi kochani ziomkowie. Najgorsze są gryzące muchy nad rzeką.

— Czemu zatem nie wrócisz i tam nie zamieszkasz?

— Och, wiecie, jak mawiają, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ale może wybiorę się tam któregoś dnia, gdy najdzie mnie ochota. Ja w każdym razie tam byłem, a wy o sobie nie możecie tego powiedzieć. Przejdźmy teraz do sprawy miedzianego kociołka.

— A gdzie leżą te bogate ziemie? — pytali co prędzej gospodarze. — Te rozkoszne tereny pełne niestrzeżonego bydła? Jaka droga tam wiedzie i jak to daleko?

— Hmmm — odpowiadał. — Trzeba iść na wschód czy raczej południowy wschód. Ale to długa podróż. — A potem z taką przesadą opowiadał o przebytej drodze, o lasach, wzgórzach i równinach, że wszyscy, którzy mieli krótsze nogi, tracili serce do wyprawy. Mimo to rozmowy o bogatym kraju nie ustawały.

Tymczasem upalne lato ustąpiło srogiej zimie. Mróz wziął góry we władanie, zaczęło brakować jedzenia. Zaczęto rozprawiać coraz głośniej. Głównym przedmiotem rozmów stały się tłuste owce z nizinnych pastwisk. Smoki pilnie nadstawiały uszu. Doskwierał im głód, a te pogłoski budziły w nich nadzieję.

— Rycerze to wymysł! — twierdziły młodsze i mniej doświadczone smoki. — Zawsze tak myśleliśmy.

— Może wreszcie zaczęli wymierać — dumały starsze i mądrzejsze gady — zostało ich niewielu i nie są już groźni.

Jeden smok był tym wszystkim głęboko poruszony. Nazywał się Chrysophylax Dives, pochodził bowiem ze starożytnego i cesarskiego rodu, a na dodatek był bardzo bogaty. Był sprytny, wścibski, chciwy, dobrze opancerzony, choć tchórzem podszyty. Brakowało mu odwagi, lecz ani trochę nie bał się much czy innych owadów wszelkiego pokroju i maści, a poza tym przymierał głodem.

Dlatego pewnego zimowego dnia, mniej więcej tydzień przed świętami, Chrysophylax rozpostarł skrzydła i wzbił się w przestworza.Wylądował bezszelestnie w środku nocy w samym sercu królestwa, którym władał Augustus Bonifacius rex et basileus. W jednej chwili spustoszył okolicę, tratując i paląc wszystko, co popadnie, pożerając owce, bydło i konie.

Działo się to w części królestwa odległej od Ham, ale Garm wystraszył się jak nigdy dotąd. Wykorzystując przychylne usposobienie pana, postanowił zaryzykować i spędzić parę nocy poza domem. Wypuścił się na długą wyprawę i podążał obiecującym tropem wzdłuż skraju lasu, gdy skręciwszy, nagle poczuł nieznany i zatrważający zapach. Gwoli ścisłości, wpadł prosto na ogon Chrysophylaksa Divesa, który właśnie tu wylądował. Nigdy wcześniej żaden pies szybciej nie zawinął się wokół własnego ogona i szybciej nie pomknął do domu. Smok usłyszał jego skowyt, odwrócił się więc i parsknął, ale Garm już dawno zniknął z pola widzenia. Pędził co sił w łapach przez resztę nocy i dotarł do domu mniej więcej w porze śniadania.

— Ratunku! Ratunku! Ratunku! — wykrzyczał przed kuchennymi drzwiami.

Gilesowi nie spodobało się to psie zawodzenie. Przypomniało mu, że najbardziej niespodziewane rzeczy mogą zdarzyć się wtedy, gdy wszystko idzie jak po maśle.

— Żono, wpuść tego przeklętego kundla — zawołał — i weź na niego kija!

Garm wpadł do kuchni jak burza. Oczy miał przestraszone, jęzor zwisał mu z pyska.

— Ratunku!

— Co zmalowałeś tym razem? — zapytał Giles, rzucając w niego kiełbasą.

— Nic — wydyszał Garm, zbyt wzburzony, by zwrócić uwagę na apetyczny kąsek.

— Uspokój się, bo obłupię cię ze skóry — zagroził gospodarz.

— Nie zrobiłem nic złego. Nie miałem złych zamiarów — odrzekł pies. — Przypadkiem wpadłem na smoka i bardzo się przestraszyłem.

Gospodarz zakrztusił się piwem.

— Na smoka? Niech cię licho, ciekawski nicponiu, po co się włóczysz i wynajdujesz smoki o tej porze roku, kiedy mam ręce pełne roboty? Gdzie to było?

— Och, daleko na północy za wzgórzami, za Sterczącymi Skałami i jeszcze dalej — odpowiedział pies.

— Aha, daleko stąd! — rzekł Giles z wyraźną ulgą. — Ludzie w tamtych stronach są dziwni, jak słyszałem, i na ich ziemi wszystko zdarzyć się może. Niech sami sobie radzą, przestań zawracać mi głowę takimi bzdurami. Precz stąd!

Garm poszedł precz i rozniósł nowiny po całej wiosce. Nie omieszkał nadmienić, że jego pan wcale się nie przeląkł.

— Zachował zimną krew i nawet nie przerwał śniadania.

Ludzie z przyjemnością gawędzili o tym w swoich domach.

— Jak za dawnych czasów! — mówili. — Akurat na Boże Narodzenie. W samą porę. Ależ Król się ucieszy! Będzie miał Prawdziwy Ogon na gwiazdkę.

Nazajutrz nadeszły nowe wieści. Smok, jak się okazało, był wyjątkowo wielki i zajadły. Powodował okropne zniszczenia.

— Co się dzieje z królewskimi rycerzami? — zaczęto poszeptywać.

Inni też zadawali to samo pytanie. Z wiosek, w których Chrysophylax poczynił największe szkody, słano posłańców do Króla. Posłańcy głośno i tak często, jak tylko się ważyli, pytali:

— Panie, co robią twoi rycerze?

Rycerze nic nie robili, bo pogłoski o smoku jeszcze nie zyskały oficjalnego potwierdzenia. Król wreszcie ich powiadomił, obszernie i urzędowo, zalecając przedsięwzięcie niezbędnych kroków przy najbliższej okazji. Wielce się zirytował, kiedy odkrył, że dzień mija za dniem, a najbliższa okazja jakoś się nie chce nadarzyć.

Rycerze mieli jednak dość poważnie brzmiące usprawiedliwienie. Otóż Królewski Kucharz już przygotował Smoczy Ogon na Boże Narodzenie, był bowiem człowiekiem przezornym i lubił mieć wszystko uszykowane przed czasem. Mógłby poczuć się urażony, gdyby w ostatniej chwili przyniesiono mu ogon prawdziwego smoka. Nikt nie chciał urazić kucharza, bo był niezastąpiony w swoim zawodzie.