PozerkaTekst

Autor:J. Harrow
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


J. Harrow

Pozerka


ISBN 978-83-8116-984-4


Copyright © by Joanna Skonieczna, 2020

All rights reserved Redakcja Paulina Jeske-Choińska Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

MAGDA
1.

Większość ludzi sporządza listę postanowień noworocznych na początku stycznia. Schudnąć pięć kilo, zacząć biegać, zapisać się na jakiś kurs. Standardowe plany, z których zazwyczaj żaden nie dochodzi do skutku. Pewnie ze względu na te demotywujące statystyki Magda zaprzestała obiecywania swojemu odbiciu w lustrze tych i podobnych bzdetów. No dobra, może też dlatego, że należała do tej niechlubnej większości ludzi, których realizacja postanowień spełzała na niczym… Zamiast schudnąć, co roku odnotowywała co najmniej jeden dodatkowy kilogram, bieganie skończyło się po dwóch tygodniach przez rzekome nadwerężenie kostki, a o reszcie… eh, nawet wolała nie pamiętać. Żenujące, kobiece obiecanki cacanki. A więc reasumując, od dwóch lat nie sporządzała listy noworocznych postanowień.

Za to pod koniec zimy, po obliczeniu PIT-a, robiła bardzo konkretną listę wydatków. W tym roku, dzięki całkiem przyzwoitej sumce, którą wypłaci jej skarbówka, będzie w stanie w końcu zrealizować swój finansowy plan w stu procentach!

Punkt pierwszy — cycki!!! Żegnaj, rozmiarze małe B, witaj — duże C… a może i D. To się jeszcze zobaczy.

Punkt drugi — minimum tydzień leniwego wygrzewania się na ciepłej hiszpańskiej plaży. Oczywiście, już z nowymi, cudnymi piersiami w bikini bez push-upu (wreszcie!).

Punkt trzeci — wymarzona skórzana sofa…

*

Po blisko czterech latach zaciskania pasa w końcu jej bilans finansowy był na plusie. Wszystkie długi pospłacane, a oszczędności napawają optymizmem.

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, obracając całe ciało to w lewo, to w prawo. Tak, zdecydowanie trzeba coś ze sobą zrobić! Tu coś zwisa, tam się wylewa… Jakaś masakra. Gdzie się podziały wystające pośladki?! Oklapły, jakby ktoś w nie przywalił z całej siły patelnią. A ta obwisła skóra na ramionach? Co to, do kurwy nędzy, ma być??? No cóż, na wszystko może w tym roku nie starczyć, ale najważniejsze, że zrobi porządek z cyckami. Nigdy dostatecznie nie urosły, a po trzydziestce zaczęły w dodatku coraz bardziej opadać. Szczęście w nieszczęściu, że nie miała dzieci, które wyciągnęłyby z nich całą elastyczność — wyglądałyby jak dwa suszone rodzynki. Magda doskonale wiedziała, że zawsze może być gorzej. Ba, nawet na pewno będzie gorzej! Z każdym rokiem przekonywała się na własnej skórze o sile grawitacji i spowalnianiu tempa metabolizmu. Jedyne, co ją pocieszało, to fakt, że wszystkie kobiety przechodzą to samo. Ale nie wszystkie stać na medycynę estetyczną! Sama perspektywa zbliżającego się zabiegu wywoływała na jej twarzy mimowolny uśmiech.

Znajome wibracje odciągnęły ją sprzed lustra. Tata. Albo ma kłopoty, albo… Dzwonienie o tej porze, a właściwie w ogóle dzwonienie do córki, nie było dla niego typowe.

— No co tam? — Po krótkim namyśle zdecydowała się odebrać.

— Cześć, jesteś w domu może?

— Tak, ale zaraz idę do pracy.

— Zaczynasz pracę o szesnastej? Od kiedy?

— Od dawna pracuję dodatkowo, popołudniami, mówiłam ci wielokrotnie. Co się stało?

Nastąpiła chwila ciszy, jak zwykle niezwiastująca nic dobrego. Ciekawe, co tym razem? A właściwie w ogóle jej to nie ciekawiło, ale nie za bardzo miała wyjście. W końcu byli najbliższą rodziną…

— A nic — zaczął ostrożnie, z typowym dla niego udawanym skrępowaniem.

— Mów!

— Miałabyś może pożyczyć choć z pięćdziesiąt złotych…? Oddam ci za tydzień, jak tylko dostanę rentę.

Magda przewróciła oczami i westchnęła niemal bezgłośnie. Z dwojga złego dobrze, że znów chodzi o pieniądze. Gorzej, jakby kolejny raz trafił do szpitala lub dzwonił, żeby wyciągnąć go z jakiejś meliny. Swoją drogą wyraźnie słyszała, że nie był do końca trzeźwy. To oznaczało tylko jedno — jeśli podrzuci mu pieniądze dzisiaj, to na sto procent do jutra nie będzie ich miał.

— Przyjadę jutro rano i ci dam.

— Hmm… A dzisiaj po pracy nie dasz już rady może?

— Nie. Poza tym późno wieczorem nie zrobisz już zakupów.

Oczywiście, że by zrobił — w całodobowym monopolowym. Oboje o tym doskonale wiedzieli, ale każde odgrywało swoją rolę. Tata uczciwego, nienadużywającego alkoholu obywatela, a ona nic niedostrzegającej, naiwnej córki. Tak było łatwiej. Dość się już z nim naszarpała, udowadniając mu alkoholizm i niegospodarność. Żadne argumenty do niego nie trafiały, wyparcie miał dopracowane do perfekcji, a pożyczane pieniądze jakoś nigdy do niej nie wracały.

Ustaliwszy termin udzielenia pożyczki, szybko się pożegnali, jak zwykle, nie interesując się zbytnio, co u kogo słychać.

*

Sięgnęła do szuflady w poszukiwaniu ubrań. Za pół godziny zaczyna pracę, a jest jeszcze w kompletnej rozsypce. Make-up totalnie do poprawki, wciąż nieprzebrana, paznokcie wołają o pomstę do nieba, a kawa dawno wystygła. No cóż, niech będzie mrożona, też może być.

Dzisiaj czerwień w roli głównej. Z domieszką czerni w postaci nowych pończoch. Zakładając je, pomyślała, że faktycznie mają całkiem fajny wzorek, tak jak zachwalała sprzedawczyni. Od czasu do czasu dobrze jest ubrać coś nowego. W końcu ile można paradować w kabaretkach? Jeszcze gorset… Wiązania nieco już się rozlazły, a może to cycki znów zmalały?! No trudno, po powiększeniu kupi sobie z dwa nowe, bo w ten i tak już się nie zmieści. Swoją drogą każdy powód jest dobry do zakupu nowych łaszków. Podeszła do stolika i odpaliła komputer, kładąc obok pilnik i lakier do paznokci. Rozsiadła się wygodnie, poprawiając perukę. Zauważyła, że w świetle dziennym jej rude, sztuczne włosy mają odcień młodej marchewki. Dotąd wydawały się jej bardziej czerwone, zapewne przez sztuczne światło. Na szczęście dni stawały się coraz dłuższe.

No to czas na show. Zalogowała się i chwyciła pilnik. Pewnie zdąży wyszlifować co najmniej jedną dłoń, zanim ktokolwiek „zapuka”. Jednak nic bardziej mylnego. Zastanawiające, jak często czekamy na coś z niecierpliwością i nie nadchodzi, a gdy tylko myślimy, że oto wygospodarowaliśmy trochę czasu, nagle ktoś nam go kradnie. Tylko nie to, znowu ten obleśny grubas z pryszczami! Już obmyślała plan, jak by go tu szybko spławić.

— Scarlett, moja piękna, to ja!!! — Jakby nie widziała… ale nie, musiał dobitnie zbliżyć swoją tłustą twarz do kamery i niemal obślinić ją soczystym buziakiem na powitanie! Bleee… Ohyda.

— Richard… — Posłała mu sztuczny uśmiech i z premedytacją kontynuowała piłowanie paznokci. Dla tego typa nie zamierzała marnować czasu.

Mężczyzna uśmiechał się od ucha do ucha, zagadując, co tam u niej słychać, i ubolewając nad faktem, jak to dawno się nie widzieli. Dla kogo dawno, dla tego dawno. Jakoś przez ten miesiąc nie tęskniła.

— Masz dzisiaj cudowną szminkę, taka krwista czerwień, bomba!

— Dziękuję.

— Co porabiasz, kochaniutka?

— Nie widać? — Ostentacyjnie zbliżyła do kamerki pilniczek do paznokci.

— No tak, o pazurki kotki dbać muszą… he, he, he, he. Chciałbym, żebyś mnie nimi podrapała tu i tam… Ach, na samą myśl nie mogę wytrzymać!

— Błagam… Tylko nie spuszczaj mi się tutaj, jak ostatnio.

Richard zmieszał się i burknął coś pod nosem.

— Coś mówiłeś?

— Nic…

Wzruszyła ramionami i przeszła jakby nigdy nic do piłowania prawej dłoni.

— Nie wiedziałem, że zauważyłaś… Teraz mi głupio.

Magda westchnęła i posłała mu sugestywne spojrzenie. Ten typ był jak dojrzewający nastolatek, niepanujący nad swoimi odruchami i popędem. Dlatego żadna dziewczyna nie chciała za bardzo z nim czatować. Wiadomo, że zdrowi fizycznie i psychicznie przystojniacy tu nie zaglądali, ale jednak większość klientów jakoś zachowywała resztki klasy. A spuszczanie się w spodnie na sam widok dekoltu to już był szczyt. Tak, Richard zdecydowanie miał psychikę rozhuśtanego hormonalnie i emocjonalnie nastolatka. Męczyło ją samo patrzenie na tego typa po pięćdziesiątce, a co dopiero konwersacja z nim. Żadne pieniądze raczej nie były tego warte.

Mężczyzna zagadywał ją jeszcze przez jakiś czas, ale na szczęście dość szybko dał sobie spokój. I dobrze, bo blokował linię, a tymczasem już dobijał się jej ulubiony klient. Nie było go jakieś dwa tygodnie, a jak na niego, to długo. Może nie tęskniła za nim, ale przynajmniej miło będzie pogadać z kimś elokwentnym i nastawionym na konwersację, a nie widoki.

 

— Tom, kochanie, miło cię widzieć.

Szczupły, młody mężczyzna spojrzał na nią podejrzliwie, ale po chwili radośnie pomachał jej ręką.

— Uff, już myślałem, że mnie ochrzanisz…

— A chciałbyś?

— He, he, na mnie te wasze teksty nie działają, zapomniałaś? Ale dawno nie dzwoniłem i może jesteś na mnie obrażona czy coś…

Magda miała ochotę się uśmiechnąć, ale zamiast tego postanowiła nieco się zabawić. Ostentacyjnie spojrzała gdzieś w bok, zachowując poważną, niemal posągową minę.

— No cóż… Mogłabym zrozumieć, gdybyś miał żonę albo pracował po dwanaście godzin na dobę. Ale jesteś singlem, w dodatku artystą, który pewnie w życiu nie przepracował na etacie miesiąca. Nie wiem więc, jak wytłumaczysz te dwa tygodnie ciszy. Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to lepiej zrób to szybko, bo poważnie rozważam rozłączenie się.

Tom przyglądał się jej przez chwilę, po czym jakby nigdy nic zmienił temat.

— Masz cudowne rajstopki! Jeszcze ich nie widziałem, nowe?

— Nie podlizuj się, nagrabiłeś sobie.

— Ależ ja tak z głębi serca! Naprawdę mi się podobają.

Uśmiechnęła się. No tak, tylko gej może zauważyć takie detale! I tylko Tom potrafił tak szybko i zabawnie przeskakiwać z tematu na temat. Nie potrafiła się na niego gniewać nawet na niby.

— No dobra, grzechy są ci odpuszczone.

— Ale że wszystkie? Trochę ich nazbierałem w ostatnim czasie.

— Nie wiem, czy chcę tego słuchać.

— I tak ci opowiem. Lepiej tak niż pisać pamiętnik, który mogłaby znaleźć moja babcia. A chciałbym, aby jeszcze trochę pożyła. Robi co rano świetne naleśniki!

— Nie mów, że nadal mieszkasz u babci. Przecież już byłeś spakowany.

— Eh… Długa historia.

Nie była jednak aż tak długa. Tom miał zwyczaj wyprowadzać się od swojej babci średnio dziesięć razy w roku. Za każdym razem, gdy postanawiał ujawnić swoją prawdziwą, czyli gejowską twarz. Zazwyczaj odwaga przychodziła wraz z pojawieniem się na horyzoncie jakiegoś przystojniaka. Ale szybko mijała, gdy się okazywało, że ten jest hetero albo po prostu nie szuka stałego związku. Ostatnio już się wydawało, że Tom znalazł odpowiedniego osobnika. Byli na kilku udanych randkach i postanowili na próbę zamieszkać razem. A więc Tom zaczął potajemne pakowanie, aby którejś niedzieli, gdy babcia będzie w kościele, wyprowadzić się do nowego ukochanego, by żyć z nim długo i szczęśliwie. Oczywiście, z wersją dla babci, że znalazł pracę w innym mieście. Po jakimś czasie miała w subtelny sposób dowiedzieć się, że jej ukochany wnusio nie przyprowadzi jej jednak wyczekiwanej od lat kandydatki na żonę. Lecz misternie przemyślany plan i tym razem nie wypalił… Nowy ukochany, w przeddzień przeprowadzki Toma do jego mieszkania, został przyłapany na esemesach z innym homoseksualnym mężczyzną. Przypadkiem zamiast do tamtego wysłał esemesa o ciekawej treści do Toma: „Jutro nie możemy się spotkać, wprowadza się do mnie nowy współlokator. Już tęsknię!!! Całuję, bądź grzeczny!”.

A więc długa historia Toma tak naprawdę skończyła się na kilku opisujących sytuację zdaniach i setce niewybrednych epitetów pod adresem, byłego już, kochanka.

— Przykro mi — skwitowała szczerze. — Ty to jednak masz pecha.

— No właśnie… I dlatego ciągle rozmawiam z tobą. Dorabiasz się na moim nieszczęściu.

— Cóż, już taka ze mnie harpia.

Roześmiali się oboje. Z nikim na czatach nie mogła być tak szczera jak z Tomem. I naprawdę było jej go żal, ale przecież doskonale wiedziała, że nie rozmawia z nią po to, żeby się wypłakiwać. Miał kompletnie pokręconą logikę, na szczęście jednak nie brakowało mu poczucia humoru, co pozwalało im obojgu na swobodną konwersację nawet na najbardziej porąbane tematy.

— No i wracając do tych rajstopek… — zmienił szybko kierunek rozmowy — obstawiam, że są sexy?

— Nie wiem, jeszcze nikt przed tobą ich nie komentował.

— Ale jak sądzisz?

— Kupione w sex-shopie, więc na pewno są sexy.

— Hmm… Ostatnio byłem w takim nowym u mnie w mieście i odkryłem kolejne zabaweczki dla kobiet. Kurczę, wy macie więcej gadżetów niż faceci! Po co wam to wszystko?!

— Zależy, o jakiej zabawce mówisz.

— A takie coś kulistego, wibrującego, z pilotem. Czy ty wiesz, jaki to ma zasięg??? No byłem w szoku. Testowałaś może?

Nie mogła powstrzymać napadu śmiechu. Fascynacja Toma kobiecą seksualnością stawała się coraz bardziej niedorzeczna… Często dowiadywała się właśnie od niego o różnych „nowościach”, sama zatrzymawszy się wieki temu zaledwie na jednym wibratorze. Starała się, co prawda, z racji wykonywanej pracy być na bieżąco, lecz co innego o czymś słyszeć czy coś widzieć, a co innego używać. Jakoś nie odczuwała takiej potrzeby. Od kilku lat była sama, ale mimo to wciąż uważała, że nie ma to jak mężczyzna w łóżku, a nie elektronika.

— Tom, skup się lepiej na zabawkach dla mężczyzn. Jak tak dalej pójdzie, to tylko one ci zostaną.

— Eh… Nie kracz, nie kracz. Wciąż łudzę się nadzieją, że się przestawię. O ile łatwiej by mi było, gdybym leciał na kobiety.

— Przestań iść w tym kierunku! Zrozum, że to nie jest jak program w telewizji. Nie przełączysz się pilotem.

— Ale może małymi kroczkami…

— Nie.

— Ale…

— Nie! Zobacz, siedzi przed tobą kobieta w sexy gorsecie, wyzywająco pomalowana, a ty na co zwracasz uwagę? Na rajstopy! Jesteś w stu procentach gejem, pogódź się z tym.

Tom jednak nie chciał się pogodzić ze swoją naturą. Z jednej strony, umawiał się z facetami, z drugiej, wydzwaniał do niej, próbując znaleźć odpowiedź, co w kobietach jest dla mężczyzn pociągające. Przegadali na ten temat dziesiątki godzin i kiedy już mu się wydawało, że zaczyna rozumieć, a nawet coś tam odczuwać wobec kobiet, zjawiał się jakiś mężczyzna, który w jednej sekundzie rozwalał system. Natury nic nie pokona. A naturą Toma był homoseksualizm. Koniec i kropka. Jakkolwiek by patrzeć, dzięki jego pokręconej logice i dążeniu do zrozumienia heteroseksualizmu miała stałego klienta, a tym samym całkiem niezłe dochody. Lecz nigdy go nie oszukiwała; doskonale wiedział, że nie popierała jego chęci przestawienia się na kobiety. Może dlatego tak lubił z nią rozmawiać? Być może była jedyną osobą, z którą mógł być szczery, w dodatku bez ryzyka, że cokolwiek komukolwiek wygada. Co jak co, ale nie zamierzała się nikomu chwalić swoją „dodatkową pracą”.

*

Od prawie czterech lat pracowała na kamerkach i tak naprawdę to właśnie to zajęcie stało się jej głównym źródłem dochodów. Całkiem zresztą przyzwoitych. To już nie była praca dorywcza. Kiedyś etat w korporacji wystarczył jej na wszystkie wydatki, ale życie tak się poukładało, że była zmuszona szukać dodatkowych finansów. Z czasem wideoczatowanie zaczęło przynosić większe dochody niż jej stały etat i pomogło wyjść z finansowych tarapatów. Teraz wszystko, co zarabiała, szło na górkę. Nie musiała już przejmować się kredytami i w końcu mogła pozwolić sobie niemal na wszystko.

Kasa jednak na swój sposób zawsze uzależnia. Chce się więcej i więcej… Nawet jak wydaje się tylko na siebie. Samotne życie miało swoje plusy. Mogła przejmować się tylko sobą i wydawać, na co chciała, bez konsultacji czy wyrzutów. Decydowała o wszystkim i z nikim nie musiała się liczyć. Co do mężczyzn, to szybko przekonała się, że po trzydziestce nie jest łatwo znaleźć księcia z bajki. Natomiast znalazło się kilku królów, którym się wydawało, że zostanie ich służącą. Zrozumiała też, że seks na pierwszej randce to niemal zawsze zły pomysł, gdy szuka się kogoś na dłużej. Minęło sporo czasu i kilkadziesiąt randek, zanim się poddała i całkowicie zmieniła swoje podejście. Właściwie po co jej kolejny facet?! Miłość po prostu nie istnieje — to tylko chwilowe zaburzenie gospodarki hormonalnej. Postanowiła więc zachowywać się jak typowy mężczyzna.

Jeśli miała na kogoś ochotę, po prostu szli do łóżka. Była jeszcze kwestia nieco bardziej wyrafinowanej rozrywki, lecz nigdy dłuższej niż dziesięć spotkań. Złota zasada. Facet musiał mieć oczywiście sporo do zaoferowania, inaczej nie traciła czasu. Jeśli do trzeciej randki nie wydał na nią przyzwoitej kwoty, czwarta nie dochodziła do skutku. Kolacja czy kino nie wystarczały. W ten sposób dorobiła się całkiem pokaźnej garderoby i jakichś dwóch kilogramów biżuterii. Nie wspominając o paru wypadach do ekskluzywnych ośrodków SPA. Jeszcze parę lat temu gardziłaby samą sobą, ale teraz była z siebie niemal dumna. Zresztą, czym jest tysiąc złotych dla kolesia w garniturze za pięć tysięcy i furze, za którą można pewnie kupić mieszkanie? Poza tym nie łudziła się — oni wykorzystywali ją tak samo, jak ona ich. Reasumując, uczciwa gra, w którą jeszcze parę lat zamierzała się bawić.

A do tej zabawy zdecydowanie przydadzą się nowe cycki! Latka lecą, grawitacja daje o sobie znać, trzeba więc podreperować się tu i tam. Jej ciało było przecież również narzędziem pracy, tak przynajmniej to sobie tłumaczyła…

*

Świadoma ulotności urody i młodości, nie mogła jednak nie myśleć o dalszej przyszłości. Dlatego ostatnio postanowiła poszukać sobie nowej pracy. Etat grafika w korpo zawsze zależał od aktualnego zarządu, o czym miała okazję niejednokrotnie się przekonać. W ciągu trzech lat zmieniała pracę dwukrotnie, a aktualna ewidentnie jej nie pasowała. Przez ciągłe nadgodziny nie była w stanie godzić roboty na kamerkach, nie wspominając o zwyczajnym zmęczeniu. Doszła do wniosku, że powinna pracować co najwyżej na pół etatu oraz sporadycznie brać zlecenia jako freelancer. Bezpieczne rozwiązanie — nie ograniczać się do jednego pracodawcy i jednocześnie nie wypaść z rynku. No i pozostawała wciąż możliwość kontynuowania pracy na wideoczatach.

Wysłała kilkanaście CV i została zaproszona na kilka rozmów. Istny maraton — w dwa dni pięć spotkań…

2.

Bóg przykazał dni święte święcić, a więc niedziele, no i soboty, były dla Magdy świętością. Zero pracy, tylko świętowanie! Tę sobotę zamierzała uświetnić maratonem zakupowym pod hasłem „nowe szpileczki”. Niestety, zanim ruszyła na podbój butików, musiała podrzucić tacie obiecane pieniądze.

Kawalerka była w fatalnym stanie. Kiedyś regularnie przyjeżdżała tacie sprzątać, prać, a nawet czasem gotować, ale po jakimś czasie zrozumiała, że zasadniczo on ma to gdzieś. Nie obchodziło go, czy jest czysto, czy jest wywietrzone, czy chodzi w upranych ubraniach. Nie krępował się niczym. Problem tylko w tym, że ona wstydziła się za niego. Gdy tylko wręczyła mu pieniądze, obiecał, jak za każdym razem, że jej wkrótce odda, po czym wyszedł pośpiesznie na zakupy. Rozejrzała się uważniej. No tak, jak zwykle… Świeże butelki po piwach i wódce. Kilka się przewróciło i co nieco wyciekło na podłogę. Wszystko kleiło się i śmierdziało. W pierwszym odruchu chwyciła mopa, planując wszystko dokładnie wytrzeć. Niemniej po chwili zwyciężył drugi odruch. Chwyciła notes. „Tata! Kup za pieniądze ode mnie nowy wkład na mopa, umyj podłogę i wyrzuć butelki — ciocia Ela prawdopodobnie wpadnie do Ciebie wieczorem, a wiesz, jaka ona jest…” Tym sposobem zyskała pewność, że sterany mop odzyska świetność, podłoga blask, a ona nie przyłoży do tego palca. Siostra taty była jedyną osobą, której się bał. Zasadniczo to bał się tego, co rozpowie po rodzinie i znajomych, ale ważne, że działało.

Oczywiście ciocia Ela nie była świadoma, że ma w dzisiejszych planach odwiedziny u brata, i nie było to nawet istotne. Tata do niej na pewno nie zadzwoni, za to Magda tak. Nieważne, czy się do niego pofatyguje, czy nie. Ważne, żeby ją uprzedzić o tym niewinnym kłamstewku. Magda miała szczęście, że ciocia Ela oraz sąsiadka taty trzymały z nią sztamę — łatwiej było utrzymać go w ryzach. Przynajmniej jako tako.

— Dzień dobry, pani Basiu. — Wychodząc, zapukała do drzwi naprzeciwko.

— Cześć, Madziu! Wejdź, dziecko, napijesz się kawki?

— Nie, nie trzeba, ja tylko na chwilkę… Chciałam wypytać o tatę.

Sąsiadka westchnęła, ale zaraz puściła jej oczko.

— Ostatnio nie jest źle. Nawet podejrzanie cicho — chyba niedawna wizyta policji dała mu do myślenia.

— Pewnie nie na długo… Znów zalewa się w trupa, znalazłam dzisiaj sporo pustego szkła.

— To nie wszystko jego, miał wczoraj gości.

Magda na samą myśl o kolegach taty dostawała dreszczy. Robiła wszystko, żeby się na nich nie natknąć — zbędne ryzyko, że potem któryś będzie jej się kłaniał na ulicy. Jakoś nie ciągnęło jej do rozszerzania swojego grona znajomych w tym kierunku.

 

— Czy ci goście zachowywali się poprawnie? Mam dzisiaj dobry humor w planach, więc proszę mi go nie psuć…

— Nie licząc jednego, który pomylił klatkę schodową z hotelem… to było okej.

Już widziała oczami wyobraźni, jak sąsiedzi wzywają straż miejską lub ocucają delikwenta i wyrzucają na zewnątrz. Co za wstyd!

— Dziecko, nie przejmuj się. — Pani Basia na szczęście nie wierzyła w powiedzenie „niedaleko pada jabłko od jabłoni” i szczerze współczuła córce sąsiada. — Dobrze, że zmądrzałaś i już mu nie sprzątasz.

— Poszłam za pani radą. Chociaż nadal mnie czasem korci.

Obiecawszy sobie kontakt w razie „totalnej katastrofy”, pożegnały się i Magda z ulgą wróciła do auta. Dalej już same przyjemności. Podjedzie po Kaję i ruszą na rozpustny shopping, lody pełne glutenu, a na koniec bezwstydne balety do rana. Sobotni plan idealny!

Świętowanie niedzieli też wyszło jej całkiem dobrze. Odpoczywała do południa, a po południu odpoczywała jeszcze intensywniej. Z zimnym okładem na głowie i litrem wody w zasięgu ręki. Wieczorem asortyment uzupełniły ogórek na oczach i kieliszek wina. Tata nie nauczył jej w życiu zbyt wiele, niemniej jego zasada „klin klinem”, o dziwo, idealnie się u niej sprawdzała…

*

Poniedziałek zazwyczaj oznacza koniec dobrego i po prostu jakoś trzeba go przetrwać. Na szczęście, tym razem nie szła do pracy, tylko na rozmowy o pracę. Z wielkimi nadziejami, że któraś zakończy się sukcesem. Nie miała ochoty spędzić kolejnych miesięcy na wymykaniu się ukradkiem po uczciwie przepracowanych ośmiu godzinach. Niedawno koleżanka zza biurka zapytała ją, czy nie boi się wychodzić o piętnastej. Przecież dostanie po premii albo nawet wyleci!

Korpowirus szerzył się coraz szybciej i doprowadzał do ataków paniki i nerwowych tików niemal wszystkich jej młodszych kolegów. W najlepszym razie rytmicznie potrząsali kolanami pod biurkiem, a w najgorszym łykali garściami tabletki na nerwicę lub depresję. Wielu z nich wyspecjalizowało się też w kreacji wizerunku — wychodząc z biura jako ostatni, „przypadkiem” mijali otwarte drzwi prezesa, niejednokrotnie zagadując go „bezinteresownie” o to i owo. Kolejnym krokiem w górę korpokariery było zasłużenie sobie na jego zaproszenie do grona znajomych na fejsie. Im głębiej wchodzili z kim trzeba na priv, tym szybciej rosły ich szanse na awans czy podwyżkę.

Z zadumy nad kierunkiem zmierzania tego świata i logiką myślenia młodego pokolenia wyrwał ją głos sekretarki, oznajmiający jej kolej.

Przekroczyła próg pokoju pewnym krokiem i wymieniła uścisk dłoni z dwoma mężczyznami. Młodszy musiał być ważniejszą personą — jego delikatne, nieśmiało ściskające jej dłoń ręce zapewne należały do kogoś od lat używającego kremików. Nie cierpiała takich sflaczałych uścisków u mężczyzn, ale też niejednokrotnie się przekonała, że charakteryzują one wielu wysoko postawionych ludzi biznesu. Bycie metroseksualną karykaturą mężczyzny najwidoczniej weszło na dobre w modę.

Starszy szybko przeszedł do rzeczy, prezentując jej w skrócie profil i politykę firmy, czyli wstępne bzdety powtarzane na każdej niemal rozmowie, którą miała okazję zaliczyć. Jedyna część, na którą czekała z zainteresowaniem, dotyczyła godzin pracy i wynagrodzenia. Niestety, na ten fragment przyszło jej trochę zaczekać, bo mężczyźni przygotowali całkiem pokaźny zestaw pytań do niej, zaznaczając na wstępie, że została zaproszona ze względu na spełnianie wszystkich kryteriów, niemniej…

— Jak wyobraża sobie pani swoją przyszłość za pięć lat?

Cóż za kretyńskie pytanie! Pod palmami, z milionem na koncie i na pewno nie pracując na etacie w korpo.

— Mam nadzieję, że w tej firmie — kłamała jak z nut — długoletnia współpraca z państwem jest dla mnie priorytetem i liczę na możliwość rozwoju i wykazania się.

— Idealnie, gdyż też szukamy kogoś na dłużej. Co szczególnego pani może nam zaoferować?

Loda pod biurkiem. Kolejny banał…

— Lojalność i zaangażowanie. Doświadczenie jest już panom znane.

— Skoro porusza pani tę kwestię… — Młody mężczyzna zdecydował się zabrać głos. — Są sprawy nam jednak nieznane. Mogę zadać pytanie osobiste?

Obie strony wiedziały, że takie pytania są niedozwolone, co nie zmieniało faktu, że odmowa nieoficjalnie kończyła proces rekrutacji. Skinęła więc głową i zapewniła, że nie ma absolutnie nic przeciwko.

— Jaki jest pani status rodzinny? Mężatka, dzieci…?

To ma być osobiste?! Standardzik przy rekrutacjach młodych kobiet. Co prawda, nie była już taka młoda, ale dzieci teoretycznie mogła mieć lub planować, więc liczyła się z takimi pytaniami.

— Nie i nie. Niemniej szukam pracy tylko na część etatu, więc nie wiem, jakie to ma znaczenie…

Tym samym poległa na ostatniej prostej. Nie podważa się zasadności pytań przyszłego pracodawcy. Wiedziała o tym doskonale, ale zwykła ludzka przekora i nieodparta ochota powiedzenia czegoś choć raz szczerze wzięły górę. Uniesiona brew i słowa „to wszystko” przypieczętowały zakończenie procesu rekrutacji.

*

Nie zraziła się i z podniesionym czołem pojechała na następną rozmowę. Tym razem ugryzie się w język bardziej skutecznie.

— Ma pani męża, dzieci?

— Nie i nie oraz nie planuję.

— Przepraszam za to pytanie, ale polecono mi tę kwestię wybadać — tłumaczyła się niezręcznie młodsza o parę lat od niej kobieta, przedstawicielka działu kadr.

— Rozumiem.

— Tak już, niestety, my, kobiety, mamy… — ciągnęła korpolady, notując coś bezustannie w tajemniczym skórzanym zeszycie.

Po chwili łaskawie dołączył do nich kierownik działu rekrutującego. Tym razem zdecydowany uścisk dłoni i zero pytań o status rodzinny. W końcu ktoś już czarną robotę odwalił.

— Zakładam, że nie ma pani pewnie problemów z wagą.

Noż kurwa, a już myślała, że wie, czego się spodziewać! Przyszedł koleś i rozwalił cały jej plan.

— Aaaa… To zależy. Aktualnie jestem na nią nieco obrażona, więc odstawiłam ją do kąta.

Zadowolona ze swojej riposty ostentacyjnie założyła nogę na nogę i patrzyła mu prosto w oczy, wyczekując w nich choć krzty zażenowania. Chyba nawet pytanie o wiek tak by jej nie wkurwiło! Poprawka, wiek podała w CV, więc takowe by nie padło…

Facet, wyraźnie rozbawiony, odchrząknął i pośpiesznie wyjaśnił cel swojego pytania.

— Mamy tutaj taki projekt, nazywa się „FitSpring”. Zaczyna się po zimie i kończy w czerwcu. Kto zgubi w tym czasie procentowo najwięcej kilogramów, dostaje od firmy nagrodę. To, oczywiście, dla chętnych, ale muszę przyznać, że nawet szczupłe osoby biorą w nim udział. Jest o co walczyć.

— Ach tak… — myślała, że zapadnie się pod ziemię.

Kilka uderzeń głową o kierownicę przypieczętowało jej przekonanie, że kolejny raz wszystko spieprzyła. Zastanawiała się, co jeszcze spotka ją na kolejnych rozmowach. Pytanie o rozmiar biustonosza, a może, dla urozmaicenia, o preferencje żywieniowe? Cokolwiek by się wydarzyło, czuła się już dostatecznie upokorzona i skretyniała. Gorzej już chyba być nie może?

Faktycznie nie było gorzej, ale w sumie nie mniej zabawnie. Co ty wiesz o rozmowie rekrutacyjnej? — dlaczego wcześniej nie poszukała takiego poradnika? Może dlatego, że przeszła w swoim życiu kilkanaście rekrutacji i była święcie przekonana, iż już nic nie może jej zaskoczyć.

*

Po drugim dniu leżała na kanapie, czując potworne zmęczenie materiału, i konsekwentnie ignorowała telefony z pracy. Odebrała jedynie od Kai, której jeszcze w weekend obiecała relację. Zresztą, miała już tak mało przyjaciół, że obiecała sobie szanować ich i dbać o tych, którzy pozostali.

— Nawet nie pytaj… potrzebuję butelki wina, żeby przeboleć jakoś swoją porażkę.

Kaja wyraziła swoje przekonanie, że na pewno nie jest tak źle i do końca miesiąca Magda coś w końcu znajdzie. Pewnie wszyscy przyjaciele tak mówią i pewnie nie można im mieć tego za złe — w końcu są od tego, aby podnosić na duchu.

— Pytali o męża i dzieci.

— No coś ty?! Przecież to chyba niezgodne z prawem?

— Eee… To jest pikuś. Były ciekawsze teksty. Na ten przykład: „Uprawia pani jakiś sport?”.

— Oczywiście! Podnoszenie kieliszka i ćwiczenie kciuka na pilocie. — Kaja parsknęła śmiechem, najwidoczniej nieświadoma ważności tej kwestii w oczach coraz szerszej rzeszy korpoludków. Sport był w tym świecie swoistym „must have”.

Inne książki tego autora