Szóste dziecko

Tekst
Z serii: Sam Porter #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Szóste dziecko
Szóste dziecko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Szóste dziecko
Audio
Szóste dziecko
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
39,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: The Sixth Wicked Child


Redakcja: Ewa Kaniowska

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: Camille Watkins / Shutterstock

Korekta: Agnieszka Al-Jawahiri, Monika Łobodzińska-Pietruś


Copyright © 2019 by Jonathan Dylan Barker. All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Copyright © for the Polish translation by Agata Ostrowska, 2020


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


Wydanie I


ISBN 9788381435529



Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Prawdy



Witaj, oto finał.

Masz na sobie odświętny strój?

– Sign of the Times, Harry Styles


Tatusiu, co jeszcze mi zostawiłeś?

Tatusiu, co dla mnie zostawiłeś, co?

– Another Brick in the Wall, Pink Floyd


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Tray
Dzień piąty, 5.19

– Ej, gnoju, czy to ci, kurwa, wygląda na pensjonat?

Głos był szorstki, chropowaty. O tej porze to mógł być tylko policjant, ochroniarz albo może wkurzony mieszkaniec któregoś z okolicznych domów. Tak czy inaczej zawinięta w stęchłą narzutę Tray Stouffer nawet nie drgnęła. Czasem, kiedy człowiek się w ogóle nie rusza, dają spokój. Czasem im się nudzi i odchodzą.

Znowu kopnięcie ciężkim butem – szybkie i mocne. Prosto w żołądek.

Tray chciałaby krzyknąć, złapać tę nogę i walczyć. Nic takiego jednak nie zrobiła. Pozostała w całkowitym bezruchu.

– Psiakrew, mówię do ciebie!

Kolejny kopniak, jeszcze silniejszy niż poprzedni, tym razem w żebra.

Tray stęknęła, nie mogła się powstrzymać. Mocniej otuliła się kapą.

– Masz pojęcie, co się dzieje z cenami nieruchomości przez ciebie i twoich kumpli, którzy też tutaj koczują? Dzieciaki się was boją. Starsi ludzie nie chcą wychodzić z domu. To nie fair, że muszą się potykać o takiego śmiecia, żeby wyjść do sklepu.

Czyli mieszkaniec.

Tray już to wszystko słyszała.

– Wiesz, co ja tu robię o piątej rano, kiedy ty sobie ucinasz drzemkę? Kiedy ty się wylegujesz w ciepełku na naszym progu? Właśnie skończyłem zmianę w piekarni, dziesięć godzin. Wczoraj w nocy siedziałem tam dwanaście godzin. Za dziesięć godzin muszę wracać. Tak zarabiam na życie i na to mieszkanie. To mój wkład w społeczeństwo. Ja się nie szlajam po ulicach jak wy, lenie pierdolone. Znajdź se jakąś pracę! Ogarnij się!

Dla czternastolatki nie było żadnej pracy. Przynajmniej legalnej. Musiałaby dostać zgodę od rodziców, a na to nie miała najmniejszych szans.

Tray przygotowała się na kolejnego kopniaka.

Mężczyzna jednak nie kopnął, tylko szarpnął za narzutę i zerwał ją z niej, odrzucił na bok. Kapa wylądowała w kałuży na wpół stopniałego śniegu u podnóża schodów.

Tray zadrżała, zwinięta w kłębek, w obawie przed ciosem.

– Ej, przecież to dziewczyna. Jeszcze z ciebie dzieciak – powiedział mężczyzna, a z jego tonu ulotniła się złość. – Bardzo przepraszam. Jak masz na imię?

– Tracy – odparła. – Ale mówią mi Tray. – Gdy tylko słowa opuściły jej usta, natychmiast tego pożałowała. Wiedziała, jak to jest, kiedy zaczyna z nimi gadać. Lepiej trzymać buzię na kłódkę, nie rzucać się w oczy.

Mężczyzna przyklęknął, w lewej ręce dyndała mu papierowa torba. Nie był bardzo stary, może po dwudziestce. Gruby płaszcz. Brązowe włosy pod granatową wełnianą czapką. Piwne oczy. Zawartość torby pachniała niezwykle apetycznie.

Zauważył, że mu się przygląda.

– Ja mam na imię Emmitt. Jesteś głodna, Tray?

Skinęła głową. Wiedziała, że to również błąd. Ale naprawdę była głodna. Okropnie głodna.

Sięgnął do papierowej torby i wyłowił z niej nieduży bochenek chleba. Chrupiąca skórka parowała w mroźnym powietrzu, jak zwykle zimą w Chicago, i Tray na chwilę zapomniała o przenikliwym wietrze znad jeziora, który hulał po ulicy w wyjących porywach.

Zaburczało jej w brzuchu tak głośno, że oboje to usłyszeli.

Emmitt podał jej odłamany kawałek chleba, który Tray pożarła dwoma kęsami, właściwie nie żując. To był prawdopodobnie najsmaczniejszy chleb, jaki w życiu jadła.

– Chcesz jeszcze?

Tray pokiwała głową, choć wiedziała, że nie powinna.

Emmitt sapnął. Wyciągnął dłoń i pogładził ją po policzku boczną stroną palca wskazującego. Palec zsunął się na jej szyję, wślizgnął pod kołnierz swetra.

– Może chodź do mnie? Dostaniesz tyle chleba, ile będziesz chciała. Mam też inne rzeczy do jedzenia. Prysznic z ciepłą wodą. Wygodne łóżko. Zrobię…

Tray obiema rękami walnęła mężczyznę w ramiona. Przyklękał chwiejnie na jednym kolanie i nie spodziewał się ciosu. Runął w tył, torba wypadła mu z rąk, wyrżnął głową w metalową poręcz przy schodach do budynku.

– Ty dziwko! – wrzasnął.

Zanim zdążył się pozbierać, Tracy zerwała się na nogi. Złapała papierową torbę, porwała swój plecak, zbiegła po pięciu stopniach, zaczepiając się narzutą, i ruszyła ulicą Mercer. Nie będzie jej gonił; rzadko im się chciało, ale czasem…

– Nie próbuj tu wracać! Jak jeszcze raz cię tu złapię, dzwonię po policję!

W końcu odważyła się zerknąć za siebie – Emmitt wstał, pozbierał swoje rzeczy i wchodził już do budynku. Nawet z takiej odległości wydawało jej się, że czuje ciepło w holu wejściowym.

Zwolniła dopiero przy ogrodzeniu cmentarza Rose Hill. O tej porze brama była zamknięta, ale Tray była szczupła, więc już po chwili prześlizgnęła się między prętami z kutego żelaza, wciągając za sobą plecak i narzutę.

W Chicago było sporo noclegowni, ale miała już doświadczenie. O tej porze były zamknięte na głucho. Wszędzie zamykali między dziewiętnastą a północą i nikogo nie wpuszczali po godzinach. A nawet gdyby, na pewno i tak pękały w szwach. Kolejki ustawiały się czasem już od południa, zawsze brakowało miejsc. Tray czuła się zresztą bezpieczniej na ulicy. Tacy Emmitci byli wszędzie, zwłaszcza w noclegowniach, a z dwojga złego lepiej już spotkać takiego na schodach budynku mieszkalnego albo w uliczce osłoniętej przed wiatrem, niż spędzić z nim noc za zamkniętymi drzwiami. Czasem nawet z więcej niż jednym. Emmitci zwykle trzymali się razem i polowali w stadach.

Tray nie bała się cmentarzy. Przez ostatnie dwa lata spała przynajmniej raz na każdym w mieście. Rose Hill należał do jej ulubionych z uwagi na mauzolea. W przeciwieństwie do Oakwood i Graceland na Rose Hill nie zamykano ich na noc. A chociaż zatrudniano wielu pracowników ochrony, w taką zimną noc na pewno grali w karty w dyżurce, oglądali telewizję albo po prostu spali. Widywała ich często przez okna tej ich kanciapy.

Przebrnęła przez zasypaną świeżym śniegiem Tranquility Lane. Nieszczególnie martwiła się o ślady – wiedziała, że zasypie je wiatr. Mimo wszystko nie chciała ryzykować, więc kiedy dotarła na szczyt wzgórza, nie skręciła w lewo w Bliss Road, lecz przeszła na drugą stronę Tranquility i wślizgnęła się do niedużego lasku rosnącego wzdłuż Bliss.

Nie paliły się żadne światła, ale księżyc był niemal w pełni, a kiedy w polu widzenia pojawiła się sadzawka, Tray nie mogła się nie zatrzymać i na nią nie popatrzeć. Skuta lodem powierzchnia lśniła pod cienką warstewką świeżego śniegu. Na brzegu stały milczące marmurowe posągi, a pomiędzy nimi – tkwiły kamienne ławki. To było takie ciche, spokojne miejsce.

Tray nie od razu zauważyła dziewczynę klęczącą na krawędzi wody, odwróconą do niej tyłem. Po plecach spływały jej długie blond włosy. Wyglądała jak jeden z posągów – nieruchoma, twarzą zwrócona do sadzawki. Miała okropnie bladą skórę, niemal tak bezbarwną jak jej biała sukienka. Nie miała na sobie kurtki ani butów, tylko tę białą sukienkę, z materiału tak cienkiego, że zdawał się przeźroczysty. Dłonie trzymała splecione na wysokości piersi, jakby pogrążona w modlitwie, głowę przechyloną na bok.

Tray nic nie powiedziała, ale podeszła bliżej. Zorientowała się, że warstewka śniegu leżąca na wszystkim wokół pokrywa także dziewczynę. Kiedy obeszła ją dookoła, zauważyła, że to wcale nie dziewczyna, lecz dorosła kobieta. Uderzającą biel jej skóry przełamywała cienka czerwona kreska biegnąca spod włosów w dół twarzy. Druga kreska zaczynała się z boku lewego oka, niczym strumień czerwonych łez, a trzecia – w kąciku ust. Ta ostatnia nadawała jej wargom jaskrawoczerwoną barwę, niczym szminka.

Miała coś napisane na czole.

„Nie, zaraz, to nie jest napisane”.

Na zasypanych śniegiem kolanach leżała srebrna taca. Taka, jaką można znaleźć na eleganckim przyjęciu w drogiej restauracji – nawet w wieku zaledwie czternastu lat Tray dobrze wiedziała, że nigdy nie zobaczy takiego miejsca na żywo, co najwyżej w kinie czy telewizji.

Na tacy leżały trzy nieduże białe pudełeczka. Każde mocno przewiązano czarnym sznurkiem.

Za pudełeczkami, oparta o piersi kobiety, stała tekturowa tabliczka, podobna do tych, z którymi Tray próbowała zbierać pieniądze na jedzenie. Tyle że ona nigdy nie wypisywała takich słów jak na tym kartonie:

 

OJCZE, PRZEBACZ MI

Tray zrobiła jedyne, co mogła w tej sytuacji. Uciekła.

2

Poole
Dzień piąty, 5.28

Cześć, Sam,

domyślam się, że nie wiesz, o co chodzi.

Domyślam się, że dręczą Cię pytania.

Mnie też. Nadal mam wiele pytań.

Pytania stanowią fundament wiedzy, uczenia się, odkrywania i odkrywania na nowo. Dociekliwy umysł nie ma zewnętrznych ścian. Dociekliwy umysł jest jak magazyn o nieograniczonej powierzchni, jak pałac pamięci o nieskończonej liczbie komnat, pięter i błyszczących cacek. Czasem jednak umysł doznaje urazu, jakaś ściana się kruszy, pałac pamięci wymaga remontu, komnaty przypominają raczej zdewastowane klitki. Obawiam się, że Twój umysł podpada pod tę drugą kategorię. Fotografie wokół Ciebie, pamiętniki – oto klucze, które pomogą Ci w procesie przekopywania gruzów, przebudowy.

Jestem przy Tobie, Sam.

Zawsze tu będę, tak jak od zawsze byłem.

Przebaczyłem Ci, Sam. Może inni też przebaczą. Nie jesteś już tamtym człowiekiem. Jesteś czymś znacznie więcej.

– Anson1

– Co to ma być? – warknął agent specjalny Frank Poole, odkładając wydruk na bok. Zamknął oczy i przycisnął dłonie do skroni. Dokuczał mu okropny ból głowy. Próbował się przespać w samolocie z Nowego Orleanu, ale okazało się to niemożliwe. Telefon satelitarny się urywał. Dzwonili przede wszystkim z nowoorleańskiego biura FBI, którego funkcjonariusze nadal przeczesywali kancelarię adwokacką Sarah Werner i znajdujące się nad nią mieszkanie; zaledwie dziewięć godzin wcześniej Poole znalazł ciało prawniczki na jej własnej kanapie – patrzyła na niego mętnym wzrokiem, na kolanach miała zgniłe resztki kolacji, a na środku czoła mały czarny otwór po kuli. Koroner potwierdził, że kobieta nie żyła przynajmniej od kilku tygodni, znacznie dłużej, niż Poole z początku sądził. Zidentyfikowano ją jako Sarah Werner, co oznaczało, że kobieta, z którą w ostatnich dniach widywano detektywa Sama Portera, nie mogła być osobą, za którą się podawała. Była podstawioną oszustką. Wspólnie wyciągnęli z miejscowego więzienia jedną z osadzonych i przewieźli ją przez pół kraju, do Chicago.

Pomiędzy rozmowami z oddziałem terenowym telefon był zajęty przez partnera Portera. Znaleźli detektywa w Guyonie, opuszczonym hotelu w Chicago. Więźniarka, której pomógł uciec, leżała zastrzelona w holu. Porter, w stanie bliskim katatonii, siedział w pokoju na czwartym piętrze, obwieszonym fotografiami przedstawiającymi go w towarzystwie Ansona Bishopa, seryjnego mordercy znanego jako Zabójca Czwartej Małpy, pod ręką miał stertę zapisanych notatników, a na ekranie stojącego na biurku laptopa wyświetlała się powyższa wiadomość.

Z tego, co mu powiedziano, policja Chicago ustaliła, że laptop miał związek z serią dziwacznych zabójstw, do których doszło w ostatnich dniach – kilka nastolatek podtapiano i resuscytowano, dopóki ich organizmy wytrzymywały, a do tego na najróżniejsze sposoby mordowano osoby dorosłe mające związek z opieką medyczną nad niejakim Paulem Upchurchem, obecnie operowanym w szpitalu imienia Strogera.

Kiedy Poole akurat nie wisiał na telefonie z Nowym Orleanem albo detektywem Nashem, rozmawiał z detektyw Clair Norton, która przebywała w tymże szpitalu – właśnie wybuchła tam epidemia wywołana przez Bishopa, Upchurcha, a być może także inne osoby.

Jedyną osobą, która się jeszcze nie odezwała, był jego bezpośredni przełożony, agent dowodzący Hurless. Poole dobrze wiedział, że może spodziewać się tego telefonu w każdej chwili, a wolałby mieć już wtedy jakieś sensowne informacje.

– Dajcie mi z nim pogadać – poprosił detektyw Nash, gdzieś za jego plecami w pokoju obserwacyjnym.

Poole wciąż trzymał się za głowę.

– Nie ma mowy.

Po drugiej stronie lustra weneckiego Porter siedział na metalowym krześle, zgarbiony nad również metalowym stołem. Nie skuto go kajdankami. Poole zaczynał kwestionować słuszność tej decyzji.

– Ze mną będzie chciał rozmawiać – upierał się Nash.

Porter do nikogo się nie odezwał. Nie wydusił ani słowa.

– Nie.

– Sam nie jest złym człowiekiem. Nie jest w to zamieszany.

– Tkwi w tym po uszy.

– Nie Sam.

– Kobieta, którą wyciągnął z więzienia, ma śmiertelną ranę postrzałową z broni, którą przy nim znaleźliśmy. Porter ma wyraźne ślady prochu na dłoni. Nawet nie próbował ukrywać broni ani uciekać. Siedział i czekał, aż go aresztujecie.

– Nie wiemy, czy na pewno ją zabił.

– Nie wypiera się tego – zaripostował Poole.

– Jeśli to zrobił, to wyłącznie w obronie własnej.

Poole puścił jego słowa mimo uszu.

– Zadzwonił do szpitala Strogera i przekazał detektyw Norton informacje, których nie mógłby posiadać, gdyby nie był w to zamieszany. Wiedział, że Upchurch ma glejaka. Skąd w ogóle znał jego nazwisko? Wiedział o obu dziewczynach. Znał szczegóły, których niewinny człowiek nie miał prawa znać.

– Słyszałeś, co mówiła Clair. Że to Bishop mu powiedział.

– Bishop mu powiedział – powtórzył zniecierpliwiony Poole. – Bishop mu powiedział, że wstrzyknął wirusa SARS dwóm zaginionym dziewczynom. Zostawił je w domu z Upchurchem jak jakiegoś konia trojańskiego.

Poole tego też nie mógł zrozumieć. Kati Quigley i Larissa Biel, obie zaginione, obie znalezione w domu Upchurcha. Porter twierdził, że wstrzyknięto im szczep wirusa SARS. Zablokowano wszystkie wyjścia ze szpitala, a tymczasem przeprowadzano badania krwi, żeby sprawdzić, czy groźba ma pokrycie w rzeczywistości. W najlepszym razie chodziło o głupi żart. W najgorszym…

– Bishop sobie z nim pogrywa – stwierdził Nash. – To jego specjalność.

– Powiedział Clair, że „zjebał sprawę”. Przepraszał. Niewinny człowiek nie mówi takich rzeczy.

– Za to winny ucieka. Nie siedzi spokojnie, czekając na gliny. Zaciera ślady, znika.

– Ukradł dowody – odparł Poole. – Przeciwstawił się rozkazom. Zwiał do Nowego Orleanu, pomógł jakiejś kobiecie uciec z więzienia, zostawił za sobą trupa. Tutaj kolejnego. Właśnie dlatego nie możesz z nim rozmawiać: jesteś zbyt blisko, żeby zobaczyć prawdziwy obraz. Zapomnij, że to twój partner, twój przyjaciel. Spójrz na dowody, potraktuj go jak podejrzanego. Dopóki nie zdołasz tak na niego patrzeć, nie zachowasz obiektywizmu. A jeśli nie będziesz obiektywny, to tylko zaszkodzisz, zamiast pomóc.

Poole wziął do ręki wydruk i jeszcze raz przestudiował tekst.

– Gdzie jest teraz ten laptop?

– U naszych informatyków, na górze.

– Zadzwoń do nich i powiedz, żeby dali sobie spokój. Nie chcę, żeby wasi ludzie go dotykali. Nie jesteście już wiarygodni. Technicy FBI rozbiorą komputer i przeanalizują dane – powiedział Poole. – A zdjęcia i zeszyty, które przy nim znaleźliście?

Nash milczał.

– Nie każ mi znowu pytać.

– Zdjęcia są ciągle w pokoju czterysta pięć w hotelu Guyon. Kazałem moim ludziom obfotografować cały pokój i zagrodzić wejście. Jeden mundurowy pełni wartę na piętrze, dodatkowa dwójka pilnuje przed budynkiem – zrelacjonował Nash. – Zeszyty przywiozłem tutaj i osobiście zarejestrowałem jako materiał dowodowy.

– Zostawcie wszystko, jak jest. Od tej pory wasi ludzie mają się niczego nie tykać.

Nash nie odpowiedział. Poole wstał, a od nagłego ruchu głowa zapulsowała mu takim bólem, jakby kula od kręgli obijała mu się od środka o ściany czaszki. Znowu potarł się po skroniach.

– Słuchaj, wyświadczam wam przysługę. Nie wiadomo, co się dzieje z Samem, ale jeśli ta sprawa trafi do sądu, wasz zespół musi się odciąć od śledztwa. Jeśli tego nie zrobicie, każdy adwokat z prawdziwego zdarzenia rozwali was w drobny mak. Zaczną od Sama, potem będziesz ty, Clair, Klozowski i wszystko, czego się tknęliście. Od tej chwili jesteście tylko obserwatorami. Wszyscy. W przeciwnym razie popełnicie zawodowe samobójstwo.

– Nie opuszczam przyjaciół.

– Nie, ale oni czasem opuszczają ciebie.

Poole sięgnął do klamki drzwi sali przesłuchań, otworzył i wszedł do środka. Metaliczny brzęk zamykanych drzwi wydał mu się jednym z najgłośniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszał.

3

Clair
Dzień piąty, 5.36

Clair kichnęła.

– O ja pierdolę – mruknął Klozowski, patrząc na nią z drugiego końca ich tymczasowego biura urządzonego w starym gabinecie lekarskim w szpitalu imienia Johna H. Strogera Jr.

– Mówi się raczej „na zdrowie” – odparła Clair, po czym wydmuchała nos.

– Skóra mi się lepi od potu. Gardło mam wysuszone. Wszystko mnie boli – wyliczał Klozowski. – A wiesz, jakie atrakcje nas jeszcze czekają? Następna jest biegunka. Nie ma nic gorszego niż sraczka, kiedy nie możesz się zamknąć we własnej łazience. Potem zaczną nam się roztapiać narządy wewnętrzne, oczy też nam popłyną. Opuścimy ten świat jako dwie mokre plamy. Nie spodziewałem się takiej śmierci. Odkąd się zapisałem do policji, zakładałem, że zginę w jakiejś efektywnej strzelaninie, podczas nalotu czy akcji SWAT. A nie tak.

– Chciałeś chyba powiedzieć „efektownej” – wtrąciła Clair. – Poza tym jesteś informatykiem. Nerdom to wszystko nie grozi. Nastawiłabym się raczej na śmierć od zacięcia się kartką albo niefortunnego wypadku z klawiaturą. – Zgniotła chusteczkę w kulkę i wyrzuciła do stojącego pod stołem kosza na śmieci, w którym nadal spoczywał komplet dokumentacji medycznej Upchurcha. – Objawy też ci się pomieszały. Masz na myśli ebolę. SARS nie roztapia narządów.

– A nie, no to spoko, hura.

Clair wskazała głową laptop Klozowskiego.

– Policzyłeś wszystkich?

– Nie chcesz wiedzieć.

– Muszę.

– Dwadzieścioro troje – odparł.

Clair wyraźnie się ożywiła.

– Spodziewałam się więcej. Mogłoby być znacznie gorzej.

Klozowski pokiwał palcem.

– Zidentyfikowaliśmy dwadzieścia trzy potencjalne ofiary z akt Upchurcha i sprowadziliśmy je do szpitala razem z rodzinami. Jeśli doliczyć mężów, żony i dzieci, suma rośnie do osiemdziesięciu siedmiorga.

– Szlag – rzuciła Clair.

Kiedy policja zorientowała się, że Upchurch i jego wspólnik zabijają osoby odpowiedzialne, ich zdaniem, za niepowodzenie kuracji Upchurcha, Clair zebrała wszystkich i sprowadziła do szpitala, z myślą, że to jedyne bezpieczne miejsce dla tak dużej grupy. Sprawcy jednak tylko na to liczyli – dwóm ostatnim ofiarom Upchurcha, Larissie Biel i Kati Quigley, wstrzyknęli zaraźliwy patogen, bo wiedzieli, że i dziewczęta zostaną przewiezione do najbliższego szpitala.

W ciągu zaledwie kilku godzin narazili na zakażenie nie tylko pozostałych ludzi, których śmierci pragnął Upchurch, lecz także wszystkich innych przebywających w szpitalu. W tym Clair Norton i Edwina Klozowskiego.

Dowiedziała się o tym przez telefon od Portera, który powiedział jej także, że patogenem był wirus SARS, wspólnikiem Upchurcha zaś – Anson Bishop. W szpitalu natychmiast zarządzono blokadę. Zgodnie z protokołem dyrekcja powiadomiła CDC, Centrum Kontroli Chorób, które niezwłocznie wysłało ekipę ze stacji kwarantanny na lotnisku O’Hare. Dotarli na miejsce w ciągu dwudziestu siedmiu minut, Kloz zmierzył im czas. Czekając na ich przyjazd, zmierzył też sobie temperaturę. Czterokrotnie.

Clair nadal próbowała zrozumieć, o co chodziło w ostatniej rozmowie z Porterem.

Człowiek, który do niej zadzwonił, nie brzmiał jak ten, którego znała.

Sprawiał wrażenie pokonanego, załamanego.

Wiedział o rzeczach, o których nie powinien mieć pojęcia.

Kiedy Nash i oddział SWAT zrobili nalot na dom Upchurcha, znaleźli go na piętrze, w dziewczęcej sypialni. Nie było jednak żadnej dziewczynki, tylko manekin w dziewczęcych ubraniach, otoczony pluszowymi maskotkami i rysunkami. Dziewczynka okazała się postacią z jakiegoś nieudanego komiksu stworzonego przez Upchurcha. On sam poddał się bez protestów. W piwnicy znaleźli Larissę Biel, odurzoną lekami i nieprzytomną. Potem dowiedzieli się, że połknęła szkło. Z początku sądzili, że Upchurch ją do tego zmusił, ale okazało się, że zrobiła to sama, żeby nie wykorzystał jej tak jak innych dziewcząt. Zeznała na piśmie, że Upchurch podtapiał ofiary aż do utraty przytomności, a potem je ożywiał – wszystko w ramach chorego eksperymentu mającego na celu przekonanie się, czy istnieje życie po śmierci. Skoro Larissa połknęła szkło, to była uszkodzona, nie nadawała się już do udziału w eksperymencie.

 

Clair nie mogła sobie wyobrazić, że podjęłaby taką decyzję. Larissa Biel okazała niewiarygodną siłę, biorąc los we własne ręce i nie pozwalając, żeby zadecydował o nim szaleniec. Obecnie dochodziła do siebie po operacji, podczas której usunięto szkło oraz zaszyto rany gardła, strun głosowych i żołądka. Chociaż wszystko wskazywało na to, że wydobrzeje po urazach, których doznała w domu Upchurcha, pojawiły się u niej objawy zakażenia wirusem, który Anson Bishop wstrzyknął w jej sponiewierane ciało. Pozostawało niewiadomą, czy wyzdrowieje także z tego.

Na stole w kuchni Upchurcha znaleźli nieprzytomną Kati Quigley. W ręku trzymała białe pudełeczko przewiązane czarnym sznurkiem, znak rozpoznawczy Ansona Bishopa. W środku znajdował się kluczyk do szafki w szpitalu. Znaleźli w niej akta medyczne Paula Upchurcha oraz jabłko z wbitą strzykawką. Porter twierdził, że w strzykawce znajduje się tylko próbka patogenu. Bishop miał mu powiedzieć, że jeśli Upchurch umrze, on rozniesie wirusa na większą skalę gdzieś w mieście.

„Śnieżka też dała się złapać”, powiedział Porter.

Paul Upchurch leżał w tej chwili na sali operacyjnej – zasłabł po aresztowaniu przez policję. Cierpiał na raka mózgu, glejaka w czwartym stadium. Porter powiedział też Clair, że musi namierzyć niejakiego Ryana Beyera, neurochirurga ze szpitala Johnsa Hopkinsa. Zleciła to zadanie Klozowskiemu – informatykowi zajęło to niecałe dziesięć minut. Wówczas Clair zadzwoniła do Franka Poole’a, a on załatwił transport doktora Beyera z Baltimore do Chicago na pokładzie jednego z prywatnych odrzutowców FBI. Samolot wystartował tuż po północy z międzynarodowego lotniska imienia Thurgooda Marshalla i o drugiej dwadzieścia jeden wylądował na O’Hare. Stamtąd doktor Beyer pojechał pod eskortą policji do szpitala Strogera, gdzie drogą okrężną – żeby nie zaraził się od tych narażonych na kontakt z wirusem – zaprowadzono go na blok operacyjny na trzecim piętrze. Upchurch czekał tam już na zabieg, przygotowany przez tamtejszych lekarzy. Wraz z Bishopem zamordował wiele osób, ponieważ uznał, że nie zapewniono mu właściwej opieki medycznej do wyleczenia jego choroby. Nie dało się ukryć, że tymi czynami, jakkolwiek ponuro to zabrzmi, przeniósł się na pierwsze miejsce bardzo długiej listy oczekujących – właśnie w tej chwili w głowie grzebał mu najwybitniejszy specjalista w dziedzinie neurochirurgii.

Ktoś zapukał do drzwi. Do środka zajrzała Sue Miflin, szpitalna salowa.

– Przepraszam, ale doktor Beyer wyszedł z sali operacyjnej. Chciałby z wami porozmawiać.

1Wszystkie cytaty z Czwartej małpy i Piątej ofiary na podstawie wydań polskich (Czarna Owca 2018 i 2019). Przypisy pochodzą od tłumaczki.