Za stare grzechyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

Lola odesłała głodne dziecko do kuchni, a sama dokładnie wytuszowała rzęsy. Nie było sensu robić staranniejszego makijażu do pracy, bo i tak cały zostawał na kominiarce i gąbce od gogli. Rozczesała włosy z nadzieją, że Nastka zrobi z nich zaraz idealny pod kask francuski warkocz.

Nie zdążyła dotrzeć do kuchni, gdy usłyszała piskliwy głos siostry. Nastka właśnie z wyrzutem zarzucała mamie, że wraz z tatą dali jej tak beznadziejne imię. I oznajmiła, że bardzo cierpi z tego powodu.

– Też coś! – prychała ze złością. – Anastazje to były dobre w ubiegłym wieku! A Nastka pasuje w sam raz do pasania gęsi! – siorbała płaczliwie.

– To używaj drugiego imienia.

Edek omal nie udusił się ze śmiechu.

Aniela ze spokojem nakładała na talerze jajecznicę na boczku.

– Zwariowałeś?! Mam się nazywać Bogusława? Toż to prawie jak żona Mieszka I! Tak mi zależało na Franku, ale on wyśmiał to moje głupie imię i umówił się na randkę z Luizą. Szczęściara!

– Nie przesadzaj – nie wytrzymała zniecierpliwiona Aniela. – Tak głupiego adoratora to wypada tylko pogonić. Edziu, dołożyć ci jeszcze jajecznicy?

– O nie! Tylko nie Edziu! Ja nie wiem, co was z ojcem napadło na takie koszmarne imię. W sam raz dobre dla sześćdziesięciolatka – dla odmiany podjął temat Edek.

– Przecież to po dziadku ze strony ojca – broniła się Aniela. – No i przecież „Edziu” brzmi ładnie.

– Tak. Edziu-pedziu. Edward. Większości ludzi moje imię kojarzy się z zatwardzeniem. Wiesz, gdybyśmy żyli w Ameryce Południowej, to byłoby super. Eduardo brzmi bardzo seksownie. Albo w Północnej. Ed. Świetnie pasuje do kowboja z muskularną klatą i kwadratową szczęką. A ja? Bida. Ani klaty, ani szczęki, ani konia. Z kowboja to mam tylko dżinsy. Z nas wszystkich najlepiej trafiła Lola. Wszystkie moje byłe dziewczyny zawsze zazdrościły jej imienia.

– Tiaaa… – mruknęła niewyraźnie wywołana znad talerza. – Ale jak się przedstawiam jako Leokadia, to ludzie dziwnie na mnie patrzą. A jak mówię „Lola”, to myślą, że tańczę na rurze w nocnym klubie. O Lodzi i Leosi już nawet nie wspomnę. Podkuchenne w dziewiętnastym wieku by się nie powstydziły. Też mi powód do zazdrości.

– A co? Wolelibyście wszyscy zasilić lokalne szeregi Hanek, Marysiek, Jaśków, Józków, Staszków? Dajcież już spokój! – ofuknęła potomstwo urażona Aniela.

Nastka wstała od stołu. Obrażona na cały świat poszła odstawić talerz.

– Zrobisz mi warkocz? – zagaiła Lola niepewnie.

– Jasne – odburknęła siostra. – I co jeszcze?

– Chciałabym cię prosić, żebyś dzisiaj zajęła się małą. Do południa z nią pojeżdżę, ale od dwunastej mam lekcje.

– I co? Znowu niby za darmo mam tyrać?

– Ile? – Lola przewróciła oczami. Miała dość tej dyskusji. W sumie gdyby opiekunka przyszła w ten weekend do pracy, też musiałaby jej zapłacić. – Wszystko mi jedno, komu płacę.

Ustaliły warunki i wszyscy ruszyli do swoich zajęć.

Śnieg na szczęście przestał sypać tak mocno jak poprzedniego dnia i ledwie co prószył, co dob­rze wróżyło frekwencji na stoku. Czasem Lola nie mogła się nadziwić, dlaczego ludzie boją się śniegu. Sądząc po reakcjach niektórych, można było sądzić, że zamiast białych płatków z nieba lecą kamienie. A ona tak kochała zimę! Odkąd pamiętała, zawsze z radością witała nadejście tej pory roku i żegnała ją ze smutkiem. Urodziła się z przysłowiowymi nartami na nogach i nie wyobrażała sobie, jak można nie lubić śnieżnych atrakcji. Swoje pasje starała się przekazać córce.

Mania jeździła na nartach od trzeciego roku życia i całkiem dobrze radziła sobie samodzielnie. Jedynym problemem było usadzenie jej na krzesełku, bo nie zaliczała się do najlżejszych. A dodawszy do tego kilka dodatkowych kilogramów ubioru oraz narciarskiego wyposażenia, całość ważyła sporo. Lola nieraz z obawą myślała o swoim kręgosłupie. Od jakiegoś czasu nie uczyła już małych dzieci, a odkąd utworzyła dla nich osobną szkółkę i przekazała ją pieczy swojego zastępcy, temat nauki milusińskich przestał ją interesować. Kombinowała nieustannie, jak przekazać córkę Andrzejowi, ale ta na nieszczęście uznała, że nie będzie jeździć ze smarkaczami.

Oddanie jej choć na dwie godziny dałoby mi trochę czasu na formalności, westchnęła Lola w duchu.

Zaczęło mocniej sypać i trochę zmarzły, więc zjechały rozgrzać się do biura. Nastała pora lunchu i na wyciągu zrobiło się luźniej.

– No i co tam, miłe panie? – Andrzej, jak zwyk­le uśmiechnięty od ucha do ucha, powitał szefową z przychówkiem.

– Cześć, wujek. – Mania bez wstępów wpakowała mu się na kolana. – Uczyłeś już dzisiaj Wesołe Misie?

– Oczywiście, ale to straszne maluchy. Myślę, że potrzeba mi jakiejś starszej pomocnicy – zagaił i puścił oko do jej matki, a Mania z powagą pokiwała głową i udała, że się zastanawia.

Lola posłała instruktorowi rozbawione spojrzenie i kryjąc uśmiech, poszła po coś do jedzenia.

Na wyciągu właśnie ktoś za późno wysiadł z krzesełka, co skończyło się upadkiem z wysokości prawie dwóch metrów. A gdy nadjechali następni narciarze, wszyscy na siebie powpadali i przy górnym peronie stacji w zamieszaniu wywiązała się dzika awantura.

Klasyka, pomyślała Lola. Albo wysiadają za wcześnie, albo z opóźnieniem.

Takich przypadków zdarzało się co niemiara. Jednak o ile w pierwszej sytuacji ofiary ochoty na sport chroniła zawieszona pod wyciągiem elastyczna siatka, o tyle w drugiej zazwyczaj kończyło się bolesnym uderzeniem o ubity śnieg lub lód. Nieraz się ktoś przy okazji połamał.

W karczmie było aż czarno od ludzi. Lola wyminęła kolejkę, weszła za kontuar i przyszykowała trzy hot dogi. Wersję dla Andrzeja polała dodatkowo piekielnie pikantnym meksykańskim sosem, pozdrowiła kelnerkę i wyszła na zewnątrz.

Po niedawnym incydencie wyciąg jeszcze nie ruszył. Na dodatek trafiło na wyjątkowego pieniacza, bo wezwano policję. Narciarski patrol przyjechał prawie od razu. Zamieszanie zrobiło się straszliwe, a przecież każda minuta przestoju kosztowała krocie.

Lola pomyślała o bracie.

Odkąd interes z wyciągami pozostał wyłącznie na ich głowach, dwoili się i troili, żeby jakoś dopilnować całości. Szkółka działała sprawnie, wypożyczalnie sprzętu i gastronomia również (wiadomo – mama), ale Edek, który wziął na siebie lwią część obowiązków technicznych i zarządczych, poważnie się przeliczył. Spółka wymagała sprawnego zarządzania i dopięcia mnóstwa spraw, nie tylko związanych z samą eksploatacją Śnieżnej Grani. Nie było ludzkiej siły, żeby podołał temu jeden człowiek. Tyle że Edek nie dopuszczał do siebie myśli o przekazaniu władzy w obce ręce. Matka i siostra, członkinie jej zarządu, w końcu wymogły na nim zatrudnienie kogoś od marketingu oraz nowego kierownika stacji plus jego zastępcę, pozostawiając w jego gestii prezesurę, a docelowo również obowiązki dyrektora technicznego.

Przekonanie go do szybkiego wprowadzenia zmian wcale nie było proste – obiecywał zrobić wszystko, ale dopiero przed kolejną zimą. Tłumaczył, że w lecie, przy mniejszym ruchu, świetnie sobie poradzi, i za nic miał argumenty, że byłoby dobrze przeszkolić nową kadrę jeszcze grubo przed sezonem. Ostatnio wywiązało się na ten temat kilka kłótni, aż zaszantażowany przez matkę, że jeśli nie nastąpią zmiany, ona wycofa się z interesu, a gastronomię wydzierżawi, niechętnie zatrudnił pracowników.

– Albo mechanika, albo dyrektorowanie – kładła mu do głowy Aniela.

– Ale ja wolę…

– Wiemy, co wolisz! Nie oddajemy przecież firmy obcym. Ojciec by się w grobie przewrócił. My dajemy ludziom robotę. Nikt ci przecież nie każe cały dzień siedzieć za biurkiem, możesz sobie przykręcać te śruby, kiedy tylko chcesz. Ludzi od wyciągów musi ktoś kontrolować, a nikt nie zrobi tego lepiej niż ty. – Lola wzięła brata pod włos.

W podjęciu decyzji mimowolnie pomogła również Agnieszka, wieloletnia narzeczona Edka. Chociaż uwielbiała swoje krakowskie studenckie życie i jak na razie do ożenku jej się nie śpieszyło, ale z drugiej strony tytułowanie narzeczonego nie „kierownikiem”, a „prezesem” bardzo przypadło jej do gustu. Zaatakowany z tylu flank jednocześnie, Edek nie miał wyjścia, zwłaszcza że z końcem kwietnia, jak co dwa lata, wybierał się do Innsbrucka na branżowe targi Interalpin, gdzie wizytówka z nową funkcją mogła się bardzo przydać.

Planował dokupić kilkanaście śnieżnych armatek oraz nowy ratrak. Jeden z dwóch, którymi dysponował obecnie, psuł się bez przerwy. W ostatnim sezonie, w oczekiwaniu na części zamienne, pojazd więcej stał nieczynny, niż pracował. Poza tym interes rozrósł się tak bardzo, że jeden ratrak to było stanowczo za mało. Od jakiegoś czasu Edek myślał też o założeniu nowego systemu obsługi bramek i karnetów, a nie było lepszego miejsca na zebranie ofert i podjęcie decyzji niż branżowa impreza handlowa, gdzie wystawiali się producenci z całego świata.

Wszyscy wiedzieli, że pobyt na targach wiąże się z blisko tygodniową nieobecnością szefa, i tym oto sposobem Aniela zyskała nowy oręż. Edek po prostu musiał zwiększyć zatrudnienie. Znała syna i przypuszczała, w czym tkwi problem – jej szalenie ambitne dziecko bało się zapewne, że nie poradzi sobie w roli prezesa. Porażka, według Edka, nie wchodziła w grę.

– Trzymaj, meksykański. Co robicie? – Lola po powrocie z karczmy wręczyła Andrzejowi przekąskę i zerknęła mu przez ramię na monitor komputera.

Jej córka z zapałem karmiła kurczęta na wirtualnej farmie.

– Właśnie zajmujemy się gazdowaniem. – Instruktor zdjął małą z kolan i zatopił zęby w hot dogu. – Wyciąg wciąż stoi?

– Tak. Cały czas się kłócą przy górnym peronie. Zdaje się, jakaś grubsza afera.

– Aż tak długo? A jest już Edek?

– Nie ma. Pojechał po samochód do serwisu, wróci po południu – powiedziała Lola i odebrała telefon od Nastki.

 

Ta była już w domu, gotowa do przejęcia siostrzenicy, więc przekąsiwszy kilka gorących kęsów, Lola usadziła przed sobą córkę na skuterze śnieżnym i trawersując zbocze, podjechała do przystanku ski-busów. Za kwadrans miała umówioną lekcję i musiała się pośpieszyć. Przy okazji zauważyła, że nie licząc krótkich tras przy wyciągach orczykowych, główny stok wyludnił się całkowicie. Zasypani śniegiem pasażerowie na krzesełkach wyraźnie zaczynali się niecierpliwić, więc postanowiła sprawdzić, co się stało.

W maszynowni panował kompletny chaos. Operatorzy kłócili się, zwalając winę jeden na drugiego. Kierownik techniczny miotał się pomiędzy wskaźnikami. Spanikowany rozmawiał z kimś przez telefon.

– Co się tu dzieje, do jasnej cholery?! – krzyknęła Lola. – Dlaczego wyciąg stoi? Powariowaliście? Przecież ludzie marzną!

– Nie możemy go uruchomić…

– Dzwoniliście do Edka?

– Nie odbiera telefonu.

– Prąd jest? Może jakiś spadek napięcia? – Lola słabo orientowała się w sprawach technicznych, ale będąc od dziecka mimowolnym świadkiem fachowych rozmów, co nieco wiedziała. Z całkowitej mocy podłączeniowej niezbędnej do funkcjonowania Śnieżnej Grani, rzędu kilku megawatów, lwią część pożerał potężny elektryczny silnik napędzający kolej.

– Nie, wszystko wygląda normalnie. Ale ten idiota zatrzymał wyciąg awaryjnie i teraz stoi. Ni cholery. Zablokowało się i ani drgnie – tłumaczył zdenerwowany operator.

– Ale tam ludzie zaraz zamarzną! Co robimy?

– Takiego czegoś jeszcze nie było – powiedział kierownik. – Trzeba zarządzić ewakuację.

– Boże…! – przeraziła się w pierwszej chwili Lola, ale zaraz się pozbierała. – Nie ma na co czekać. Wezwać TOPR! Dzwonić po straż! Zwołać wszystkich! No, co tak stoicie? Do roboty! No już! – huknęła i pognała do restauracji, by zarządzić naszykowanie do termosów grzańca i gorącej herbaty dla przemarzniętych pasażerów.

Tego popołudnia na Śnieżnej Grani zapanował totalny chaos. Ludzi uwięzionych na krzesełkach nie było, na szczęście, zbyt wielu. Z pobieżnych obliczeń wynikało, że trzeba ewakuować około dwustu osób.

Reszta klientów, których awaria zastała w restauracji, w większości zdecydowała się odjechać na inne wyciągi. Pozostali zadeklarowali pomoc, choćby przy noszeniu narciarskiego sprzętu, zrzucanego z góry przez pechowych więźniów.

– Co się tam dzieje?! Mam pełną skrzynkę w telefonie i wciąż nieczynny samochód! Ledwie wyjechałem z serwisu, a znowu się spieprzył! Cholerny złom! – krzyczał Edek do telefonu.

– Jezu, gdzie jesteś?! Mamy ewakuację! – odwrzasnęła Lola.

– Co takiego?!

– Ewakuujemy ludzi z krzesełek – powiedziała spokojniej. – Wyciąg się zepsuł. Zatrzymali go normalnie, to znaczy awaryjnie, ale potem już nie ruszył. Kiedy będziesz?

– Jak po mnie przyjedziesz. Serwis już nieczynny, bo dziś pieprzona sobota!

Lola poczuła ulgę.

– Dobra. Już jadę.

Zaparkowała skuter przy karczmie i przesiadła się do samochodu. Błyskawicznie zmieniła buty i popędziła po brata. Wyciąg nie działał, nie było zatem mowy o żadnych lekcjach.

Na stoku pojawili się oboje, gdy strażacy i ratownicy za pomocą drabin i wspinaczkowych uprzęży zdołali już zdjąć na ziemię niemal wszystkich pasażerów. Edek zaklął szpetnie.

– Dobra, damy sobie radę – westchnął ciężko i przeliczywszy w myślach straty, kazał siostrze wracać do domu.

Przed odjazdem Lola upewniła się jeszcze, że wszyscy poszkodowani otrzymali darmowy gorący poczęstunek, i zleciła kasjerom zwrot pieniędzy za niewykorzystane karnety. Zorganizowała jeszcze coś do jedzenia dla brata i sprawdziła grafik jazd na kolejny dzień. W niedzielę również należało spodziewać się tłumów, więc wypadało zacząć się modlić o jak najszybsze uruchomienie wyciągu.

– Zostawię ci auto – zaproponowała.

– Nie trzeba. Przy tych zaspach spokojnie dojadę skuterem do domu – odkrzyknął Edek ze sterówki.

– I co? Ruszy?

– Cholera, nie wiem! Wszystko niby gra. Nie widzę tu żadnej awarii. – Na chwilę oderwał wzrok od monitorów.

– Bo to pewnie jakaś bzdura.

Lola starała się dodać bratu otuchy. Wiedziała, że jeśli nie on, to nikt inny z miejscowych fachowców nie poradzi sobie z problemem. Kolej funkcjonowała już któryś rok z rzędu i jak dotąd obchodziło się bez awarii.

Na parkingu minął ją wuj Józek i ze skutera, szczęśliwy jak dziecko, przesiadł się do ratraka, by przygotować trasę na następny dzień. Zupełnie nie przejął się nieczynnym wyciągiem i rad, że ma pusty stok, odpalił silnik potężnego czerwonego potwora.

Lola dotarła do domu w sam raz na wczesną kolację. W całym tym zamieszaniu nie zauważyła, że była głodna jak wilk. Nawet nie zdjęła spodni od kombinezonu, tylko od razu rzuciła się na popisowy gulasz Anieli. Między kęsami zdała relację.

– Coś strasznego! – Matka załamała ręce. – Antoni pewnie by wiedział… – westchnęła ze smutkiem.

Wspomnienie męża sprawiło, że rąbkiem fartucha otarła łzę.

– Nie mam pojęcia, co się zepsuło – ciągnęła Lola. – Chłopaki zatrzymali wyciąg, bo jakiś narciarz zapomniał wysiąść gdzie trzeba, i tyle. Później coś się zacięło i koniec. Nie ruszył. I…

– Ruszył! – W progu zabrzmiał głos Edka.

Do przedpokoju, tuż za nim, weszli Andrzej i wujek Józek. Jak się okazało, to właśnie ten ostatni przypadkiem wybawił rodzinny interes z opresji.

– To cudownie! A co się stało? – Lola poderwała się z miejsca.

– Już naprawione? – dopytywała Aniela.

– Nie było czego naprawiać – roześmiał się Andrzej.

– Nawet mi się gadać nie chce – sapnął załamany Edek. – Taka głupota, a nikt na to nie wpadł. Ja też. Dopiero wujek przyszedł do sterówki i przypadkiem odblokował hamulec.

– Ale jak to?

– Normalnie. – Edek z apetytem siorbnął ogórkowej. – Zwykły przypadek, zbieg okoliczności. W chwili gdy jeden z chłopaków zatrzymał wyciąg, drugi przez nieuwagę oparł się o przycisk awaryjny i zablokował napęd.

– I nikt na to nie wpadł? – zdziwiła się Lola.

– Ależ wpadł. Tyle że aby wszystko z powrotem uruchomić, trzeba było tę czerwoną gałkę pociągnąć do siebie i przekręcić w prawo.

– A chłopcy pewnie nie pamiętali, żeby przekręcić! – domyśliła się Aniela.

– Nie tylko oni – dodał Andrzej, zadowolony, że załapał się na kolację.

– No właśnie. Ja też – pokajał się Edek. – Wstyd się przyznać, ale dał temu radę dopiero wuj Józek. Wszedł do sterówki i ot tak sobie raz jeszcze nacisnął tę blokadę, a potem wyciągnął i przekręcił. Ale mieliśmy miny, gdy rozległ się sygnał, że wszystko jest w pełnej gotowości do pracy!

– No co ty? – Lola sięgnęła po pusty talerz Edka. – Nie miałeś pojęcia, że tak trzeba zrobić?

– No proszę cię! – zdenerwował się. – Nikt z nas nie wiedział, że ktoś włączył blokadę, a przycisk nie jest wciśnięty. Wszystko wyglądało normalnie. Do tej pory używaliśmy jej jedynie dwa razy w roku, przy sprawdzaniu, czy wszystko działa.

– Tylko popatrzcie! – Aniela nie mogła się nadziwić. – Przez taką głupotę takie straty! Kto by pomyślał.

– Chrzanić straty. Czy mama wie, co się teraz będzie działo? Przecież to wstyd na całą okolicę! Śmiechem nas ludziska zabiją. A ci z Kotelnicy to już sobie dowcipy o nas opowiadają. Ależ poruta! – Załamany Edek zwiesił głowę nad stołem.

Jednak oprócz niego wszystkim dopisywały humory. Najważniejsze, że nazajutrz wszystko miało powrócić do normy.

– Całe życie człowiek się uczy – podsumował Andrzej, wychodząc.

Lola podała mu kurtkę.

– Do zobaczenia – powiedziała.

– A może jutro wieczorem wyskoczymy gdzieś na kolację? – zaproponował.

– Chętnie zmienię krajobraz. Zwłaszcza po dzisiejszym dniu – roześmiała się Lola.

W poniedziałkowe przedpołudnia w szkółce zazwyczaj było mniej pracy, więc zgodziła się bez wahania.

Andrzeja znała od dziecka. Mieszkał w domu położonym kilkaset metrów dalej. Jego rodzina, podobnie jak większość rodzin w okolicy, również prowadziła pensjonat. Matki obojga znały się jeszcze ze szkoły i przyjaźniły od zawsze. Andrzej był jedynakiem, więc od najmłodszych lat naturalnie przylgnął do Stachowiaków w poszukiwaniu towarzystwa, a że z Lolą byli w tym samym wieku, a ona uwielbiała chłopięce zabawy, ta dwójka dogadała się od razu. Odkąd sięgnąć pamięcią siadywali razem w jednej ławce, za nic mając docinki kolegów krzyczących za nimi: „Zakochana para, Jacek i Barbara!”. Praktycznie wychowywali się razem, więc po jakimś czasie, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli porozumiewać się bez słów. Zachowywali się jak zgodne rodzeństwo i żadnemu nawet przez myśl nie przeszło, by zmienić tę relację na inną. Zawsze byli ze sobą blisko i nawet gdy wraz z pójściem na studia ich drogi nieco się rozeszły, nie rozluźnili kontaktów. Andrzej pilnował Loli z daleka, czy przypadkiem nie wpadła w złe towarzystwo. A gdy tylko na jej orbicie pojawiał się jakiś zainteresowany nią chłopak, natychmiast wkraczał do akcji, by się upewnić, czy przyjaciółce nie stanie się krzywda.

Ona także nie pozostawała mu dłużna. Wszystkie jego potencjalne dziewczyny przechodziły ostrą selekcję. Wystarczało bowiem, że koleżanki Loli z akademika dowiadywały się, że Andrzej właśnie liże rany po rozstaniu z poprzednią miłością, a gromadnie przypuszczały szturm na jej pokój, by błagać o wstawiennictwo. Chwilami nie mogła się od nich opędzić i nieraz zamykała drzwi na klucz, udając, że jej nie ma, choć w sumie nie dziwiła się dziewczynom zanadto.

Dwójka przyjaciół wspierała się na każdym kroku. Znajomi ze studiów, co nie było niczym dziwnym, zwykle brali ich za rodzeństwo. A Loli nigdy nie kręciła fizyczność przyjaciela, który dla niej był po prostu Andrzejem. Równie dobrze mógł być kulawy, garbaty i głuchy i wcale by jej to nie przeszkadzało. Tymczasem było na czym zawiesić oko – przy wzroście blisko metr dziewięćdziesiąt, bujnej jasnej czuprynie i regularnych rysach twarzy przystojny student AWF-u stanowił dla płci przeciwnej smakowity kąsek. Jego wyrzeźbioną atletyczną sylwetkę doceniła nawet Lola, choć zrobiła to tylko dlatego, że przypadkiem usłyszała żalącego się ojcu Edka, który narzekał, że w porównaniu z sąsiadem jest cherlawy, choć przecież do ułomków się nie zaliczał. Zatem kiedy w następny weekend Andrzej wpadł do Stachowiaków na obiad, z uwagą otaksowała jego zewnętrzność i zauważyła, że jej brat i koleżanki mają rację. W istocie wiedzieli, co mówią. Pod opiętą koszulką w kolorze khaki prężyły się wyraźnie zarysowane mięśnie. Zdrowa opalenizna i całuśnie wykrojone usta dopełniały całości.

Lolę aż zatchnęło. Natknęła się na rzucone znad talerza badawcze spojrzenie niebieskich oczu i po raz pierwszy w życiu w obecności przyjaciela poczuła się nieswojo.

– Coś się stało, dzieciaku? – zagaił Andrzej z uśmiechem.

– Nie, nie – zaprotestowała szybko. – Tak ci się tylko przyglądam, żeby się przekonać, co te wszystkie dziewczyny w tobie widzą.

– A co widzą? – zainteresował się.

– Yeee…

Lola przez chwilę zapomniała języka w gębie. I zaczerwieniła się tak, że zaczęły ją palić uszy.

– Aleś elokwentna, nie ma co. – Andrzej wzruszył ramionami.

Jego męska próżność zdecydowanie lepiej poczułaby się po lepszym zestawie komplementów. Lola jednak, speszona jak nieśmiały przedszkolak, bez słowa wstała od stołu i zostawiwszy gościa z resztą rodziny, poszła do siebie.

Zdenerwowana miotała się z kąta w kąt. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, mimo deszczu poszła na spacer. Jej duszę wypełniało dziwne uczucie. Nagle zapragnęła, żeby te wszystkie starające się o przyjaciela lafiryndy znikły z powierzchni ziemi. A przed snem z całą mocą dotarło do niej, że jest po prostu zazdrosna. Jak to się mogło stać?, myślała. Jakim cudem zamiast kumpla dostrzegłam w Andrzeju mężczyznę?

I to całkiem atrakcyjnego mężczyznę, ziewnęła i z lubością wtuliła twarz w wymiętoszony jasiek.

Zasnęła z obrazem męskiej twarzy pod powiekami.

Rankiem następnego dnia obraz wyparował, ale uporczywa myśl, że coś się zmieniło, nie dawała Loli spokoju. Nawet w kościele, na coniedzielnej mszy, na którą udała się z rodziną, od razu po wejściu uważnie przeczesała wzrokiem tłumek zgromadzonych wiernych i odetchnęła z ulgą dopiero wtedy, gdy namierzyła Andrzeja. Stał wsparty o filar pod chórem i przyglądał się jej z kpiącym uśmieszkiem. Speszona, szybko odwróciła wzrok.