Wszystko nie tak !Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No i bingo. Ja widać, cholera, za bardzo chcę. Chcę, chcę, chcę. I co? I guzik.

– Ech, sama nie wiem. Ale czuję, że znów latam. – Monika zrobiła głupią minę.

Po chwili obie śmiały się do rozpuku.

– Może zamiast projektowaniem zajmę się swataniem?

Ewa uściskała uszczęśliwioną przyjaciółkę i udała, że ma mnóstwo roboty. Niech mają święty spokój, pomyślała z uśmiechem. Oczywiście nie miała w tej chwili nowych pilnych zleceń, ale tuż przed wyjazdem zgłosiła akces do konkursu na projekt ośrodka wypoczynkowego dla dzieci z porażeniem mózgowym. Przesłała organizatorom swoje dossier, wpłaciła wpisowe, a teraz w końcu wypadało wziąć się za projekt. Finał zaplanowano na czerwiec, więc terminy napinały się pomału. W komputerze Ewy leżało zachomikowanych kilka gotowych projektów do zaadaptowania, ale to, co grało jej w duszy, wymagało nieco więcej zachodu niż kompilacja gotowców. Zamierzała pokazać, co potrafi naprawdę.

Z samego rana wyekspediowała towarzystwo na zakupy do Barcelony i zabrała się do pracy. Żeby zdążyć, musiała porządnie przysiąść fałdów, bo wyzwanie było niełatwe. W tak zwanym międzyczasie wykonała kilka telefonów do wskazanych przez organizatora konsultantów i przepadła w robocie.

Z zamyślenia i twórczego transu wyrwał ją popołudniowy telefon od Maćka.

– No i co, złotko? Nie umarłaś jeszcze z głodu?

– Dzięki za troskę – odparła z przekąsem. – Siedzę od świtu o litrze maślanki. Jeśli szybko czegoś nie zjem, dostanę zapaści.

– A zatem czekamy za rogiem z dużym wyborem tapas. I oczekujemy sprawozdania z dzisiejszego dnia.

– Jakiego znów sprawozdania? Tyrałam jak głupia.

– No jasne! – mruknęła zadowolona Ruda, gdy Ewa dołączyła do nich w knajpce. – Pani architekt jest tak ambitna, że musi wygrać ten konkurs choćby nie wiem co. Więc nie ma powodu, by nie wierzyć w tę jej wersję z maślanką.

Drwiła na całego, w pełni świadoma, że przyjaciółka z premedytacją udzieliła jej i Maćkowi dnia tylko dla nich.

– A jak tam niewierny Carlos? – strzelił Maciek nieopatrznie, niczym gołąb o parapet. Ugryzł się w język, dopiero gdy wymówił ostatnie słowo.

– Ten pajac? – zainteresowała się Monika.

– Nie ma o czym mówić – mruknęła Ewa, niezadowolona, że przyjaciel przywołał ten temat.

Ostatnio bywało jej lżej i myślała o oszukańczym Hiszpanie coraz rzadziej. Ale wspomnienie wciąż jeszcze trochę pobolewało.

– Przepraszam cię za niego. – Chwilę później Ruda tłumaczyła się w toalecie. – Faceci są pod tym względem jak słonie w składzie porcelany.

– No pięknie! – uśmiechnęła się Ewa. – Czyżby to zaszło już tak daleko, że czujesz się w obowiązku przepraszać za zachowanie obcego faceta?

Ruda spłoniła się po same uszy.

– To aż tak widać?

– No, raczej. – Ewa puściła oko. – Kocham cię bardziej niż siostrę, której nie mam, więc trzymam kciuki i idę do domu. Tylko bądźcie grzeczni! – Pogroziła obojgu palcem na odchodnym i radosna jak skowronek wbiegła na drugie piętro.

Wieczór był dość pogodny, więc na chwilę przysiadła na zadaszonym tarasie i zagapiła się na znikające w oddali światełka wycieczkowych statków. A gdy już ułożyła się w łóżku, przytuliła głowę do poduszki i westchnęła głęboko z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Ruda i Maciek. Układ, o jakim ona mogła tylko zamarzyć. Dwoje najbliższych jej ludzi razem. Ideał. W młodości zawsze roiły z Moniką, by kiedyś, gdy będą już dorosłe, udało im się stworzyć wraz z mężami czy partnerami fajne i zgrane towarzystwo. W tych wizjach one szykowały sałatki, a mężczyźni uwijali się przy grillu, udając, że zimne piwo służy wyłącznie do podlewania karkówki. Umorusane dzieciaki szalały po ogrodzie, uganiając się za dokazującym psem. Rozmawiały o tym nie raz i zgodnie uznawały, że nie oczekują od życia zbyt wiele.

Scenariusz sam w sobie nie stanowił nadużycia i wcale nie wydawał się niemożliwy do zrealizowania, tymczasem od dawna wszystko szło nie tak. Życie podążało dokładnie w przeciwnym kierunku i ku dokładnie odwrotnym celom niż w planach. Co z tego, że przyjaciółki realizowały się zawo­dowo, co z tego, że obie można było uznać za atrakcyjne? Co z tego, że przyglądając im się z boku, można było odnieść wrażenie, że są szczęśliwe i mają wszystko? Że stać je na wszystko, co dusza zapragnie, choć one same często zasypiały, mając pod powiekami łzy żalu i bezsilności. Bo mimo że chciały dobrze – i robiły dobrze – po raz enty wychodziło jak zwykle.

Niezmienne było tylko jedno – one same i ich relacja. Niezależnie od wszystkiego, od wzlotów i upadków, które dane było im przeżywać, nigdy o sobie nie zapominały i zawsze mogły na siebie liczyć. To był ich niepodważalny kapitał, którego nikt nie był w stanie im odebrać. Nawet złośliwy i nieudaczny mąż Rudej czy któryś z potencjalnych absztyfikantów Ewy. Ich babska więź była święta.

A że być może chciały zbyt mocno? Trudno.

ROZDZIAŁ 5

PO POWROCIE Z HISZPANII Ruda wreszcie nabrała wiatru w żagle. Na słonecznym, choć chłodnym wybrzeżu na jakiś czas kompletnie zapomniała o polskich kłopotach. Wdzięczna przyznała przyjaciółce rację, że wspólny wyjazd był świetnym pomysłem.

– Odżyłam trochę, wiesz? Już sam fakt, że nie widuję tego dupka, znakomicie mi robi.

– A nie mówiłam? – roześmiała się Ewa, wiedząc, że jej przyjaciółka nie cierpi tego złośliwego zapytania.

– Małpa! – Ruda cisnęła w nią serwetką i wpakowała do ust kawałek melona. Z lubością przymknęła oczy. W ostatnich tygodniach zestawienie dojrzewającej szynki z ociekającym miodowym sokiem owocem stało się jej ulubionym, delektowała się nim zatem przy każdej okazji. – Mam nadzieję, że mi to w tyłek nie pójdzie – wybełkotała z pełnymi ustami.

– Pójdzie, pójdzie. To ty nie wiesz, że wszystko, co w życiu najlepsze, jest albo niezdrowe, albo niemoralne, albo tuczące?

– Wiem, cholera. Ty umrzesz chuda, a ja będę smażyć się w piekle jako gruba, schorowana i niemoralna zdzira – parsknęła śmiechem Monika.

– No tak. Niecne myśli o Maćku…

– Niecne? Zgłupiałaś?

– A niby czemu?

– W tym przypadku słowo „niecne” to eufemizm. – Ruda rzuciła przyjaciółce roziskrzone spojrzenie i ponownie sięgnęła po melona. – On tak na mnie działa, że nawet nie chcesz wiedzieć, jakie sprośności przychodzą mi do głowy.

– No jakie? – zainteresowała się Ewa.

– Ha! A takie, że uszy by ci zwiędły. Pomijając, że mnie nie przeszłyby przez gardło. Ech, zakochałam się!

– Z tego, co widzę, to chyba z wzajemnością. – Ewa skrzywiła się zabawnie.

Wcześniej zdążyła już nieco poznać Maćka. W jej towarzystwie zachowywał się normalnie, jak kolega, ale odkąd spotkał Monikę, całkowicie zmienił styl. Zawsze był kulturalny i szarmancki, lecz nieco powściągliwy, a teraz miała wrażenie, że facet za chwilę wyjdzie z siebie, byleby tylko zadowolić lubą. Przez pierwsze dni hiszpańskiego urlopu Ruda była smutna i zamyślona, ale za sprawą Maćka znów zaczęła się śmiać. On nadskakiwał jej z atencją, ona nagle zaczęła zdradzać oznaki nieporadności. Naraz nie wiedziała, jak poradzić sobie z karafką na oliwę i jak odnaleźć drogę do hotelu. W delikatesach bezradnie stała przed szerokim regałem z winami. A później brawurowo odgrywała rolę zziębniętej mimozy, pozwalając tym samym Maćkowi wykazać się w kwestii dobrych manier. Posłusznie dawała się otulać jego marynarką. A gdy na koniec otaczał ją ramieniem, posyłała Ewie porozumiewawcze spojrzenia.

– To ja was pożegnam. – Pewnego dnia Ewa uśmiechnęła się pod nosem.

– Zaczekaj, pójdziemy z tobą! – Maciek poderwał się z miejsca.

– Nie, nie. Nie przeszkadzajcie sobie – zaprotestowała gorliwie. – Zmarzłam jak diabli. Poza tym muszę dziś jeszcze trochę popracować.

– No fakt – przyznała Ruda z uśmiechem. – Mówiłaś rano, że twoja poczta pęka w szwach od nieprzeczytanych mejli. Ile można się opierniczać?

– No właśnie. – Ewa, która od dwóch dni nie sprawdzała skrzynki odbiorczej, nie miała pojęcia, co w niej zastanie. Uśmiechnęła się w duchu i błys­kawicznie pozbierała swoje rzeczy. – Tylko wróćcie o jakiejś ludzkiej porze. – Rozbawiona pogroziła palcem, ale zajęta sobą dwójka nie zauważyła tego gestu.

– Na długo teraz wyjeżdżasz? – zapytała Maćka Monika po odejściu przyjaciółki.

– Na jakieś trzy miesiące. Może cztery. Nie znoszę Morza Północnego, a w ostatnich latach często tam bywam.

– Ja tam kocham morze – oznajmiła. – Każde.

– Też je kocham, ale dopóki kojarzy mi się z urlopem albo z krótkim rejsem. A te tankowce są jak miasta. Absolutne zero morskiej magii. Jak sobie pomyślę, że znów mam gdzieś płynąć, to…

– Nie lubisz swojej pracy? – zdziwiła się Ruda, przekonana o czymś wręcz przeciwnym.

Gdy ujął jej dłoń, na moment wstrzymała oddech.

– Nie, to nie tak. Uwielbiam tę robotę, ale tę jej bardziej konstruktywną stronę. Jak mam usiąść do projektowania systemów, to normalnie aż mam ciarki na plecach. Z niczym nie da się porównać uczucia, gdy widzisz, jak powstaje taki pływający moloch, a ty masz w tym swój udział.

– Domyślam się – mruknęła, choć nie miała bladego pojęcia, o czym mówi jej towarzysz.

– Gorzej, jak trzeba płynąć w rejs na pół roku, żeby sprawdzać na miejscu, czy wszystko działa.

– A nie masz alternatywy?

– Mam. Platformy wiertnicze. Robota stacjonarna, więc więcej czasu przy komputerze. No i nie trzeba nigdzie wypływać na długo. Czasem wystarczy dolecieć śmigłowcem, choć warunki na miejscu są dalekie od ideału. Ale tak czy siak lubię moją pracę. A ty?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Od zawsze było jasne, że będę musiała przejąć piekarnię. Tyle że to miało być kiedyś. Kiedyś, czyli w bliżej nieokreślonej przyszłości.

 

– I co?

– Moi rodzice zmarli przedwcześnie, więc ktoś musiał zająć się biznesem. A że mój mąż okazał się nieporadnym i nieogarniętym wałkoniem, padło na mnie. W sumie mogłam wszystko sprzedać, ale wiesz, górę wziął sentyment. Moja mama bardzo kochała piekarnię… – Monice załamał się głos. – Nie mogłam jej oddać w obce ręce. Choć niby od przedszkola wiedziałam, o co w tym chodzi, gdy weszłam głębiej, napotkałam same wnyki.

– Ale się nie poddałaś. Dzielna z ciebie dziewczyna. – Maciek przygarnął Rudą, a ona przytuliła się do niego tak, jakby to była najbardziej normalna rzecz na świecie.

– Nie miałam wyjścia i zaczęłam się szkolić. A jak już się wszystkiego nauczyłam, zaczęłam eksperymentować. Przypadkiem wstrzeliłam się w niezłą koniunkturę i jakoś poszło. Teraz jestem kimś w rodzaju lokalnego potentata.

– A nie chcesz się rozwijać?

– Tu nie ma nic do chcenia. Nie mam nic do gadania. Jeśli nadal zamierzam zajmować obecne miejsce na rynku, muszę w to brnąć. I cały czas inwestować w nowe technologie, w ludzi, w nowe produkty, w marketing. Dziś klienci oczekują kompleksowej obsługi, więc jeśli piekę wyłącznie bułki, to na wejściu mogę się w nos pocałować. Konkurencja depcze mi po piętach. A gdy przystanę na chwilę, wdepcze mnie w ziemię. Wtedy cały mój trud pójdzie na marne i koło się zamknie.

– Niezła jazda.

– Zgadłeś. Istny wyścig szczurów. A dodaj do tego jeszcze zagraniczne sieciówki z nieograniczonym kapitałem na inwestycje – mruknęła Monika i oparła głowę na wielkim ramieniu.

Czuła się przy Maćku tak dobrze, tak bezpiecznie. I tak… Sama właściwie nie wiedziała jak, ale wiedziała jedno. Chciała, by to, co właśnie się dzieje, trwało długo.

O wiele dłużej.

Dni w jego towarzystwie sprawiły, że podleczyła nadwerężone rozwodem nerwy. A znajomość z nim uświadomiła, że jeszcze nie wszystko stracone, choć całkiem niedawno myślała, że jako kobieta nie nadaje się już do niczego. Mąż skutecznie wpędził ją w poczucie winy za rozpad ich związku i mocno zachwiał wiarą Moniki w siebie. Humoru nie poprawiła nawet jego wyprowadzka. Mimo że poza salą sądową nie musiała go już widywać, to fizyczne odejście uświadomiło jej ostateczność pewnych zdarzeń. Choć Ewa robiła, co mogła, Ruda i tak chodziła z nosem spuszczonym na kwintę, a wyczekiwane spotkania z przyjaciółką nie przynosiły jej ukojenia. Mimo starań w niczym nie potrafiła dostrzec pozytywów. Coś przecież nieuchronnie dobiegało końca, a Monika, świadoma niepowodzenia, mimo woli wyrzucała sobie odpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Do tego doszło jeszcze przekonanie o zmarnowanych latach.

Wracając po pracy do pustego domu, Ruda pierwsze kroki kierowała do barku. I choć wiedziała, że ma skłonności do uzależnień, coraz częściej oglądała świat przez pryzmat dna opróżnionej butelki.

Opamiętała się dopiero, gdy potrąciła rowerzystę. Nikogo nie obchodziło, że zachowała dozwoloną prędkość, a on sam wpakował jej się pod koła. Przy badaniu trzeźwości Monika dosłownie struch­lała ze strachu. Tym razem los okazał się dla niej łaskawy, a zerowe wskazanie alkomatu podziałało jak solidny kopniak. Wystraszyło ją nie na żarty i sprawiło, że jeszcze tego samego dnia wylała do zlewu cały alkohol, jaki miała w domu. W zamian zapisała się na kurs doszkalający z zakresu zarządzania personelem i zabrała się do pracy.

Musiało upłynąć trochę czasu, zanim do wszystkiego przyznała się Ewie. Oczywiście już pod zbawiennym wpływem Maćka.

Kiedy jej ukochany wypłynął w rejs, obiecał codzienny kontakt. Dotrzymał słowa i gorliwie słał szczegółowe wiadomości. A Monika prawie wcale nie rozstawała się z tabletem.

– Uważaj, bo się uzależnisz od internetu – kpiła Ewa. – Jeszcze chwila, a trzeba będzie wysłać cię na odwyk.

– Sama sobie poradzę! – odburknęła Ruda i zreflektowała się natychmiast. – Przepraszam cię, to nie twoja wina. Ale niedawno omal nie wpadłam w to. – Znacząco postukała paznokciem w kieliszek hiszpańskiego wina.

– O Jezu! I co? – Ewa z niepokojem spoglądała to na Monikę, to na wino.

– No i nic. Dałam radę i zapanowałam nad tym.

– Ale dlaczego?

– Nawet nie wiesz, jak to jest, kiedy wszystko, co robisz, traktowane jest z pogardą. Kiedy każde twoje staranie przechodzi bez echa, a do każdej zasługi dołączany jest złośliwy komentarz umniejszający jej wagę. Kiedy spoglądasz w lustro i za każdym razem zastanawiasz się, czego ci brakuje. Co ma tamta, czego nie masz ty? Co zrobiłaś źle i czym tak bardzo skrzywdziłaś swojego faceta, że zdecydował się wymienić cię na inny model?

– Matko…

– Na każdym kroku doszukiwałam się swojej winy. Od analizowania rzeczywistości zaczęło mieszać mi się w głowie. A to… – brodą wskazała na szkło – świetnie mnie rozgrzeszało.

– Ale dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że możesz mi ufać.

– Wiem. Ale nie chciałam zwalać ci tego na głowę. Dość miałaś pracy i z doktoratem, i z tym nieszczęsnym Hiszpanem w komplecie.

Gdy ich pobyt na Costa Brava dobiegał końca, przyjaciółki pocieszały się tym, że uroczy apartamencik, który Ewa ku uciesze Maćka postanowiła kupić, już zawsze będzie czekać na wizytę nowej właścicielki i jej przyjaciół. Przezorna Monika próbowała doszukać się minusów przedsięwzięcia, ale nie natrafiła na nic, co mogłaby wytoczyć jako ciężkie działo. Sentyment oraz fakt, że lokum urzekło ją niemal natychmiast, były bezcenne. Poza tym mieszkanie w takiej lokalizacji samo w sobie stanowiło znakomitą lokatę kapitału. W przyszłości na pewno będzie wymagać remontu, bo cena zakupu była nadzwyczaj atrakcyjna, ale Ewa nie zastanawiała się wiele.

Sprzedająca z sympatii do nowej lokatorki zgodziła się dbać o mieszkanie podczas jej nieobecności. A Ruda nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała ubić przy okazji interesu. Któregoś wieczoru wpadła na pomysł, by jeszcze przed remontem wynająć apartament turystom. Idea bardzo przypadła Ewie do gustu, zwłaszcza że rata kredytu, którym musiała się wspomóc przy zakupie, mocno obciążała jej comiesięczny budżet. Do pilnowania spraw związanych z wynajmem zatrudniła poprzednią właścicielkę i niezwłocznie podpisała umowę z biurem podróży. Zadowolona zatarła ręce z radości, bo szczęśliwym zrządzeniem losu udało się jej upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: z jednej strony poczyniła niezłą inwestycję, która w dobrym układzie mogła spłacać się sama, z drugiej zyskała nowe miejsce na ziemi, z którego mogła skorzystać w każdej chwili. Wystarczyło jedynie uprzedzić o tym biuro podróży.

Układ był ze wszech miar komfortowy.

W zamian za podsunięcie świetnego pomysłu i nieocenioną pomoc w realizacji postanowiła jakoś zrewanżować się przyjaciółce.

– Masz wybrać sobie termin, kiedy chcesz skorzystać z hiszpańskiego mieszkania – powiedziała. – Czas nieograniczony.

– No co ty? Zwariowałaś?

– Nie, to mój prezent dla ciebie. Bez twojej pomocy nic by z tego nie wyszło. Przecież wiesz, jaka ze mnie biznesowa ofiara. – Ewa się roześmiała, szczęśliwa, że wszystko poszło tak gładko.

– E tam. – Ruda zrobiła skromną minę. – Lepiej zaproponuj to Maćkowi. W końcu to on był spiritus movens.

– Już to zrobiłam. – Ewa spuściła głowę, by ukryć rozbawienie.

Już wcześniej rozmawiała z Maćkiem na czacie, bo znów wojażował gdzieś daleko. Oczywiście strasznie się ucieszył na wiadomość, że transakcja doszła do skutku. Nie ukrywał zainteresowania Moniką i wyraźnie dawał do zrozumienia, że po powrocie chętnie wybrałby się z nią gdzieś tylko we dwoje.

Ewa była wniebowzięta.

Od początku nie lubiła męża przyjaciółki, a teraz pojawiła się realna szansa, że Ruda na stałe zwiąże się z kimś normalnym. Nie mogła sobie wymarzyć lepszej partii dla sponiewieranej uczuciowo kobiety niż ten zwalisty poczciwiec.

Sama również czuła się świetnie. Przez całe to zamieszanie i upływ czasu całkowicie zapomniała o istnieniu Carlosa i dopiero niedawno uświadomiła sobie, że tak naprawdę to wszystko stało się przez niego. To zadziwiające, jak bardzo ludzkim życiem rządzi przypadek, myślała. Przecież gdybym nie złamała mu nogi na parkingu, nie poznałabym go bliżej i nie zadurzyłabym się w nim. Nie złożyłabym mu nieoczekiwanej wizyty i nie poznałabym Maćka. A tak nie dość, że sama zostałam prawie Hiszpanką i zaczęłam uczyć się nowego języka, to jeszcze przez przypadek podleczyłam skołatane serce Rudej. A gdy dodać do tego ukończenie ważnego projektu i realne widoki na prestiżową nagrodę, mam powody do radości. Branża spekuluje głośno o czołówce, wymieniając przy tym także moje nazwisko.

Natomiast Monika, dzięki nieobecności w pracy, odkryła u swojego zastępcy ukryte talenty. Wystarczyło pozwolić mu na trochę samodzielności, a młody menedżer nareszcie swobodnie rozwinął skrzydła. Świetnie poradził sobie z zarządzaniem produkcją, a przy okazji usprawnił dystrybucję gotowych wyrobów. Pozyskał kilku nowych klientów i jako wisienkę na torcie przedstawił szefowej szczegółowy raport z oszczędności, jakie poczynił, ukrócając w firmie kolejny złodziejski proceder. Tym razem zmowę kierowców i magazynierów, którzy korzystając z braku nadzoru, kradli z magazynu cukier workami.

Ruda była wniebowzięta.

– Adaś, ozłocę cię kiedyś! – oznajmiła, podnosząc wzrok znad raportu.

– Nie mam nic przeciwko temu. – Menedżer uśmiechnął się skromnie.

– No, może trochę przesadziłam z tym ozłoceniem… Ale co powiesz na awans?

– I podwyżkę? – Adam posłał szefowej szałowy uśmiech.

Monika przytaknęła.

Wyszedł, a ona zadumała się nad sprawami firmy i dalszą karierą prężnego pracownika. Miała już pewność, że ten energiczny człowiek to świetny nabytek, ale nie miała zamiaru zbyt go rozpieszczać.

– Co ty byś zrobił na moim miejscu? – zagadnęła Maćka na obowiązkowym cowieczornym czacie.

Każdego dnia niecierpliwie odliczała godziny do osiemnastej, dziękując Bogu, że oboje znajdują się w tej samej strefie czasowej i żadnego nie limituje pora. Ponadto wielkimi krokami zbliżał się jego powrót do Polski. Nie mogli się wprost doczekać ponownego spotkania. Monika dosłownie liczyła godziny i nie wiedziała, jak wytrzyma do jego przyjazdu.

– Dałbym mu dużo marchewki – odpisał, okraszając zdanie roześmianą emotikonką.

– Zwariowałeś? Jakiej znowu marchewki? Na cholerę gościowi marchewka?

– Nie słyszałaś o kiju i marchewce? Niech ma świadomość niewielkiego kijaszka, ale i przyszłej nagrody. Ma własny gabinet?

– Nie ma.

– To mu go daj. Dorzuć jakiś budżet, niech sam się urządzi. Do tego podwyżka, ale nie za duża. Powiedzmy, że na razie do dziesięciu procent.

– Sensowne – zgodziła się Monika. – I obiecam mu kolejną podwyżkę, jak będzie grzeczny.

– No widzisz? Brzmi dobrze. A może kiedyś zaproponujesz mu udziały? Powiedzmy za jakieś dwa lata. Niech ma chłopak perspektywę. Będzie miał czas się wykazać, a ty obiektywnie go ocenić.

– Już mu zaproponowałam, choć na razie udział w zyskach od zwiększonych obrotów. Na spółkę chyba faktycznie jeszcze za wcześnie.

– Wszystko zależy od konstrukcji umowy między wami. Ale skoro z kolesia taki pistolet, to może warto się zastanowić?

– Megapistolet. Jak sobie przypomnę tych wszystkich nieudaczników z aspiracjami na dyrektorów, to mi normalnie śmiać się chce. Adama wygrałam jak na loterii. Możliwe, że to jakiś bonus za dobre sprawowanie albo coś. – Monika wstawiła na końcu zdania uśmiechniętą buźkę.

– A co u Ewy?

– Rozmawiałam z nią wczoraj. Wychodziła właśnie na galę odebrać tę swoją nagrodę. Była bardzo podekscytowana.

– A dziwisz się? To dla niej duża rzecz.

– Wiem, wiem.

– Tylko dziwi mnie trochę, że nie dała znać, jak było.

– Pewnie odsypia – stwierdziła domyślnie Ruda. – Jak ją znam, to niedługo się odezwie, by zdać relację. Choć pewnie jest wściekła na konkurencję. Ta cała Marzena wkurza ją od lat. Jest jak wrzód na dupie. Ale z drugiej strony podnosi poprzeczkę, co tylko wychodzi wszystkim na dobre.

Ziewnęła szeroko i rozmasowała ścierpnięty kark. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Znów nie zauważyła, jak przeleciały godziny spędzone na pogaduszkach z Maćkiem. Wyraźnie czuła, że łączy ich coraz więcej. Z dnia na dzień więź stawała się silniejsza i rosła tęsknota. Ze wszystkich sił Monika chciała, by wreszcie przyjechał, ale jej drugie, to bardziej przewrotne, ja wolało marzyć i odczuwać wręcz perwersyjną przyjemność z czekania na nieuniknione. Już niedługo.

Otrząsnęła się z zamyślenia i nalała sobie mleka. Spróbowała połączyć się z Ewą na czacie, ale ta aktualnie była niedostępna. Jeszcze nie było zbyt późno na telefon, więc wybrała numer w komórce. W słuchawce odezwał się sygnał, ale po chwili włączyła się poczta głosowa. Ruda wiedziała, że Ewa bardzo nie lubi odsłuchiwać wiadomości, więc przerwała połączenie.

 

Przekonana, że przyjaciółka oddzwoni w najbardziej nieodpowiednim momencie, zabrała ze sobą komórkę do łazienki i weszła pod prysznic. Natarła rozgrzane ciało specjalnym olejem kokosowym i czekając, aż kosmetyk się wchłonie, naga stanęła przed lustrem. Do kompleksów mi daleko, stwierdziła po raz kolejny. Owszem, była duża, ale ciało miała zwarte i jędrne, prawie pozbawione cellulitu nękającego ostatnio kobiety w każdym wieku. Pod tym względem była szczęściarą, choć przez całe życie narzekała na wyimaginowaną otyłość i nigdy nie była do końca zadowolona.

Przekleństwo prowincjonalnego rudzielca nawet w dorosłym wieku dawało się jej we znaki, więc gdy tylko na włosach pojawiał się choć minimalny odrost, natychmiast biegła do fryzjera, by ten starł z powierzchni ziemi znienawidzony odcień. Brąz z kasztanowymi refleksami tyleż dodawał Monice stylu, ile skutecznie maskował nieposkromiony i szalony charakter ognistowłosej kobiety, która od dziec­ka przejawiała cechy z piekła rodem, później nieco przytępione nadmiarem zgryzot i obowiązków. Jednak uważny obserwator i tak z łatwością zauważał kipiący niepohamowany temperament, który tylko patrzy, by pokonać narzucone ograniczenia, wykipieć i rozlać się na wszystko wokół.

Monika zakończyła toaletę i usadowiła się w fotelu. Jej głowa zwiesiła się bezwładnie.

Maciek delikatnie odsunął ją od siebie i wsunął dłonie pod jej bluzkę. Zapięcie przy staniku strzeliło delikatnie, bujne piersi w jednej chwili znalazły się w ciepłych męskich dłoniach. Monika westchnęła w zachwycie i z zapartym tchem oczekiwała ciągu dalszego.

Dźwięk domofonu sprawił, że podskoczyła na fotelu i stanęła na równe nogi. Znienacka wyrwana z sennych rojeń, wstając, musiała przytrzymać się stołu, by uspokoić błędnik.

Otrząsnęła się z resztek snu. Był tak sugestywny, że dopiero kilka głębszych oddechów pomogło Monice wrócić na ziemię. Czuła, że jej puls szaleje. Ożeż w mordeczkę, uuu! Nieźle nawywijałam!, pomyślała i złorzecząc wściekle, poczłapała do drzwi. Włączyła głośnik domofonu.

– Kto tam? – warknęła.

Odpowiedziała jej cisza.

No tak, kolejny głupi kawał, pokiwała głową.

Odkąd po sąsiedzku uruchomiono bar dla wielbicieli futbolu, w dni piłkarskich rozgrywek Monika często była niepokojona po nocy. Zresztą nie tylko ona. Okoliczni mieszkańcy powoli zaczynali mieć już dość pijackich ryków i wymachiwania szalikami. Niestety, nawet doniesienia na policję w temacie zakłócania porządku na nic się nie zdały. Znajomość i bliskie relacje między właścicielem pubu a komendantem posterunku skutecznie ukręcały łeb wszystkim zgłoszeniom. Mieszkańcy byli bezradni.

Ruda od jakiegoś czasu marzyła o zmianie lokalizacji. Dom, w którym do niedawna mieszkała wraz z mężem, przywoływał niechciane wspomnienia. A do tego męczące sąsiedztwo skutecznie nakłoniło ją do rozważenia kwestii przeprowadzki.

Teraz miarka się przebrała.

Ruda wstała i telefonem zrobiła zdjęcia ogrodu. Po zmroku efektownie oświetlone otoczenie prezentowało się bardzo atrakcyjnie. Syn sąsiadów właśnie skosił trawnik, który chwilowo wyglądał jak z czasopisma dla ogrodników. Zadowolona skopiowała zdjęcia do komputera i przeszła się po domu. W niektórych pomieszczeniach panował bałagan, ale ograniczyła się do przesunięcia porozrzucanych rzeczy tak, by nie wchodziły w kadr, i obfotografowała wszystko. Dodatkowe ujęcia z zewnątrz musiały poczekać do rana, ale chwilowo machnęła na nie ręką i z entuzjazmem zamieściła ogłoszenie w branżowym serwisie. Tuż przed zaśnięciem, leżąc już w łóżku, spróbowała wyobrazić sobie swoje nowe miejsce na ziemi, ale mimo wysiłków obraz pozostawał mglisty. Nie dość, że jej wyobraźnia właśnie odmówiła posłuszeństwa, to jeszcze tak naprawdę Monika nie wiedziała, czego chce. To znaczy wiedziała: chciała Maćka. I na chwilę obecną było to jedyne, czego naprawdę pragnęła. Dom mógł zaczekać, ona już nie.

Rzuciła okiem na zegarek.

– O matko, już jest jutro! – mruknęła w poduszkę i zapadła w sen, wyobrażając sobie, że wtula się w muskularne ramiona.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?