Wszystko nie tak !Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To ty jesteś ta nowa? – zapytała nieco grubawa rudowłosa.

– A o co chodzi? – Ewa buńczucznie wysunęła brodę i uważnie przyjrzała się dziewczynie.

Ruda musiała być mniej więcej w jej wieku i wyglądała całkiem sympatycznie. Natomiast świadoma własnej opłakanej prezencji Ewa poczuła się nieco zbita z tropu. Widocznie jej ostry wizerunek nie zrobił wrażenia na czerwonowłosej piegusce.

– Tak, mieszkam tutaj od dwóch tygodni – powiedziała. – Na Zarabiu. Jestem Ewa.

– Monika. Wieść gminna niesie, że będziemy chodzić do tej samej klasy.

– Poważnie?

– Tak! Strasznie się cieszę, że cię poznałam! A dziewczyny już nie mogą się doczekać, żeby się czegoś o tobie dowiedzieć. Dlaczego mieszkasz z babcią?

– Bo tak się ułożyło. Generalnie moja rodzinka ma zdrowo zryty beret, ale babcia jest spoko. Ale dlaczego nie widziałam cię wcześniej? Twoje włosy są tak odjechane, że trudno je przeoczyć.

– Bo mnie nie było. Właśnie wróciłam z obozu jeździeckiego. Chyba jeszcze cuchnę stajnią – roześmiała się płomiennowłosa dziewczyna.

Monika, gdy tylko przekonała się, że nowa nie gryzie i nie bije, natychmiast zawołała z zaplecza piekarni brata, by ją zastąpił za ladą. I siłą zaciągnęła nową koleżankę do domu.

Niespodziewanie dziewczyny znalazły wspólny język, a gdy okazało się, że Marek jest kuzynem Moniki, Ewa poczuła się u nowej koleżanki jak u siebie. Obie uznały, że wyróżniają się z tłumu i odstają od reszty, i stwierdziły, że wypadałoby zrobić z tego atut. A do Ewy w końcu dotarło, że nie ona jedna ma ciężko w życiu. Bycie rudym, piegowatym i w dodatku pulchnym to wcale nie przelewki. Zwłaszcza gdy ma się szesnaście lat.

Tamtego dnia obie zameldowały się na obiedzie u babci na Zarabiu, a ta, szczęśliwa, że wnuczka w końcu znalazła koleżankę od serca, ukradkiem otarła łzę wzruszenia. Istniała szansa, że za sprawą nowego środowiska Ewa względnie normalnie przeżyje szczeniackie lata.

Dziewczyny po tygodniu stały się praktycznie nierozłączne. Ewa czekała niecierpliwie na powrót obiektu swoich westchnień, czyli Marka, ze sportowego zgrupowania. Wcześniej, niby przypadkiem, wypytała Rudą o kuzyna, a gdy ta, nie szczędząc szczegółów, opowiedziała jej wszystko, poczuła, że po raz pierwszy w życiu jest zakochana. Co z tego, że widziała Marka tylko przelotnie i znała go wyłącznie ze słyszenia. Dla niej stanowił chodzący zestaw cech idealnych: przystojny, wysoki, wysportowany, zdolny, ambitny. Czegóż można chcieć więcej od nastolatka? Nieświadoma niczego Monika podsycała młodzieńcze uczucie przyjaciółki, choć nie miała pojęcia, że to właśnie dzięki niej Ewa porzuciła wizerunek pseudogotyckiej brunetki. Wystarczyła przypadkowa wzmianka, że ostatnia dziewczyna Marka była jasną blondynką, by jeszcze przed końcem wakacji zaczęła wyglądać jak człowiek.

Początku roku szkolnego czekała jak kania dżdżu.

Tymczasem wraz z nastaniem września czar prysł. Nie dość, że obiekt westchnień nawet na nią nie spojrzał, to na dokładkę pojawił się na rozpoczęciu roku w towarzystwie długonogiej brunetki, która spojrzeniem pełnym pogardy pobłażliwie taksowała tłumek rozszczebiotanych idiotek mizdrzących się do jej chłopaka. Tego było dla Ewy za wiele. Zależało jej wprawdzie na bliższym poznaniu Marka, ale za nic nie chciała dołączyć do grupy nadskakujących mu dzierlatek. Poza tym chłopak wyglądał na przyzwyczajonego do atencji płci przeciwnej i zachowywał się tak, jakby świat leżał u jego stóp. A przynajmniej damska część świata.

– On jest po prostu skazany na sukces – oznajmiła kiedyś Ewa.

– Zwariowałaś? – zdziwiła się Monika. – To bufon jakich mało. Jest tak rozpuszczony, że nie idzie z nim wytrzymać. Normalnie jakiś zakichany jaśnie książę, psia jego mać! A niech tylko nie dostanie, czego chce, od razu strzela fochy jak pieprznięta królewna. Uchowaj Boże przed takim chłopakiem! Biedna ta nowa… – westchnęła ze współczuciem.

Ewa pomału zaczęła dostrzegać, że zbłądziła.

Trochę potrwało, zanim zorientowała się, że zakochała się nie tyle w Marku, ile we własnym wyobrażeniu na jego temat. Tak bardzo pragnęła być dla kogoś ważna, że na własne potrzeby zaczęła sobie tworzyć idealne scenariusze, w których wszystko wyglądało wspaniale, a ona sama grała w nich pierwsze skrzypce. I co gorsza w te scenariusze wierzyła.

Tak było nie tylko z Markiem – również na studiach dwukrotnie w ten sam sposób wpadła we własne sidła. Jej własna fantazja stała się największą przeszkodą w sercowych sprawach, zderzenie imaginacji z rzeczywistością bywało bowiem bolesne i zawsze skutkowało twardym lądowaniem. Tak samo było w przypadku Carlosa, mimo że Ewa już dawno przestała być naiwną młódką. Lata temu wyzbyła się kompleksów z dzieciństwa, osiągała sukcesy i pewna własnej wartości raźno kroczyła przez życie. Kariera zawodowa i praca naukowa dawały jej na tyle dużą satysfakcję, że miłość ulokowała na samym końcu listy priorytetów. Uznała, że szczęście rodzinne nie jest jej pisane, i przekonana, że została stworzona do roli ambitnej singielki, po prostu robiła swoje.

Cała jej energia skumulowana na sprawach zawodowych błyskawicznie przyniosła wymierne efekty. Ewa jeszcze przed końcem studiów stała się bardzo cenionym fachowcem i zaczęła realizować swoją pasję. A że była tytanem pracy, szybko zyskała uznanie. Wieść o uzdolnionej pani architekt szybko rozniosła się wśród majętnych mieszczuchów. Jako że ekspansja z miasta do podkrakowskich wsi szła pełną parą, młoda projektantka nie mogła narzekać na brak pracy. Po pierwszych kilku udanych realizacjach ruszyła poczta pantoflowa, a zamówienia na znienawidzone niby-dworki posypały się jak z rozprutego worka. Szkoda tylko, że żaden z klientów nie dał się namówić na to, w czym Ewa była najlepsza, czyli na dużo prostsze formy.

– Kobieto, posłuchaj, nie każdy lubi taką ascezę – przekonywała ją Monika.

– Ja lubię – bąknęła niezadowolona Ewa.

– Taaa, tylko popatrz na swoje wnętrza. U ciebie w kuchni na wierzchu stoi wyłącznie solniczka, a u mnie nie masz gdzie postawić kubka z kawą.

– Każdy ma, co lubi. Co ja poradzę, że lubię wolne przestrzenie? Wolę proste linie. Ten cały barok jest nie dla mnie. Przy nadmiarze sprzętów się duszę.

– Ja wszystko rozumiem, ale uważam, że popadasz w skrajność. W końcu projektujesz domy i wnętrza, ale nie dla siebie, a dla kogoś. Jak dla mnie możesz mieszkać w betonowym schronie przeciwlotniczym, i nic mi do tego, ale szansa, że spotkasz jakiegoś nadzianego amatora na taki schron, w którym dyndają gołe żarówki w zwykłych oprawkach i stoi jedynie metalowe łóżko jak z horroru o szpitalu dla umysłowo chorych, jest równa zeru.

– Przesadzasz! – roześmiała się Ewa.

Przyjaciółka, jak zwykle, miała na nią wpływ niczym sole trzeźwiące. Ciepła i serdeczna od zawsze potrafiła skutecznie rozjaśniać mroczne myśli, wnosząc w codzienność dużo radości.

Po maturze Monika, od dawna zwana Rudą, choć po jej marchewkowej czuprynie pozostało już tylko wspomnienie, skończyła studia ekonomiczne związane z logistyką i z tym kierunkiem wiązała swoją zawodową przyszłość. Ale również i w jej przypadku nie wszystko poszło tak, jak sobie zaplanowała. Zamiast zarządzać międzynarodową spedycją, odziedziczyła po przedwczesnej śmierci rodziców piekarnię. Jej mąż początkowo obiecał zająć się interesem, tymczasem okazał się na tyle nieudolny i mało zorganizowany, że omal nie rozłożył rozkręconego biznesu na łopatki. Piekarnictwo przerosło jego możliwości, zarówno intelektualne, jak i organizacyjne, Monika zatem z konieczności osobiście stanęła za sterem.

Po dogłębnym zbadaniu rynku stało się jasne, że ugruntowana marka myślenickich wypieków stanowi kapitał na tyle duży, by warto było zainwestować w dalszy rozwój firmy. Po roku piekarnia rozrosła się o nową halę produkcyjną oraz o lokalną sieć własnych punktów sprzedaży i rozpoczęła ekspansję na rynek krakowski.

***

W dniu, w którym Monika podpisała umowę na dostawy pieczywa do Tesco, zaprosiła Ewę na kolację. Świętując sukces, postanowiły zaszaleć jak za studenckich lat i wyszykowane w nowe ciuchy ruszyły w miasto. Już wcześniej ustaliły, że Ruda przenocuje u przyjaciółki w Krakowie, więc teraz roześmiane beztrosko trajkotały jak najęte.

– Weź tak nie zapieprzaj, bo sobie nogi połamię! – utyskiwała Ewa, która mało przezornie przywdziała na ten wieczór kozaczki na niebotycznej szpilce. Była pewna, że wysiądą z taksówki tuż przed wejściem do restauracji, tymczasem Ruda w ostatniej chwili podjęła decyzję, że po kolacji pójdą jeszcze do klubu na drinka. Teraz Ewa wykręcała sobie nogi na kocich łbach i klęła pod nosem jak szewc. – Sama sobie załóż takie buty, to pogadamy!

– Zapomniałaś, złotko, że mam zerwane więzadła kolanowe i w takich bajeranckich butach mogę już tylko leżeć?

– To przynajmniej miej litość nade mną i przysiądźmy gdzieś na kawie, zanim to ja pozrywam swoje więzadła – zbuntowała się Ewa i nie oglądając się na przyjaciółkę, zajęła miejsce przy stoliku w pierwszej z brzegu kawiarni.

Na wszelki wypadek, by posiedzieć dłużej, wybrała duże latte, za to Ruda zdecydowała się na pachnące miętą mohito. Z rozkoszą pociągnęła przez słomkę łyk lodowatego drinka. Przez chwilę poplotkowały o pobycie w Hiszpanii oraz o rozwijających się piekarniczych interesach i Ewa skinęła na kelnerkę. Chciała poprosić o rachunek, ale młoda dziewczyna przynios­ła w zamian po drinku dla każdej z nich i gestem wskazała na dwóch siedzących opodal mężczyzn.

– Że jak? Tamci panowie postawili nam drinki? – zdziwiła się Ewa i w geście podziękowania skinęła głową w ich stronę. Jeden wydał się jej znajomy, więc uśmiechnęła się niepewnie, nieprzyzwyczajona do knajpianych podrywów.

– Właśnie tak, proszę pani – przytaknęło dziewczę i mrugnęło domyślnie. – Panowie uregulowali cały rachunek.

 

– Co takiego? – oburzyła się Ruda i już miała zerwać się z miejsca, gdy obaj mężczyźni podeszli do ich stolika.

Przedstawili się uprzejmie i wtedy stało się jasne, że Ewa rzeczywiście kojarzy jednego z nich. To znaczy podobno studiowali na tej samej uczelni i siłą rzeczy znali się z widzenia.

Adrian i Dariusz byli kumplami od lat; ich połowice właśnie wyjechały z dziećmi na wakacje, a panowie postanowili nieco się zabawić. Miła i niezobowiązująca pogawędka zakończyła się zaproszeniem do klubu. Ponieważ zapraszający wydawali się dobrze wychowani i prezentowali się więcej niż korzystnie, Monika przystała na propozycję ochoczo.

– Dziękujemy!

Zaskoczona Ewa natychmiast wyciągnęła ją do toalety celem przypudrowania nosa, czyli wymiany wrażeń i opieprzenia przyjaciółki.

– Zwariowałaś do reszty?! – fuknęła od progu. – Przecież ich nie znamy!

– Już znamy – prychnęła rozochocona Ruda i poprawiła błyszczyk na ustach. – Przecież Adrian cię zna, a ty jego. W czym problem?

– Taaa, jasne! Z widzenia. Podobno. Skąd mam wiedzieć, czy to nie jacyś handlarze żywym towarem? Chcesz się jutro obudzić bez nerki, głupia?!

– Spokojnie. Zamówimy sobie coca-colę i nie wypuścimy jej z ręki. Wtedy niczego nam nie dosypią.

– Jeżeli zakładasz, że mogą dosypać, to nie lepiej od razu ich spławić?

– Przestań być nadęta jak purytańska zakonnica!

– Ja? Przecież ja jestem wolna. Pomijając, że po aferze z Carlosem nie szukam nowych znajomości, to nie mam żadnych zobowiązań. To ty masz męża, a tamci mają żony i dzieci. To nie wróży nic dobrego.

– Ale ja nie mam zamiaru zdejmować im portek. Potańczymy, pobawimy się i koniec. Mamy podpierać ściany? – broniła się Monika.

I rzeczywiście, na parkiecie, rozbawiona, niemal zamęczyła Adriana na amen. Ewa próbowała gawędzić z Dariuszem, ale ten odstawał od kumpla zarówno pod względem elokwencji, jak i poczucia humoru. I chęci do zabawy. Ewa nie znosiła ciężkiego milczenia, więc zdesperowana usiłowała rozwinąć konwersację. Ale gdy jej towarzysz nie chwycił przynęty w postaci rozmowy o jego pracy w charakterze prywatnego detektywa, straciła nadzieję na miłą pogawędkę i poszła pokiwać się solo na zatłoczonym parkiecie.

Nie minęło nawet pół minuty, jak była z powrotem, bo poczuła na pośladkach czyjeś obce dłonie. Zniesmaczona czekała cierpliwie w towarzystwie ­milczka, aż Ruda wyszaleje się wreszcie i będą mog­ły wrócić do domu. Szczerze mówiąc, najchętniej zdjęłaby już te nieszczęsne szpilki.

Po hulance do późna na drugi dzień dziewczyny zwlekły się z łóżek jak z krzyża zdjęte.

– Boże jedyny. Bolą mnie wszystkie gnaty – jęknęła Ruda.

Jako się rzekło, już dawno przestała być ruda i teraz zmierzwiła przed lustrem bujną fryzurę w odcieniach brązu i oberżyny. Wciąż była postawna, ale z czasem nabrała regularnych kobiecych kształtów. Zachowała doskonałe proporcje, więc nawet przy swojej solidnej budowie uchodziła za więcej niż zgrabną.

– Jak żeś pofikała, to masz. Ałaaa! – zawyła Ewa, dotykając obolałych stóp. Na większości palców pojawiły się wypełnione przezroczystym płynem bąble. – Przeklęte buty!

– A nie mówiłam? Było iść w tenisówkach.

Monika nie zdążyła w porę uchylić się przed lecącą w jej stronę poduszką. W tej samej chwili pisnął esemes.

– Zgłupiałaś do reszty? Dałaś mu swój numer? – zdumiała się Ewa.

– A ty nie?

– Nie. Nie interesuje mnie dalsza znajomość z jakimś żonatym mrukiem. Jeszcze mi potrzeba na karku zazdrosnej baby z bachorami. Brr, uchowaj Boże! – wzdrygnęła się Ewa, której uwagi nie uszedł błogi uśmiech, z jakim jej przyjaciółka odpisuje na wiadomość.

– Zjedz cytrynę, idiotko, bo doniosę twojemu staremu, jak się haniebnie prowadzisz! – roześmiała się.

Twarde spojrzenie Rudej sprawiło jednak, że zamknęła się natychmiast i poszła nastawić ekspres do kawy.

– No i co? – Z lekkim stuknięciem postawiła na szklanym blacie dwa parujące kubki.

– Nie domyślasz się jeszcze? Serio? Nie widzisz moich rogów czy tylko przez grzeczność udajesz ślepą? – zapytała Monika.

– Och, nie! – jęknęła Ewa. – Tylko nie to! Jesteś pewna?

– Tak. Ten gnój już się przyznał. To podobno moja wina, bo za bardzo zajęłam się biznesem. On ponoć zszedł na dalszy plan.

– Ale palant! Nieudacznik jeden!

– Czuł się, biedaczek, niedoceniony, niedopieszczony, niedoszacowany. No i jeszcze dziecka nie umiał mi zrobić. Bogu niech będą dzięki. Uff – sapnęła Monika. Miała uczucie, że kamień spadł jej z serca. – No to teraz już wiesz.

– Jezu… I to ma być zemsta?

– Nie. Nie jestem suką i nie mam zamiaru nikogo krzywdzić. Ale w mojej sytuacji miło jest wiedzieć, że jeszcze komuś mogę się podobać. Że jeszcze ktoś może mnie pragnąć. Że… – Monice załamał się głos.– Rozwodzę się. Sprawa już jest na wokandzie.

– Tylko błagam cię, nie rycz, bo nie mam chusteczek.

Słowa padły o dwie sekundy za późno, bo załamana kobieta właśnie wybuchnęła głośnym płaczem. Gospodyni nie pozostawało nic innego, jak przynieść z łazienki rolkę papieru toaletowego i położyć ją na stole obok kubka z kawą. W ciągu godziny zapłakana Ruda wysmarkała ponad połowę.

ROZDZIAŁ 4

EWA DUMAŁA PRZEZ chwilę, po czym uznała, że trzeba coś z tym zrobić. Ruda wymagała pomocy, i to natychmiastowej. Tymczasem ona sama tak się rozmemłała, że nie była w stanie myśleć racjonalnie.

Boże, jak to dobrze, że nie mam faceta, stwierdziła w duchu. Same kłopoty z nimi. Jak nie urok, to sraczka, jak nie tyfus, to przemarsz wojsk. Cholerni popaprańcy!, zaklęła.

Samotność doskwierała jej tylko czasami, ale i wtedy szybko odpędzała ochotę na wtulenie się w czyjeś silne ramiona i z powrotem twardo lądowała na ziemi. Właściwie to była nawet zadowolona ze swojego życia singielki. To, że musiała się martwić wyłącznie o pracę, miało swoje dobre strony. Jej kontakty z rodziną od lat można było uznać za sporadyczne – zadawniona uraza do matki, nienawiść do ojczyma i niezmienne politowanie dla Pokurcza stanowiły taki konglomerat nieciekawych doznań, że Ewa na samą myśl o bliskich reagowała mimowolnym wzdrygnięciem. Nie miała ochoty wysłuchiwać o nieustających kłopotach finansowych i chorobach cherlawego braciszka.

Wymuszone, utrzymywane nie wiadomo w imię czego kontakty były tak sztywne, że w Boże Narodzenie Ewa wykpiła się grypą i z przyjemnością została w domu. Wigilijny wieczór spędziła na czacie z Maćkiem, który znów pływał gdzieś na końcu świata. Uwielbiała te pogawędki. Maćkowa błyskotliwość i poczucie humoru niezmiennie poprawiały jej humor, więc z żalem zakończyła długaśną konwersację, wyrzuciła opakowanie po śledziach po kaszubsku i zaliczyła tę Wigilię do jednych z najbardziej udanych w swoim życiu.

Rankiem na wspomnienie kanciastej twarzy przyjaciela doznała nagłego olśnienia.

Wyskoczyła z łóżka jak z procy i dopadła przepastnej szafy. Nie mogąc znaleźć tego, czego szukała, przekopała sporą część garderoby, aż w końcu wygrzebała z tyłu półki kolorową lnianą torebkę. Rozsunęła zameczek i wsadziła dłoń w głąb do kieszonki.

Biały kartonik był tam, gdzie go umieściła.

Zrobiła kawę, wyszorowała zęby i w szlafroku zasiadła do komputera, by za pomocą internetowego translatora przetłumaczyć kilka zdań na hiszpański. Pomna złożonej sobie wcześniej obietnicy zapisała się niedawno na kurs językowy, ale po kilku lekcjach nie było co oczekiwać cudów w komunikacji międzynarodowej w jej wykonaniu.

Była tak podekscytowana, że z trudem powstrzymała się, żeby od razu nie zadzwonić do Rudej. Chciała raz jeszcze wszystko przeanalizować na zimno. Ale emocje szalały. Chłodna kalkulacja stała się niemożliwa.

– Mam bombę! – wykrzyknęła w końcu w słuchawkę.

– Jezu, jaką?

Monika doskonale znała przyjaciółkę i jej pomysły, więc postanowiła mieć się na baczności. Na wszelki wpadek przysiadła na brzegu kanapy.

– Zajebistą bombę! Bierzesz urlop. Do czasu rozprawy rozwodowej.

– Co takiego?!

– Jedziemy do Hiszpanii.

– Pogięło cię? A co z pracą?

– Z moją czy twoją? Swoją zabiorę ze sobą, mogę pracować choćby i na Marsie, a ty w końcu pozwól rozwinąć skrzydła swojemu zastępcy. Jasne? Proste jak konstrukcja cepa!

– Ale on…

– Hej, przecież płacisz mu za to! I masz wreszcie okazję przekonać się, czy warto.

Ewa trajkotała jak katarynka, by za nic nie dopuścić przyjaciółki do głosu. Żeby Monika nie dzieliła przysłowiowego włosa na czworo, należało działać szybko i z zaskoczenia. Najlepiej było na samym wstępie przyprzeć ją do muru i nie odpuszczać, dopóki się nie zgodzi.

– Ale co to za pomylony pomysł? Odbiło ci? – padło ostrożne pytanie.

– Najlepszy. Ile potrzebujesz czasu, żeby się zebrać? Ja zarezerwuję bilety. Chatę już mam.

– Jakiś miesiąc. Może… – bąknęła Ruda, ale Ewa weszła jej w słowo.

– Grzeczna dziewczynka – pochwaliła. – Mieszkanie mamy zaklepane od połowy lutego. Jedziesz ze mną. Koniec dyskusji.

Zaskoczona Monika tylko westchnęła i ostentacyjnie wywróciła oczami.

Na Ewę nie było mocnych. Gdy sobie nabiła czymś głowę, nie spoczęła, dopóki nie dokończyła realizacji pomysłu. A ten, pomimo że wariacki, wcale nie był taki głupi. Raz, że Monika nie znosiła zimna. Dwa – nie dość, że oczekiwanie na rozwód szarpało jej nerwy i skutecznie psuło humor, to jeszcze biznes hulał jak złoto. Bogiem a prawdą ostatnio wcale nie wymagał od szefowej jakiejś wielkiej troski.

Ruda podeszła do zalanego wodą okna. Na zewnątrz wiało, deszcz ze śniegiem zacinał nieprzyjemnie. Wyjęła z barku butelkę koniaku i nalała odrobinę do kieliszka. Ogrzała płyn w dłoni, wciągnęła bogaty aromat. To wcale nie takie złe, stwierdziła, a później machinalnie przeleciała pilotem po kanałach w poszukiwaniu czegoś, co zajęłoby jej wieczór.

Odkąd pogoniła z domu niewiernego małżonka, czuła przemożną potrzebę robienia wokół siebie hałasu i zamieszania, więc telewizor był włączony na okrągło. Głos spikera świetnie udawał towarzystwo. Porozrzucane ubrania stanowiły namiastkę bałaganu, czyli erzacu utraconej normalności.

Postawiła kieliszek na brzegu wanny i odkręciła kurek z gorącą wodą. W nagrodę za ogólnie pojętą dzielność i szeroko pojęte zasługi wlała do wanny pół butelki ekskluzywnego płynu dającego filmową pianę. Zrzuciła z ramion jedwabny szlafroczek i zanurzyła się w wodzie po koniuszki uszu. Starannie umyła całe ciało naturalną gąbką z jakichś egzotycznych morskich głębin, przy okazji dokonując gospodarskiej inspekcji. Po oględzinach szybko przeleciała łydki elektrycznym depilatorem.

Względnie zadowolona z efektu stanęła przed lustrem.

Już dawno wyzbyła się kompleksów w kwestii swoich gabarytów. Uznawszy w końcu, że nic się z nimi nie da zrobić, Monika postanowiła dbać o to, czym obdarowała ją natura. A obdarowała hojnie, zwłaszcza tu i ówdzie. Ruda zdecydowanie miała na czym siedzieć i czym oddychać. A połączenie tych atutów z wąską talią i niezłymi nogami sprawiało, że była jak boginie pin-up z zamierzchłych hollywoodzkich produkcji. Gdy dodało się do tego wydatne usta, idealną cerę i burzę wspaniałych włosów, naprawdę było na czym oko zawiesić. Oczywiście Monika nie byłaby sobą, gdyby nie pragnęła nieosiągalnego, czyli na przykład mikrej sylwetki Ewy. Ta dla odmiany chętnie zamieniłaby się z przyjaciółką na biust i włosy. Nieraz przekomarzały się w kwestii tego, czego której brakuje, a i tak finalnie dochodziły do wniosku, że każdej z osobna najlepiej we własnej skórze.

Uwielbiały te przekomarzanki.

Obie różniły się skrajnie, nie tylko pod względem wyglądu. Ale ich kompletnie różne osobowości świetnie się uzupełniały, a zestawienie cech nie pozwalało im się nudzić. Ewa ciągle gdzieś gnała, czegoś szukała, wiecznie na wysokich obrotach. Sprawiała wrażenie, że pod jej skórą wszystko aż drga w oczekiwaniu na coś niezwykłego. Pełna koncentracja i skupienie w jej wykonaniu miały miejsce wyłącznie w pracy. Gdy zasiadała nad szkicownikiem, zastygała niczym kamień. Ktoś postronny mógłby odnieść wrażenie, że nie oddycha albo nie żyje. A jednak spod ołówka tej ludzkiej rzeźby wychodziły rzeczy niebywałe, wręcz natchnione.

Tymczasem Monika, mimo wpisanego w geny szalonego temperamentu rudowłosej, stworzona została do bycia spokojną, uczuciową i zwyczajnie dobrą. Kobietą przez duże K – namiętną kochanką i oddaną domowemu ognisku westalką jednocześnie, która najchętniej pichciłaby obiadki dla licznej familii. Ale życie spłatało jej figla. Nie dość, że poszła na studia, aby zrobić przyjemność rodzicom za ich życia, nie dość, że przejęła po nich biznes, by nie zawieść ich zaufania po śmierci, to na dodatek trafiła na drania, któremu nie potrafiła dogodzić, choć tak bardzo się starała. Tu i teraz obudziła się z ręką w przysłowiowym nocniku i z rozdeptanym poczuciem własnej wartości. Przynajmniej nie musiała się martwić o finanse i ewentualny podział majątku. Wszystko formalnie należało do niej i mąż nie miał nic do gadania, zwłaszcza że zrezygnowała z orzekania o winie, by nie przedłużać procedury. Marzyła, żeby małżonek dał jej święty spokój i przeszedł do historii. Właśnie dlatego uznała, że skorzysta z propozycji przyjaciółki.

 

Zebrała się w sobie i w połowie stycznia, niczym huragan Kate, wparowała do własnej firmy i wezwała nowego dyrektora do spraw organizacyjnych.

– Wyjeżdżam na jakiś czas. W połowie przyszłego miesiąca przejmujesz dowodzenie. Pasuje?

– Eee… – Zaskoczony mężczyzna zrobił głupią minę, ale szybko pozbierał się i stanął na baczność. – Tak jest!

– Czy jest coś, czego ode mnie potrzebujesz, zanim wyjadę?

– Tak. Co mam zrobić ze złodziejami? Znowu zaczęły się kradzieże na produkcji.

– Złodziejami czego?

Kradzieże zdarzały się w każdej branży, ale w przypadku piekarni wydawało się, że nie licząc bułek, nie ma czego ukraść. Nic bardziej mylnego. O ile małe złodziejstwo czy konsumpcja gotowego pieczywa na miejscu nikogo specjalnie nie dziwiły, o tyle uszycie specjalnych spodni do wynoszenia świeżych jaj zasługiwało na wzmiankę. Gdyby nie fakt, że ów przestępca racjonalizator zazwyczaj nie chodził okrakiem, zapewne nikt by go nie nakrył. Tymczasem w swoich majtach facet regularnie wynosił poza wytwórnię dziesiątki jaj, tym samym narażając firmę na straty.

– Co tym razem? Znów ktoś uszył sobie magiczne gacie? A może chodzi o drożdże?

– Gorzej. – Dyrektor poskrobał się po głowie. – Odkąd zaczęliśmy produkować pizzerinki, giną całe bloki żółtego sera.

– Też wynoszone w nogawkach? – zdziwiła się Monika.

Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić delikwenta z blokiem nabiału w spodniach.

– Nie wiem. Ale z ostatnich dostaw znikło około dwudziestu procent. Co mam robić? Ważyć ludzi przed przyjściem do pracy i przy wyjściu?

– Przecież zaraz zwalą się nam na głowę jacyś oszołomi od dyskryminacji pracowniczej! – Monika zdenerwowała się nie na żarty. – Wymyśl coś lepszego. Jak wrócę i uznam, że zdałeś egzamin, dostaniesz awans i podwyżkę. Pasuje?

Zagrywka była iście pokerowa. Zaskoczonego dyrektora omal nie zatkało na dobre. Jako jeden z nielicznych, którzy traktowali interesy szefostwa z atencją zbliżoną do tej, z jaką traktuje się sprawy własne, nie spodziewał się aż takiej propozycji. Teraz, cały w lansadach i bliski bicia pokłonów, wycofał się do drzwi.

Monika omal nie roześmiała się w głos. Dopiła kawę, wydała kilka poleceń sekretarce i wybrała w telefonie numer Ewy.

– Na kiedy dokładnie zrobiłaś tę rezerwację? – zapytała bez wstępów.

– Połowa lutego.

– To idę się pakować.

– Nie za wcześnie? – roześmiała się tamta.

– Nie. Ja tam wolę wszystko wcześniej sobie przygotować.

– Grzeczna dziewczynka!

Ewa była pewna, że zanim Ruda podjęła decyzję, musiała stoczyć sama ze sobą ciężką walkę. Skoro zdecydowała się pozostawić pracę, swoje oczko w głowie, komuś obcemu na czas bliżej nieokreślony, należała się jej porządna nagroda.

Oczywiście przed wyjazdem obie dziewczyny uznały, że koniecznie muszą uzupełnić domniemane braki w garderobie. Zaliczyły rajd po najnowszej krakowskiej galerii handlowej i załapawszy się na styczniowe wyprzedaże, z radością powitały hiszpańskie słońce w nowych ciuchach.

– No, pogoda tutaj tyłka nie urywa… – Ruda na lotnisku kłapała z zimna zębami.

– A oczekiwałaś cudów? Przecież to zima. Wzięłaś sobie coś cieplejszego niż ta bajerancka ramoneska?

– Tak, mam w walizce. – Monika zgrzytnęła zębami i na cały regulator podkręciła ogrzewanie w wypożyczonym samochodzie. Sprawnie wklepała w nawigację docelowy adres i energicznie ruszyła z parkingu.

– Wyłącz światła – mruknęła Ewa.

– Co?

– Wyłącz światła mijania. Tu się nie jeździ na światłach przed zmrokiem. Tylko w tunelach masz włączać.

– No masz, a ja myślałam, że to unijny wymysł.

– No bo to prawda. Ale tutaj słońce pada pod innym kątem i nie trzeba. Ostatnio policja goniła mnie po Barcelonie, żeby mnie o tym poinformować.

– Co kraj, to obyczaj. A co będziemy robić, skoro o plażowaniu nie ma mowy?

– Nie zrzędź. Będziemy odpoczywać. Dziś się zadomowimy, zrobimy jakieś zakupy, napijemy się dobrego winka i przekąsimy nieco lokalnego jamona. A za kilka dni dołączy do nas Maciek, więc będzie wesoło. Zobaczysz, spodoba ci się misiaczek. – Ewa roześmiała się swobodnie.

Kompletnie nie zwróciła uwagi na rzucone z ukosa badawcze spojrzenie przyjaciółki.

– Rzeczywiście taki fajny ten gość?

– Jakby nie był fajny, nie kontynuowałabym znajomości. To po prostu dobry kolega. Przyjaciel. I zero hormonów. Paniatno?

Ruda, zmęczona podróżą bardziej, niż się spodziewała, tylko niemrawo skinęła głową.

Urocze mieszkanko, wbrew oczekiwaniom, nie powaliło przyjaciółki na kolana. Marzyła, by dostać wszystko pod nos, jak w systemie hotelowym, a tymczasem musiała się o siebie zatroszczyć.

– Wiesz, chyba właśnie uszła ze mnie cała para – zauważyła. – Zamiast cieszyć się odmianą, naszły mnie czarne myśli. Czuję się jakaś taka beznadziejnie pusta i bez ducha. Taka byle jaka i gówno warta – jęknęła.

To było zupełnie niepodobne do Moniki. Ewa natychmiast przysiadła obok przyjaciółki.

– Nie łam się, mała. Damy radę, zobaczysz. – Poklepała ją pocieszająco po kolanie.

– Wiesz, jak mi ciężko? Staram się, jak mogę, a i tak wszystko wygląda do dupy. Cholerna czarna dupa! Jakaś pieprzona beznadzieja. To minie?

– No, też sobie znalazłaś autorytet… – skwitowała z przekąsem Ewa i przytuliła Rudą. – Ale skoro już tu jesteśmy, rusz łaskawie swoje kształtne cztery litery, bo pójdziemy coś zjeść. Pokażę ci miasteczko.

– Przecież to jakaś megadziura!

– Za to jaka urocza.

Monice wkrótce poprawił się nastrój i zrobiła się bardziej podatna na rozruszanie. Choć było z nią znacznie gorzej, niż przypuszczała Ewa, która nie mogła się wprost doczekać, kiedy wreszcie nadciągnie pomoc w postaci Maćka.

Wierzyła, że poczciwy olbrzym spodoba się Monice, ale też nie spodziewała się, że zaiskrzy między nimi aż tak szybko. Parę razy w swoim życiu widziała, jak między dwojgiem ludzi iskrzy, ale w przypadku tej dwójki już po prezentacji zauważyła coś na podobieństwo wyładowań elektrycznych.

Po kilkumiesięcznej rozłące miała nadzieję spędzić z przyjacielem nieco czasu i liczyła na świetną zabawę we troje, lecz najwyraźniej się przeliczyła. Dwie najbliższe jej osoby tak bardzo przypadły sobie do gustu, że pod koniec pierwszego wspólnego wieczoru poczuła ukłucie zazdrości. Maciek nieprzerwanie gapił się na Rudą jak cielę na malowane wrota, a ta z rozdziawionymi ustami słuchała jego barwnych opowieści. Ewa przytomnie uznała, że jej obecność jest zbędna, więc od kolejnego spotkania wykręciła się bólem głowy i pozostawiła zauroczoną sobą parę w spokoju. Pokręciła tylko głową z niedowierzaniem.

Jeszcze nigdy nie była świadkiem czegoś podobnego, więc teraz z całej siły i ze szczerego serca pozazdrościła przyjaciółce. Sama od dawna skrycie marzyła o podobnej intensywności, tymczasem, nie licząc kilku sercowych niewypałów i urojonych romansów, musiała obchodzić się smakiem.

– Jak to jest? – zapytała przy śniadaniu.

– Wspaniale! – Ruda z lubością wgryzła się w ociekającą masłem grzankę.

– Przecież ty tego nie szukałaś…

– No właśnie. Bo jak się szuka, to się nie znajduje. Chyba właśnie o to chodzi w tym całym pokichanym życiu. Że na siłę nic się nie da.