Wszystko nie tak !

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

ZAMYŚLONA WSTAŁA OD stolika i z impetem rąbnęła w szeroką męską pierś.

– Och, sorry! – Zachwiała się oszołomiona.

Umięśniony męski tors okazał się dość twardy.

– To ja przepraszam. Wlazłem ci w drogę – odezwał się wiking po polsku. – Nie chciałem cię przestraszyć.

– Nie, nie. Nic nie szkodzi. Czy my się znamy? – Spojrzała zaciekawiona.

– Jeszcze nie. Ale właśnie mam zamiar to zmienić. Jeśli pozwolisz: Maciek.

Ewa zmierzyła nowego znajomego od stóp do głów. Był mężczyzną potężnym, wręcz zwalistym. Jego wielkie łapska rozmiarem przypominały bochny chleba, szerokie bary nasuwały skojarzenie z szafą, a kwadratowa szczęka nadawała mu nieco pierwotny wygląd i sprawiała, że jego uśmiech był z lekka drewniany. A pokryte jasnymi włoskami opalone przedramiona w obwodzie na oko szersze niż uda Ewy.

W sumie gość sprawiał całkiem sympatyczne wrażenie. Nie wyglądał na mordercę, a Ewa nie miała żadnych planów.

Zaintrygowana wróciła na wiklinowy fotel.

– Czym się zajmujesz? – zapytała. – No i co robisz w tym miejscu poza sezonem urlopowym?

– Właśnie jestem w pracy. Pracuję w branży morskiej. A konkretnie zajmuję się systemami zabezpieczeń na tankowcach i platformach wiertniczych. Jestem niezależnym specjalistą, więc moja korporacja co jakiś czas ciska mną po świecie. Teraz mam chwilę wolnego, a pojutrze biorę udział w międzynarodowej konferencji naftowców w Barcelonie. A ty? Jesteś tutaj sama? Nie jestem wścibski, ale nie chciałbym oberwać po gębie od jakiegoś wściekłego zazdrośnika – zażartował.

– Ty? Oberwać? Chyba od samobójcy! – roześmiała się Ewa.

Obawa była raczej irracjonalna, bo jej nowy znajomy mógł bez wysiłku odstraszyć posturą nawet zgraję rozochoconych kiboli.

– Nie no, tak tylko pytam. Bo przez przypadek podsłuchałem twoją rozmowę. Ktoś cię skrzywdził? – zainteresował się.

– Tak. Nie. – Ewa zawahała się na moment. – Właściwie to skrzywdziłam się sama. Dlatego właśnie jestem tak wściekła.

– Cóż, bywa – mruknął filozoficznie Maciek.

– Sama się nakręciłam, choć przecież sama nie wymyśliłam pewnych rzeczy. Trudno, jakoś to przeżyję. A skoro już tu jestem, zamierzam skorzystać i odpocząć. – Odgarnęła z oczu blond grzywkę.

Ostatnio dała się namówić fryzjerce na zdecydowaną asymetrię. Efekt był taki, że włosy co chwila wchodziły jej do oczu.

Nowy znajomy sprawiał bardzo sympatyczne wrażenie, więc po dłuższej chwili rozmowy pozwoliła się namówić na spacer po okolicy. Nie miała jeszcze czasu, by zwiedzić miasteczko, i pewnie gdyby nie propozycja Maćka, nie zrobiłaby tego wcale. Znając życie, zaszyłaby się w hotelowym pokoju i pogrążyła w czarnej rozpaczy. Sto razy wyrzuciłaby sobie własną głupotę, dorzuciła do tego milion westchnień i zapewne pochlipałaby nieco z powodu złamanego serca. Tymczasem obecność wikinga nie pozwalała jej na roztkliwianie się i rozmyślania o Carlosie.

Maciek skutecznie zajął Ewę rozmową, a że był urodzonym gawędziarzem, nawet się nie zorientowała, kiedy nastał wieczór. Zmęczeni przysiedli w kawiarnianym ogródku. Maleńki ryneczek rozświetlony starymi lampionami sprawiał wrażenie jakby żywcem przeniesionego z dawnej epoki. Z okiennych donic zwisały różnokolorowe kwiaty. Było w tym coś tak urokliwego, że Ewa aż wstrzymała oddech.

– Boże, jak tu jest cudownie! Chyba mogłabym tutaj zamieszkać – westchnęła zachwycona.

– A w czym problem? Mówisz i masz. – Maciek wzruszył ramionami i ruchem głowy wskazał za plecy swojej towarzyszki. – „Mieszkanie do wynajęcia od zaraz”. To na ostatnim piętrze.

– No coś ty? – Ewa ze śmiechem odwróciła głowę.

– Poważnie. W oknie wisi tablica z informacją.

– Ale ja nie mogę się przenieść. A szkoda.

– A niby czemu? Ze swoim zawodem możesz pracować wszędzie, a tutaj ostatnio sporo się buduje. Sama mówiłaś, że masz powyżej uszu nowobogackich pałacyków i dworków. Mogłabyś rozwinąć skrzydła.

– A język? Po hiszpańsku znam tylko „dziękuję” i kilka przekleństw.

– Się nauczysz – skwitował tę wątpliwość Maciek, wzruszając ramionami.

Zupełnie jakby przeprowadzka do innego kraju i nauka nowego języka były czymś, co się robi kilka razy w roku.

– Ech, marzenie – odparła cicho Ewa, ale myśl już zakiełkowała w głowie. Może przeprowadzka to zbyt duże wyzwanie, ale w sumie po powrocie do Polski mogłabym zacząć uczyć się hiszpańskiego, pomyślała.

Koszmarny i męczący dzień, dziwnym zbiegiem okoliczności zakończony uroczym wieczorem, właśnie dobiegł końca. A Ewa czuła, że jeśli za chwilę się nie położy, przewróci się ze zmęczenia. Z trudem tłumiła ziewanie.

Jej bystry towarzysz i tak się domyślił.

– Tylko nie zaśnij mi w drodze do hotelu! Żebym nie musiał cię nieść.

– Przy mojej wadze pewnie byś tego nawet nie poczuł.

Wizja targania przez osiłka wywołała na jej twarzy uśmiech. Mimo że Maciek nie był w jej typie, uznała, że spokojnie mogłaby się z nim zaprzyjaźnić. Chemia umysłów to rzecz spotykana nieczęsto, a uczucie, że wie się, co myśli i co za chwilę powie twój rozmówca, jest nie do przecenienia.

Tak właśnie było w przypadku Maćka. Jego postura i wygląd nasuwały skojarzenia z tępym mięśniakiem z epoki kamienia łupanego, tymczasem wewnątrz krył się prawdziwy intelektualny diament. Do tego właściciel tych przymiotów w najmniejszym stopniu nie sprawiał wrażenia zainteresowanego nową znajomą, więc Ewa bez oporów pozwoliła zaprosić się nazajutrz na rejs turystycznym stateczkiem. Ustaliła, że spotkają się na śniadaniu, i poczłapała do siebie.

Była tak wykończona, że darowała sobie dokładniejsze ablucje, zgasiła światło i jak nieżywa gruchnęła na łóżko. I pewnie zasnęłaby w sekundę, gdyby nie wyrżnęła głową o masywne rzeźbione wezgłowie.

– Jezu! – krzyknęła.

Uderzenie zamroczyło ją nieco, ale przytomnie sięgnęła do hotelowego minibaru i przyłożyła do czoła butelkę schłodzonego dżinu. Marzyła o śnie, ale ból rozsadzał jej czaszkę. Poza tym bała się, że jeśli nie przytrzyma zimnego okładu dostatecznie długo, nabawi się solidnej śliwki. Tymczasem prowizorka ogrzała się zbyt szybko, więc Ewa zamieniła dżin na puszkę piwa San Miguel i poszła do łazienki ocenić szkody.

W okolicy brwi widać było wyraźne zasinienie, ale dzięki Bogu żadnego rozcięcia.

Uznała, że ma dość. Wyjęła z lodówki ostatnią zimną butelkę – tym razem padło na whisky – i przywiązała ją sobie rajstopami do czoła. Po czym odpłynęła w objęcia Morfeusza.

Rano obudziły ją mdłości. Z trudem usiadła na łóżku, ale zawroty głowy skutecznie ostudziły jej zapał i z powrotem przygwoździły do poduszki. Z jękiem sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić, która godzina.

Właśnie kończyła się pora śniadania.

Jeszcze ta umowa z Maćkiem, pomyślała. Uznała, że jakoś musi się zwlec, ale rozważania przerwał jej dźwięk hotelowego telefonu.

– Cześć, to ja. – Po drugiej stronie rozbrzmiał ciepły męski głos. – Zaspałaś? Czy coś się stało?

– Nie. To znaczy w nocy omal się nie zabiłam o własne łóżko. Ale żyję. Tylko łeb mnie napiernicza i mam mdłości.

– Pewnie wstrząs mózgu. Leż spokojnie, zaraz przyniosę ci coś do jedzenia.

Chciała zaprotestować, ale Maciek się rozłączył, a ona nie znała numeru jego pokoju i nie mogła oddzwonić. Co prawda nie była nim zainteresowana jako mężczyzną, ale też za nic nie chciała, żeby oglądał ją w takim stanie. Nie dość, że wyglądała tak, jakby przejechał ją czołg, a wieczorem porządnie nie zmyła makijażu, to jeszcze nie miała na sobie niczego, bo nie chciało jej się szukać piżamy. Sytuacja zmuszała, by spiąć tyłek i wziąć się w karby, na co wcale nie miała ochoty.

– Cholera by go wzięła! Opiekun się znalazł z bożej łaski. Szlag by go trafił! – wymamrotała w drodze do łazienki. – O matko święta… – wyszeptała na widok swojej twarzy w lustrze.

Guz przybrał efektowne odcienie wiśni i fioletu, ale nic nie wskazywało, że ma zamiar rozlać się wokół oka.

Ostrożnie umyła twarz. Zostawiła lekko uchylone drzwi na korytarz i walcząc z zawrotami głowy, weszła pod prysznic. Już kończyła, gdy dobiegło ją powitanie.

– Jestem, jestem! Już wychodzę! – odkrzyknęła z łazienki. Szybko narzuciła na siebie kwiecistą tunikę, byle jak wytuszowała rzęsy.

Weszła do pokoju i omal nie padła z wrażenia.

Maciek zorganizował dla niej całą ucztę. Matko, chyba zgarnął wszystko, co zostało po śniadaniu?, pomyślała na widok mnogości jedzenia.

– Co ci nałożyć? – zapytał zadowolony, nachylając się nad stolikiem. – Jajeczniczka? Może tosty? Przed chwilą zrobiłem. Spójrz, jakie chrupiące.

– Nie, dzięki. Nie mogę patrzeć na jedzenie. Mam nudności i zawroty głowy.

– Uuu, nieźle przysadziłaś. – Maciek okiem znawcy otaksował guza.

Spędziwszy wiele czasu na morzu i w portach, nieraz naoglądał się podbitych oczu i rozkwaszonych nosów. Rozcięte wargi, sińce i powybijane zęby również nie należały do rzadkości. Czasem miewał wrażenie, że widzi sceny jak z filmu o piratach. Jedyną różnicą było to, że portowa rzeczywistość była całkowicie wypruta z romantyzmu.

Zaproponował Ewie kawę i tabletki przeciwbólowe.

– Tylko takie znalazłem, ale powinny trochę ci ulżyć. – Wycisnął z blistra pastylkę i nalał kawy do kubka. – Coś musisz przełknąć. Inaczej przez cały dzień nie będziesz się do niczego nadawać.

– Ech, szkoda, że przepadnie nam rejs… – westchnęła zawiedziona, bo zdążyła się już nastawić na wycieczkę.

– Najwyżej popłyniesz sobie jutro.

– Sama? Nie sądzę, żeby mi się chciało. – Posmutniała wyraźnie.

Szczęśliwie około południa dolegliwości minęły i po obfitym posiłku rekonwalescentka uznała, że spokojnie może się wybrać na rejs w wydaniu skróconym. A Maciek powitał ten pomysł z niekłamaną radością. Pływanie uwielbiał od zawsze, kochał bujanie statku na falach, na olbrzymich tankowcach bywało to raczej mało odczuwalne. Ale i tak otwarta przestrzeń i nieustający chlupot rozbijanej kadłubem wody zawsze poprawiały mu humor.

 

Także i teraz cieszył się jak dziecko. Zadowolony zabawiał Ewę anegdotami. Bawiła się tak świetnie, że zanim się spostrzegła, z powrotem dobili do przystani.

– Dziękuję za zaproszenie. – Uśmiechnęła się.

Po czym wspięła się na palce, najwyżej jak mog­ła, i cmoknęła zaskoczonego Maćka w okolice brody.

– Ech, nie jestem z gumy… A ty mógłbyś przynajmniej trochę się pochylić. – Sprytnie obróciła niezręczność w żart. – I dziękuję za poranny ratunek.

Sprawiała wrażenie, że chce się pożegnać. Maciek wyczuł to natychmiast.

– Jeszcze z tobą nie skończyłem. – Mrugnął łobuzersko. – To mój ostatni wolny dzień, więc wypuszczę cię dopiero po kolacji. Teraz godzinka sjesty i idziemy w miasto, moja pani! – zakomenderował.

Rozbawiona Ewa chętnie przystała na propozycję.

– Dzięki. A zatem za godzinkę. No to pa! – Odwinęła się na pięcie i z ulgą pognała na piętro.

Nie znosiła morskiej wody, a podczas rejsu fala parę razy opryskała ją solidnie. Przesycone solą powietrze również zrobiło swoje i teraz miała wrażenie, że cała jej skóra się lepi.

Z przyjemnością wzięła kąpiel, zerknęła na zegarek. Pozostało jeszcze sporo czasu.

Nie zdążyła zgłodnieć po porannym obżarstwie, więc skierowała kroki do lodówki z napojami. Wino z minionego wieczoru zdążyło się już schłodzić. Potrząsnęła butelką, żeby się upewnić, ile go zostało, i upiła mały łyk. Nigdzie nie znalazła stosownego naczynia, ale uznała, że w samotności śmiało może napić się z gwinta.

Wyszła na balkon z butelką w dłoni i wygodnie umościła się na leżaku. Przyjemnie ciepłe powietrze owiewające jej twarz sprawiło, że popadła w leniwy błogostan. Byłaby usnęła na dobre, gdyby nie energiczne stukanie do drzwi. W wydaniu Maćka było jak piekielny łomot.

Podskoczyła jak oparzona.

– Zaraz! Zaczekaj na dole, muszę się ubrać! – zawołała, przeklinając w duchu punktualność towarzysza.

Jak nieprzytomna miotała się po pokoju w poszukiwaniu bluzki, którą przygotowała przecież wcześniej. W końcu znalazła ją w łazience, gdzie po raz kolejny przypudrowała okolice guza. W ciągu dnia kamuflaż załatwiały duże przeciwsłoneczne okulary, ale teraz słońce już zaszło. Naciągnęła grzywkę na czoło, psiknęła lakierem do włosów i po kilku minutach zameldowała się przy recepcji.

– Jakie plany? Tylko błagam, bez łażenia po mieście – poprosiła.

Po wczorajszym zwiedzaniu nogi wlazły jej w miejsce, gdzie kończą się plecy.

– Kolacja na rynku? – rzucił Maciek z błyskiem w oku i podstawił łokieć.

– Tak! – przystała ochoczo i wzięła go pod rękę, choć miejsce, gdzie zwykle powinno być męskie ramię, tym razem wypadało mniej więcej na wysokości jej podbródka.

Spędzili uroczy wieczór i Ewa nie mogła odżałować, że to ostatnie wspólne chwile. Szczerze polubiła poczciwego olbrzyma i wyraźnie posmutniała na myśl o rozstaniu. Wprawdzie w Polsce Maciek mieszkał w Chrzanowie, czyli całkiem niedaleko Krakowa, ale teraz wypływał w dwumiesięczny rejs na jakimś nowym tankowcu.

– Nie masz nawet pojęcia, jak bardzo mi pomogła twoja obecność – powiedziała pod koniec. – Normalnie niebiosa mi ciebie zesłały.

– No coś ty?

– Poważnie. Zapewniłeś mi tyle atrakcji i tak szczelnie wypełniłeś mój czas, że nie miałam nawet chwili, by pomyśleć o moich pokręconych sercowych przygodach.

– He, he! – Olbrzym roześmiał się tubalnie. – To jeszcze nie koniec.

– Że co?

– Zaraz zobaczysz.

Szybko uregulował rachunek i pociągnął Ewę w kierunku pobliskiej kamienicy. Pchnął wielkie drewniane drzwi. Ustąpiły przy głośnym akompaniamencie skrzypiących żelaznych zawiasów.

– Co ty wyprawiasz? – zaniepokoiła się. – Chcesz mnie zgwałcić w tej bramie czy co?

– Zwariowałaś? Przecież jakbym chciał, to wybrałbym jakieś wygodniejsze miejsce. Za stary jestem na szybkie numerki po bramach – roześmiał się głośno, a Ewa mu zawtórowała.

Zatrzymali się na ostatnim piętrze. Maciek nacisnął na dzwonek.

– Gdzie jesteśmy? – Ewę wprost skręcało z ciekawości.

– Naprawdę nie poznajesz? – zapytał.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo w drzwiach stanęła leciwa Hiszpanka. Gestem zaprosiła ich do środka.

Ewa, która w końcu domyśliła się, gdzie się znalaz­ła, jak urzeczona przyglądała się mieszkanku w stareńkiej kamienicy. Niewielkie okna z masywnymi żaluzjami i grube mury sprawiały, że lokum robiło wrażenie swojskiego i przytulnego. Oryginalne rustykalne wyposażenie znacząco odbiegało od nowoczesnych podróbek. A widok łazienki, gdzie na honorowym miejscu stała żeliwna wanna na lwich łapach, wywołał jęk zachwytu.

– I jak ci się podoba? – zapytał Maciek, gdy wyszli na nieduży taras na dachu.

– Podoba? Jestem zachwycona!

Oczarowana Ewa gapiła się na morze, gdzie w oddali migotały jasne światełka wycieczkowych statków.

Po kwadransie podziękowali właścicielce i wyszli na zewnątrz.

– Wiesz, gdybym miała się gdzieś przenieść, to właśnie w takie miejsce – westchnęła smutno rozmarzona Ewa w drodze do hotelu.

– Wcale ci się nie dziwię. A na wypadek, gdybyś kiedyś zmieniła zdanie, masz tutaj namiary do tej babuleńki. Mieszkanie jest do wynajęcia od zaraz. I to za niewielkie pieniądze.

– Wariat! – parsknęła śmiechem, ale schowała wizytówkę do torebki.

Nazajutrz, by zdążyć na czas do Barcelony, Maciek musiał opuścić hotel jeszcze przed świtem, więc wieczorem wymienili się telefonami i namiarami na internetowy czat. Do tej pory Ewa nie sądziła, że na morzu można korzystać z internetu, ale Maciek szybko wyprowadził ją z błędu. W dobie łączności satelitarnej możliwe było wszystko.

Z żalem pożegnała się i poszła do swojego pokoju.

Powrotny samolot do Polski miała dopiero wieczorem następnego dnia, uznała zatem, że może spać do południa. W końcu muszę kiedyś odrobić senny deficyt z poprzedniej nocy, pomyślała. A poza dojazdem na lotnisko i zakupami w strefie wolnocłowej nie mam na ten dzień żadnych planów.

Był już późny wieczór, a ją jak na złość opuściła senność. Przez godzinę przewracała się z boku na bok, aż w końcu zrezygnowała i przeniosła się na balkon. Hiszpańskie listopadowe noce nie są zbyt ciepłe, a w ciągu dnia mury nie nagrzewają się wystarczająco, więc szczelnie owinęła się hotelową narzutą i rozłożyła na leżaku. Zagapiła się w niebo i odetchnęła głęboko. Przymknęła oczy, licząc, że w końcu zmorzy ją sen.

Nic z tego.

Przypomniała sobie o resztce wina. Wstała i uważając, by nie potknąć się o spowijającą ją pikowaną tkaninę, poczłapała do lodówki. Na dnie butelki chlupotało jeszcze trochę wytrawnego trunku.

Bezskutecznie czekając na Morfeusza, po kolei analizowała ostatnie wydarzenia. Z perspektywy kilku dni pomysł przyjazdu tutaj wydał jej się na tyle kuriozalny, że uśmiechnęła się do siebie. A wspomnienie miny zaskoczonego Carlosa sprawiło, że parsknęła śmiechem. Ale wciąż było jej przykro, że ją oszukał, wciąż bolało urażone ego. I co gorsza zdawała sobie sprawę, że chyba wciąż czuje do niego miętę.

Poznanie i obecność Maćka bardzo jej pomogły pozbierać się emocjonalnie, ale nowy znajomy kompletnie nie nadawał się do wykorzystania w sprawdzonym systemie „klin klinem”. Dobrze czuła się w jego obecności, podobało się jej, jak o nią dba, ale poza ewidentnym intelektualnym powinowactwem nie zauważała żadnej innej, a już zwłaszcza damsko-męskiej, chemii. Maciek skutecznie zajął jej czas i myśli, tylko że na krótko.

Na zbyt krótko.

Przymknęła oczy i znów wyobraziła sobie Carlosa – jak na nią patrzy, jak bierze za rękę, by finalnie zdjąć z niej ubranie. Do ostatniego fatałaszka. W jego wzroku było coś tak hipnotyzującego, że wystarczyło wspomnienie, by Ewa poczuła dreszcz podniecenia.

– Ech! – parsknęła, wściekła na siebie i na te głupie miłosne rojenia, w dodatku bez szans na realizację. Czuła, że boli ją dusza.

Spod powiek popłynęły łzy, nie wiadomo, czy bezsilności, czy żalu po utraconej miłości. Ewa rzadko kiedy pozwalała sobie na płacz, ale teraz dała upust obfitej fontannie, licząc na szybką ulgę. I w końcu zasnęła z nadzieją, że nazajutrz będzie lepiej. Musi być lepiej!, postanowiła.

Zwłaszcza że w Krakowie czekała na nią masa obowiązków. I tych zawodowych, i tych prywatnych. Od miesięcy nie mogła się zebrać, by uporządkować domek letniskowy, który odziedziczyła po babci ze strony ojca i wkrótce miała zamiar wynająć turystom. Położona w Myślenicach, tuż nad brzegiem Raby, posesja była aktualnie tak zapuszczona, że wstyd było pokazać ją komukolwiek. Już sama sprawa letniej daczy będzie wymagać sporo zachodu, doszła do wniosku. O zawodowych zobowiązaniach nie wspominając.

ROZDZIAŁ 3

RANO OBUDZIŁA SIĘ z nadzieją, że przestaną ją w końcu nękać myśli o Carlosie.

Bo tak to już w życiu jest, że im bardziej nie chcemy o czymś myśleć, tym myślimy częściej. Otaczająca nas rzeczywistość jest perfidna i podsuwa nam niechciane skojarzenia. Nagle zaczynamy wyłapywać słowa piosenek, do których nigdy nie przywiązywaliśmy wagi. Nagle każdy przedmiot, każda czynność czy sytuacja wymusza wspomnienia. Na widok każdej pary mijającej nas na ulicy trafia człowieka szlag. Umysł płata figle i kieruje zgoła neutralne myśli na takie tory, że ich tok, mimo usilnych starań, i tak zawsze doprowadza do bolesnych przeżyć. Po prostu nagle kojarzy się wszystko. Gdybyż tylko móc wyrzucić z głowy te przeklęte natręctwa! I żeby wreszcie przestało boleć!, dumała Ewa, leżąc w łóżku.

Od zawsze wiedziała, że płaci się w życiu za wszystko, ale nie sądziła, że endorfiny kosztują aż tyle. Nie była już nieopierzoną młódką i miała świadomość, że niektóre rzeczy bywają drogie. Zbyt drogie. Zwłaszcza miłość. Tu opłaty były aż nazbyt słone. Szczególnie za tę szczerą, czystą. Kiedy traci się poczucie tego, co tu i teraz.

Tak, zdawała sobie sprawę, że tym razem przesadziła. Nie było to pierwsze zakochanie w jej życiu, lecz pierwsze tak silne, że utraciła kontakt z rzeczywistością. Do pewnego momentu próbowała się opanowywać i zachowywać trzeźwość umysłu, ale poległa z kretesem. Postawiła wszystko na jedną kartę. Była tak szczęśliwa, że nie chciała się powstrzymywać czy ograniczać.

– Wiem, że kiedyś za to zapłacę, ale przynajmniej będę wiedzieć za co – powiedziała jakiś czas temu do Moniki.

Ta, przerażona, aż złapała się za głowę.

– Boże, dziewczyno, nie angażuj się tak po całości! Przecież ledwie tego gościa znasz!

– A niby czemu nie? Ja go chcę, on mnie chce.

– Jesteś pewna tego drugiego? – powątpiewała Monika.

No właśnie. Choć Ewa bardzo tego pragnęła, nie była. Ani w trakcie tej rozmowy, ani tym bardziej po zderzeniu z rzeczywistością. Uzyskała co prawda kilka ustnych deklaracji i kilka zawoalowanych aluzji na piśmie, ale było to zbyt mało, by mieć pewność.

Teraz miała opuścić słoneczne hiszpańskie wybrzeże ze złamanym sercem. Ze smutkiem pomyślała o dżdżystej polskiej aurze, pożegnała się z recepcjonistą i doturlała walizkę na parking.

– Niech to cholera! – jęknęła na widok wgniecionego błotnika.

Była pewna, że wcześniej samochód był cały. Nie licząc dojazdu z lotniska i wizyty u Carlosa, nie używała go wcale, zatem zawinił ktoś inny. Doskonale pamiętała, że w wypożyczalni podpisywała specjalny protokół zdawczo-odbiorczy, w którym wyszczególniono tylko jedną małą rysę na drzwiach od strony kierowcy. Sprawdziła, czy przypadkiem sprawca nie włożył za wycieraczkę jakiejś informacji, a nie znalazłszy niczego takiego, podeszła do budki parkingowego z pytaniem o nagranie z monitoringu. Zaspany mężczyzna odpowiedział łamaną angielszczyzną, że o niczym nie wie. I że generalnie przecież nic wielkiego się nie stało. A poza tym to on ma poobiednią sjestę.

– A żebyś dostał podagry, leniwy baranie! – zaklęła Ewa po polsku i walcząc z wściekłością, uruchomiła silnik wypożyczonego auta.

Ponadgodzinna podróż na lotnisko sprzyjała rozmyślaniom.

Jako urodzona pragmatyczka i osoba więcej niż konkretna doskonale wiedziała, że z dnia na dzień smutek i złość będą maleć. Była nieszczęśliwie zakochana już kiedyś i wiedziała, że to fatalne uczucie mija z czasem. Jednak ta świadomość na razie nie przynosiła jej ulgi. O ile kiedyś, w czasach liceum, gdy bez pamięci zadurzyła się w koledze z równoległej klasy, winna była szczenięca naiwność i buzujące hormony, o tyle teraz winą mogła obciążyć co najwyżej własną głupotę i pragnienie miłości. Tej jedynej, takiej na całe życie. Cóż mogła poradzić, że pragnęła jej tak mocno, może nawet zbyt mocno, skoro najwyraźniej miała w życiu pecha? Może nie była klasyczną pięknością, ale całkiem miłą i ładną kobietą. Jej drobna sylwetka i wygląd niewiniątka niejednego wyprowadzały w pole.

 

Pozbawiona większych złudzeń zwykle twardo stąpała po ziemi. Przez lata przyzwyczajona do samodzielności potrafiła sobie poradzić z większością problemów. I zamiast stać się celem czyjejś troski i opieki, nieraz lądowała na odwrotnej pozycji. Dołożywszy do tego fakt, że również i zawodowo radziła sobie nieźle, nikomu z jej otoczenia nie przyszłoby do głowy, że czegokolwiek jej brak.

Gdy samolot osiągnął pułap przelotowy, poluzowała nieco pas. Jakoś nie mogła nauczyć się po­dróżować z rozpiętym. Ten kawałek parcianej taśmy, spięty klamrą na biodrach, sprawiał, że czuła się znacznie bezpieczniej.

Wygodnie wyciągnęła nogi przed siebie. Tym razem samolot był prawie pusty, a w efekcie również sąsiednie fotele. Przyjęła ten fakt z ulgą i umieściła na wolnym siedzeniu dwie oryginalne hiszpańskie szynki. Wielgachne kilkukilogramowe giczoły z okazałym suszonym szynkowym pośladkiem z jednej strony, z drugiej zakończone malowniczym świńskim kopytkiem. Widok owych kopytek wzbudzał w Ewie dreszcze, ale ponieważ szynki doskonale nadawały się na prezenty, stękając z wysiłku, jakoś dotaszczyła je na pokład.

Przymknęła oczy i zasłuchana w szum silników niespodziewanie usnęła.

Przespała całą drogę i obudził ją dopiero głos kapitana, który oznajmił, że niebawem nastąpi lądowanie. Ewę nieco zaskoczył fakt, że nikt nie zaczepił jej wcześniej, pod pretekstem serwowania kawy, drinków czy sprzedaży perfum.

Na miejscu wiał tak porywisty wiatr, że na moment odebrało jej oddech. Silne lodowate wietrzysko bez litości tarmosiło niedopiętą kurtkę. Mokre schodki były dość śliskie i gdyby nie uczynność starszego mężczyzny, który na chwilę przejął fizycznie pieczę nad wieprzowiną, Ewa zapewne zaliczyłaby upadek. Zasapana dopadła lotniskowego autokaru. Wcisnąwszy się w jego najdalszy kąt, uruchomiła telefon i zadzwoniła po taksówkę.

Lubiła wracać do siebie, nieważne, czy ze spotkania, czy z dalszych wojaży. Wynajęte dwupokojowe mieszkanie nie stanowiło spełnienia jej lokalowych marzeń, ale za to dawało poczucie, że przed nią jeszcze długa zawodowa droga. Jako się rzekło, Ewa preferowała proste formy i puste przestrzenie, a właśnie do takiej aranżacji jej lokum świetnie się nadawało. We wnętrzu panował styl minimum; niezbędne meble w tak zwanych barwach ochronnych, czyli niewymagających ciągłego biegania ze szmatką, oraz brak łapaczy kurzu, czyli wszelkiego rodzaju dzindzibołów o niewiadomym przeznaczeniu, w zupełności zadowalały lokatorkę. Owszem, marzyła, by z czasem nabyć coś nieco bardziej przytulnego, ale na razie, dopóki to mieszkanie stanowiło również jej biuro i pracownię w jednym, wolała skupić się na pracy. A w pracy nic nie powinno jej rozpraszać.

Jej matka, regularnie prowokowana przez ojczyma, co jakiś czas wtrącała swoje trzy grosze w tej kwestii. Adam, jej drugi mąż, niespecjalnie utalentowany inżynier od architektury sakralnej, który nigdy nie zaprojektował choćby przydrożnej kapliczki, o kościele nie wspominając, z braku innych możliwości przebranżowił się na sprzedawcę w sklepie meblowym. Nie wiedzieć kiedy połknął handlowego bakcyla i co sił ruszył wciskać komu się dało swoje meblościanki z MDF-u. W pierwszej kolejności wziął na celownik pasierbicę.

Lecz Ewa pozostawała nieugięta. Po pierwsze meble z asortymentu ojczyma nijak nie trafiały w jej gust, a po drugie nie cierpiała Adama z całego serca.

Gdy jej matka po dwóch latach wdowieństwa ponownie wyszła za mąż, córka właśnie weszła w okres buntu nastolatka. Jako że w tych okolicznościach kontestacja wszystkich autorytetów była rzeczą absolutnie normalną, podobnie jak odczucie, że ktoś próbuje jej zastąpić zmarłego ojca, Ewa zamknęła się w sobie i wszelkie próby nieudolnego tatusiowania z udziałem Adama zbywała prychnięciem albo wzruszeniem ramion. Oliwy do ognia dolał z czasem fakt, że mężczyzna, dostrzegłszy w niej rozkwitającą młodą kobietę, zaczął czynić jej awanse. Wtedy Ewa kompletnie nie zdawała sobie sprawy, czym jest pedofilia, i uznała, że zachowanie ojczyma wynika wyłącznie z chęci zbliżenia rodziny. Nie miała pojęcia, o czym świadczą te jego niby zdawkowe dotknięcia dłoni, te niby przypadkowe muśnięcia jej warg przy składaniu świątecznych życzeń. Doskonale wiedziała, że ojczym się stara. Miała go w nosie, niemniej jednak słowne pikantne aluzje sprawiły, że poczuła niepokój. Kilkakrotnie próbowała porozmawiać z matką, ale ta, doskonale wiedząc, że córka pogardza jej nowym mężem, odebrała te próby jako zemstę. Ewa zamknęła się zatem jeszcze bardziej, wycofując na obrzeża nowego rodzinnego układu.

Czarę goryczy przelała entuzjastyczna wiadomość o powiększeniu rodziny. Tego już było za wiele. Piętnastoletnia dziewczyna odebrała to jako najbardziej bolesny zamach zarówno na jej uczucia, jak i na względnie poukładany świat. Przez jakiś czas próbowała walczyć o swoje najprostszym sposobem, czyli przykuwaniem uwagi przez regularne sprawianie kłopotów, ale matka tak źle znosiła późną ciążę, że kompletnie nie miała głowy, by przejmować się humorzastą nastolatką.

Sprytny plan spalił na panewce.

Nie wiadomo, jak by się potoczyło dalsze emocjonalne życie Ewy, gdyby do akcji nie wkroczyła jej babcia. Stateczna pani po siedemdziesiątce właśnie wróciła z Ameryki, gdzie rozwiodła się po raz piąty. Oskubawszy z pieniędzy niewiernego przedsiębiorcę pogrzebowego rosyjskiego pochodzenia, po latach zjawiła się w Polsce w glorii i chwale. Szybko odnowiła stare znajomości, jeszcze szybciej nabyła dom na myślenickim Zarabiu i wkroczyła w rodzinne układy jak burza. Właśnie wtedy, sporo przed czasem, urodził się jej wnuczek, zwany przez Ewę Pokurczem, który zapewne nie dożyłby wieku przedszkolnego, gdyby babka nie zabrała zbuntowanej dziewczyny do siebie. Była spostrzegawcza, więc jak na dłoni widziała, kto, gdzie i kiedy popełnił błąd w kwestii jej wnuczki. Której dodatkowo pojawienie się małego dziecka całkiem wywróciło codzienność do góry nogami. Adam chodził tak dumny z faktu posiadania męskiego potomka, jakby się nie wiadomo jak bardzo przy tym zasłużył i napracował. Matka natomiast kompletnie zbzikowała na punkcie zdrowia chorowitego malca i wydawało się, że zapomniała o córce.

Dość powiedzieć, że po przeprowadzce do Myślenic Ewa odżyła.

Zanosiło się na to, że zrobi jej dobrze również zmiana szkoły, choć i tam pragnęła szokować punkowym stylem, glanami i nabijaną ćwiekami bransoletką. Zafarbowane na kruczoczarno włosy stroszyła paradnie jak indor i napawała się pełnymi grozy spojrzeniami nowych sąsiadek. Kilkanaście kolczyków wbitych w ucho jeden przy drugim stanowiło przedmiot jej niekwestionowanej dumy. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że w małomiasteczkowym liceum taki numer nie przejdzie, ale były przecież wakacje.

Ewie nawet nie przeszło przez myśl, że pozytywne zmiany nastąpią dużo wcześniej.

Lipcowy poranek uraczył wszystkich słońcem, więc nad rzekę tłumnie zawitali plażowicze spragnieni kąpieli w chłodnej toni. Miejsce, w którym sztucznie spiętrzono wodę rzeki Raby, zwane potocznie jazem, niezmiennie okupowali turyści. Wszędobylskie wrzeszczące dzieciaki i ich matki, wrzeszczące jeszcze głośniej, wyprowadziłyby z równowagi nawet świętego.

Ewa, która nie lubiła tumultu, poszła zatem popływać na jaz wczesnym rankiem, żeby zdążyć przed najazdem tłuszczy. Wróciła do domu, doprowadziła do ładu swój przemyślany wizerunek i z nastroszoną fryzurą, piechotą wyruszyła do piekarni po bułki.

Raźno maszerowała krzywym chodnikiem. Specjalnie nadłożyła drogi, by „przypadkiem” przejść obok domu, w którym mieszkał Marek, czyli – jak się zdążyła zorientować podczas wizyt u babci – największy miejscowy przystojniak z licealnej socjety. Pochłonięta myślami nie zauważyła, że niespodziewanie zaszło słońce. A gdy dopadła drzwi piekarni, była już mokra jak chluszcz. Oklapnięte włosy przykleiły się do czoła, a czarny tusz spłynął na policzki. Była tak wściekła, że w pierwszej chwili nie zareagowała na słowa stojącej za ladą rudej dziewczyny.