Wszystko nie tak !Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Nina Masic/Trevillion Images;

Lee Avison/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-912-7

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Przypuszczam, że moi Czytelnicy wezmą mnie w tej chwili za osobę niespełna rozumu, ponieważ postanowiłam zadedykować tę powieść mojemu psu Tornado Mimo że jest już statecznym seniorem, nadal mamy w pamięci jego zwariowaną młodość oraz czasy, kiedy jeszcze mu się chciało. Wszystkiego. Nie da się wyszacować naszych zszarpanych nerwów i ekstremalnych emocji z jego udziałem. Zliczyć jego ucieczek, pieniędzy na nagrody czy mandaty, jakie oboje z mężem grzecznie płaciliśmy za łamanie wielu przepisów przy poszukiwaniach uciekiniera. Nie da się zapomnieć wszystkich jego przygód i wyskoków, dzięki którym zaczęłam pisać. No i nie da się ukryć, że gdyby nie Tornado, nasz dom byłby pusty i nijaki, i że nie byłoby moich książek…

Po prostu należy Ci się Piesku, a zatem ta trzynasta, szczęśliwa powieść jest Twoja, a psi bohater, który nosi Twoje imię, daje czadu aż miło

Hau!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

EWA ODGARNĘŁA Z OCZU nieco przydługą jasną grzywkę i przekręciła pokrętło radia na cały regulator. Uwielbiała słuchać muzyki w samochodzie. Właściwie było to jedyne miejsce, gdzie mogła skupić się na słuchaniu. W domu zawsze pochłaniało ją coś innego i nawet jeśli gdzieś w tle brzęczało radio, nie poświęcała mu uwagi. Zwykle skoncentrowana na pracy lub własnych myślach, ostatnio odprężała się właśnie w trakcie jazdy.

Z głośników popłynęły ogniste rytmy, inspirowane Afryką, a ona, wydzierając się na cały głos, dołączyła do wokalisty. Wcześniej upewniła się tylko, że zamknęła wszystkie okna i że nikt jej nie usłyszy. Od dziecka nie zdradzała nawet najmniejszych zdolności wokalnych, a fałszowała tak, że uszy puchły. Niemniej za młodu wcale jej to nie przeszkadzało. Dopiero później, mniej więcej w wieku licealnym, zdała sobie sprawę, że kim jak kim, ale śpiewaczką nie zostanie na pewno. I przestała próbować; ostatnio złapała się na tym, że udaje nawet przy śpiewaniu Sto lat i nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. W jej wykonaniu kończyło się na otwieraniu ust. Ale teraz wykrzyczała coś w języku suahili i podrygując w rytmie rodem z murzyńskiej potańcówki, pokonała ostatni zakręt.

Świadoma, że na zewnątrz słychać charakterystyczne dudnienie, przyciszyła radio i statecznie zajechała na strzeżony parking. Skinęła dłonią na powitanie siwemu właścicielowi i jak gdyby nigdy nic zaparkowała na swoim miejscu. Zanim opuściła przytulne wnętrze, zerknęła we wsteczne lusterko, by skontrolować stan makijażu. Poprawiła morelowy błyszczyk na ustach i pogwizdując wesoło pod nosem, wbiegła do pobliskiego sklepiku.

Była głodna jak wilk, więc od razu zaatakowała zamrażarkę z gotowymi pierogami. Pechowo te z owocami właśnie się skończyły. Sięgnęła po pyzy z mięsem, dokupiła opakowanie prażonej cebulki i łypnęła w stronę witryny z wędlinami. Do pełni szczęścia brakowało jej tylko skwarek, ale słonina, zgodnie z zapewnieniem sprzedawczyni, też już „wyszła”. Do tego padł terminal do płatności kartą i właśnie skończyła się rolka z papierem do drukowania paragonów.

– Jak pech, to na całego – powiedziała do siebie sprzedawczyni.

– Ano właśnie – przytaknęła Ewa.

Słowom zawtórowało głośne burczenie w brzuchu.

Nowa rolka upadła na podłogę i poturlała się za lodówkę z napojami.

– Nie, no! – stojący za Ewą mężczyzna westchnął z irytacją.

– Przepraszam, ale czy możecie mi państwo pomóc odsunąć tę chłodnię? To był ostatni papier do paragonów.

Sprzedawczyni uśmiechnęła się z wdziękiem, ale widocznie według niecierpliwego mężczyzny miała go zbyt mało, bo fuknął wściekle, zostawił zakupy i złorzecząc pod nosem, wyszedł na zewnątrz. Dob­rze, że lodówka miała kółka, obie kobiety bowiem nie grzeszyły ani wzrostem, ani posturą. Za to tryskały entuzjazmem i w mig poradziły sobie z odsunięciem ciężkiego sprzętu.

Ewa w końcu zapłaciła i bez zwłoki pobiegła do siebie. Rzuciła wszystko na podłogę w przedpokoju i od razu nastawiła garnek z wodą na pyzy. W oczekiwaniu na wrzątek dorwała się do pudełka z lodami. Na jej twarzy zagościł wyraz błogości.

Uwielbiała swoje ostatnie odkrycie, czyli lody o smaku ciasteczek. Mogła się nimi zajadać do znudzenia. Natura wyposażyła ją w niesłychaną przemianę materii, więc mogła sobie grzeszyć, ile dusza zapragnie. Nieraz łapała w restauracjach obce zazdrosne spojrzenia, bo była w stanie pochłonąć naprawdę sporo jak na swoje niespełna sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i czterdzieści pięć kilogramów wagi. Sama marzyła o krągłej pupie i wydatnym biuście, podczas gdy jej koleżanki dałyby się pokroić za wystające żebra i brzuch dosłownie wessany do środka.

Na szczęście w trakcie pisania pracy doktorskiej nie ruszała się tyle, co zwykle, więc wreszcie udało jej się nabrać nieco upragnionej masy. Teraz walczyła, by jej nie utracić. W końcu przestała wyglądać jak zabiedzony kurczak, ale i tak, mimo jej blisko trzydziestu dwóch lat, nieraz przez pomyłkę brano ją za dziecko. Drobna aniołkowata buzia, jaśniutkie włosy i niebieskie oczy sprawiały, że całość nasuwała skojarzenia z nieletnią wątłą pastereczką, która wymaga nieustannej opieki. Tymczasem Ewa z wyróżnieniem ukończyła architekturę i zawodowo radziła sobie całkiem nieźle. Jeszcze na studiach zdobyła kilka prestiżowych nagród. W projektowaniu szczególnie upodobała sobie proste rozwiązania i geometryczne bryły o ostrych krawędziach, co przy wykorzystaniu ekskluzywnych materiałów wykończeniowych i w połączeniu z surowym betonem dawało oszałamiający efekt. Tymczasem w Polsce jej styl nie spotykał się z aprobatą klientów; na topie nieustannie znajdowały się wszelkiego rodzaju dworki i hacjendy, które szczęśliwie wyparły modne przez lata niby-zamki à la Gargamel, z obowiązkową basztą stanowiącą główny element. Owszem, podmiejskie krajobrazy zyskały nieco na tej zmianie trendu, ale Ewa nie bardzo potrafiła odnaleźć się w tym, czego nie czuła. Aby wyżyć z własnego niewielkiego studia, często musiała naginać kark do fanaberii klientów. Tyle że robiła to bez przekonania, pewna, że jej projektom na zamówienie brak jest tego czegoś, co sprawia, że pracując po nocach, architekt czuje ciarki na plecach. Rozwiązania były więcej niż przyzwoite, klienci zadowoleni, ale projektantka wiedziała, że w tym wszystkim brakuje duszy.

– Doskonale sobie radzisz – chwaliła matka.

– Ale to wciąż nie to, co bym chciała. Ech, powinnam się urodzić jakieś dwadzieścia lat później. – wzdychała zrezygnowana Ewa.

– Nie narzekaj, dziecko. Liczy się dobra praca. Przecież zarabiasz.

– Wiem. Ja to wszystko wiem. Ale zamiast czuć się jak artysta, czuję się jak machający młotkiem rzemieślnik. A już na sam dźwięk tego słowa mam drgawki.

Zawsze tak samo reagowała na ludzi, którzy za nic nie chcieli, bądź też nie umieli, pojąć jej zaangażowania. Dla nich liczył się dochód, najlepiej w komplecie z etatem od dziewiątej do siedemnastej. A gdzie miejsce na fantazję, polot, marzenia?

No cóż, rzeczywiście rozumiał ją mało kto. Dopiero gdy poznała Carlosa, z miejsca uznała, że oto właśnie spotkała na swojej drodze bratnią duszę.

W czasie gdy broniła doktorat, na uczelni pojawił się on; europejskiej klasy specjalista od przemysłowych umocnień zawitał z cyklem wykładów również na Politechnikę Krakowską. Nie była to wprawdzie dziedzina, która pasjonowała przyszłą panią doktor architekt, niemniej fakt pobytu zagranicznego prelegenta obił się jej o uszy. Jego słuchacze byli zachwyceni jakością i sposobem prowadzenia zajęć, ona natomiast, pochłonięta przygotowaniami do egzaminu, nie znalazła wówczas ani czasu, ani chęci na wysiadywanie krzesła w auli. W dodatku na wykładzie z kompletnie innej bajki.

Poznali się w dniu jej obrony. Zadowolona, w podskokach wybiegła na parking i pogwizdując wesoło, energicznie wycofała swoją fiestę. Bardziej usłyszała, niż poczuła, głuche łupnięcie. Najpierw dobiegł ją krzyk, a następnie stek hiszpańskich przekleństw.

– O Boże! – Wyskoczyła z auta jak wypchnięta sprężyną. – Przepraszam, nic panu nie jest?! – paplała bezmyślnie po polsku. Że jej ofiara to obcokrajowiec dotarło do niej dopiero po chwili. Wzięła zatem dwa głębokie oddechy i przeszła na angielski.

– Złamałaś mi nogę! – Ciemnowłosy mężczyzna krzywił się z bólu.

– Jedziemy do szpitala! Spokojnie, pomogę ci wstać, dobrze? – Ewie z przejęcia drżał głos.

– Aaa! Caramba! – zaklął Hiszpan, ale w końcu stanął na nienaruszonej kończynie i wykonał kilka podskoków w stronę fiesty.

 

Fordzik nie był przystosowany do transportu połamanych delikwentów, lecz Ewa uznała, że miejsce na tylnej kanapie będzie dla poszkodowanego bardziej odpowiednie. Po drodze wykazała się odrobiną przytomności umysłu i ustaliła, czy jej ofiara posiada jakąś konkretną polisę ubezpieczeniową na wypadek podobnych zdarzeń. Gdy okazało się, że owszem, z ulgą zmieniła kierunek jazdy, szczęśliwa, że ominie ich długie czekanie na SOR-ze. Przez całą drogę Hiszpan teatralnie stękał z bólu, mimo że starała się zmieniać biegi jak najdelikatniej. I wolniutko wchodzić w zakręty.

Ależ z niego delikacik! No, kto by pomyślał, dumała. Taki kawał chłopa, a zachowuje się jak rozpieszczony bachor.

Dopiero po założeniu gipsu, pod koniec całej przygody, udało im się nawiązać sensowną konwersację, a Ewa wreszcie załapała, z kim ma do czynienia. Skądinąd wiedziała, że Carlos zakończył już wykłady w Krakowie i wyrusza w trasę po innych polskich uczelniach, co z nogą w gipsie mogło być trudne do wykonania. Pełna wyrzutów sumienia, choć prawie pewna, że wlazł jej pod zderzak z własnej inicjatywy, postanowiła jakoś się zrehabilitować. A że kolejnym przystankiem Carlosa była Politechnika Wrocławska, szybko przeanalizowała aktualne zobowiązania. Uznawszy, że chwilowo nie ma w planach niczego pilnego, postanowiła odtransportować swoją ofiarę na Dolny Śląsk. Autostradą łączącą oba miasta jechało się płynnie i jak po stole, więc stwierdziła, że zrobi to z ochotą.

– To w ramach przeprosin. Choć to nie do końca wyłącznie moja wina – powiedziała.

– Na parkingu pieszy powinien być bardziej przytomny, a nie gadać przez telefon i nie patrzeć, co się dzieje wokół – odparł Carlos pokornie.

– Cieszę się, że nie żywisz urazy. – Ewa zerknęła na niego z ukosa.

Nigdy nie lubiła Latynosów. Zawsze gustowała w męskich przedstawicielach rasy zbliżonej raczej do aryjskiej, ale pasażer zaintrygował ją nieco. Nie był typowym przykładem gorącokrwistego bawidamka.

– To się zdarza. Wypadek. Ale chętnie skorzystam z twojej propozycji.

Przed Ewą był wolny weekend. Cieszyła ją okazja darmowej kilkugodzinnej konwersacji po angielsku, ale po przejechaniu pierwszych pięćdziesięciu kilometrów odkryła, że już dawno nie spotkała osoby, z którą tak dobrze nadaje się jej na tej samej fali. Ze zdziwieniem uznała, że nie pamięta, kiedy ostatnio rozmawiała z kimś tak swobodnie. Najwidoczniej Carlos odniósł podobne wrażenie, bo do Wrocławia zajechali już jako para serdecznych przyjaciół. Na miejscu wymienili się numerami telefonów, adresami mejlowymi i namiarami na czat na popularnym portalu społecznościowym. Zanim jeszcze wróciła do Krakowa, Ewa zdążyła odebrać kilka połączeń od nowego znajomego, który z troską pytał, jak mija jej droga, czy zjadła obiad i czy nie jest zmęczona. W domu, w skrzynce, czekały na nią miłe mejle od Carlosa i zaproszenie do grona jego znajomych na Facebooku.

– Kurczę, dziwny koleś – mruknęła, ale klikając „Potwierdź”, bezwiednie uśmiechnęła się pod nosem.

Jak się później okazało, uśmiech miał nie schodzić z jej twarzy przez kolejne tygodnie. Z biciem serca czekała na umówione sesje na czacie, telefony i zdjęcia z podróży. Nieraz godzinami bezczynnie tkwiła przy otwartym oknie dialogowym, spragniona wiadomości. Zupełnie jak zadurzona gimnazjalistka.

Nie zauważyła, kiedy wpadła po uszy. Nic nie było w stanie równać się z tym cudownym uczuciem; Ewa po prostu promieniała. Gdziekolwiek się pojawiała, wszystkie oczy kierowały się tylko na nią. Otaczała ją aura osoby świeżo zakochanej, która nie myśli o konsekwencjach, a wyłącznie o tym, co tu i teraz.

– Trwaj chwilo, trwaj! – powtarzała Monice, która niemal natychmiast wyczuła, że coś jest na rzeczy.

– Dobra, dobra. Konkrety poproszę! Przecież ślepy by zauważył, że fruwasz na wysokości lamperii.

– Lamperii? Gdyby nie sufit, fruwałabym nad dachem jak gołąb!

– Boże, litości! Tylko nie gołąb – roześmiała się Monika. – Kochasz go?

– Tak. I chyba z wzajemnością. To jakieś szaleństwo. Na niczym nie potrafię się skupić. O niczym nie daję rady myśleć, bo cały czas myślę o nim. Zasypiam, widząc go i z wrażeniem, że jest obok. I z takim samym uczuciem się budzę.

– Znam to, znam. A w samochodzie on siedzi obok i jeszcze na dodatek z nim rozmawiasz.

– Skąd wiesz?

– Z autopsji – westchnęła Monika. – Odległej, niemniej jednak prawdziwej. Powiem więcej: tęsknię za tym i zazdroszczę ci tego.

– Jak to? – zdziwiła się Ewa, która sądziła naiwnie, że towarzyszące zakochaniu uczucie szczęścia dotknęło wyłącznie ją. Że wcześniej nikt inny czegoś podobnego nie doświadczył. A już na pewno nie Monika, od kilku lat szczęśliwa mężatka.

– Normalnie. Nie ty to wymyśliłaś. Piszą o tym w książkach. Nie czytałaś?

– O czym? – zapytała Ewa nieco nieprzytomnie.

– No o tej tęsknocie do bólu. Do takiego bólu, że czujesz, jak rozrywa ci trzewia. O pożądaniu, które trawi cię od środka i masz wrażenie, że zaraz ci skręci macicę w korkociąg. O tych motylach, które łaskoczą w okolicy żołądka i powodują, że żreć ci się nie chce. Aha, i o tej fali endorfin, od których się chudnie. Wystarczy?

– O Jezu, tak! I jeszcze płakać mi się chce, że go tu nie ma – chlipnęła Ewa.

– No widzisz. To absolutnie normalne. Taka wariacja na temat tęsknoty. Klasyczny przypadek.

– Boże… Ryczeć mi się chce!

– No to na co czekasz? Rusz tę skręconą macicę i zarezerwuj samolot do Barcelony!

Istotnie, pomysł był dobry.

Zbolała z tęsknoty i chora z miłości Ewa właśnie przekonała się na własnej skórze, że te wszystkie wyświechtane frazesy z książek dla przysłowiowych kucharek wcale nie są przesadzone. Że te wszystkie boleści, umierania i usychania naprawdę się w życiu zdarzają. Że ludzie, kochając, potrafią czuć się w ten sposób. A nieraz istotę uczucia mogą oddać tylko mocno infantylne określenia, bo trudno ją opisać normalnymi słowami. A nawet trudno opisać jakkolwiek.

Po krótkim namyśle uznała, że skoro i tak nie może skupić się na pracy, to przynajmniej zafunduje sobie krótki urlop i spotka się z ukochanym. W Polsce listopadowa aura od kilku dni sprzyjała samobójstwom, więc miła wizja skąpanego w słońcu hiszpańskiego wybrzeża była jak objawienie. Zwłaszcza że w ostatnich wiadomościach Carlos między wierszami sprytnie przemycał drobniutkie erotyczne świństewka, które dodatkowo pobudzały wyobraźnię. Ewa miała wrażenie, że oszaleje z miłości i pożądania. Z jednej strony szczęśliwa jak nigdy, z drugiej cierpiała męki jak jakaś dusza przeklęta i nie przestawała chlipać po kątach. Tak nie szło żyć, więc w końcu podjęła decyzję.

Nikomu nic nie mówiąc, zabukowała przelot.

Nie wybierała się na długo, ale na wszelki wypadek wrzuciła do walizki trochę więcej szałowych fatałaszków. Co rusz roiła sobie w głowie nowe scenariusze z Carlosem w roli głównej. Przez ostatni czas w tych wizjach rozebrał ją już chyba ze wszystkiego, co miała w szafie, więc w trakcie pakowania miała niezły zgryz, na co powinna się zdecydować. Na kanapie uzbierała się spora sterta ubrań, zdecydowanie za duża na kilkudniowy pobyt, który i tak Ewa planowała spędzić w łóżku. Z ciężkim sercem zrezygnowała z kilku zestawów i dorzuciwszy w zamian parę cieplejszych rzeczy, dokończyła pakowanie.

Niespokojnie zerknęła na zegarek. Do odlotu pozostała niemal doba, a jej już spociły się dłonie. Nigdy nie lubiła latać, acz na tym etapie życia, który ostatnio obfitował w podróże, będzie musiała przywyknąć. Wymyśliła patent z zamykaniem oczu i wyobrażaniem sobie, że jest w tramwaju. Doskonale rozumiała pasażerów, którzy przed odlotem dodawali sobie odwagi alkoholem. Sądząc po stanie niektórych, musieli naprawdę bać się straszliwie. Gdyby Ewa lubiła alkohol, skorzystałaby zapewne z jego dobrodziejstw, ale wolała nie ryzykować. Do dziś pamiętała jedną ze studenckich imprez, którą okupiła torsjami i potwornym bólem głowy. Momentami miała wrażenie, że jej czaszka eksploduje za chwilę, a żołądek przenicuje się futerkiem do spodu. Nigdy więcej!, obiecała sobie wtedy. Nauczka była tak sroga, że słowa udawało się dotrzymać przez ładnych parę lat.

Punktualnie o czasie zawitała na lotnisko w podkrakowskich Balicach i nadała bagaż. Na podróż założyła do jasnych obcisłych dżinsów czarne glany i korzystając ze względnie ciepłej jesiennej aury, narzuciła szykowną skórzaną kurtkę podbitą ciepłym kożuszkiem. Skromne uczesanie i duże przeciwsłoneczne okulary sprawiały, że nawet z bliska wyglądała jak nastolatka.

Wokół pachniało charakterystycznie nieco zbyt mocno podpieczonymi frytkami. Ewa poczuła głód.

Prowadziła życie tak aktywne, że nie miała czasu na zawracanie sobie głowy zdrowym jedzeniem i regularnością posiłków. Jej szalony codzienny harmonogram niejednego przyprawiłby o niedowierzanie, bo ile zajęć można upchnąć w ciągu jednej doby? Lecz Ewa, żyjąc przez ostatnie lata samotnie, w temacie organizacji czasu osiągnęła mistrzostwo świata, choć nawet to nie uchroniło jej od wrażenia, że w minionych miesiącach goniła w piętkę i pożerała własny ogon. Co z tego, że finansowo wiodło się jej nie najgorzej, skoro nie miała chwili na oddech i skorzystanie z rzeczy, na które zwyczajnie sobie zasłużyła.

Jakimś cudem znalazła wolne miejsce w rzędzie połączonych metalową szyną plastikowych wytłoczek udających krzesełka.

Lot był opóźniony, więc na pokład weszła dopiero dwie godziny po czasie. Westchnęła ciężko i spróbowała jakoś umościć się na niewygodnym fotelu w niewielkim odrzutowcu. W oczekiwaniu na start przypięła się pasem i przymknęła oczy, zadowolona, że nikt nie usiadł na miejscu obok. Radość trwała krótko, bo po chwili w sąsiedni fotel wtłoczyła się zasapana korpulentna kobieta w okolicach sześćdziesiątki. Usta się jej nie zamykały. Ewa na próżno udawała, że śpi – nie minęło pięć minut, jak została wypytana o cel podróży, poznała mimo woli plany sąsiadki, dowiedziała się o jej panicznym strachu przed lataniem oraz o trójce udanych dzieci i piątce­ wnucząt.

Na chwilę wykpiła się bólem głowy, ale podczas startu poczuła, że ktoś kurczowo łapie ją za rękę.

– Boże drogi! Zaraz spadniemy! Boże, Boże, wybacz mi! Żałuję za grzechy… – szeptała sąsiadka w panice.

– Nie spadniemy. Jakby samoloty miały spadać za każdym razem, to nikt by do nich nie wsiadał. – Ewa spróbowała argumentacji, ale spanikowana kobieta za nic nie dawała sobie wytłumaczyć, na czym polega siła ciągu.

– To nieprawda! – W oczach miała przerażenie. – To niemożliwe, żeby taka kupa żelastwa sama z siebie unosiła się w powietrzu! Tyle ciężkich ton! Boże, ja chcę wysiąść! – Bezradnie szarpnęła za pas.

– Za późno – odparła Ewa, wystarczająco rozbawiona, by pozwolić sobie na żart. – No, chyba że chce pani luzem polatać?

– Oczywiście, że nie chcę! – obruszyła się tamta i nieco poluzowała uścisk dłoni. – Mam na imię Zofia.

– Miło mi.

Ewa przedstawiła się również i podziękowała Bogu, że lot jest krótki. Kobieta, nie dość, że była gadatliwa, to jeszcze upchnąwszy rozłożyste biodra na ciasnej przestrzeni, skutecznie wdzierała się pośladkiem na fotel szczupłej sąsiadki.

Diabli nadali tę babę, westchnęła w duchu Ewa i udała się do toalety.

– Proszę już usiąść, za chwilę podchodzimy do lądowania – napomniała ją w drodze powrotnej stewardesa.

Skutecznie zagadana przez Zofię, Ewa nawet nie zauważyła, kiedy kapitan posadził maszynę na płycie lotniska w Barcelonie. Pasażerowie nagrodzili go rzęsistymi oklaskami. Oczywiście najgłośniej biła brawo sąsiadka.

– Czy pani wie, że nikt poza Polakami nie klaszcze w samolocie?

– Jak to?

– No a po co? Przecież piloci i tak tego nie słyszą.

Na twarzy towarzyszki podróży odmalowało się wyraźne rozczarowanie, ale radość z udanego lądowania sprawiła, że rozgadała się na nowo.

Po opuszczeniu samolotu Ewa znalazła się na zalanej słońcem płycie lotniska, gdzie wsiadła w autokar, który sprawnie przetransportował pasażerów do terminalu. Dość szybko odzyskała swój bagaż i wyszła na zewnątrz. Natychmiast wyłuskała tablicę informacyjną i dobrze sobie znany szyld wypożyczalni samochodów. Przyśpieszyła kroku i dokonała formalności.

Już miała wsiąść za kółko, gdy za plecami usłyszała znajomy głos. Którego wolałaby nie usłyszeć.

– Och, kochaneńka! Czy mogę zabrać się z tobą? – Do auta dotoczyła się zdyszana Zofia.

– Eee… – Zaskoczona Ewa na sekundę straciła rezon. – Ale ja w stronę Girony.

– To świetnie się składa, bo ja też!

Niewiele myśląc, kobieta wręczyła skonsternowanej Ewie bagaż i bez ceregieli wtarabaniła się na siedzenie dla pasażera.

 

Ta bezceremonialność drażniła, ale nieustanne trajkotanie rozgadanej baby było Ewie na rękę. W przeciwnym wypadku czułaby się zobowiązana do podtrzymywania miałkiej konwersacji, na którą wcale nie miała ochoty. Czekała ją przynajmniej godzina jazdy, ale mogła spokojnie pomyśleć. Mam tylko nadzieję, że ten monolog mnie nie uśpi, westchnęła w duchu.

Wyłączyła się mniej więcej na etapie luźnych kupek najstarszego wnuczęcia i kolki nękającej najmłodsze.

– Daleko jeszcze? – zapytała Zofia.

– Daleko – wymamrotała Ewa. – Za daleko.

Zamyślona, kompletnie nie słuchała paplaniny Zofii, tylko niecierpliwie wypatrywała morza. Gdy w końcu przed jej oczami pojawiła się stykająca się hen z widnokręgiem szara tafla, westchnęła zachwycona i zagapiła się na widok nieśpiesznie przesuwający się za oknem. Uchyliła je i z przyjemnością wpuściła do samochodu pachnące morzem powiet­rze. Odetchnęła głęboko.

Uniesienie nie trwało długo, bo już po chwili utknęła w korku. Czym prędzej podniosła szybę, żeby nie nawdychać się spalin.

Hotel położony w centrum miasteczka spodobał się jej od pierwszego wejrzenia, ale podekscytowana rychłym spotkaniem z ukochanym nie poświęciła swojemu lokum zbyt wiele uwagi. Z podręcznego bagażu wyjęła laptopa, na chwilę podłączyła go do prądu i weszła pod prysznic. W kilka minut zmyła z siebie trudy podróży i korzystając z bezpłatnego hotelowego internetu, ustaliła trasę dojazdu do domu Carlosa. Jeśli wierzyć mapom Google, mieszkał całkiem niedaleko, a ona planowała zrobić mu niespodziankę. Podśpiewywała wesoło, jednocześnie wyobrażając sobie, jaką minę zrobi na jej widok mężczyzna.

Bo Ewa uwielbiała niespodzianki. To znaczy uwielbiała je robić. Gorzej było, gdy zaskakiwali ją inni. A tak właśnie stało się tym razem.

Ciemnowłosy obiekt westchnień na jej widok zrobił klasycznego karpia i wytrzeszczył oczy tak, że omal nie wyskoczyły z orbit. W normalnych okolicznościach Ewa spuchłaby z dumy, że oto wprawiła go w osłupienie, niemniej teraz także i ona rozdziawiła usta ze zdumienia. Otóż jej wymarzony latynoski kochanek, jak widać było na załączonym obrazku, doskonale bawił się nad basenem w towarzystwie żony i trójki rozbrykanych dzieciaków. Odruchowo zrewanżował się cmoknięciem przechodzącej połowicy i mocno skonfundowany podszedł do ogrodzenia.

Mimo założonych naprędce ciemnych przeciwsłonecznych okularów intensywność jego spojrzenia porażała.

– Co tu robisz, do diabła?! – wysyczał.

– Ekhm – odchrząknęła zaskoczona Ewa. – Przyjechałam zrobić ci niespodziankę. Jak widzę, świetnie mi wyszło – dodała z przekąsem.

– Mogłaś mnie uprzedzić, że się wybierasz!

– A niby dlaczego? – żachnęła się. – Żebyś miał czas ukryć przede mną rodzinę?

– Nie! Po to, bym miał możliwość zorganizować jakoś nasze spotkanie.

– Aaa, czyli wykombinować, jak okłamać i ją. – Ewa wskazała ręką na dom, w którym przed momentem znikła kobieta. – Czy tak?

– Nie, to nie tak.

– A niby jak?! Ty marny dupku!

Ewa wściekła się na całego. Sens zastanej tu i teraz hiszpańskiej rzeczywistości w tej chwili dotarł do niej z całą mocą. Carlos, jej romantyczny zalotnik, ten wymarzony kochaś, właśnie objawił się jako drań. I wobec niej, i wobec żony.

– Zaczekaj – zniżył głos. Spróbował chwycić Ewę za rękę.

– A co? Chcesz mnie może zaprosić na rodzinny lunch nad basenem? No tak, dziś niedziela. Byłeś już w kościele, amigo?

Zła jak osa z całej siły trzasnęła metalową furtką i nie oglądając się na zdziwione spojrzenie piękności, która właśnie wyłoniła się zza pleców Carlosa, energicznym krokiem podeszła do samochodu. Ruszyła z piskiem opon godnym podmiejskich zawodów w paleniu gumy. Nigdy wcześniej tego nie potrafiła, ale tutaj, przy wysokiej temperaturze i nagrzanym asfalcie, jakoś samo jej wyszło. No proszę, muszę zapamiętać ułożenie sprzęgła względem gazu!, pomyślała i średnio przytomnie uznawszy, że chyba jest w szoku, zwolniła.

Po kwadransie złość ustąpiła miejsca furii, a gdy po chwili Ewa przeciskała się uliczkami tak wąskimi, że trzeba było złożyć boczne lusterka, pałała już żądzą zemsty na całego. Klnąc na czym świat stoi na ciasne zaułki, aż spociła się z wysiłku, by nie poobijać wypożyczonego auta. W końcu szczęśliwie zaparkowała przed hotelem i zdyszana wbieg­ła do pokoju. Cisnęła torebką o podłogę i rzuciła się do laptopa. Wykasowała całą korespondencję z Carlosem, usunęła go z grona znajomych na Face­booku i z trzaskiem zamknęła urządzenie. Zbiegła po schodach.

Na ulicy rozejrzała się nieprzytomnie. Nagle zamarzyło się jej wino, ale nigdzie w pobliżu nie dostrzegła sklepowego szyldu.

– Trudno – mruknęła do siebie. – W knajpie sobie siądę.

Czując, jak wzburzenie opuszcza ją pomału, z rozmachem opadła na kawiarniany fotel.

Delikatny wiklinowy mebel zaskrzypiał niebezpiecznie, a Ewa skinęła na kelnera. Na chybił trafił wybrała z karty jakieś przekąski i wskazała palcem na pierwsze z brzegu wino. Złożyła zamówienie, choć nie bardzo rozumiała, co mówi do niej kelner. Ale że młody chłopak był niezwykle urodziwy, w zachwycie skinęła głową, zadowolona, że rozczarowanie i ból po zdradzie Carlosa w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na jej gust i wzrok.

Wyjęła komórkę i machinalnie wybrała numer Moniki, która po krótkiej, acz rzeczowej relacji nie pozostawiła na przyjaciółce suchej nitki.

– Nie przypuszczałam, że jesteś aż tak głupia! – huknęła w słuchawkę. – Sama sobie jesteś winna! Uroiłaś sobie jakąś miłość z Bóg wiem kim, a teraz pretensje do faceta, że ma żonę!

– Ale ja…

– I jeszcze mu się zwalasz na głowę bez uprzedzenia! Zdziwiona, że zaskoczony? Zgłupiałaś do reszty?

– Ale…

– Ale co?

– Przecież sama mnie namawiałaś na ten wyjazd!

– Tak. Ale do głowy mi nie przyszło, że nic mu o tym nie powiesz!

– Ale…

– Cicho! – Monika skutecznie ustawiła przyjaciółkę do pionu. – Ile ty masz lat, co? Bo zachowujesz się jak piętnastoletnia gęś! Zamiast zabrać się za siebie jakoś tak racjonalnie, ty wymyśliłaś sobie wirtualny romans. Ech, głupia baba!

– Tak! – chlipnęła Ewa znad kieliszka. – Masz rację. Liczyłam na coś więcej. Cóż, poniosła mnie fantazja.

Wymieniły jeszcze kilka zdań i Monika, uznawszy, że przyjaciółka ochłonęła nieco, zakończyła rozmowę. Trochę żałowała, że nie może teraz być z nią, no ale okoliczności były, jakie były.

– Idiotka. Kretynka skończona, koza durna! Jak mogłam być aż tak głupia, ech… Porażka na całej linii! – mamrotała Ewa nad sałatką z ośmiornicy, kompletnie nieświadoma, że z drugiego końca restauracji obserwuje ją mężczyzna o wyglądzie i posturze wikinga.

Opróżniła kieliszek i nalała sobie wina z butelki. Była pewna, że zamawiała tylko jeden kieliszek, ale jak widać, dostała flaszkę. Nawet całkiem niezłe, stwierdziła. Uregulowała rachunek i upewniła się, czy może zabrać butelkę do hotelowego pokoju. Choć nie miała pojęcia, jakim cudem zdoła skonsumować taką ilość alkoholu. Dzięki Bogu mam w numerze lodówkę, uśmiechnęła się w duchu Ewa, jest szansa, że przed powrotem do kraju opróżnię butelkę tego zacnego trunku samodzielnie.