Wszystko nie tak! 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystko nie tak! 2
Wszystko nie tak! 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Wszystko nie tak! 2
Audio
Wszystko nie tak! 2
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zadowolona z poczynań zastępcy, postanowiła wreszcie wywiązać się z danej mu kiedyś obietnicy. Prężny menedżer spisywał się bez zarzutu, zatem nie widziała powodu, by dłużej zwlekać z zaproszeniem go do spółki i propozycją udziału w zyskach. Oczywiście na początek zamierzała zaoferować niewielki procent, jak kiedyś zasugerował Maciek. Potrafił jej doradzić jak nikt inny.

– Aż dziwne, że nie mając pojęcia o moim biz­nesie, zawsze trafiasz w dziesiątkę – mawiała, gdy wieczorami na spokojnie składała mu relację z dnia pracy.

– To nic wielkiego, kochanie. Nie od dziś wiadomo, że w każdej organizacji są rzeczy, których zrobić się nie da. I wszyscy o tym wiedzą. Oczywiście do czasu, kiedy przyjdzie ktoś z zewnątrz i nie wiedząc o tym, po prostu to robi. To nic nowego. To się nazywa rutyna i trudno ją przełamać, tkwiąc w niej po uszy.

– Byłbyś świetnym menedżerem. Naprawdę – kusiła, o niczym bardziej nie marząc niż o tym, żeby porzucił te swoje przeklęte platformy i tankowce. I osiadł na miejscu jak normalny ojciec, a być może kiedyś i mąż.

Na razie jednak, po dłuższym spacerze, to Ruda poczuła, że musi gdzieś przysiąść. Pień zwalonego drzewa nadawał się doskonale. Obie z Ewą, zadowolone, że chwilowo udało im się uwolnić od towarzystwa Marzeny, spakowały naprędce przyszykowane kanapki i niepostrzeżenie odeszły w stronę lasu. Aktualnie wielka nieobecna, od kilku dni tak zdominowała omawiane tematy, że dziewczyny postanowiły choć trochę przewietrzyć umysły i pogadać o czymś zupełnie innym.

Marzenę w końcu udało się namówić, by zrezygnowała z szalonego planu opuszczenia Europy na cudzym paszporcie i – jeśli naprawdę tak bardzo chce zniknąć rodzinie z oczu – poprzestała na ukryciu się w domu Tomka. Na razie, zgodnie z rezerwacją, planowała pozostać w ośrodku odnowy dwa dni dłużej od przyjaciółek, po czym jak gdyby nigdy nic rozpłynąć się w powietrzu. Wspólnie ustaliły, że Ruda pożyczy jej trochę gotówki, żeby Marzena mogła zatankować bez użycia karty płatniczej i żeby na wszelki wypadek zostało jej jeszcze nieco grosza. Skoro każda jej transakcja była śledzona i podlegała skrupulatnej ewidencji, dla bezpieczeństwa należało używać wyłącznie gotówki.

Uciekinierka nie była jeszcze pewna, na jak długo zamierza zniknąć, ale przytomnie uznała, że musi sobie zabezpieczyć na ten czas jakieś zajęcie. W Podgórkach nie było internetu, co samo w sobie stanowiło zabezpieczenie doskonałe, ale coś na miejscu trzeba było robić. Ewa w obawie, że Marzena na tym zadupiu umrze z nudów, zasugerowała zakupy w księgarni i w sklepie ogrodniczym. Co jak co, ale w przeciwieństwie do w miarę zadbanego domku areał w Podgórkach na okrągło wymagał troski, zatem zwięźle określiły zakres ogrodniczych powinności nowej lokatorki.

Coś za coś.

W dzień wyjazdu Ewa, zadowolona, że odpadła jej wizyta na Tomkowych włościach, wręczyła Marzenie klucze i życzyła powodzenia, a Ruda zebrała wszystkie potrzebne namiary na Rafała. Jako że Marzena miała wyjechać z ośrodka dwa dni po nich, ustaliły, że Monika pojedzie do Rafała po upływie kolejnych dwóch dni. Wydawało im się, że to wystarczający czas, by się połapać, że Marzena gdzieś znikła i że coś jest nie tak. Nawet najbardziej nieprzytomny i niezainteresowany kobietą mężczyzna nie mógł udawać, że skoro miała wrócić do domu we wtorek, fakt, że nie ma jej jeszcze w czwartek, jest normą. Każdy po tym czasie musiał już zacząć się niepokoić.

Ewa z niemałą ulgą odmeldowała się na lotnisku. Przed przejściem do odprawy mocno wyściskała wzruszoną przyjaciółkę.

– Pa, wariatko – powiedziała. – I uważaj na siebie. I na dziecko. I nie daj się już wpuścić w żaden nowy przekręt, okej? Proszę.

– No jasne, że nie dam. Pamiętaj, że mam wprawę. Ciebie szukałam do upadłego i już wiem, jak się to robi. Poza tym jestem w ciąży, a ciężarnym wiele się wybacza. Wiesz, te wszystkie huśtawki hormonalne, smakowe fanaberie i zmiany nastrojów. Żaden facet w życiu tego nie ogarnie, więc na wszelki wypadek wolą na wszystko się zgadzać.

– Kiedy widzisz się z Dariuszem?

– Pojutrze – odparła zwięźle Ruda. – Musi się przygotować, bo możliwe, że znów mu się trafi medialny klient.

– O matko. – Ewa wypuściła powietrze. – Uważajcie na siebie – powtórzyła. – Błagam! Bo inaczej, jak Tomek się dowie, to nas wszystkich pozabija. I już żadna mafia od ojca Marzeny nie będzie potrzebna.

W pracy Monika trafiła w samo epicentrum wybuchu. Inspekcja straży pożarnej właśnie dopatrzyła się nieprawidłowości i zagroziła wyłączeniem z użytku większej części hali produkcyjnej, zatem właścicielka musiała stanąć na głowie i jak najszybciej rozwiązać problem. Wstrzymanie produkcji nie wchodziło w grę. Była nawet skłonna zapłacić pokaźną łapówkę, byleby inspektor odpuścił i dał już spokój. W końcu hala została zmodernizowana całkiem niedawno i przy odbiorze wszystkie wymogi przeciwpożarowe były spełnione. Skończyło się na tym, że wypruła sobie żyły i w przyśpieszonym tempie certyfikowała wszystkie przeterminowane gaśnice, a ekipę od sprawdzenia przewodów wentylacyjnych wytrzasnęła spod ziemi.

– Kominiarze ponoć przynoszą szczęście – westchnęła. – Zobaczymy, czy sprawdzi się to tym razem – powiedziała do swojego zastępcy.

– Może i przynoszą, ale słono sobie za to szczęście liczą – podsumował dyrektor i sięgnął do sejfu po gotówkę. – Nawet za głupi kalendarz trzeba wybulić, a co dopiero za taką usługę.

– Fakt. Ech, żeby te kominiarskie kalendarze chociaż jakieś ładne były. Moja mama zawsze się wściekała na ojca, że płaci za takie szkaradzieństwo. Każdego roku w styczniu toczyli boje, bo tata upierał się, że skoro już zapłacił, to trzeba powiesić, a mama, że woli jakiś ładniejszy. No i zawsze kalendarz lądował nad kasą w piekarni. Może dlatego tak dob­rze im szło? – zamyśliła się Ruda. – Zapytaj ich, czy jeszcze mają na ten rok.

– Na twoim miejscu prędzej spodziewałbym się faktury niż kalendarza, ale zapytam. Co mi szkodzi – odparł i zmienił temat. – To kiedy się przeprowadzasz do nowego domu?

– A co?

– Nie żeby mnie to interesowało jakoś nadzwyczajnie, ale mam w mieszkaniu twoje rzeczy przywiezione z Zarabia i chciałbym w końcu bez przeszkód dotrzeć w nocy do własnej łazienki. Wiesz, że ze mnie uczynny chłopak, ale wszystko ma swoje granice. Nie zliczę siniaków. Mam ci pokazać swoje łydki? – zapytał, po czym faktycznie zabrał się do podciągania nogawek od garnituru.

– Nie, dzięki, daruj sobie! – zaprotestowała gwałtownie Ruda i z niesmakiem odwróciła wzrok od bladych i owłosionych menedżerskich odnóży. – Dziękuję ci za pomoc, ale jeszcze tydzień chyba wytrzymasz? Nie ma sensu tego przewozić w tę i z powrotem. Powiedz mi lepiej, jak się sprawują nasi najnowsi kontrahenci i jak wygląda temat zatrudnienia prawnika?

Pewna, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, zapytała wyłącznie dla formalności. I z westchnieniem stwierdziła, że to idealny moment na poważną rozmowę o dalszej współpracy.

Tak jak przypuszczali z Maćkiem, konkretna propozycja udziału w zyskach oraz przydzielenie osobis­tej asystentki sprawiły, że młody mężczyzna mało nie podskoczył pod sufit. Bliski uściskania szefowej, zapewnił, że jeśli będzie trzeba, wytrzyma z jej pudłami nawet i do wakacji. A na wieść o zaliczkowanej przez nią nieruchomości pod nowe hale w Lubniu prawie rozpłakał się ze szczęścia. Piekarnia w Myślenicach już dawno przestała być zwyczajnym rodzinnym biznesikiem, również za jego przyczyną. Interes rozwinął się dynamicznie, a teraz, przy tak poważnych planach i perspektywach rozwoju, miał szansę stać się w branży prawdziwym potentatem.

– Naprawdę świetnie nam idzie. – Adam poprawił węzeł krawata i podsunął Monice pod nos podpisane nowe kontrakty.

– Jak tak dalej pójdzie, do spodu wykosimy okoliczną konkurencję. Stara piekarnia w Jaworniku już ledwie zipie – stwierdziła.

– Ależ my wcale nie musimy jej niszczyć – odparł spokojnie świeżo upieczony udziałowiec.

– A co?

– Wykupmy ją. Razem z maszynami i pracownikami. Po co ludziom fundować bankructwo, skoro można połączyć siły?

– Ty masz rację! To jest myśl! – ożywiła się Ruda. – Podwykonawca jak znalazł. Choćby tylko drożdżówek.

– Sama dobrze wiesz, jaki teraz jest problem z personelem. Ostatnio znów przyłapałem chłopaków na kradzieży cukru. Najchętniej wywaliłbym ich na zbity pysk i zgłosił sprawę na policję. I tak wypadałoby zrobić, ale skąd niby mam wytrzasnąć wykwalifikowanych piekarzy? Zatem oficjalnie zatrudniamy złodziei, bo ktoś pracować musi.

– Ty naprawdę jesteś genialny. – Ruda się rozpromieniła i przechodząc, poklepała Adama po ramieniu.

– Czyli?

– Czyli przejmujemy Jawornik. Jutro do nich zadzwonię. Się starowinka Luberdowa ucieszy! Nie potrzeba nam, żeby przyjaciele moich rodziców mieli do nas anse.

ROZDZIAŁ 7

BIURO DARIUSZA ZMIENIŁO SIĘ od ostatniej wizyty Moniki. Zabałaganiona i zadymiona do granic kanciapa, rodem jak z podrzędnych amerykańskich kryminałów, wypiękniała i zmieniła się w całkiem schludne miejsce. Siedziba agencji, jak przystało na poważne detektywistyczne biuro, mieściła się teraz nie w jednym, ale w trzech sąsiadujących ze sobą pokojach.

Zaintrygowany właściciel już czekał.

Odkąd Tomek na dobre związał się z Ewą, kontakty braci uległy rozluźnieniu. Wpłynął na to z pewnością pamiętny grill nad jeziorem, kiedy to misternie utkany braterski plan rozsypał się w proch, a mistyfikacja wyszła na jaw.

Niby skąd miał wiedzieć, że na miejscu zastanie całe zainteresowane tamtą draką towarzystwo i że jego brat zabujał się w Ewie? Może gdyby nie dzieci, udałoby mu się jakoś wtedy wybrnąć z niezręcznej sytuacji, niestety jego chłopcy z okrzykiem radości rzucili się w stronę dawno niewidzianego wujka i przypadkiem zdradzili bliskie pokrewieństwo. Wpadka zaliczała się do gatunku tych najgorszych, więc nie wspominał jej mile. Tym bardziej zdziwił go telefon od Moniki. Nie chciała powiedzieć mu na odległość ani słowa, nalegała na spotkanie.

 

Westchnął, pociągnął z kubka łyk całkiem zimnej już cienkiej kawy, zgasił niedopałek w doniczce ze skrzydłokwiatem i przewietrzył pomieszczenie.

Monika przyjechała punktualnie. Trochę zdziwił go jej odmienny stan.

– Mam nadzieję, że jesteśmy rozliczeni do końca? Dostałaś ode mnie ostatnią wpłatę? – zagaił, prawie pewien, że właśnie w tym problem. Po zeszłorocznej aferze był jej winien sporo pieniędzy, które wyłudził na fikcyjne poszukiwania Ewy. Szczerze mówiąc, miał dość tamtej sprawy i najchętniej by o wszystkim zapomniał.

– Tak, tak. Wszystko w porządku – zapewniła szybko. – Teraz przychodzę z innym tematem. Pozwól, że dokładnie ci wytłumaczę, w czym rzecz. Bo to, że chcesz zarobić i narobić wokół siebie szumu, to dla mnie raczej jasne.

Dariusz przełknął sarkastyczną uwagę i zamienił się w słuch. Z początku nie za bardzo rozumiał motywy nowej klientki, ale w końcu się zgodził.

– W każdym razie moja w tym głowa, żeby Rafał cię wynajął, choć nie obiecuję. Ale to potrwa kilka dni. Tymczasem pojutrze pod wieczór Marzena zamelduje się w Podgórkach, a ty do niej pojedziesz. Zanim tam dotrze, kupi sobie nowy telefon. Dałam jej na ciebie namiary. Na miejscu ustalicie sobie warunki współpracy.

– A jak ten jej facet nie będzie chciał skorzystać z moich usług, to co?

– Nic. Wtedy Marzena zapłaci ci za fatygę i tyle w temacie.

– Wiesz, ale ja nie mam pojęcia, czy dam radę odwiedzać ją regularnie. – Dariusz zapuścił sondę na okoliczność ewentualnej pomocy.

– O mnie zapomnij! Właśnie kupuję dom, przeprowadzam się, prowadzę restrukturyzację firmy i jestem w ciąży. Mało? – Wystrzeliła argumenty jeden za drugim.

– Nie no. Ja tak tylko…

– Jeśli nie chcesz, to pójdę gdzieś indziej.

– Nie, nie! – Detektyw zaprotestował szybko. Szansa na kolejną uwieńczoną sukcesem medialną zawieruchę była na wagę złota.

– W takim razie jeszcze dziś wysyłasz swoją ofertę do Rafała, a za trzy dni meldujesz się w Podgórkach z jedzeniem dla Marzeny. Adres znasz. Ją też.

Zadowolona wyszła z biura. Doskonale wiedziała, że Dariuszowi chodziło o zaliczkę, ale nie miała zamiaru inwestować ani jednej własnej złotówki w fanaberie kobiety będącej przez lata wrogiem jej najlepszej przyjaciółki. O nie, niedoczekanie!

W drodze do pracy zadzwoniła do Maćka. Żeby go nie denerwować, nawet słówkiem nie zająknęła się w temacie Marzeny. Swój udział uważała za niewielki i oprócz tego, co zrobiła do tej pory, planowała zakończyć sprawę na rozmowie z Rafałem i zarzuceniu haczyka ze skuteczną przynętą w postaci detektywa. I koniec. Własnych kłopotów miała powyżej przysłowiowej kokardy, a Maciek właśnie dał znać, że wynegocjował skrócenie pobytu i będzie w Polsce już w majowy weekend.

– No to super! – ucieszyła się Ruda. – Bo mnóstwo pracy cię czeka.

– A myślisz kobieto, że teraz to ja leżę?

– A kto cię tam wie? – zaśmiała się. – Mam dla ciebie niespodziankę. Dużą niespodziankę.

– W sensie, że brzuch masz duży? – próbował domyślić się Maciek.

– To akurat prawda, zresztą widziałeś na zdjęciach, że wyglądam jak czołg. Ale nie. Nie o to mi chodzi. Moja niespodzianka jest o wiele większa.

– Bliźniaki?! – Maciek omal nie zemdlał z przerażenia.

Znał swoją ukochaną i wiedział, że stać ją na każdego psikusa.

– Nie, nie. Bez obaw, aż tak dowcipna to ja nie jestem. Ale robota po powrocie i tak cię czeka. Masa roboty.

Po raz pierwszy od bardzo dawna Monika wysiadła z samochodu bez zesztywniałego karku. Po konkretnej rehabilitacji na wyjeździe, mimo naturalnego balastu w postaci dziecka, jej kręgosłup dostał nowe życie. Uwolniona od permanentnego bólu czuła się, jakby ją ktoś na sto koni wsadził.

Ta nowa jakość unaoczniła Rudej, że wypadałoby nareszcie zadbać o zdrowie na dłuższą metę. Cudów nie ma. Tygodniowe zabiegi nie poskutkują na wieczność, zatem czas rozejrzeć się za sensownym terapeutą na miejscu.

Na biurku w jej gabinecie leżał już gotowy aneks do umowy spółki, z adnotacją o terminie wizyty u notariusza. Dyrektor stanął na wysokości zadania.

– Matko, ale masz, chłopie, tempo!

– A na co mam czekać? Aż się rozmyślisz? – Adam posłał Monice szałowy uśmiech, skłonił się nisko i zaprosił do auta. – Jak masz teraz czas, to jedziemy. Załatwmy to od razu.

W ostatnich dniach Ruda odwiedziła notariusza kilkakrotnie. Jak się okazało, podpisanie dokumentów oraz przekazanie kluczy mogło w dobrym układzie nastąpić już w piątek. Nie miała tyle cierpliwości, żeby czekać aż do poniedziałku, więc bez gadania zgodziła się na spotkanie o dwudziestej i jak na skrzydłach pognała do krakowskiego notariatu. Późnym wieczorem, kiedy siedziała w motelowej restauracji i obracała w dłoniach pęk kluczy, czuła się jak najszczęśliwsza osoba na świecie. Nareszcie będzie mogła opuścić znienawidzony przydrożny motel.

O ile dobrze pamiętała, w jej nowym domu znajdowało się trochę podstawowych sprzętów, a kompletnie wyposażona kuchnia i czynna łazienka pozwalały wprowadzić się praktycznie od razu. Ogromny wypoczynkowy narożnik w salonie zapewniał całkiem wygodne miejsce do spania. Monika nie była wybredna, więc podjęła decyzję natychmiast i zawiadomiła recepcję, że zwalnia pokój z końcem weekendu.

Wyczekiwany z niecierpliwością sobotni poranek powitał ją rzęsistą ulewą i niebem zasnutym ołowianymi chmurami po horyzont. Miała nadzieję, że wiosenny deszcz szybko przeleci, ale widoczne nawet z pierwszego piętra bąble na kałużach prędko ją jej odebrały. Ponieważ przeprowadzka przy takiej pogodzie nie zaliczała się do miłych, a Monika miała stanowczy zakaz noszenia ciężkich rzeczy, pogodowe okoliczności skutecznie zweryfikowały plany na wolne dni.

Praca w piekarni szła pełną parą. W nadchodzącą niedzielę miał nie obowiązywać zakaz handlu, a że zbliżała się długa majówka, ludzie poszaleli i zmówili się wykupić całą dostępną na rynku kiełbasę, piwo oraz rozpałkę do grilla. Na liście majówkowych niezbędników nie mogło zabraknąć także węgla drzewnego oraz pieczywa, zatem Rudej niezręcznie było prosić o pomoc pracowników. Dla pewności sprawdziła w smartfonie prognozę pogody i upewniwszy się, że do obiadu nie ma co liczyć na jej poprawę, uznała, że wykorzysta osobisty przestój, by odwiedzić Rafała.

Dzień wcześniej, zawalona sprawami do załatwienia, nie znalazła czasu, by do niego podjechać, zatem teraz wyjęła z torby bluzę Marzeny i włożyła ją do nylonowej siatki na zakupy. Modny ciuch, niby przypadkiem zabrany koleżance, miał stanowić naturalny pretekst do złożenia wizyty w domu zaginionej. Ruda uznała, że jedenasta to dobry czas na niezobowiązujące sobotnie odwiedziny u znajomej ze spa, więc bez zwłoki pomaszerowała do łazienki i doprowadziła się do porządku.

Dom położony na obrzeżach Krakowa robił wrażenie. Wprawdzie Monika profilaktycznie wklepała adres w nawigację, ale elegancka budowla nawet z daleka rzucała się w oczy. GPS doprowadził Rudą pod rozsuwaną bramę. Mimo lejących się z nieba strug wody opuściła szybę i nacisnęła przycisk domofonu przymocowany do specjalnego pachołka.

– Kto tam? – rozległo się z metalowego sitka.

– Jestem znajomą Marzeny.

– Jaką znajomą? Żony nie ma – znów doszło ją z głośnika. Lejący się przez otwarte okno deszcz właśnie zamoczył bluzkę i połowę spodni Moniki. Straciła cierpliwość.

– Otwieraj, człowieku, do cholery, bo moknę! – huknęła.

Najwidoczniej podziałało, bo prawie natychmiast rozbłysła pomarańczowa lampka, a masywna brama zaczęła się rozsuwać. Klnąc na pogodę i gospodarza, Ruda zamknęła okno i ruszyła podjazdem w stronę domu.

Budynek był rzeczywiście przepiękny. Przestronny, elegancko wykończony, przy czym pozbawiony nowobogackiej ostentacji. Przy nim nowy dom wydał się Monice skromnym kurnikiem. Zaintrygowana wysiadła z samochodu i schroniwszy się pod dachem, z opuszczoną głową przemknęła ku drzwiom wejściowym. Deszcz zacinał mocno, więc do celu dotarła przemoczona i bliska zadyszki. Uniosła w górę wzrok i zamarła.

W drzwiach stał mężczyzna tak urodziwy, że aż zamrugała kilkakrotnie, aby się upewnić, że nie śni. Wiedziała, że przyszywany mąż Marzeny jest mężczyzną atrakcyjnym, ale nie spodziewała się, że aż tak. Jego uroda wymykała się wszelkim normom przyzwoitości. Boski Apollo mógłby nabrać kompleksów.

– Dzień dobry. Przepraszam panią. Nie wiedziałem, że żona spodziewa się gościa – powiedział Rafał głosem tak zmysłowym, że Ruda poczuła dreszcz.

– Umówiłyśmy się, że podrzucę jej bluzę, którą pożyczyła mi w trakcie pobytu w spa. – Jej głos zabrzmiał dziwnie piskliwie. Jednocześnie dziecko wymierzyło jej solidnego kopniaka, więc stęknęła i chwyciła oburącz za podołek.

Rafał jakby się ocknął i dopiero teraz zauważył, że nieznajoma kobieta jest w zaawansowanej ciąży.

– O Boże, proszę mi wybaczyć, że tak panią przepytuję! – przeprosił gospodarz. – Ależ ze mnie gbur, proszę wejść do środka. Zapraszam. Bardzo proszę. Tędy. – Odsunął się od drzwi, by mogła go wyminąć, i wskazał drogę do salonu.

Monika z przyjemnością wciągnęła w nozdrza zapach luksusowej wody kolońskiej pomieszany z wonią zadbanego mężczyzny. Dobrze wiedziała, że Rafałowi z kobietami nie po drodze, ale przeleciało jej przez myśl, że gdyby nie to i gdyby nie Maciek, nie pogardziłaby i kijem go z łóżka nie wypchnęła. On był po prostu piękny. Aż grzechem było, że taki okaz marnuje się dla żeńskiej części populacji.

Z tego wszystkiego, zaaferowana, na chwilę zapomniała o celu swojej wizyty, ale gdy gosposia zaserwowała im herbatę i ciastka, zyskała czas, by na powrót poukładać myśli. Oczywiście wszystko miała przećwiczone na dziesiątą stronę, tyle że na widok gospodarza najnormalniej w świecie zapomniała języka w gębie.

– A zatem co cię sprowadza? – zagadnął uprzejmie Rafał. – Poznałaś Marzenę na wyjeździe?

– Dokładnie tak. Miło spędziłyśmy czas, zakumplowałyśmy się trochę. – Ruda opanowała zmieszanie i sięgnęła po kruche ciasteczko. – No i Marzka przypadkiem zostawiła bluzę u mnie w aucie. Zauważyłam ją dopiero po powrocie. Umówiłyśmy się, że dziś ją podrzucę. A co? Nie ma jej? Pewnie zapomniała.

Ruda uśmiechnęła się szeroko i z apetytem schrupała ciasteczko.

– Nie. Chyba nie. – Rafał niepewnie przyglądał się gościowi.

– Coś się stało? Może przyjechałam nie w porę?

– Nie, nie. Po prostu moja żona zniknęła.

– Jak to zniknęła?

– Sam nie wiem. – Zwiesił głowę, przeczesał dłońmi włosy. – Normalnie wyjechała do tego całego spa. Nic nie mówiłem, bo uznałem, że po śmierci ojca musi się jakoś pozbierać i wrócić do normy, choć nie wiem, na cholerę komu te głupie zabiegi – dodał poirytowany.

Jego wygląd całkowicie przeczył ostatniemu stwierdzeniu, bo Rafała spokojnie można było uznać za chodzącą reklamę serii upiększających zabiegów dla mężczyzn.

– I co? Nie wróciła? – Ruda koncertowo paliła głupa. – Twierdziła, że będzie w domu w czwartek wieczorem. Ja wyjechałam stamtąd dwa dni przed nią. Zaraz po powrocie do niej zadzwoniłam i powiedziałam o bluzie. Umówiłyśmy się na dzisiaj. Że tutaj przyjadę. Zaprosiła mnie na kawę.

– Nie. Nie wróciła. Hmm… – Rafał zawiesił głos.

– Może mogłabym jakoś pomóc? Wprawdzie nie znam dobrze twojej żony, ale może jakoś się przydam?

– Sam nie wiem… Na razie nie mam pojęcia, w co ręce włożyć. Jestem w kompletnej rozsypce. Miała być w domu w czwartek, a dziś już sobota. Tak się boję, że coś jej się stało. Dzieci pytają o mamę, bo od nich też nie odbiera, a ja… – Zrozpaczony mężczyzna z trudem przełknął gulę w gardle.

– Matko, nie wiem, co ci powiedzieć. Ostatni raz widziałam się z nią w dniu mojego wyjazdu, a potem tylko rozmawiałyśmy przez telefon. Dzwoniłeś do niej?

– Milion razy. Jej komórka jest poza zasięgiem.

– Dzwoniłeś do ośrodka?

– Tak, wyjechała w czwartek. Na litość boską! – jęknął Rafał. – Z Nowego Sącza, w najgorszym układzie, jedzie się dwie godziny, nie dwa dni!

– Zawiadomiłeś policję?

– Oczywiście! Ale jakoś nie wykazali entuzjazmu, wyraźnie sugerując, że Marzka poszła w tango i pewnie niedługo wróci sama.

– Poważnie?! – Ruda udała zbulwersowaną.

– Poważnie. Nie masz pojęcia, jak bardzo się o nią boję.

Mężczyzna wyglądał na bliskiego załamania; najwyraźniej Marzena z detalami zastosowała się do ustaleń. Skoro jej telefon pozostawał poza siecią, a ona rozpłynęła się w powietrzu, wszystko poszło zgodnie z planem. Chociaż Ruda nie spodziewała się zastać jej męża w stanie tak kompletnej rozsypki, teraz szybko przeanalizowała plan i postanowiła od razu zawistować z prywatnym detektywem.

 

– Serio znasz kogoś takiego? – Rafał podskoczył jak rażony prądem.

– Nie wierzę, że nie słyszałeś o DD Detectives?

– No pewnie, że słyszałem! Masz do nich jakieś dojście?

– Oczywiście. Bezpośrednie. W zeszłym roku poszukiwali mojej zaginionej przyjaciółki.

– I znaleźli ją?

– No przecież! Postawili na nogi połowę Polski. Chcesz namiary? W razie czego mogę cię polecić, bo ostatnio są zawaleni robotą. – Monika dopiła herbatę i nieśpiesznie zaczęła zdradzać oznaki zniecierpliwienia, dając do zrozumienia, że chce już wyjść. – Czy mogę skorzystać z toalety?

– Jasne. Drugie drzwi na lewo. – Rafał poderwał się z miejsca.

Salon łazienny, bo inaczej się nie dało nazwać tego pomieszczenia, był godzien pałacu arabskiego nababa. Olbrzymie granitowe płytki idealnie współgrały z nowoczesną armaturą, a sprytnie rozmieszczone oświetlenie, mimo chłodnych barw, dawało wrażenie przytulności. Aż nie chciało się stąd wychodzić.

Ruda umyła ręce, uważając, by nie zachlapać idealnie wyczyszczonej szklanej umywalki, i spryskała twarz wodą termalną. Kilka głębszych oddechów i była gotowa do akcji.

– Tu masz telefon do detektywa – powiedziała. – Tylko koniecznie się na mnie powołaj.

– Dziękuję – odparł Rafał z wdzięcznością. – Nie masz pojęcia, co przeżywam – poskarżył się. – To jakiś koszmar. Nie dość, że ściemniam dzieciakom, to jeszcze muszę jakoś trzymać w ryzach matkę Marzeny, bo też się nie może dodzwonić. Nęka mnie, jakbym był temu winien! A sam odchodzę od zmysłów, co też się mogło stać…

Dopiero na widok zamykającej się bramy Monika odetchnęła z ulgą. Zadanie zostało wykonane. Właściwie na tym kończył się jej udział w aferze i mogła spokojnie zapomnieć o temacie, niemniej widok zbolałej miny Rafała nie dawał jej spokoju. Facet naprawdę bardzo cierpiał. Jeśli Marzena chciała dowodu na to, że komuś na niej zależy, Ruda właśnie go dostała.

Żal jej było człowieka, ale w sumie to nie była jej sprawa. Własnych miała wystarczająco dużo, by bez wyrzutów sumienia zapomnieć o fanaberiach Marzeny. Teraz wszystko pozostawało w rękach Dariusza oraz samej zainteresowanej. Dalsze szczegóły ustalą sobie razem, a za jakiś czas Marzena się odnajdzie, sprzeda rodzinie jakąś wiarygodną historyjkę. Być może nawet postawi na swoim i zapanuje nad własnym życiem.

Było dopiero południe, więc wpadła na chwilę do firmy. Wiedziała, że z początkiem tygodnia będzie zajęta nowym domem, zatem korzystając z niepogody, nadrobiła zaległości w dokumentach. Lubiła pracować w soboty, kiedy to w firmie poza pracownikami produkcji nie było nikogo. Nikt nie zawracał głowy, nikt nie dzwonił. Robota od razu szła dwa razy szybciej.

Zamówiła sobie do biura pizzę z dowozem i w spokoju dokończyła pracę. Po południu niebo trochę pojaśniało, a ulewny deszcz zamienił się w drobną mżawkę. Aura wciąż nastrajała wisielczo, ale na myśl o powrocie do ponurego motelu Ruda aż wzdrygnęła się z odrazą i postanowiła tak czy siak przenocować już na swoim. Na razie nie potrzebowała zabierać ze sobą wielu rzeczy, wystarczył jej pakunek z pościelą, o którego wyszukanie wśród pudeł poprosiła jednego z pracowników. Zabrała ze sobą część ubrań i kosmetyki, a po drodze kupiła trochę jedzenia i jednorazowe naczynia. Jeszcze przed wyjazdem umówiła się, że syn właścicieli motelu nazajutrz pomoże jej przetransportować resztę bagaży. To na razie musiało jej wystarczyć, aż do przyjazdu Maćka. Jak na swój stan czuła się świetnie, ale nie zamierzała za bardzo się przemęczać. Poza tym chciała, żeby jej partner także przyłożył się do przeprowadzki. Niech to będzie dla nich wspólna radość.

Zaparkowała jak najbliżej wejścia i grzęznąc w błocie, na raty przetaszczyła tobołki do środka. Wnętrze pachniało nowością.

Zmęczona, ale szczęśliwa opadła na kanapę i powiodła wzrokiem dokoła. Musi minąć trochę czasu, zanim skończą urządzanie i zanim dom nabierze intymnego zapachu ich własnej prywatności. Na razie wymagał oswojenia. Na szczęście wyposażenie połączonej z salonem kuchni przypadło Monice do gustu, więc nie zanosiło się na rewolucyjne zmiany. Podobnie łazienek, co zważywszy na ewentualny bałagan przy przeróbkach, było nie lada atutem.

Przyszykowała pościel, ustawiła pod lustrem kosmetyki i puściła muzykę z laptopa. I naraz poczuła się jak u siebie. Żałowała jedynie, że nie ma przy niej nikogo, z kim mogłaby dzielić ten szczególny moment. Najchętniej wtuliłaby się teraz w szerokie ramiona Maćka albo przynajmniej upiłaby się z Ewą. Tymczasem umierała z ciekawości, jak jej partner zareaguje na ich nowe miejsce na ziemi, a z przyjaciółką mogła tylko pogadać przez telefon. A wino mogła sobie co najwyżej powąchać.

Z braku laku Monika pogadała z nienarodzonym dzieckiem o nieznanej wciąż płci, bo przy USG ustawiło się w taki sposób, że nie dało się niczego ustalić. A potem zrobiła listę imion zarówno dla dziewczynki, jak i dla chłopca.

Właśnie miała wejść pod prysznic, gdy dzwonek telefonu rozległ się echem w pustawym jeszcze wnętrzu.

– To chyba telepatia! – ucieszyła się na dźwięk głosu Ewy. – Właśnie sobie pomyślałam, że pierwszy wieczór w nowej chacie powinnyśmy świętować razem.

– Jak to? To już?

– No nie mogłam już znieść tej okropnej motelowej nory, więc dziś pierwsza nocka na swoim. Szkoda, że cię tu nie ma.

– Wydaje mi się, że Maciek lepiej by się nadał niż ja. Kiedy przyjeżdża?

– Już za kilka dni. Normalnie odcinam centymetr po kawałku, jak chłopaki w wojsku. – Ruda się roześmiała. – Aha, byłam dziś u Rafała. Nie miałam pojęcia, że z niego takie ciacho.

– Przecież ci mówiłam. Nie wiedziałaś?

– No, wiedziałam, ale nie sądziłam, że aż tak. W każdym razie wszystko poszło zgodnie z planem. Marzena rozpłynęła się w powietrzu, facet załamany, policja przyjęła zgłoszenie, a nasz Dareczek w pełnej gotowości bojowej. Nawet nie wiesz, ile nerwów mnie to kosztowało. Diabli nadali tę babę! Tak się cieszę, że jest już po wszystkim.

Monika przeszła do szczegółowej relacji. W tle słyszała wprawdzie, że ktoś próbuje się do niej dodzwonić, ale zignorowała natręta i przegadała z przyjaciółką prawie godzinę, dopóki nie rozładował się jej telefon.

Podpięła ładowarkę i na dłuższą chwilę przepadła w łazience. A potem wylądowała na kanapie. Już prawie zasypiała, gdy przypomniała sobie o nieodebranych połączeniach, ale machnęła ręką. Z uśmiechem na ustach umościła się wygodnie, pomyślała, że koniecznie musi zapamiętać sen z pierwszej nocy, i spokojnie odpłynęła w niebyt.

Dawno już nie spała tak smacznie.

Rano powitały ją jasne promienie słońca wpadające przez ogromne, jeszcze niczym nieosłonięte tarasowe okno. Zacisnęła powieki, żeby przypomnieć sobie, czy coś jej się śniło, ale bezskutecznie. Chętnie by jeszcze poleżała, niestety burczący brzuch i pełny pęcherz skutecznie wygoniły ją z pościeli. A ponieważ dopadła ją chcica na jajecznicę, postanowiła odwiedzić pobliskie gospodarstwo. Skoro po obejściu łaziły kury, to musiały być tam też jajka. Mimo słońca było dość chłodno, naciągnęła więc ciepły dres i omijając rozległe placki błota, suchą nogą przedostała się na drogę.

Po pięciu minutach była na miejscu. Miała szczęście, bo gospodyni właśnie karmiła drób.

– Dzień dobry! – Ruda pomachała przyjaźnie. – To pani kury? – zapytała.

– Paaani! Jo tam nie wim, jakie rury! – Głucha jak pień babina odpowiedziała jej szczerbatym uśmiechem i zamaszystym ruchem sypnęła ziarno.

Trochę potrwało, zanim Rudej udało się wyjaśnić, że jest nową sąsiadką i czego chce, ale w końcu wróciła do domu z pełną jajek papierową torebką po cukrze i czym prędzej stanęła przy patelni. Na szczęście poprzedni właściciele zostawili w kuchni kilka zupełnie nowych naczyń.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?