Wszystko nie tak! 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystko nie tak! 2
Wszystko nie tak! 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Wszystko nie tak! 2
Audio
Wszystko nie tak! 2
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Teraz, już bez skrępowania, mogły do nocy plotkować w piżamach. W takich okolicznościach gadało im się najlepiej. Nowy układ noclegowy był po prostu idealny.

ROZDZIAŁ 5

– WSTAWAJ! – Zanim poszła do łazienki, Ruda delikatnie potrząsnęła ramieniem śpiącej Ewy. Nie doczekawszy się żadnej konkretnej reakcji poza niewyraźnym pomrukiem, tyrpnęła nią mocniej. – No rusz się, babo! Spóźnimy się na śniadanie. Wiesz, jakie pyszne jajka po wiedeńsku robi miejscowy kucharz? Jak chcesz poszetowe, to też ci zrobi.

– Kuźwa, jakie? – Spod kołdry wydobył się słaby jęk.

Ewa po raz kolejny przeciągnęła się leniwie i nakryła ucho jaśkiem, ale Ruda ani myślała odpuścić. Miały tyle rzeczy do obgadania, że szkoda było czasu na sen. Guzik ją obchodziło, że poprzedniego wieczoru przyjaciółka samodzielnie obaliła półtorej butelki czerwonego wina.

– Ruszaj dupę, bo zawołam Marzenę!

– Co? Jak? Co ty gadasz? – wymamrotała nieprzytomnie Ewa. Oszołomiona, z trudnością usiadła na łóżku. – Która godzina?

– Ósma dziesięć. Jak się teraz nie zbierzemy, to nam głodomory pożrą całe śniadanie – zablefowała Ruda z pełną świadomością, że przyjaciółka nie cierpi być głodna.

Z premedytacją przemilczała fakt, że śniadanie serwowane jest na okrągło aż do dziesiątej. I drugi, że sama chce zdążyć na przedpołudniowy pilates, więc wolałaby zjeść wcześniej. I trzeci, że bardzo nie lubi jadać sama.

– Dobra, robię to tylko dla ciebie – zachrypiała zaspanym głosem Ewa. Nie tak wyobrażała sobie relaks w luksusowym hotelu. – Ale zacznijmy od tego, że łeb mnie strasznie nap…

– Masz tu tabletkę. – Ruda weszła jej w słowo i podała szeleszczący blister. – To moje stare zapasy, połknij, zanim minie termin. I więcej zero rioja!

– Tak, mamo – stęknęła Ewa i potulnie zwlekła się z łóżka.

Była jak z krzyża zdjęta, więc w łazience natychmiast przyssała się do kranu. Łapczywie żłopiąc lodowatą wodę, uroczyście przysięgła sobie całkowitą abstynencję aż do końca pobytu. Jednak po kilku łykach zweryfikowała wcześniejszą deklarację i uznała, że lepszy będzie po prostu umiar. Dotrzymanie drugiej opcji było bardziej realne, zwłaszcza że Ruda zarządziła zmiany w grafiku. Niemal od razu po pilatesie i rozciąganiu zaklepała dla nich obu balijski masaż. A potem manicure i pedicure.

– Nie za dużo tego dobrego?

– Coś ty! – Monika przełknęła kawałek wegańskiej parówki. O ile to było możliwe, jej twarz wyglądała jeszcze gorzej niż wczoraj. – Matko, ale syf! Nie jedz tego!

– Nie mam zamiaru. A wracając do tych zabiegów… Chyba wolałabym jakiś spacer.

– W taki deszcz? To już lepiej basen.

– O, widzisz! – Ewa machnęła widelcem i sięgnęła po kawę. – Teraz dobrze gadasz.

Ruda ze wstrętem odsunęła talerzyk z resztką parówki i po raz trzeci poszła pobuszować przy szwedzkim stole. Szerokim łukiem ominęła przysmaki z tofu oraz sojowy bekon, natomiast chętnie nalała sobie owsianego mleka i ustawiła się w kolejce po jajka sadzone. Ponownie zastawiła prawie cały stolik.

– Ale masz spust. Jesteś pewna, że to nie będą trojaczki? – Ewa wróciła z dolewką mocnej kawy.

Ledwie jednak usiadła, gdy tuż nad uchem usłyszała damski głos.

– Cześć, Monika! Ukrywasz się czy co? Idziesz dziś ze mną na masaż tybetańskimi dzwonami?

– Dzwonami? – zdziwiła się Ruda. – Żeby mi dziecko ogłuchło? Poznaj moją przyjaciółkę. Ewka, to właśnie jest Marzena.

Ewa zesztywniała już na sam dźwięk głosu tamtej, ale z nadzieją, że się przesłyszała, powoli odwróciła głowę. Dobrze, że chwilowo niczego nie miała w ustach, bo rozdziawiła je tak, że z pewnością by wypadło.

– Marzena?! A co ty tutaj robisz?!

– Pewnie to samo, co wszyscy – odparła nowo przybyła, nie mniej zaskoczona. – Mogę się do was przysiąść? Co za spotkanie!

Ewie nie wypadało zaprotestować, choć najbardziej w świecie miała teraz ochotę wywlec Rudą z restauracji, najchętniej za te jej kasztanowe kłaki, i w krótkich słowach przesłuchać ją na okoliczność bliższej znajomości z Marzeną.

Z tą Marzeną.

– Ale numer! Od początku miałam wrażenie, że skądś cię znam. – Monika nareszcie załapała. – To wszystko przez te czarne włosy. Przecież nieraz widziałam twoje zdjęcia, ale wtedy byłaś blondynką. Kurczę, przecież od razu bym cię poznała. Ale jaja! Jesteście tak do siebie podobne, że nawet Tomek się pomylił i porwał Ewę zamiast ciebie. Masz na nazwisko Kornacka, prawda?

– Że co? – Teraz to dla odmiany Marzenie odjęło mowę. – Jak to porwał? Kto ją porwał? Ewę ktoś porwał?

– Tak, Tomek. Boski porywacz, z którym niebawem się chajta. Nie widziałaś, jakie było zamieszanie w telewizji zeszłego lata? Pół Polski jej szukało.

– Nie oglądam telewizji.

Ruda siedziała zbyt daleko, by pod stołem mógł ją dosięgnąć kopniak przyjaciółki. Monika tak się nakręciła zbiegiem okoliczności, że wypaplała to, czego nie powinna.

Marzena, nic nie rozumiejąc, patrzyła na nią jak na idiotkę.

– No sorry, ale ja nic z tego nie pojmuję. Po co ktokolwiek miałby mnie porywać?

Nie było wyjścia, Ruda z Moniką musiały w miarę oględnie wtajemniczyć zainteresowaną w wydarzenia minionego roku. A że było o czym opowiadać, przegapiły przedpołudniowe zajęcia i skończyły dopiero w porze lunchu.

Marzena siedziała zasłuchana. Odzywała się niewiele. Zaszokowana zbiegiem okoliczności, z trudem zbierała myśli.

– I co ty na to wszystko? – zapytała Ewa.

– Jestem w szoku – odparła Marzena. – W ciężkim szoku. To nieprawdopodobne. Przecież to wszystko jest nie tak! Nic się nie zgadza, poza tym, że faktycznie mam forsy jak lodu. Cała reszta mojego życia to zakichane pozory. Przepraszam, ale ja muszę się napić, bo na trzeźwo nie ogarniam.

Podeszła do baru. W ślad za nią ruszyła Ewa.

Przy trzecim drinku Marzena rozkleiła się zupełnie.

– A co mi tam! Nareszcie komuś to powiem – chlipnęła znad szklanki. – Wszystko się zaczęło, gdy moja matka postanowiła wyjść za mąż za Kornac­kiego. Wcześniej żyłyśmy sobie spokojnie, może bez fajerwerków, ale nasze życie szło sobie utartym rytmem. Chodziłam do szkoły, wybierałam się do technikum, ale pojawił się on. I wszystko popsuł. Musiałam zostawić w cholerę ulubiony pokój, ukochane wróżby, nowego chłopaka, a zamiast w technikum wylądowałam w katolickim ogólniaku. No i musiałam zacząć mówić do starego „tato” i udawać, że jesteśmy rodziną od zawsze. Przeprowadziliśmy się do Krakowa. Nie wiedziałam, że jest aż tak bogaty. Dla mnie to było jak bajka: własny apartament, w domu sprzątaczka i gosposia, najnowsza komórka, najlepsze ciuchy. Tak jakby ktoś postawił w naszym życiu grubą kreskę. I kazał nam żyć lepiej i na bogato.

Przerwała, by zamówić kolejnego drinka.

– Nigdy się nie zastanawiałam, na czym polegają interesy ojca – podjęła. – Wiedziałam, że ma ogromne biuro projektowe, które kiedyś przejmę, i że robi jakieś interesy w kręgach kościelnych. Teraz dopiero, gdy on już nie żyje, myślę sobie, że to były jakieś lewizny, a firma była tylko przykrywką. Oczywiście, biznes wciąż ma się bardzo dobrze, ale nie aż tak dobrze, żeby generować aż taką kasę. Może nie jestem najmądrzejsza, ale umiem liczyć. Coś się nie zgadza. Te konszachty z Kościołem to jakiś grubszy szwindel. Niedługo przed śmiercią ojca na horyzoncie pojawili się także politycy. Dziś jestem niemal pewna, że nasza przeprowadzka do Krakowa odbyła się dlatego, że Kornacki musiał uciekać. A rodzina była mu potrzebna do poprawy wizerunku. Moja matka i ja spadłyśmy mu jak z nieba.

– To całkiem możliwe. W kręgach kościelnych instytucja rodziny liczyła się zawsze – rzuciła Ruda, trochę zaskoczona, że Marzenę wzięło na aż taką szczerość. – Pewnie stąd ta katolicka szkoła.

– Żebyś wiedziała. Ja miałam tylko nie sprawiać problemów i trzymać gębę na kłódkę. Niby układ był uczciwy, ale dopiero niedawno poczułam, że gdzieś tam, pod skórą, zawsze czaiła się jakaś groźba. Że coś było nie tak. Wcześniej tego nie dostrzegałam, byłam zbyt młoda i za głupia, ale grzecznie wywiązywałam się z umowy. Do czasu, aż na studiach zaszłam w ciążę. Ojciec razem z matką kazali mi ją usunąć. Dzięki Bogu podstępem uchroniłam dzieciaki. I urodziłam.

– A co na to wszystko ich ojciec? – zapytała Ewa. – Nie miał nic do powiedzenia?

– Ha, żebym ja jeszcze wiedziała, kto nim jest! Ale nie wiedziałam. I nadal nie wiem. – Marzena zrobiła pauzę i głośno siorbnęła drinka. – Jak się okazało, że z aborcji nici, ojciec przyprowadził do nas Rafała – ciągnęła. – Swojego partnera w interesach. Boże, jak on mi się podobał! Co nie miało dla nikogo najmniejszego znaczenia, podobnie jak to, że się nie znamy. To też był kontrakt: zamieszkać razem i udawać, że dzieci są jego. Ja miałam siedzieć cicho i odgrywać rolę idealnej małżonki. Najważniejsze, żeby skandalu nie było. Patrzcie, patrzcie, ta wychuchana córeczka Kornackiego puściła się na wakacjach i została z brzuchem! Więc znów położyłam uszy po sobie i się zgodziłam. Naiwnie myślałam, że jakoś to przeżyję, skoro z Rafała takie ciacho. I żyłam, ale krótko. Bo okazało się, że ten związek to fikcja. Nawet nasz ślub był fikcją.

– Co ty gadasz?

– Serio. – Marzena zdjęła z palca obrączkę i wrzuciła do kieliszka. – Odbyło się huczne weselisko, ale bez ślubu. Wersja oficjalna była taka, że wzięliśmy ślub w samolocie nad Wenecją, i jakoś wszyscy łyknęli ten kit. Dziś wiele kobiet nie zmienia nazwiska po ślubie, więc nikt się nie domyślił. A ja po raz kolejny wpadłam po uszy w gówno. Rafał miewa sobie na boku dyskretne romanse, ja wiodę żywot niepokalanej dziewicy, studiuję, bryluję i zajmuję się firmą. Plan perfekcyjny. Trzy etatowe opiekunki, prywatne szkoły i zero skazy na kiczowatym obrazku rodzinnej sielanki.

 

– O cholera. A tak ci zawsze zazdrościłam – wyrwało się Ewie. – O ja głupia…

– Niby czego?

– Właśnie tej idealnej rodziny, szczęścia, miłości, przystojnego kochającego faceta, cudownych dzieci. Że nie wspomnę o wielkiej forsie i zawodowych sukcesach.

– Chyba zgłupiałaś! – Marzenie wyrwało się niekontrolowane czknięcie. – Tak dla ścisłości: to ja zawsze zazdrościłam tobie. – Wycelowała w Ewę palec wskazujący. – To ty masz niesłychany talent, o jakim ja mogę jedynie pomarzyć.

– Co ty pleciesz? – Ewa zbaraniała.

– A to, że odkąd cię znam, wiecznie mi depczesz po piętach! Zawsze musisz być lepsza. Nawet jak porwali ciebie zamiast mnie, to znalazłaś miłość. A ja oddałabym wszystko, żeby tylko ktoś mnie porwał i pokochał! Tak naprawdę! – Marzena rozpłakała się w głos. – Nie macie pojęcia, jaka ja jestem, kurwa mać, nieszczęśliwa!

Ewa, kompletnie wbrew sobie, objęła łkającą rywalkę. Jeśli to, o czym mówiła tamta, choć w połowie było prawdą, rzeczywiście nie miała czego zazdrościć.

– Ja tylko jednej rzeczy nie rozumiem – bąknęła Ruda. – Skoro to Ewa jest zdolniejszą architektką od ciebie, to jakim cudem zawsze wygrywasz ty, a nie ona? – zapytała przytomnie.

Marzena rękawem otarła twarz i wydmuchała nos w papierową serwetkę.

– Bo ja mam w firmie ze dwudziestu pierdolonych megazdolnych architektów! – krzyknęła przez łzy i chlusnęła resztką z kieliszka przez balkon.

– Obrączka! – wrzasnęły jednocześnie przyjaciółki, podrywając się z miejsc.

– A pieprzyć głupią obrączkę. – Marzena rozszlochała się na dobre.

Nie było innego wyjścia, jak odeskortować nieszczęśnicę do pokoju. W tym stanie nie nadawała się do niczego, a już na pewno nie do żadnych zabiegów. Teraz najbardziej odpowiednim dla niej miejscem było łóżko. Ewa, tknięta litością, sięgnęła do toaletki po chusteczki do demakijażu i starła Marzenie rozmazany tusz. Ruda zabezpieczyła przy łóżku spory zapas wody mineralnej.

– No to pięknie. – Ewa westchnęła ciężko. – Wiesz, jakoś mi tak głupio teraz.

– Dlaczego? Że ktoś ci podwędził marchewkę, za którą goniłaś? – podsumowała celnie Monika.

– Coś tak jakby. Tyle czasu wnerwiałam się na nią, zazdrościłam jej, tymczasem było zupełnie odwrotnie. Jakie to dziwne. Jeszcze dziś rano utopiłabym ją w łyżce wody, a przed chwilą zmyłam jej makijaż, żeby ją rano oczy nie szczypały. Biedna dziewczyna.

– Słuchaj, nie mamy teraz czasu na gadanie. Manicure czeka – ponagliła Ruda.

– Prawda, chodźmy.

– Wiesz może, o co chodzi z tym masażem dzwonami?

– W sensie, że ktoś ci przy okazji przydzwoni? – zachichotała Ewa. – Nie mam pojęcia, ale możemy zapytać. Jeszcze nigdy nikt mnie nie masował tybetańskim dzwonem.

Kilka niemęczących zabiegów pozwoliło obu przyjaciółkom dogłębnie przemyśleć i przegadać temat. Ewa, uzbrojona w nową wiedzę, czuła się jakoś dziwnie. Zbyt długo miała przed oczami sztucznie wykreowany przekaz i zbyt długo w niego wierzyła. Miała całe lata na przyzwyczajenie się do myśli, że ma zapiekłego wroga. Nic dziwnego, że teraz, gdy wyszło na jaw, że jest inaczej, zrobiło się jej nieswojo. Do tego nie mieściło jej się w głowie, że ktokolwiek, a już tym bardziej ktoś taki jak odwieczna rywalka, może jej czegokolwiek zazdrościć.

– No co tam? Bo czytam w twoich myślach – zagaiła przekornie Ruda. – Jak się czujesz z faktem, że król jest nagi?

– Sama nie wiem. Jest mi jakoś tak pusto i łyso. Jak można nienawidzić kogoś przez tyle lat, a później go tak zwyczajnie polubić?

– Polubić? Nie wierzę własnym uszom. – Ruda się roześmiała i skarcona wiele mówiącym wzrokiem zamknęła się natychmiast.

– Proszę się nie trząść! – napomniała ją stateczna manikiurzystka.

– Jasne. – Monika położyła uszy po sobie i z powrotem odwróciła się do przyjaciółki.

– Skoro nawet ty masz w tym temacie mały zgryz, to co dopiero ja? – powiedziała Ewa. – Ale nic się nie martw, będzie dobrze, tylko muszę się z tym przespać. Marzena chyba też. Pytałaś już może kogoś, o co chodzi z tymi tybetańskimi dzwonami?

– Owszem – odparła Ruda z przekąsem. – To nie chodzi o dzwony, tylko o misy. Ustawiają je na człowieku i pukają w nie pałką.

– Co ty bredzisz? – zdumiała się Ewa.

– Sama zobacz.

– Kurczę, faktycznie… No to chyba nie dla mnie taka atrakcja. – Podniosła głowę znad smartfona i wyłączyła filmik. – Chyba wolę tradycyjnie. A jak twoje szanowne plecy?

– Jak u młodej kózki. Aż mi głupio przed samą sobą, że zwlekałam z tym tyle czasu. Wystarczyło raptem kilka zabiegów, a czuję się jak nowo narodzona. Tak to jest, jak człowiek nie wie, co mu jest.

– Nie można znać się na wszystkim.

Pod wieczór odpuściły sobie późną kolację. Wzięły ze sobą do pokoju kilka przekąsek i Ewa skoczyła do samochodu po wino. Na wszelki wypadek, w obawie o własne samopoczucie, przyniosła tylko jedno.

– Dla ciebie mam mineralną – oznajmiła Monice. – Chyba że wolisz bezalkoholowe mojito, to ci przyniosę?

– Nie, dzięki. Dziś tylko piżamy i woda, dobra?

– Jasne. Już się przebieram. Tylko jeszcze jakieś stosowne szkło sobie z baru skołuję.

Leniwy wieczór w pościeli był czymś, czego obie pragnęły od dawna. Jeszcze w liceum praktycznie w każdy weekend urządzały sobie piżama party, raz u jednej w domu, raz u drugiej. Gdy na studiach ich drogi się rozeszły, zwyczaj siłą rzeczy odpłynął w zapomnienie, lecz teraz nie było przeszkód, by go reaktywować choć na jeden raz.

Za kilka dni Ewa miała wracać do Hiszpanii, a Ruda nie mogła doczekać się przeprowadzki. Mimo zaskakujących zaręczyn Ewy i Tomka temat ślubu chwilowo odłożyła na potem, zatem nikt jeszcze nie wiedział, gdzie odbędzie się uroczystość. Początkowy plan zakładał urządzenie jej w Krakowie, żeby wszystkim było blisko, ale po ostatniej rozmowie z matką Ewie całkowicie przeszła ochota na rodzinną imprezę. Najchętniej zaprosiłaby wyłącznie Rudą z Maćkiem gdzieś na Costa Brava, by kameralnie uczcić wydarzenie, ale o takim rozwiązaniu mogła wyłącznie pomarzyć. Mimo niechęci do bliskich jakoś nie mogła się przemóc, by ich pominąć.

– Naprawdę nie możesz wziąć ślubu w Krakowie? – zdziwiła się Ruda.

– Mogę, wszędzie mogę. Najchętniej wzięłabym tutaj sam ślub, a wesele urządziła gdzieś na plaży w Hiszpanii.

– No to w czym rzecz? Prosto z kościoła zabierzesz gości do jakiegoś lokalu na kolację i gotowe. A prawdziwą imprezkę ogarnie się w innym terminie. Tam, gdzie będziesz chciała, no i z kim masz ochotę. Przecież Tomek też ma rodzinę. Choćby i Dariusza z małżonką i przychówkiem. Słyszałaś, jak się teraz Darkowi biznes kręci?

– A niby skąd? Tomek jest raczej oszczędny w relacjach. Zresztą jego brat nadal może liczyć u mnie jedynie na zwykłe traktowanie, bo sympatii to się ode mnie prędko nie doczeka.

Ruda już dawno wybaczyła detektywowi całą historię związaną z uprowadzeniem Ewy, a szczególnie po tym, jak rozliczył się z nią co do grosza. Nie zamierzała odpuścić mu ani złotówki z kwoty, którą wyłudził od niej przy rzekomych poszukiwaniach zaginionej przyjaciółki. Jednak, o ile się orientowała, na medialnej kampanii, jaką wokół tamtej sprawy rozpętał, Dariusz wyszedł całkiem nieźle. Z tego, co twierdził Tomek, skończyło się wiązanie końca z końcem i szukanie zaginionych psów czy śledzenie niewiernych żon. Od tamtej pory Dariusz często występował w telewizji jako ekspert, zabierając głos przy sprawach, przy których policja wolała trzymać gębę na kłódkę. W każdym razie brat Tomka, teraz wschodząca gwiazda branży, nareszcie wymienił stary samochód na bardziej reprezentacyjny, a żona przestała mu ciosać na głowie kołki za nierentowną robotę.

– Wiesz, ten cały Dariusz to i tak miał kupę szczęścia. Tomek w sumie też – mruknęła Ruda i zrobiła usta w „o” przy zmywaniu z twarzy mleczka do demakijażu.

– W sensie? – Ewa podciągnęła nogi pod siebie i zamotawszy się w koc, ostrożnie sięgnęła po kieliszek z winem.

– To chyba jasne. Przecież gdyby Tomek się wtedy nie pomylił i faktycznie porwał Marzenę, to obaj chłopcy mieliby niezły ogień pod tyłkami. Żaden nie podejrzewał przecież, z jak szemraną rodzinką zadziera.

– Masz na myśli lewe interesy ojczulka?

– Tak. Z tego, co mi wypaplała Marzena pierwszego wieczoru, w grę wchodziły jakieś gangsterskie powiązania. – Ruda konspiracyjnie ściszyła głos. – Nawet w temacie handlu bronią coś było chyba na rzeczy. Czujesz?

– O jasna dupa! – Ewa poderwała się na równe nogi. – O czym ty gadasz? Skąd o tym wiesz?!

– No przecież sama mi powiedziała. Naprawdę dużo wtedy wypiła. Brudna kasa i nielegalny handel bronią. Narkotyki pewnie też. Ten cały układ z jej mężem też jest jakiś lewy. Mówiła, że to współpracownik ojca. Jedna sitwa, ja ci to mówię.

– O mamo… – Ewa aż struchlała.

– Gdyby Tomek się nie pomylił, pewnie teraz obaj wąchaliby kwiatki od spodu, zakopani nie wiadomo gdzie. Jezuuu, co za koszmar! Cały czas mam wrażenie, że śnię. Już sama nie wiem, co lepsze. Gdyby ta Marzena nie…

Monice przerwało ciche pukanie do drzwi.

Ewa zerknęła na zegarek. Dopiero dochodziła dwudziesta pierwsza.

Właśnie otwierała usta, by coś powiedzieć, ale Ruda uprzedziła ją i podeszła do drzwi.

– Kto tam?

– To ja… – Przyjaciółki usłyszały znajomy głos.

Ewa wymownie wywróciła oczami, ale Ruda rozłożyła ręce w geście bezradności i wpuściła gościa do środka.

Marzena, otulona w hotelowy szlafrok, także miała na sobie piżamę.

– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale uznałam, że musimy porozmawiać.

– No dobra, zapraszamy.

– Dziękuję – odparła z wyraźną ulgą. – Macie jeszcze jakieś wino czy iść do baru?

– W szlafroku? – Dziewczyny jednocześnie parsknęły śmiechem.

– Jakoś nie zauważyłam, żeby w takich miejscach kobieta w szlafroku robiła jakiekolwiek wrażenie. – Marzena się zaśmiała. – Nawet na posiłkach.

– No racja. Wybacz. My takie nieobyte. Wchodź. Ewa ma jeszcze sporo wina w bagażniku. Duuużo wina.

ROZDZIAŁ 6

– TY CHYBA OSZALAŁAŚ! Rozum ci odjęło czy jak? – Ewa omal nie spadła z krzesła.

– A skądże! Ja to wszystko dobrze sobie dzisiaj przemyślałam – odparła twardo Marzena. Wbiła uporczywe spojrzenie w zaskoczone przyjaciółki. – Nic nie rozumiecie, ja muszę to zrobić. Ja nie mogę dalej tak żyć.

– Ale na co ci to? Przecież prędzej czy później cię znajdą. A jak sprawa wyjdzie na jaw, wszystkie możemy mieć kłopoty. – Monika była wstrząśnięta jak nigdy. – Sama wspominałaś, że twoja rodzinka może dużo.

– Mój ojciec nie żyje, a to z nim miałam układ. Podobnie Rafał.

– A twoja matka?

– Ona się w tym wszystkim nie liczy. Zresztą nie chcę o niej rozmawiać. Wystarczy, że odebrała mi moje stare życie i poukładała pod dyktando sponsora. Teraz chcę je odzyskać. – Marzena nie zamierzała ustąpić.

– Są jeszcze dzieci. Pomyślałaś o nich? – Ewa machinalnie napełniła dwa kieliszki.

– Właśnie dla nich to robię. I je chcę odzyskać, póki jeszcze czas. – W oczach Marzeny zalśniły łzy.

– Ale przecież to ty chcesz zniknąć, więc po co w tym wszystkim my? Masz pieniądze, wybierasz pierwszy lepszy lot na koniec świata i szukaj wiatru w polu. Niech cię szukają.

– No właśnie nie. Tak się nie da. Wszystkie moje płatności śledzi księgowy. Zna wszystkie moje wydatki, więc nie mogę ot tak sobie kupić biletu lotniczego i odfrunąć. Nawet mój paszport trzymany jest w sejfie. – Marzena spojrzała na Ewę i znacząco uniosła brew. – Bez ciebie mi się nie uda. Błagam cię, pomóż mi!

Ewie pomału zaczynało coś świtać.

– Nie myślisz chyba o moim paszporcie?! – Prawie zakrztusiła się winem.

– A o czyim? Tobie do podróży po Europie wystarczy dowód osobisty. A jak już dostanę się tam, gdzie trzeba, zgłosisz zagubienie i po sprawie. Dob­rze zapłacę, nie będziesz żałować. Mam schowane papiery wartościowe na okaziciela i trochę kamieni szlachetnych. To jak?

– Wiesz, że to, co proponujesz, to nie przelewki. – Ruda z wysiłkiem podniosła się z kanapy.

– Wiem. Dlatego postanowiłam na to przeznaczyć całe moje oszczędności. Muszę zniknąć na jakiś czas. Żyję pod jednym dachem z obcym człowiekiem, a dzieci widuję od święta. Albo kiedy trzeba zrobić oficjalne zdjęcie do sieci.

– Ale ja wciąż nie rozumiem, dlaczego chcesz upozorować swoje zniknięcie. – Ewa wychyliła zawartość kieliszka.

– Bo w końcu muszę się dowiedzieć, na czym stoję. Czy znaczę dla nich wszystkich cokolwiek. Ja naprawdę nie wiem, czy poza dziećmi jest jeszcze o co walczyć. No a wy już macie wprawę w te kloc­ki. I nawet macie własnego detektywa. Może mnie szukać tak, żeby nie znaleźć, prawda? Błagam! Tylko wy możecie mi pomóc!

 

Po wyjściu Marzeny przyjaciółki długo nie mogły usnąć. Już nawet nie chciało im się gadać i po raz enty analizować sytuacji. W ich głowach kotłowały się myśli, a że znały się jak łyse konie, wiedziały, że każda z nich musi przetworzyć informacje po swojemu.

– Serio zamierzasz jej pomóc? – mruknęła cicho Ruda w przedsennym widzie.

– Żartujesz? Jeśli coś pójdzie nie tak, to nam ten zbrojeniowy gang nogi z dupy powyrywa. Przy samej szyi. Z tym paszportem to chory pomysł. W sam raz na jakiś głupi kryminał.

– Prześpijmy się z tym. Ale trzeba przyznać, że ten plan trzyma się kupy.

– No sorry. To kwestia priorytetów. Gdyby chodziło o ciebie, weszłabym w to w ciemno, ale dla niej? Całe moje dorosłe życie była mi wrzodem na tyłku, a teraz mam nadstawiać dla niej karku? Bez jaj!

– No racja. Może jak wytrzeźwieje, to jej przejdzie?

Jednak rankiem sprawa wcale nie wyglądała na prostszą. Marzena skutecznie nabiła sobie głowę własnym zniknięciem i wcale nie zamierzała rezygnować. A że wciągnęła już dziewczyny w swój pomysł, sprytnie wmanewrowane w spisek, musiały w tym uczestniczyć choćby na minimum.

Przefarbowała włosy na czarno tuż przed przyjazdem do ośrodka i postanowiła uczynić z tego faktu atut. Rodzina nie dysponowała żadnym jej aktualnym zdjęciem, więc nawet jeśli rozpoczną się poszukiwania, ich celem będzie platynowa blondynka z półdługimi włosami, a nie brunetka z krótkimi. Ucieszona z pomysłu, Marzena od razu umówiła się na strzyżenie.

Metamorfoza była kolosalna. Monika i Ewa nie poznały jej, gdy podeszła do nich na lunchu.

– No i jak? – zagadnęła wesoło.

– Ożeż w mordę! – Ruda wypuściła z dłoni widelec. – Ale zmiana!

– No właśnie. To jak będzie? – Marzena zwróciła się do Ewy.

– Nijak. Zapomnij. Nie dam ci mojego paszportu. To absurd!

Ewa postanowiła od razu okazać asertywność. Wyraz zaciętości na jej twarzy nie pozostawiał wątp­liwości, że odmowna decyzja już została podjęta.

– To co ja teraz zrobię? – Rozczarowana Marzena bezradnie zwiesiła ramiona i bliska załamania opadła na krzesło.

– Nie wiem. Ja w każdym razie za kilka dni wracam do Hiszpanii, do mojego faceta. Z własnym paszportem. Jeśli bardzo chcesz, mogę ci udostępnić Tomkową chatę w Podgórkach. Odkąd jego sąsiadce spalił się dom, w okolicy nie ma żywego ducha. Idealne miejsce, żeby się zadekować.

– W Podgórkach? Nigdy nie słyszałam tej nazwy.

– No właśnie. Jak już znikać dla świata, to tylko tam. Wcale nie trzeba lecieć do Meksyku na cudzym paszporcie. To miejsce leży daleko poza wsią. Nawet do najbliższego przystanku czy sklepu jest kawał drogi. Ale zakładając, że i tak ktoś będzie musiał ci dowozić jedzenie, sklep nie powinien cię interesować.

– Tylko kto miałby to robić? – zapytała Marzena, patrząc wymownie na Rudą.

– Jak to kto? No przecież nie ja! Żywcem nie mam czasu w nadchodzących dniach. – Monika wyrwała się do odpowiedzi. Ale zanim doczekała się kolejnych jęków zwiastujących zawód, dodała: – Jest jeszcze Dariusz. Ma wprawę w takich ustawkach. I wie, gdzie to jest. Przy okazji ustalicie sobie co i jak. No i dom nie będzie stać pusty. To także pewien plus.

– To prawda, wprawę ma. Za odpowiednie pieniądze ten bałwan nie odszuka nawet kotleta na talerzu – podsumowała Ewa złośliwie.

– Pazerność to okropna cecha – westchnęła Ruda.

Rozwiązanie z Podgórkami wydawało się zdecydowanie lepsze od latynoamerykańskiego, a już na pewno dużo mniej ryzykowne, więc zdeterminowana Marzena przyklasnęła idei. Wprawdzie zwykłe polskie pełne komarów chaszcze nad jeziorem nie jawiły się tak kusząco i egzotycznie jak plaża w Copacabanie, ale dobre było i to. Jak już miała znikać, to od razu, dopóki nikt nie wiedział o radykalnej zmianie fryzury.

Naprędce sklecony plan wydawał się zupełnie dob­ry. Nikt z otoczenia Marzeny za nic nie wpadnie na to, by szukać jej w takiej okolicy i w tak skromnym jak na jej gust lokum jak letniskowy dom Tomka.

Do tego w razie wpadki łatwo będzie wykazać, że Ewa poprosiła koleżankę o przysługę na odludziu, gdzie nie docierają żadne komunikaty z zewnątrz.

Przez cały dzień wszystkie trzy kobiety nie myślały i nie rozmawiały o niczym innym. W każdej wolnej chwili, kiedy z pasją nie poddawały się upiększającym zabiegom, był to jedyny temat.

Do kolacji został przewałkowany na dziesiątą stronę. Wszystko zostało powiedziane i ustalone, poza jednym. Na koniec wypłynął zasadniczy problem: w jaki sposób sprawić, by to akurat Dariusz oficjalnie zajął się poszukiwaniem zaginionej. Wiadomo było wprawdzie, że dla forsy uprowadzi nawet chomika na dawcę organów, ale trzeba było działać z dużym wyczuciem.

– Ja się do tego nie mieszam. Nie przepadam za nim. – Ewa wycofała się przy pierwszej sposobności. – Poza tym wyjeżdżam. Sayonara! Nos vemos!

– Ja się tym zajmę – zadeklarowała się niespodziewanie Ruda.

– A niby jak?

– Normalnie. Najlepsze są najprostsze rozwiązania. – Monika wzruszyła ramionami.

– Czyli? – Marzena zamieniła się w słuch.

– Normalnie. Najpierw Darek wyśle swoją ofertę do twojego Rafałka, że to niby zwykły wysyłkowy marketing, a potem ja tam wbiję pod pretekstem, że cię szukam. Powiem, że byłyśmy umówione, ale znikłaś bez słowa, a jak już przyjdzie co do czego, to zaproponuję sprawdzone detektywistyczne usługi. Pamiętajcie, że z naszego Dareczka teraz gwiazdor jak się patrzy. Kto jak kto, ale on już dobrze wie, jak dobrze szukać, aby za szybko nie znaleźć.

– O mamo... – Ewa z powagą pokiwała głową. – Jak nic po tym wszystkim urodzisz Maćkowi wariata.

– Eee tam! – skwitowała beztrosko Ruda. – Czy na tę okoliczność mogę dostać odrobinę wina na trawienie? – przymiliła się.

– Ech, nie dość, że będzie wariat, to jeszcze pijany… Boże, z kim ja się zadaję! – Ewa spojrzała z politowaniem, ale skinęła na barmana.

Masaż dźwiękiem tybetańskich mis, mimo że początkowo wywoływał salwy śmiechu, okazał się całkiem rozluźniający i przyjemny. Ruda nie byłaby sobą, gdyby nie rzuciła pod adresem skośnookiej kobiety kilku złośliwostek, ale tamta na szczęście niezbyt rozumiała język polski, zatem tylko skłoniła się grzecznie i ustawiła oprzyrządowanie na ciałach klientek. Gdy chwyciła za specjalną pałkę, Ruda omal nie popłakała się ze śmiechu.

– Zaraz skisnę! – kwiknęła.

– Cicho siedź! Nie stresuj kobiety – ofuknęła przyjaciółkę Ewa. – Wczuj się w wibracje, głupia! Odpręż się.

– Taaa – odmruknęła Monika, ale poddała się relaksującym dźwiękom.

Pochłonięte zabiegami oraz tym wszystkim, co działo się wokół nich, nie zwróciły uwagi na diametralną zmianę pogody. Ciemne, nisko wiszące i nabrzmiałe od wody chmurzyska znienacka ustąpiły miejsca bezkresnemu błękitowi. Gdzieniegdzie przepływały zwiastujące pogodę puszyste cumulusy. Cała przyroda nagle ożyła, z dnia na dzień wokół robiło się coraz bardziej zielono.

Stęskniony za Ewą Tomek wrzucał do sieci zdjęcia skąpanej w słońcu plaży, którymi niezmiennie nękał narzeczoną, by skłonić ją do szybkiego powrotu. Dla odmiany Maciek nie miał się czym pochwalić. Spieniona, prawie czarna toń na Morzu Barentsa nawet na odległość przyprawiała człowieka o dreszcze. Poza wysokimi zarobkami nie było mu czego zazdrościć

Monika skrupulatnie odliczała dni do jego powrotu. Gdyby nie niespodziewany przyjazd Ewy i afera z Marzeną, zapewne między zabiegami umarłaby z tęsknoty. Przez całą ciążę czuła się doskonale, ale teraz brzuch wyraźnie zaczął jej przeszkadzać. No i wiedziała, że lepiej nie będzie. Na dodatek od dziecka uwielbiała spać na brzuchu z nosem wetkniętym w poduszkę, więc teraz za żadne skarby nie mogła się przyzwyczaić do spania na boku. Do rozwiązania pozostawały jeszcze dwa miesiące. Niby niedługo, a i czas szybko leci, ale trzeci trymestr już na tym etapie dłużył się jej niemiłosiernie. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie weźmie swoje maleństwo w ramiona, tymczasem po drodze musiała jeszcze przeprowadzić się do nowego domu. Na szczęście plecy przestały boleć, a i w pracy sprawy układały się dobrze.