Wszystko nie tak! 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystko nie tak! 2
Wszystko nie tak! 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Wszystko nie tak! 2
Audio
Wszystko nie tak! 2
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bo przez jeden głupi błąd młodości przekreśliłam własne szczęście i za karę dałam się zamknąć w złotej klatce. I to dobrowolnie. Bo i wtedy, i później zbyt wiele zależało od wizerunku naszej rodziny. Musiał pozostać nieskazitelny. Nie mogłam jednym głupim ruchem zaprzepaścić rodzinnego dorobku. Przeze mnie byłaby katastrofa, wszystko by runęło, zatem musiałam położyć uszy po sobie i przyjąć nową, lepszą strategię. Cudem udało się uratować reputację. Cóż, chciałam, to mam. – Marzena czknęła i odstawiwszy pustą szklankę, skinęła na barmana.

Domyślny chłopak natychmiast zaserwował powtórkę.

Monika walczyła ze znużeniem, bo podświadomie czuła, że nie powinna zostawiać nowej znajomej samej sobie. Zamówiła owocowo-warzywne smoothie, zdecydowana wysłuchać tej pijackiej spowiedzi do końca.

– Może gadam nieco na okrągło, ale w skrócie: na początku studiów zaszłam w ciążę.

– To jeszcze nie grzech.

– Grzech nie grzech. Byłoby pół biedy, gdybym wiedziała z kim.

– O kurde…

Marzena w żadnym wypadku nie wyglądała na taką, która puszcza się z kim popadnie.

– Na początku studiów zaszalałyśmy z koleżanką na Ibizie. No i zostały nam pamiątki z wakacji. Ja i tak miałam farta, że dzieci urodziły się białe. Kumpela miała gorzej. Dzieciak urodził się czarny jak smoła. Obciach był po całości, bo jej matka została wtedy ordynatorem na ginekologii. Całe środowisko wtedy kisło ze śmiechu.

– A ty?

– A mnie moja bogobojna rodzinka wysłała do Holandii na aborcję. Podstępem udało mi się uchronić moje dzieci i je urodzić. Banda skończonych hipokrytów! Tyle że po powrocie czekał już na mnie kandydat na męża. Przystojny jak Apollo, zbudowany jak Dawid i do tego bogaty jak Krezus. No mówię ci, sam seks. Tylko gacie zdzierać!

– A to źle? – Ruda przestała nadążać za rozmówczynią, co zważywszy na liczbę wypitych drinków nie było niczym dziwnym. Może gdyby dotrzymywała jej kroku, komunikacja byłaby lepsza, ale teraz poczuła, że ma już dość, i najchętniej położyłaby się do łóżka.

– No źle. Może gdyby nie był zdeklarowanym gejem szukającym przykrywki, nasze życie wyglądałoby inaczej. A tak… – Oczy Marzeny zaszły łzami.

Niewiele dzieliło ją od wybuchnięcia płaczem.

– Chcesz chusteczkę? – Monika nieopatrznie podsunęła jej pakiecik.

To był błąd. Na widok chusteczek Marzena rozszlochała się głośno.

Czujny barman spojrzał porozumiewawczo, bezradnie wcisnął głowę pomiędzy ramiona i rozłożył ręce, a Ruda uznała, że najwyższa pora zakończyć nasiadówkę, i poprosiła o rachunek. Przy okazji szepnęła słówko, by chłopak przywołał kogoś z ochrony, kto w dyskretny sposób odeskortowałby Marzenę do pokoju, i wolnym krokiem wróciła do siebie.

Wchodząc pod prysznic, ze zdziwieniem zauważyła, że plecy prawie już jej nie bolą. Miała nadzieję, że ten stan utrzyma się do rana, kiedy to umówiła się na kolejne kłucie. Teraz już, kiedy dostrzegła efekty, nikt nie musiał jej powtarzać dwa razy, by dobrowolnie pozwoliła ponownie naszpikować się igłami.

Rano rzeczywiście plecy bolały ją dużo mniej, za to oprócz tego bolało ją wszystko inne. Postanowiła odpuścić sobie kolejny pilates i w zamian po lunchu wybrała się na basen. Ciepła woda bulgocząca w jacuzzi podziałała jak balsam na jej obolałe mięśnie. Wcześniej uważnie obejrzała swoją twarz i nieco rozczarowana brakiem widocznych zmian, wklepała w nią nieco kremu. Jedyne, co zauważyła, to uczucie jakby za ciasnej skóry. Poza tym nie zmieniło się nic.

Na zewnątrz rozpadało się na dobre, zatem ekipa planująca dalszą wyprawę z kijkami oraz aerobik na świeżym powietrzu z braku innej opcji zaanektowała bawialnię. Ruda przysiadła na wolnym miejscu, łowiąc opinie o najnowszych dietach i planach żywieniowych. Nie wypadało jej tak otwarcie gapić się na współtowarzyszki, ale nawet i na pierwszy rzut oka uznała, że dawno nie widziała takiego nagromadzenia botoksu w przeliczeniu na jeden metr kwadratowy. Do tego w ośrodku panowała istna rewia sportowej mody. Ruda nie znała przynajmniej połowy marek produkujących te bajeranckie treningowe ciuszki. Królowały elastyczne legginsy ze wstawkami z półprzezroczystej siateczki oraz fikuśne kurteczki typu softshell. Do tego rozmaite obuwie z najwyższej światowej półki.

Ruda poczuła się jak uboga krewna z prowincji. Choć przecież stać ją było na te wszystkie bajery, nawet nie przyszło jej do głowy, żeby aż tak się stroić do tarzania się po podłodze połączonego z jednoczesnym wylewaniem potu. Jej ciuchy, naprędce kupione w popularnej sportowej sieciówce, nagle wydały się jej przyodziewkiem dla biedoty.

Rozgadane kobiety rozsiadły się w fotelach i na kanapach. Skoncentrowane wyłącznie na sobie i pochłonięte rozmową, nie poświęciły otoczeniu nawet przelotnego spojrzenia. Monika machnęła ręką na wcześniejsze przemyślenia i snobistyczne zapędy. Rozparła się na wygodnym siedzisku i oddała podsłuchiwaniu.

Mniej więcej co druga z kobiet miała gorący romans z trenerem personalnym, a pozostała połowa ślubowała kiedyś żywieniową ascezę i ściśle trzymała się drakońskich zaleceń. Zwłaszcza że, jeśli wierzyć bieżącym relacjom, romanse z osobistym dietetykiem także nie należały do rzadkości.

Monika poczuła się w tej sytuacji nieco zagubiona. Od biedy wolała już tę wesołą grupkę zwykle kotwiczącą w barze. Wróciła do pokoju. Kiedy tylko mogła, każdą wolną minutę spędzała na wirtualnej konwersacji z Maćkiem, a gdy Ewka miała czas, również i telefoniczne pogaduchy z przyjaciółką były mile widziane.

Ruda zawzięcie klepała w klawisze. Rozmowa z Maćkiem tak ją pochłonęła, że zapomniała o obiedzie. Dopiero głośny bulgot w kiszkach przypomniał jej, że powinna coś zjeść. W restauracji już nakrywano do kolacji, ale barek z wypiekami był czynny bez przerwy. Z lekką obawą wybrała dietetyczne ciasto z marchwi i dyni. Od dawna obiecywała sobie, że kiedyś zrobi je sama. Pomysł intrygował ją bardzo, a nawet nie wiedziała, jak powinno smakować, więc czym prędzej skorzystała z okazji, by osobiście sprawdzić, o co chodzi i skąd tyle zachwytów.

Ciasto było wilgotne i zaskakiwało smakiem. Właściwie gdyby nie to, że znała składniki, Monika w życiu nie wpadłaby na to, że wcina ze smakiem marchew z dynią. Kiedy oblizała widelczyk, zaczęła rozglądać się za dokładką. A że kelnerka właśnie gdzieś sobie poszła, postawiła na samoobsługę i nałożyła sobie z patery trzy owsiane ciastka.

Trochę znudzona brakiem towarzystwa poszła do samochodu po książkę. Cały dzień zastanawiała się, gdzież to podziewała się Marzena. To, że nie było jej na śniadaniu, nie dziwiło. Podobnie w strefie spa i na basenie. Ruda miała nadzieję spotkać ją na obiedzie, ale tutaj sama nawaliła. Przechodząc obok recepcji, pomyślała, by o nią zapytać, ale po pierwsze nie znała jej nazwiska, a po drugie od niedawna wszyscy dosłownie poszaleli na punkcie ochrony i przechowywania danych osobowych, więc nie było co liczyć na to, że czegokolwiek się dowie. Mając nadzieję, że spotkają się przy kolacji, wróciła do pokoju i pogryzając ciasteczka, oddała się lekturze. Niewiele brakowało, a przegapiłaby także kolację.

Niedzielny wieczór nie mógł się obejść bez atrakcji dodatkowych, więc na niewielkiej scenie długowłosy młodzieniec o natchnionym wyrazie twarzy rzępolił na fortepianie do kotleta. Większość kobiet przywdziała na tę okazję eleganckie stroje, co wyglądało dość zabawnie w zestawieniu z opuchlizną i bąblami na twarzach biesiadniczek. Całkiem sporo z nich wystąpiło w chirurgicznych maskach, co wymusiło komiczne kombinacje przy jedzeniu i piciu.

Ruda uważnie rozejrzała się po sali, ale również i teraz nie dostrzegła Marzeny. Kompletnie nie zwracała uwagi na siedzące przy jej stoliku towarzystwo. Uśmiechała się miło, zdawkowo odpowiadając na kilka kurtuazyjnych pytań, jednak nie przestawała kręcić głową.

Cały czas rozglądała się wokół z nadzieją, że pośród gości wreszcie dojrzy nową znajomą. Nic z tego.

Kurczę, czy można mieć kaca aż do wieczora? Aż tyle to ona nie wypiła, pomyślała. Trochę ją dziwiło, że Marzena tak po prostu znikła. Nie zdążyły wymienić się namiarami, nie znała też numeru jej pokoju. Jedyne, co jej przyszło do głowy, to pogadać z ochroniarzem, który wczoraj odprowadzał wstawioną kobietę do pokoju. Tu istniała szansa, że tępawy osiłek nie będzie zasłaniał się RODO, o ile oczywiście w ogóle zapamiętał numer. Niestety, na zmianie był teraz ktoś inny, więc zamówiła sobie bezalkoholowego drinka i poszła zwiedzić hotel. Kompleks składał się z kilku połączonych ze sobą budynków, tymczasem Monika do tej pory nie wystawiła jeszcze nosa poza główny gmach oraz basen.

Właśnie miała nacisnąć klamkę drzwi na klatkę schodową, gdy ktoś z impetem naparł na nie z drugiej strony. Zaskoczona nie zdążyła się odsunąć. Szklanka z mojito z łoskotem potoczyła się po marmurowej podłodze.

– Matko! – pisnęła przestraszona Ruda.

– Cholera, przepraszam. Ojej! To ty? – Skonsternowana Marzena zagapiła się na turlające się szkło.

– Ależ mnie przeraziłaś! – Monika przycisnęła złączone dłonie do bujnych piersi. – Co tutaj robisz?

– Zabłądziłam. Poszłam do gabinetu po jakąś maść kojącą, ale się pogubiłam.

Dopiero teraz Ruda zauważyła, że Marzena wygląda tak, jakby ktoś upiekł jej twarz w piekarniku. Nie dość, że cała była czerwona, a z jej brody i wokół nosa zwisały płaty łuszczącej się skóry, to jeszcze gdzieniegdzie na twarz wypełzły ciemne plamy.

– Wiem, wiem. – Marzena uprzedziła jej reakcję. – Ja wszystko wiem. Że wyglądam jak ofiara przemocy domowej. Nawet nie masz pojęcia, jak mnie to swędzi! Aaa! Cholera! Szału dostaję normalnie. – Energicznie potarła zaognioną skórę. – Co tak patrzysz? Chyba dostałam jakiegoś uczulenia albo coś.

– Mogę jakoś ci pomóc? – zapytała Ruda z obawą, że i ją może spotkać coś podobnego.

 

Jak do tej pory, poza niewielkimi fragmentami obłażącej na skroniach skóry, nie zauważyła niczego niepokojącego. Owszem, twarz miała trochę zaczerwienioną, ale to było ponoć normalne.

– Zaprowadź mnie do tego gabinetu, bo czuję piekło na twarzy. Zawsze miałam problemy z orientacją. Potrafię się zgubić nawet na rynku w Krakowie, a co dopiero w tym pieprzonym labiryncie! Boże, jak swędzi! – jęknęła, ponownie sięgając do twarzy.

– To musimy się pośpieszyć. Miejmy nadzieję, że jeszcze ktoś tam jest o tej porze. A ty się tak nie drap. Bo ci blizny zostaną!

ROZDZIAŁ 4

EWA NIE SPAŁA z emocji dwie noce przed wylotem.

Niespodziewany wyjazd do kraju ucieszył ją bardziej, niż mogłaby przypuszczać. Chociaż na miejscu pogoda na pierwszą połowę kwietnia się ustaliła i nie było co liczyć na dłuższe przerwy w permanent­nych opadach, na myśl o spotkaniu z przyjaciółką porzuciła rozważania o wstrętnej aurze i chyba po raz pierwszy w życiu spakowała na podróż co potrzeba. Z potencjalnymi chętnymi na domek po babci umówiła się w Krakowie u notariusza – na podpisanie umowy sprzedaży jeszcze w dniu przylotu. Wieczorem tego samego dnia miała także spotkać się z matką. Otrzymała zaproszenie do jej domu, ale perspektywa spotkania z ojczymem oraz znienawidzonym przyrodnim bratem, zwanym Pokurczem, wywoływała mdłości. Ewa zameldowała się zatem w hotelu i w recepcji wysondowała, gdzie w okolicy można zjeść coś dobrego i w spokoju pogadać bez przekrzykiwania głośnej muzyki. Zdecydowała się na położoną po sąsiedzku nową restaurację przy Krowoderskiej. Wprawdzie nie było tam tanio, za to karta dań wyglądała znakomicie.

Moja ceniąca sobie snobistyczne luksusy matka powinna być zadowolona, westchnęła w duchu, uznawszy, że jest w stanie zapłacić każde pieniądze, byleby tylko nie widzieć się z resztą rodziny. Bez mrugnięcia okiem zajęła miejsce i sięgnęła po menu. Nie miała ochoty czekać o suchym pysku, więc zamówiła wino, pewna, że obowiązkowe spóźnienie jej rodzicielki przekroczy dopuszczalny kwadrans. Była przyzwyczajona do tego, że jej matka jest stuprocentową egoistką i uwielbia zwracać na siebie uwagę, więc spodziewała się, że zadba o efektowne wejście nawet na spotkanie z córką. Jeśli wierzyć opowieściom Rudej, w trakcie niedawnych poszukiwań zaginionej Ewy matka brylowała w mediach z wprawą starej wyjadaczki. Naturalnie bardziej zajmował ją odpowiedni makijaż i własna prezencja niż obawa o los zaginionej. Cóż, tak już miała. Gdyby nie babcia, która w odpowiednim momencie przejęła opiekę nad wnuczką, Ewa w proteście przeciwko ojczymowi i wiecznie choremu Pokurczowi zapewne zeszłaby na złą drogę. Na szczęście przeprowadzka do podkrakowskich Myślenic całkowicie odmieniła zbuntowaną nastolatkę. Niemały w to wkład miała także Ruda, płomiennowłosa, piegowata i w dodatku pulchna, w wieku lat szesnastu śmiertelnie nienawidząca własnej fizjonomii. W niedużej społeczności obie były inne i w związku z tym do siebie przylgnęły. Od tamtej pory tak już zostało. Ich przyjaźni nie osłabiły studia na różnych uczelniach, osobne kontakty towarzyskie czy nawet nieszczęśliwe małżeństwo Moniki.

– Mogłabyś się chociaż uśmiechnąć na widok starej matki!

Ostry ton z wyraźną nutką pretensji wyrwał ją z zamyślenia. Ewa drgnęła zaskoczona.

– Przepraszam cię, zamyśliłam się. Sprzedaż domu po babci wywołała wspomnienia.

– A więc jednak sprzedałaś? – Matka przelotnie cmoknęła córkę w policzek i uważnie powiodła wzrokiem po restauracji, wyraźnie niezadowolona, że nie ma w niej zbyt wielu gości, których uwagę mogłaby zwrócić.

– Tak. Od dawna tylko popadał w ruinę.

– Ale działki na Zarabiu warte są majątek.

– Dlatego sprzedałam za tak dobrą cenę. Dla mnie ta działka była za mała, żeby wybudować na niej coś, co bym chciała – odparła Ewa, ale matka skupiła się wyłącznie na pierwszej połowie zdania.

– Jak dobrą? – zaciekawiła się niedyskretnie.

– Na tyle dobrą, że nie było się nad czym zastanawiać. Zwłaszcza że nie musiałam wystawiać tych wszystkich gratów po babci. Chwilowo jest tam jeszcze na przechowaniu część rzeczy Moniki.

– Jak to? Zostawiłaś wszystkie meble, nie mówiąc nam o tym?! – Matka uniosła się niespodziewanie.

– A żywisz względem nich jakiś sentyment? – zdziwiła się Ewa.

– Czy ja mam do nich sentyment? Nie mam, ale wiesz, że twój ojczym pracuje w branży meblarskiej. Ostatnio zajął się kompleksowym urządzaniem wnętrz. Te babcine mebelki à la art déco mogłyby mu się przydać. Odpowiednio odrestaurowane kosztują całkiem sporo, a mój…

– Mamo, daj spokój. Jakie znów art déco? To stare graty. Połamane i zatęchłe. No może jedynie ta stojąca lampa z abażurem z frędzlami…

– Ach! Ten abażur! Mówisz, że jest cała?

– Mamo! Przestań! – Ewa straciła cierpliwość. – Możemy coś zamówić? Słyszałam, że najlepsze są tutaj przystawki.

Po paru minutach pożałowała, że w ogóle wpadła na pomysł tego spotkania. Matka nie zmieniła się nic a nic. Potrafiła biadolić nad starymi gratami, którymi nikt nie zainteresował się od lat, a nawet nie zapytała, co słychać u córki. Jeszcze pół biedy, gdyby żyły po sąsiedzku. Ale Ewa przecież od jakiegoś czasu mieszkała za granicą, wiodła całkiem nowe życie i niebawem wybierała się za mąż. A tu nic. Od córki ważniejszy był jakiś zasrany abażur!

Proponując przystawki, liczyła, że zostaną zaserwowane najszybciej, i miała rację. Na szczęście matka dała się podejść. Im szybciej kucharz się uwinie, tym szybciej zjemy i zakończymy to niefortunne spotkanie, uśmiechnęła się Ewa w duchu. A gdy jej rodzicielka wpadła w słowotok dotyczący chorób oraz naukowych sukcesów Pokurcza, przestała jej słuchać. Planowała porozmawiać z nią o ślubie, ale dała sobie spokój, prawie pewna, że matka sprowadzi rozmowę wyłącznie do swojego ubioru i tego, czy wypadnie na ceremonii wystarczająco korzystnie.

Po godzinie Ewa jedynie odmrukiwała zdawkowo, znudzona i rozczarowana, wyczekując chwili, kiedy nareszcie będzie mogła uregulować rachunek. A gdy wróciła do hotelu, uznała, że podróż z Hiszpanii do Polski i sprzedaż domu nawet w połowie nie zmęczyły jej tak jak spotkanie z własną matką. Wykończona, darowała sobie kąpiel i tęsknie pomyślała o Rudej. Jak wiele by dała, by móc ją zobaczyć!

Już prawie zasypiając, na granicy jawy i snu, doznała nagłego olśnienia i jak rażona prądem poderwała się z łóżka. Sprawdziła godzinę. Dochodziła dwudziesta druga. U Maćka musiało być jakoś w okolicach północy, ale że zaliczał się do grona nocnych marków, Ewa odpaliła internetowy czat i nawiązała połączenie.

Obok nazwiska przyjaciela świeciła się zielona kropka.

„Cześć, to ja. Gadasz może z Rudą?”, zagaiła w okienku dialogowym.

„Nie. Przed chwilą skończyłem. A co?”, nadeszła natychmiastowa odpowiedź.

„Jestem w Polsce”.

„Wiem”.

„I właśnie sobie pomyślałam, że może mogłabym do niej dojechać. Tam, do tego cudnego spa”.

„Nie widzę problemu. Monia pewnie oszaleje ze szczęścia, bo z towarzystwem tam słabo. Żaliła mi się. Serio, dałabyś radę? Kiedy masz powrotny samolot?”.

„Nieważne. Mogę przecież przebukować bilet, tylko muszę wiedzieć, gdzie ona dokładnie pojechała. Kiedyś chyba coś wspominała, ale od tamtej pory mam jakiś kilometr konwersacji do przewinięcia. Na samą myśl boli mnie palec”.

„Daj mi chwilę”.

Podekscytowana pomysłem, nie zważając na kosmiczne ceny alkoholi z hotelowego minibaru, Ewa odpaliła miniaturową butelkę wina. Było pyszne, a buteleczka tak maleńka, że w oczekiwaniu na informację osuszyła jeszcze dwie. Zdążyła nawet wziąć prysznic i wrócić do pokoju.

Na ekranie laptopa zamigotała ikona zwiastująca nową wiadomość.

„Nareszcie! Przez ciebie wypiłam całe wino z minibaru. Zostały mi już tylko czysta i whisky”, napisała i okrasiła wypowiedź symbolem roześmianej buźki.

„A myślisz, że co ja jestem, nawigacja GPS? Masz tutaj linka, niecierpliwa kobieto. Z tego, co widzę, można rezerwować przez stronę booking.com”.

„No! A do kiedy ona tam jest?”.

„Do przyszłego poniedziałku”.

„Dzięki ci, dobry człowieku. Już wiem, co mam robić. A ty, z łaski swojej, siedź cicho i nic jej nie mów. Zrobię nalot”.

„Ależ się Monia ucieszy!”.

„Ja myślę!”.

Ewa cieszyła się nie mniej. Od razu dokonała rezerwacji, choć była prawie pewna, że i tak większość czasu spędzi w pokoju Rudej. Najwyżej zmienimy na miejscu na dwójkę, doszła do wniosku i z uśmiechem przytuliła twarz do poduszki.

Usnęła dopiero o piątej nad ranem, co jednak wcale nie przeszkodziło jej wstać jeszcze przed siódmą. Zeszła na śniadanie, spakowała się i grubo przed porą wymeldowania opuściła hotelowy pokój.

W tamte okolice nie było daleko. Raptem coś około stu kilometrów, ale niestety na miejsce przez sporą część trasy wiodła jednopasmowa droga, co znacznie spowalniało podróż. Przed wyjazdem czekały ją jeszcze drobne zakupy, zatem musiała zaczekać do dziesiątej, aż otworzą się sklepy w najbliższej galerii handlowej. Już prawie ruszała z parkingu, gdy rozdzwonił się telefon.

Na wyświetlaczu ukazał się numer nabywcy babcinej nieruchomości, więc odebrała śmiało, czego pożałowała niemal od razu. Mężczyzna po drugiej stronie błagał o natychmiastowe przekazanie kluczy. Tłumaczył, że cudem dorwał ekipę remontowo-budowlaną z wolnymi mocami przerobowymi, mogącą bez zwłoki przystąpić do pracy.

Od Ewy takie rozwiązanie wymagało wywiezienia na cito pudeł z rzeczami Moniki, więc aż jęknęła w duchu. Niemniej jednak, doskonale rozumiejąc desperację faceta, obiecała, że coś wymyśli.

Pierwsze, co wpadło jej do głowy, to poprosić o pomoc matkę i ojczyma, ale z punktu uznała samokrytycznie, że to najgłupszy pomysł świata. Mog­ła wynająć naprędce jakiś magazyn, ale ta opcja wymagała trochę zachodu, a jej dosłownie palił się grunt pod nogami. Koniec końców stanęło na tym, że zadzwoniła do piekarni i postawiła w sytuacji bez wyjścia głównego menedżera Rudej.

– Jak to nie macie miejsca w magazynie? Taka wielka hala, a kilka pudeł się nie upchnie?

– Upchnęłoby się, i to nawet więcej niż kilka, ale to magazyn surowców do produkcji spożywczej. Jakby tak, nie daj Boże, wparował sanepid, to mielibyśmy ciepło.

– A inne magazyny? – Ewa nie dawała za wygraną.

– W innych nie ma już miejsca. Szefowa przed wyprowadzką zapchała wszystko po sufit.

Zastępca Moniki kombinował gorączkowo. Wypracował sobie w firmie opinię człowieka, który nie zna słowa „niemożliwe”, a do tego wiedział doskonale, że odmowa Ewie to jak odmowa Rudej. I za nic nie chciał stracić osiągniętej w pocie czoła renomy. Przyparty do muru nie zamierzał dać za wygraną, choćby miał te przeklęte pudła zabrać do swojego mieszkania i nocować w biurze.

– Coś wymyślę – powiedział. – Ile mam czasu na ogarnięcie tematu?

– Jakieś trzy kwadranse. – Ewa nie miała litości. – Właśnie wyjeżdżam z Krakowa do Nowego Sącza. Myślenice mam po drodze, to podjadę do piekarni i podrzucę panu klucze. Nowi właściciele odbiorą je pod wieczór. Zdzwonicie się jakoś. Podyktować adres na Zarabiu?

– Nie trzeba. Wiem, gdzie to jest – westchnął jej rozmówca.

Wizja nocowania w piekarni stawała się coraz wyraźniejsza.

Ewa dobrze wiedziała, że ustawiła faceta pod ścianą, ale z drugiej strony… Skoro taki obrotny, to niech się wykaże, uśmiechnęła się pod nosem. Szybkim krokiem weszła do sklepu i zanurkowała między wieszakami z kostiumami kąpielowymi. Zakupy zrobiła w tempie jak jeszcze nigdy i po piętnastu minutach siedziała z powrotem w samochodzie.

Mimo że do samych Myślenic biegła dwupasmówka, co kawałek, w pobliżu fotoradarów, ruch zwalniał. Nie żeby wcześniej wszyscy gnali z prędkością światła. Po prostu na widok stosownego znaku, zamiast przytomnie skontrolować prędkość, każdy dawał po hamulcach ile wlezie. W Hiszpanii jeździło się zupełnie inaczej.

Odwykła od polskich realiów Ewa zmełła w ustach przekleństwo pod adresem pozostałych użytkowników drogi i zjechała zjazdem w stronę piekarni. Pozostawiwszy klucze od domku pod dob­rą opieką zastępcy Rudej, ze śpiewem na ustach ponownie wskoczyła za kółko i podkręciła radio. Zwykle woziła ze sobą zgraną na pendrive’a własną playlistę, ale w aucie z wypożyczalni skazana była na jedyną dostępną stację, w dodatku na okrągło grającą disco polo. W życiu nie przypuszczałaby, że właśnie tego jej trzeba. Rozśpiewana, w szampańskim humorze, w Lubniu zjechała w prawo, na Mszanę Dolną.

Pokonała może kilometr od skrętu, gdy zza krzaków wyskoczył policjant i pomachał jej przed nosem lizakiem.

 

– O co chodzi? Przecież jechałam powoli? – rzuciła przez uchyloną szybę, uprzedzając sakramentalne: „Czy pani wie, za co została zatrzymana?”.

– A czy ja mówię, że szybko? – usłyszała całkiem przyjemny męski głos.

Ewa podniosła głowę, spojrzała na funkcjonariusza i zdębiała. Po czym bez udziału własnej woli ryknęła śmiechem. Aż się od niego zatrzęsła.

– Ha, ha!!! Ekhm! Przepraszam! – wykrztusiła z trudem.

Policjant spojrzał na nią jak na wariatkę.

– Naprawdę pana przepraszam, ale jak długo żyję, nie widziałam, żeby policjant nosił brodę – powiedziała i ponownie zwinęła się ze śmiechu. – Bo sumias­te wąsiska i duże brzuszysko kiedyś były znakiem rozpoznawczym co drugiego sierżanta z drogówki.

– Hm. Czyli nie wyglądam? – zapytał rozbawiony mężczyzna. – Ma mnie pani za przebierańca?

– Nie, nie. Tylko tak mi się skojarzyło. – Ewa z trudem opanowała wesołość. – I jeszcze na żartach się pan zna.

– No znam. Jak to mówią, zrobiła mi pani dzień. – Sierżant parsknął śmiechem i wymownie pogładził się po płaściutkim torsie. – Niech już pani jedzie. Szerokiej drogi! Tylko światła niech pani włączy!

Faktycznie, Ewa zupełnie zapomniała o światłach mijania. W Hiszpanii nikt ich w dzień nie wymagał. Należało je włączać tylko w tunelach.

Podziękowała rozbawiona i pomachała na do widzenia.

Na miejsce zajechała w doskonałym humorze.

Kompleks wypoczynkowy wyglądał od strony drogi tak niepozornie, że minęła wjazd. Gdyby nie nawigacja, pewnie poniosłoby ją dużo dalej.

Ogromna kuta brama stała otworem. Ewa minęła biurowe budynki oraz budkę strażników i pojechała w głąb rozległej posesji. Okazałe, zmyślnie ze sobą połączone budynki hotelowe robiły wrażenie, a proste, eleganckie architektoniczne formy od razu przypadły jej do gustu. Zaparkowała i ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, jak po sznurku trafiła do recepcji. Tam od razu umówiono ją na rozmowę z konsultantką, która miała jej pomóc w doborze zabiegów i w ułożeniu harmonogramu.

Ewa nie mogła się ich wprawdzie doczekać, ale najpierw musiała załatwić rzecz ważniejszą. W recepcji nie podano jej żadnych namiarów na przyjaciółkę, a że nie zamierzała zwlekać do obiadu, użyła podstępu. Napisała do Moniki esemes z prośbą o numer pokoju, rzekomo potrzebny do fartownego wypełnienia kuponu totolotka. Kiedy po trzydziestu sekundach otrzymała odpowiedź, chwilowo darowała sobie rozpakowanie rzeczy, chwyciła butelkę wina i pomaszerowała prosto pod drzwi z numerem sto dziesięć. Mina zaskoczonej Rudej warta była wszystkich pieniędzy świata.

– Eeewa? – wykrztusiła Monika, gdy już odzyskała głos.

– No jestem! Co tak sterczysz jak kołek? – Ewa wyminęła ją w progu i wkroczyła do obszernego saloniku. – Maciek mówił, że tutaj marnie z towarzystwem, więc przyjechałam temu zaradzić.

– Ale jak? To ty nie wróciłaś do domu?

– Normalnie. Sprzedałam babciną chatę, przebukowałam lot i jestem. W końcu mnie też się coś od życia należy, nie? Nie zapominaj, że ostatnio widziałyśmy się jakoś w październiku. To szmat czasu. – Paplając, Ewa wyciągnęła z kieszeni bluzy nieduży składany korkociąg. – A! I jeszcze zwaliłam twojemu zastępcy na głowę temat wywiezienia twoich gratów z Zarabia. Dyrektorek obiecał się uwinąć, choć minę miał nietęgą. Ma czas do wieczora.

– Jesteś niemożliwa! – Ruda z niedowierzaniem pokręciła głową i wreszcie uściskała przyjaciółkę. – Człowiek sobie spokojnie siedzi na tyłku w eleganc­kim spa, w dodatku z rozplanowanym grafikiem na kolanach, pewien każdej minuty, a tu w progu nagle staje niespodziewany gość. Jesteś po prostu jedyna!

– Wino przywiozłam. Prawdziwa rioja!

– Przecież wiesz, że nie mogę…. – Ruda się oblizała.

– Parę łyków nie zaszkodzi. – Ewa puściła oko i nalała odrobinę. – Na lepsze trawienie. Jak się czujesz?

– Jak nowa. W weekend przyjechałam tu tak połamana, że omal musieli mnie z auta wyciągać, a dziś, jakby się dało, tobym poszła pohasać po lesie. W jeden dzień postawili mnie na nogi – odparła Monika, uradowana, że pozbyła się bólu, i potarła dłońmi twarz. – Cholera, ale swędzi.

– O Jezus Maria! – Ewa poderwała się z fotela, by przyjrzeć się przyjaciółce z bliska.

Gdy wchodziła pod światło, nie zauważyła nic dziwnego, za to teraz jej mina wyrażała skrajne przerażenie. Z brody Rudej sucha skóra odchodziła całym płatami, podobnie z policzków.

– Co ci się stało?!

– A nie, to nic takiego. Tu połowa kobiet tak wygląda. Musiałam jakoś wtopić się w tłum.

– Zwariowałaś? Wyglądasz jak ofiara poparzenia! Coś ty najlepszego narobiła?

– To zwykłe złuszczanie starego naskórka. Gdy całkiem oblezie, będę mieć buźkę jak małolata. Marzena mnie namówiła na zabieg, choć ona nie miała tyle szczęścia, co ja. Okazało się, że zareagowała alergicznie. Ta to dopiero wyglądała.

– Jaka Marzena? – Ewa drgnęła na dźwięk znienawidzonego od dawna imienia.

– A jest tu taka jedna dziewczyna. Poznałyśmy się na pilatesie. Całkiem miła, choć za kołnierz laska nie wylewa. Ale rozumiem, przyjechała odreagować. Życie spaprane po całości, mówię ci. Dosłownie wszystko nie tak.

– No cóż. – Ewa wzruszyła ramionami. – Każdy ma trochę spaprane.

– Ale chyba nie aż tak, żeby od dziecka siedzieć w złotej klatce, nie widywać własnych dzieci i jeszcze od lat tkwić w papierowym małżeństwie z boskim facetem, który kocha inaczej.

– Nieźle – mruknęła Ewa. – Ale i tak jej nie lubię.

– Dlaczego? To fajna babka, zobaczysz. – Ruda wzięła nową znajomą w obronę.

– Bo ma źle na imię! Aż mną telepie na sam dźwięk słowa Marzena. Przecież wiesz. – Ewa jednym haustem opróżniła kieliszek. – Dobrze wiesz, jak mi taka jedna za skórę zalazła i wyjść nie może. Dzięki Bogu, że w Hiszpanii nie ma żadnych Marzen. Przynajmniej tam mnie ta dziwka nie prześladuje.

– Daj spokój. Gdyby nie ona, nie poznałabyś Tomka.

– To prawda. Ale i tak to babsko psuje mi humor od lat. Jest ładniejsza, lepsza, ma idealne życie, cudowną rodzinę, masę forsy. I jest sto razy ode mnie zdolniejsza. No, sama powiedz, ile można znosić taką konkurencję?

– Moim zdaniem za bardzo się przejmujesz.

– Że co?! – Ewa rozsierdziła się na dobre. – Przez tę cholerę nigdy niczego nie wygrałam! Zawsze musiała być pierwsza! Od studiów mnie prześladuje ta idealna lala! Ona zawsze na pierwszym miejscu, ja zawsze druga. Ona dostaje nagrodę pieniężną, ja dyplom uznania. Ja używane kombi, ona nowe ferrari. I tak dalej. Więc proszę, weź mnie nie wnerwiaj, bo ja tu przyjechałam odpocząć i cieszyć się twoim towarzystwem!

Ruda umoczyła usta w winie, jednocześnie kryjąc uśmiech za kieliszkiem.

– Ja to wszystko wiem, ale masz przecież mnie. Obronię cię przed toksycznym wpływem jej imienia, bo to, że się poznacie, jest raczej pewne. Tutaj ciężko się unikać. Choćby na posiłkach, choć poza śniadaniem i kolacją każdy może jeść, kiedy chce. Nie ma cudów, żeby się nie spotkać

– A nie można zamówić jedzenia do pokoju? – zażartowała Ewa i skrzywiła się zabawnie.

– Głupiaś! – prychnęła rozbawiona Ruda i podsunęła kieliszek. Towarzystwo przyjaciółki działało na nią jak balsam. – Dolej mi tu jeszcze jednego małego łyka. Ale na tym koniec – zastrzegła się.

– Wiem, wiem. Przecież się wygłupiam. Ale skoro już o żarciu mowa, to coś bym zjadła.

Już dawno strawiła krakowskie hotelowe śniadanie, a teraz obie słusznie uznały, że picie wina na głodniaka nie wróży niczego dobrego. Zwłaszcza że Ewa przywiozła ze sobą kilka butelek i nie zamierzała z nimi wracać do Hiszpanii.

Jeszcze zanim przyjaciółki dotarły do jednej z trzech hotelowych restauracji, przy recepcji anulowały rezerwację Ewy. W apartamencie Moniki, nie licząc łazienki i saloniku, znajdowały się jeszcze dwie osobne sypialnie, więc miejsca było aż nadto. Ewa, zadowolona, że jeszcze nie rozpakowała walizki, od razu po posiłku zabrała swoje rzeczy z pokoju i wprowadziła się do Rudej.