Wszystko nie tak! 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wszystko nie tak! 2
Wszystko nie tak! 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,35  50,68 
Wszystko nie tak! 2
Audio
Wszystko nie tak! 2
Audiobook
Czyta Gabriela Jaskuła
32,95  24,38 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

RUDA WYSZŁA NA BALKON i gestem charakterystycznym dla ciężarnych rozmasowała dolną część pleców. Jak na końcówkę marca na zewnątrz było zaskakująco ciepło. Monika odetchnęła głęboko rześkim powietrzem i przez chwilę zatrzymała je w płucach, po czym wypuściła swobodnie. Odkąd sprzedała stary dom w Myślenicach i przeprowadziła się do motelu, odkryła nową jakość życia, a raczej jej brak. Dotąd mieszkała w mieścinie, niewielkiej wprawdzie, ale jednak, natomiast tutaj, tuż przy ruch­liwej zakopiance, czuła się czasem jak w metropolii. Ciche chwile, takie jak ta, mimo że balkon wychodził na tyły budynku, należały do rzadkości.

Ze względu na firmę piekarniczą, którą prowadziła, Ruda mocno zawęziła obszar poszukiwań odpowiedniej działki na nowy dom; maksymalnie trzydzieści kilometrów od Myślenic miało stanowić w miarę rozsądny dystans dzielący miejsce do życia i pracę. Odkąd na stałe nawiązała współpracę z sieciami handlowymi, piekarnia pracowała w pełnym zakresie na cztery zmiany, a perspektywy rozwoju wyglądały obiecująco. Zatem nie licząc miejsca na dom, pożądana była także posesja, na której można by było ulokować hale nowego zakładu produkcyjnego oraz parking dla części rozrastającej się floty samochodowej. Wprawdzie Monice bardzo się nie śpieszyło, ale gdy pojawił się chętny na jej rodzinne siedlisko, nie zastawiała się ani chwili, nawet za cenę przejściowych niewygód. Z poprzednim miejscem wiązały się niemiłe wspomnienia po nieudanym małżeństwie, a męczące sąsiedztwo odwiedzanego przez hałaśliwą klientelę pubu przepełniło czarę goryczy. Wybudowana kilka dekad wcześniej willa aż prosiła się o remont kapitalny, ale Ruda kompletnie nie miała do tego serca. Marzył się jej rozległy parterowy bungalow, w którym nie musiałaby nieustannie biegać z piętra na piętro i gdzie wszystko byłoby nowe. No, przynajmniej przez jakiś czas.

Jej Maciek, pracujący jako niezależny specjalista od zabezpieczeń na tankowcach oraz platformach wiertniczych, nawet i całymi miesiącami przebywał poza domem, więc decyzję musiała podjąć sama. Podpisała umowę sprzedaży domu i spróbowała tymczasowo wprowadzić się na Zarabie, do odziedziczonego przez przyjaciółkę domku. Nieduży i mocno zapuszczony nie nadawał się do mieszkania, choć z powodzeniem posłużył jako magazyn mniej wartościowych sprzętów. Ruda mogła, rzecz jasna, ulokować się w Chrzanowie, w mieszkaniu należącym do Maćka, ale słusznie uznała, że byłoby stamtąd zbyt daleko do pracy. Istniała jeszcze opcja wynajęcia czegoś na jakiś czas, lecz więcej z tym byłoby zawracania głowy niż pożytku. Monika ulokowała lwią część swoich rzeczy na tyłach magazynu piekarni, a sama – Maćka miało nie być jeszcze przez ponad miesiąc – zainstalowała się w pobliskim motelu położonym tuż przy zakopiance. Miejsca nijak nie można było zaliczyć do spokojnych, zatem zdwoiła wysiłki, aby znaleźć wreszcie wymarzoną parcelę.

Jednak zima to nie najlepszy czas na budowę domu, więc gdy zadzwonił pośrednik z propozycją gotowego domu w Lubniu, nie zastanawiała się długo. Decyzję podjęła, zanim jeszcze zaparkowała na podjeździe.

Dom był dokładnie taki, jaki sobie wymarzyła: rozległy parterowy budynek o wielkich oknach zaczynających się przy samej podłodze. Kopertowy dach pokryty lśniącą dachówką i gustownie wykonana elewacja wyraźnie świadczyły o wyczuciu architekta.

Ruda natychmiast pomyślała o Ewie. Jej przyjaciółka gustowała w prostych formach i nieraz utyskiwała, że musi nieustannie projektować pod dyktando pozbawionych gustu klientów. Marzyły się jej gładkie betonowe płaszczyzny i bryły geometryczne, niestety w Polsce nie było na nie zapotrzebowania. Pozostawało jej zagryźć wargi i seryjnie produkować kolejne projekty niby-dworków. Dopiero w Hiszpanii, gdzie kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie rzucił ją los, znalazła amatorów tego, co lubiła sama. Monika nieraz śmiała się z niej, że najchętniej zamieszkałaby w atomowym schronie.

Pobieżnie otaksowała otoczenie. Ogrodu jeszcze nie urządzono, za to wokół domu rósł nieduży zagajnik z kępą urokliwych brzózek. Ruda nieraz słyszała od babci o dobrej energii tych drzew, więc podeszła i ku zdziwieniu pośrednika objęła czarno-biały pień.

Uśmiechnęła się do siebie.

– Chodźmy. Może pokażę pani wnętrze? – zaproponował zdziwiony mężczyzna.

– Jeszcze chwila – odparła i w zadumie pogładziła popękaną korę.

Niedawno gdzieś widziała brzozowe skrzynki na kwiaty, więc natychmiast wyobraziła sobie takie same stojące na parapetach i na rozległym zadaszonym tarasie. Czerwone pelargonie już tylko dopełniły tej wyśnionej ogrodniczej wizji.

Zwiedzanie wnętrza okazało się zatem wyłącznie formalnością.

Monika kompletnie ogłuchła na tokowanie pośrednika. Gdyby nie żyłka menedżerska, najchętniej powiedziałaby mu, żeby spadał i jak najszybciej powrócił z umową. Tymczasem mężczyzna potraktował jej roztargnienie jako przejaw niezadowolenia i tak się nakręcił, że aż sam z siebie spuścił z ceny.

Tego wieczoru Ruda nie kryła radości. Gdyby nie ciąża, zapewne kupiłaby jakieś wino, lecz w tej sytuacji musiała świętować przy herbatce z mięty.

– A jesteś pewna, że nikt się w tym domu nie powiesił? – zadrwiła nieco później Ewa, gdy tylko przyjaciółka przesłała jej zdjęcia posesji.

– Nie wiem. Powiedziano mi, że właściciele wyjechali na stałe do córki za granicę, więc nie strasz mnie! – Ruda się roześmiała. – To dobry dom. Od razu poczułam pozytywną energię. Poza tym jest piękny. Myślę, że spodoba się nawet tobie, choć daleko mu do bunkra.

– A Maciek? Już widział?

– Nie. Będzie miał niespodziankę, jak wróci.

– Podziwiam was. Te rozłąki są straszne. I jeszcze teraz, jak ma się pojawić dziecko.

– No właśnie – odparła posępnie Ruda. – To naprawdę ciężki kaliber. Nie może być tak, że ojciec nie widzi dziecka przez pół roku. Jeszcze rozumiałabym, jakby od jego wyjazdów zależał byt nas wszystkich, ale przecież piekarnia hula jak złoto. I Maciek, gdyby chciał, mógłby wcale nie pracować.

– A w firmie? Nie znalazłoby się dla niego coś do roboty? – zainteresowała się Ewa.

– No jasne, że tak! – Monika aż drgnęła.

– To w takim razie w czym problem?

– W tym, że on bardzo kocha swoją pracę, a ja to rozumiem. Nie chciałabym, żeby cokolwiek dla nas poświęcał.

– A ty? Czy ty dla niego poświęciłabyś swoją firmę? – padło retoryczne pytanie.

– Nawet jeśli, to czy wyobrażasz sobie mnie z maleńkim dzieckiem uziemioną przez pół roku na jakiejś smaganej sztormami platformie wiertniczej?

Podobne dylematy nękały Monikę od jakiegoś czasu. Niby miała świetnego faceta, ale tak naprawdę wcale go nie miała. Cóż z tego, że oboje kochali się na zabój, skoro jej uczucie sprowadzało się do permanentnej, wręcz bolesnej i namacalnej tęsknoty? Na dłuższą metę tak nie szło żyć. Dziecko, które miało urodzić się już niebawem, skutecznie scementowało związek, ale też należało mieć świadomość, że dotychczasowe życie obojga dorosłych będzie musiało ulec diametralnej zmianie. Pozostawało pytanie, kto wybierze poświęcenie. Bo było pewne jak amen w pacierzu, że dziecko będzie potrzebować ojca. Takiego na stałe, a nie z doskoku.

Ruda poczuła głód i niechętnie podniosła się z fotela. Wcześniej przebrała się w piżamę, a teraz znów musiała się ubrać. Restauracja, nawet podrzędna, nie była miejscem odpowiednim do paradowania w szlafroku. Do motelu zabrała ze sobą niewiele rzeczy, głównie te nadające się do pracy, lecz mimo że zajęła największy dostępny apartament, miejsca i tak było niewiele. Monika miała już szczerze dość tej ciasnoty. Choć standard nie był najgorszy, codziennie miała posprzątane, a jedzenie podane pod nos o każdej porze, poczucie tymczasowości i zawieszenia bardzo jej dokuczało. Tymczasem formalności i podpisanie umowy sprzedaży domu wymagały przyjazdu właścicieli do Polski. A jeśli wierzyć pośrednikowi, mogli oni pojawić się dopiero za trzy tygodnie.

To całe wieki, westchnęła w duchu Monika i potarła spięty kark. Ostatnio nie opuszczało jej marzenie o wizycie u masażysty i po raz nie wiadomo który obiecała sobie zająć się tym nazajutrz. Machnęła ręką na byle jak spięty kucyk, wciągnęła legginsy i obszerną bluzę. Nie lubiła jej nigdy, twierdząc, że wygląda w niej jak stóg siana, ale w błogosławionym stanie ciuch sprawdzał się idealnie.

W restauracji nie było nikogo. Ruda pomodliła się w duchu, by o tej porze znalazło się cokolwiek do jedzenia.

– Przepraszam, ale kuchnia zamknięta. Kucharz już wyszedł – poinformowała ją dziewczyna za barem.

– Nie dostanę nawet zupy? Litości, muszę coś zjeść, a nie chce mi się jechać na stację benzynową. Serio nic pani nie znajdzie? – Monika miała nadzieję, że to niezbyt rozgarnięte dziewczę pamięta regularne napiwki.

– To ja zaraz sprawdzę.

– Będę wdzięczna. – Uśmiechnęła się, już prawie pewna, że coś dostanie, i zajęła miejsce naprzeciwko ogromnego telewizora.

Po chwili przed jej nosem wylądował talerz z parującym krupnikiem, a brzuch zareagował tak głośnym burczeniem, że gdyby nie odgłosy z telewizora, dźwięk odbiłby się echem w pomieszczeniu. Dmuchając na gorącą zupę, Ruda odruchowo zawiesiła wzrok na migającym ekranie. Nieczęsto miała czas na oglądanie telewizji, a w motelowym pokoju nawet przez myśl jej nie przechodziło, by włączać odbiornik. Zagapiona na poczynania jakiegoś miejskiego gogusia w chlewie pełnym świń, nawet nie zauważyła, kiedy zjadła.

Absurdalny program o oderwanym od przysłowiowego pługa wieśniaku brylującym w wielkim mieście i wymuskanym bogaczu próbującym swoich sił na zabitej dechami wsi wciągnął ją na tyle, że doczekała końca odcinka. Później otrząsnęła się z transu i spróbowała przywołać kelnerkę. Bez efektu, zatem sięgnęła po jakąś leżącą na barze ulotkę, by zapisać na niej informację, że zapłaci rano. Niestety, reklamowy świstek zadrukowany był gęsto. Błogi uśmiech wyciągniętej na stole do masażu kobiety sprawił, że Ruda z zazdrością odłożyła ulotkę i z pełnym żalu westchnieniem pomyślała o swoim kręgosłupie i wiecznie spiętym karku.

 

Wróciła do siebie i dla osłody po raz chyba setny przejrzała w telefonie galerię zdjęć wymarzonego domostwa. A że piętro wyżej właśnie rozkręciła się głośna libacja, chwilowo zapomniała o śnie i sięgnęła po książkę.

Wciągnięta przez akcję skończyła dopiero nad ranem. Umknął jej nawet moment, kiedy jej balujący sąsiedzi poszli spać. Usnęła od razu, ale gdy poderwał ją dobrze znany dźwięk budzika, syknęła z bólu i zgięła się wpół. Postrzał w okolicy piersiowego odcinka kręgosłupa przeszył ją na wskroś, aż na chwilę straciła dech. W oczach stanęły jej świeczki.

– Jezusie…! – jęknęła, walcząc o oddech. – Jak boli!

O środkach przeciwbólowych mogła zapomnieć, zatem ze łzami w oczach przyszykowała się do pracy, zawczasu kombinując, jak by tu w miarę bezboleśnie wtłoczyć się do samochodu. Każdy ruch wywoływał okropny ból. Mogła wprawdzie zostać tego dnia w łóżku i popracować zdalnie, ale miała nadzieję, że jak się trochę porusza, dolegliwość ustąpi. Dotarła do biura, obdzwoniła okoliczne gabinety rehabilitacji, ale wszędzie proponowano jej odległe terminy.

– Mam! – Doznała olśnienia. – Aaa! – wrzasnęła.

Przy gwałtownym ruchu ból od nowa dał o sobie znać. Dyrektor handlowy, który właśnie stanął w drzwiach, aż podskoczył. Dokumenty wypadły mu z rąk.

– Matko, ja przepraszam – wykrztusił, chaotycznie próbując ogarnąć papiery. – Ależ mnie pani wystraszyła. Jakiś nowy pomysł?

– Tak. Zostajesz sam na pewien czas. Na tydzień albo dwa. Dasz radę beze mnie?

– Jasne. A coś się stało?

– Tak. Wyjeżdżam do spa & wellness. To taka luksusowa odmiana sanatorium. Tylko jeszcze muszę znaleźć odpowiednie. Czyli takie, gdzie mają wolne miejsca od jutra.

– Od jutra? To będę potrzebować pełnomocnic­twa do samodzielnego podpisania dwóch kontraktów. Najlepiej notarialnego, więc musimy je załatwić zaraz, bo bez tego pani nie puszczę – powiedział przytomnie dyrektor, rad z ponownej okazji do samodzielności. – Umowy z marketami Wesoły Seler i siecią barów Twój Kebab są już praktycznie gotowe, będą do podpisu lada dzień.

– Jeszcze u prawników?

– Tak.

– To ich pogoń. A, i w międzyczasie poszukaj dla nas jakiegoś radcy prawnego na stałe. Za dużo tych papierów ostatnio, żeby zlecać je komuś na zewnątrz.

– Załatwione, szefowo.

Po pracy Ruda przystąpiła do przetrząsania internetu w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca, w pierwszej kolejności sprawdziwszy to z barowej ulotki. Jeśli mogła jej wierzyć, oferta zawierała wszystko, czego dusza zapragnie. No i ośrodek wyglądał wystarczająco ekskluzywnie i drogo, by dysponować pokojami na cito. Zwłaszcza że Monika miała już szczerze dość peerelowskiego klimatu panującego w przydrożnym motelu.

Kiedy już wreszcie wejdę w posiadanie domu, będę się relaksować i zbijać bąki na miejscu, postanowiła, a tymczasem wykonała telefon i zarezerwowała pobyt.

Gdy usłyszała, że dziesięciodniowy turnus rozpoczyna się już w najbliższy weekend, dostała skrzydeł i z radości na chwilę zapomniała, że boli ją cokolwiek. W myślach przetrząsnęła zawartość podręcznej skromnej szafy i stwierdziła, że nie ma pojęcia, gdzie aktualnie mogą się znajdować rzeczy potrzebne na wyjazd, więc ruszyła na konkretne zakupy. Jak huragan przetoczyła się przez Galerię Myślenicką, gdzie mimo zimy udało jej się nabyć specjalny kostium kąpielowy dla kobiet w ciąży i całkiem ładne basenowe klapki. Szlafroki kąpielowe i ręczniki oferowano w spa.

Rozemocjonowana nie mogła usiedzieć spokojnie. Mimo że w pracy czekało jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia i merytoryczna narada z dyrektorem, Monika nie potrafiła skupić się na niczym dłużej niż przez kilka minut. Wreszcie z ulgą podpisała dokumenty i uskrzydlona wyszła z biura. Gdyby nie ciążący jej brzuch, zapewne wykonałaby kilka podskoków. Jedyną skazą na niezmąconym morzu radości był fakt, że musi jechać sama. Lubiła towarzystwo, zwłaszcza Ewy, która jednak, jak podpowiadał Instagram, właśnie zażywała relaksu w cieniu starego korkowca, zajadając hiszpańskie oliwki.

Ruda nie powstrzymała się przed skomentowaniem tej fotki i nie musiała długo czekać na reakcję zwrotną. Telefon rozdzwonił się dosłownie po kwadransie.

– To gdzie jedziesz? – padło rzeczowe pytanie. – I z kim?

– Z nikim! – parsknęła śmiechem Monika. – Maćka przecież nie ma, tkwi gdzieś na Morzu Barentsa i…

– Wiem, gdzie jest Maciek – ucięła Ewa. – Gadałam z nim przed chwilą. Stąd wiem, że jedziesz. Tylko jeszcze nie wiem z kim.

– Weź nie opowiadaj głupot. Myślisz, że w moim stanie, z gabarytami przypominającymi transatlantycki tankowiec, mogłabym sobie kogoś przygruchać na wyjazd?

– No wiesz… Moja świętej pamięci babcia miewała na koncie liczne podboje, a trzeciego męża wyrwała centralnie na florydzkiej promenadzie. Była wtedy w ósmym miesiącu i właśnie szła pod rękę z aktualnym mężem do restauracji, na kolację z okazji rocznicy ich ślubu, więc…

– Rozum ci odebrało? Boże mój, jakim cudem ten biedny Tomek wytrzymuje z taką stukniętą idiotką jak ty?! – Ruda roześmiała się serdecznie.

– Dobra już, nie chrzań mi tu! To kiedy jedziesz i gdzie? Olejmy chwilowo pytanie dotyczące ewentualnego towarzystwa.

Monika doskonale znała temperament i fantazję przyjaciółki. Nic dziwnego, że nagle zaczęła wietrzyć spisek między dwojgiem najbliższych jej osób.

– A tam, nic specjalnego – bąknęła. – Takie zbajerowane spa pod Nowym Sączem. Muszę się w końcu jakoś postawić na nogi. Jestem ostatnio tak połamana i spięta, że stękam jak własna prababcia. Tu mnie strzyka, tam mnie łupie. W ciąży raczej sobie nie pobiegam, więc samo z siebie lepiej nie będzie. Zważywszy na to, że albo siedzę przed komputerem, albo w aucie, nawet setka seksownych tajskich masażystów może mi nie pomóc.

– W sumie dobry pomysł, tylko termin do kitu – wymsknęło się Ewie.

– A to czemu? Maćka przecież nie ma. Starego domu już nie mam, a nowego jeszcze nie. Do porodu jeszcze trochę czasu, a ja ledwie dycham z kręgosłupem i resztą. Strach pomyśleć, co będzie pod koniec ciąży.

– No i jak się dziecko urodzi. Taki maluch też swoje waży.

– Sama widzisz. Coś muszę zrobić, a teraz termin idealny.

– Wiem, rozumiem. – Ewa westchnęła ze smutkiem. – Ale właśnie pośrednik mnie poinformował, że znalazł się nabywca na dom mojej babci na Zarabiu. Więc egoistycznie pomyślałam, że może mi pomożesz.

– Pewnie dokładnie w tym terminie, kiedy mnie nie ma? – domyśliła się Ruda. I natychmiast zaczęła kombinować plan awaryjny. – A może mój zastępca mógłby pomóc? Ale, ale, przecież ja tam trzymam część moich gratów! – Dotarło do niej z całą mocą, że komplikacja jest większa, niż myślała.

– Nie, nie, to nie zabawa dla obcego faceta. I tak pod twoją nieobecność będzie mieć roboty od groma. – Ewa za nic nie chciała sprawiać kłopotu.

– Ale może ja jednak zmienię…

– Daj spokój! – przerwała. – Nie pali się. Dopniemy temat, jak wrócisz, na spokojnie. Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę. U nas ostatnio ciągle pada i pada. Niby ciepło, ale ta wilgoć mnie dobija.

Na całym Costa Brava, jak długie i szerokie, jedynym źródłem ogrzewania stosowanym w tradycyjnym budownictwie były kominki. Zwykle, gdy zimą temperatura spadała mniej więcej do piętnastu stopni Celsjusza, takie rozwiązanie sprawdzało się doskonale. Tyle że Ewa nie miała u siebie kominka. Po raz kolejny poszła do łazienki, żeby sprawdzić suszące się od dwóch dni pranie.

– Wciąż mokre, macałem. – Tomek, mijając ją w drzwiach, przelotnie skradł jej całusa.

– Tylko patrzeć, jak się zaśmiardnie – mruknęła.

– Chyba właśnie zaczyna. Dziś po pracy podskoczę do sklepu i kupię grzejnik elektryczny.

– Mam lepszy pomysł. Ja to zrobię, i to od razu. A przy okazji może kupię jakiś sensowny sprzęt do suszenia? Dwa w jednym. Bo nasza leciwa pralka już ledwo ciągnie.

Miała powyżej uszu porozwieszanych po pokojach mokrych ciuchów. Jej mieszkanko nie było zbyt duże i zaliczało się do grona tych kameralnych, ale miało specyficzny klimat. Do tego z niewielkiego tarasu położonego na dachu sąsiedniej kamienicy rozciągał się zapierający dech widok na morze. Ewa nieraz myślała, żeby zamienić lokum na większe, zwłaszcza odkąd wprowadził się Tomek, ale za każdym razem odkładała podjęcie decyzji. To miejsce miało duszę i myślała o nim z tkliwością. Pokochała je od pierwszej chwili i po dziś dzień dziękowała Maćkowi za to, że kiedyś ją tutaj przyprowadził i niemal siłą zawlókł na najwyższe piętro stareńkiej kamienicy. Mieszkanie wymagało remontu, który Ewa przeprowadziła, zachowując jak najwięcej z pierwotnego wyglądu i wyposażenia. Oszczędziła nawet kostkę brukową na podłogach, zarządziwszy jedynie ponowne jej ułożenie, żeby nie potykać się wiecznie na nierównościach. Tym sposobem mieszkanko stało się utrzymaną w starohiszpańskim stylu perełką. O ile jednak na początku wynajmowała je turystom, o tyle teraz nie chciała nawet myśleć, że zamieszka w nim ktokolwiek obcy.

Wokół Tossy aż roiło się od atrakcyjnych nieruchomości do wzięcia, zarówno nowych, jak i takich z historią. Oczywiście Ewa najchętniej przeprowadziłaby się do domu własnego projektu i nieraz myślała o tym, w jaki sposób wkomponować w tutejszy krajobraz ulubione geometryczne bryły, ale na realizację marzeń musiała jeszcze poczekać. Wprawdzie odkąd zamieszkała w Hiszpanii na stałe, nie mog­ła narzekać na brak zleceń, co w widoczny sposób przekładało się na zasobność jej bankowego konta, niemniej wciąż niepewna regularnych przychodów wolała na razie oszczędzać, niż wydawać. Poza tym wcale nie miała stuprocentowej pewności, gdzie dokładnie chciałaby osiąść.

Tomek pomalutku rozkręcał swój niewielki biznes, jednak na sensowny zysk z sieci punktów bukmacherskich trzeba było zaczekać dłużej, niż początkowo zakładał. Jak do tej pory inwestował w nią wszystko, co zarabiał, i powoli dojrzewał do decyzji o szukaniu wspólnika. Nie było się co oszukiwać – bez znaczącego finansowego inwestorskiego zastrzyku nie było co liczyć na szybki rozwój.

ROZDZIAŁ 3

– TU MNIE WYSADŹ. – Ewa wskazała Tomkowi puste miejsce przed wejściem do terminalu odlotów.

Nie mogli się nagadać przez całą, blisko dwugodzinną drogę na lotnisko w Gironie. Jednocześnie Tomek nie ukrywał, że podczas nieobecności ukochanej będzie usychać z tęsknoty, a ona robiła wszystko, żeby nie okazać zbyt wielkiego entuzjazmu z powodu zbliżającego się spotkania z przyjaciółką i perspektywy spędzenia razem z nią kilku dni. Pretekstem do wyprawy do Polski był obowiązek dopilnowania sprzedaży babcinego domku i złożona Tomkowi obietnica zajrzenia do jego starej daczy w Podgórkach. Odkąd pomieszkująca w małym domku na tyłach ogrodu Halina opuściła to miejsce i na dłużej przeniosła się do rodziny na Mazowsze, posesja pozostawała całkiem bez opieki. Wprawdzie jeszcze na długo przed wyjazdem do Hiszpanii Tomek rozważał, czy nie zaproponować chwilowo potrzebującej kobiecie własnego domu, ale jej potworne bałaganiarstwo skłoniło go do porzucenia tego pomysłu. Nawet siedząc nieruchomo przed telewizorem i oglądając ulubiony serial, Halina potrafiła, jedynie sobie znanymi sposobami, zrównać z ziemią połowę otoczenia. Przy zamiłowaniu gospodarza do porządku był to argument nie do przejścia. Zatem tymczasowo pozbawiona własnego dachu nad głową sublokatorka znalazła schronienie u rodziny, aż do wiosny, kiedy to miała rozpocząć się odbudowa jej strawionego ogniem pobliskiego siedliska.

– Kawa czy herbata? – Z zamyślenia wyrwał Ewę głos stewardesy.

– Wodę poproszę.

Wolała nie ryzykować brązowych plam na ubraniu.

Podziękowała i zastrzygła uszami, bo właśnie odezwał się kapitan. Głos, który niewyraźnie charczał w pokładowym głośniku, podawał informację o aktualnej pogodzie w Polsce. Ewa mimowolnie zadrżała na myśl o pięciu stopniach na plusie

***

Cóż z tego, że do Nowego Sącza nie było daleko i podróż trwała nieco ponad godzinę, skoro Ruda wysiadła z auta z wyrazem totalnego cierpienia na twarzy. Do celu pozostało jej już niewiele kilometrów, ale musiała zatankować. Monika, na przemian to stękając, to klnąc jak furman, z trudem opuściła fotel kierowcy i zgięta wpół podeszła do dystrybutora. Z wdzięcznością przyjęła pomoc pracownika stacji benzynowej i zadowolona, że nie musi osobiście iść do kasy, wręczyła chłopakowi należność i dorzuciła napiwek, machnąwszy ręką na fakturę. Zanim ruszyła dalej, zadzwoniła do ośrodka i wybłagała odpowiednie zabiegi jeszcze na wieczór tego samego dnia. Dopóki się nie ruszała, jakoś dawała radę, ale przecież nie mogła cały czas tkwić nieruchomo jak kołek w płocie. Kolejna doba cierpienia nie wchodziła już w grę, szczególnie że Monika mogła kręcić głową jedynie w prawo, co także i przy prowadzeniu samochodu stanowiło pewną trudność.

 

Obolała, jakoś doczłapała do recepcji i ze łzami w oczach dopełniła meldunkowych formalności. Empatyczna recepcjonistka od razu połączyła się z kim trzeba. Ciąża wykluczała sporo zabiegów, ale od czego są najlepsi specjaliści od rehabilitacji? Ośrodek zatrudniał wyłącznie fachowców z najwyższej półki, więc Ruda nawet nie zdążyła się dobrze rozpakować, gdy wylądowała w gabinecie stosownego terapeuty. Na widok igieł do akupunktury pobladła. W normalnym stanie zapewne by uciekła, ale ból dokuczał tak, że było jej wszystko jedno.

– Proszę się nie bać – zapewnił z uśmiechem starszy mężczyzna w białym kitlu. – To naprawdę pomaga.

– Mam nadzieję – odparła Monika i na wszelki wypadek zacisnęła zęby.

– W ciąży to często jedyne rozwiązanie w leczeniu bólu. Lubi pani pływać? Zaraz przepiszę basen. Do tego rozciąganie, pilates i ćwiczenia z piłkami. No i masaże. Myślę, że dla ciała już starczy. Za tydzień będzie pani jak nowa.

– A dla ducha? To znaczy dla twarzy? – poprawiła się Ruda. Zagadana przez lekarza poczuła dopiero ósme wkłucie. – Aaa! – jęknęła.

– Spokojnie, już kończymy. Jeszcze cztery igły i szlus. A inne zabiegi to chyba raczej do woli. Na miejscu mamy wszystko. Nawet fryzjera. – Doktor się roześmiał i nakazał leżenie bez ruchu przez kwadrans.

Świadoma, że jej plecy wyglądają teraz jak u jeża, z przejęcia niemal przestała oddychać. Bała się, że przy najmniejszym drgnięciu coś ją zaboli, więc spięła się cała i usiłowała nie myśleć. Nigdy nie wierzyła w tego typu metody leczenia, ale teraz nie miała wyjścia. Mogła mieć tylko nadzieję, że akupunktura przyniesie upragnioną ulgę. Przecież ludzkość nie praktykowałaby czegoś przez kilka tysięcy lat, jeśli nie przynosiłoby to żadnych efektów, tłumaczyła sobie, marząc, by lekarz w końcu uwolnił ją od igieł.

Po igłach i masażu poczuła się, jakby była z gumy. Jej ciało poznało nową jakość. Po pierwsze upierdliwy ból pod łopatką zelżał o połowę, a po drugie całe jej ciało stało się jakby inne. Nie potrafiła tego sprecyzować, ale też nie miała czasu na rozważania, w progu bowiem zameldowała się młoda dziewczyna w różowym uniformie z firmowym logo i zaprowadziła ją do sali, w której odbywały się zajęcia z pilatesu. Oprócz Moniki nie było tam nikogo, ale po chwili dołączyła do nich drobna brunetka i uśmiechnęła się miło.

Przez całe ćwiczenia Ruda nie mogła pozbyć się wrażenia, że skądś ją zna.

Pod wieczór obie wylądowały u fryzjera.

Znana z wcześniejszych zajęć kobieta właśnie farbowała jasne odrosty. Na jej głowie we wszystkich kierunkach sterczały kawałki aluminiowej folii.

– Znów się widzimy – zagaiła. – Jesteś tu sama? Bo ja tak.

– Owszem. Sama. Przyjechałam dzisiaj. A ty?

– Jestem tu od tygodnia i nudzę się jak nigdy. Myślałam, że poznam kogoś, trochę się zabawię, poprawię urodę. Tymczasem natknęłam się na grono stałych bywalczyń, które świetnie się znają. Wiesz, takie hermetyczne kółka wzajemnej adoracji. Jestem Marzena – przedstawiła się.

– Monika. Miło mi. Też jestem sama, ale ze mną za wiele nie pobalujesz. Jestem w ciąży i przyjechałam podreperować kręgosłup. W sumie twarz też mogę trochę poprawić – dodała po namyśle. – Ale kompletnie się na tym nie znam.

– No to dobrze trafiłaś, bo ja się na tym znam doskonale. – Nowa znajoma zatarła ręce z uciechy i potarła się po nienaturalnie błyszczącej i jakby za bardzo napiętej twarzy. – Może na początek złuszczanie starego naskórka? Wypiękniejesz w sam raz przed powrotem.

– Brzmi strasznie – mruknęła Ruda bez entuzjazmu.

– Nic się nie bój. Może nawet jeszcze dzisiaj ci to zrobią. To prosty zabieg. Smarują ci twarz kwasami, po chwili neutralizują wodą, nacierają kremem. A potem się łuszczysz.

– I co?

– I nic. Masz na twarzy nową skórę.

– A to boli? – sondowała Monika ostrożnie.

– Nie. Piecze trochę, ale tylko przez chwilę. Nic strasznego, sama zobaczysz. – Marzena nie kryła entuzjazmu. – Spójrz! Ja robiłam wczoraj. Widzisz, jak mnie wyprostowało? Pewnie jutro zacznę obłazić, jak ten słynny pyton znad Wisły, no ale czego się nie robi dla urody? No nie?

Rudej nie trzeba było długo namawiać. Upewniła się, że zabieg nie zaszkodzi dziecku, i od razu wyciągnęła się na leżance. Trochę się zdziwiła, że wręczono jej wachlarz, lecz po nałożeniu pierwszej warstwy środka złuszczającego szybko się zorientowała, że energiczne wachlowanie to jedyny ratunek przed szczypaniem.

– O matko! To minie? – zapytała przerażona.

– Jasne! Za chwilę nic nie będziesz czuć – trajkotała Marzena.

Kobieta właśnie kończyła trzeciego drinka i zaczynała się rozglądać za kolejnym.

– Masz jeszcze jakieś pomysły? Może poza botoksem i liposukcją? – Ruda ostrożnie badała temat.

– No pewnie, że mam! Plazma na powieki, ostrzyknięcie kwasem hialuronowym, no i jeszcze nici by się przydały, bo podbródek ci zwisa.

– Jezu, jakie znów nici?! – chciała wiedzieć Ruda, lecz kolejna warstwa kwasów zaczęła szczypać ją bardziej niż poprzednia. Zacisnęła zęby i skupiła się na machaniu wachlarzem. – Miałam na myśli jakiś manicure albo coś w ten deseń. Jakiś sensowny oczyszczający jadłospis. Basen i ćwiczenia – wycedziła przez zaciśnięte usta.

– To też. Ale skoro już tu jesteś, to szkoda nie skorzystać.

– No dobrze, tylko po co? Mój Maciek kocha mnie taką, jaka jestem, a ja w sumie też się sobie podobam. – Ruda rozważała propozycję. – Nie będę się tak męczyć dla żadnego faceta.

– A kto tutaj mówi o facetach? – prychnęła Marzena i ostentacyjnie wzruszyła ramionami. – Najważniejsze jest własne samopoczucie. Przynajmniej dla mnie. Odkąd pamiętam, żyłam pod czyjeś dyktando. Nauka, dom, rodzina, dzieci, praca. A w dupie to mam! Wreszcie czas na coś, co jest tylko dla mnie. Nie mam zamiaru niczym się limitować!

Z każdym kolejnym drinkiem Marzena rozkręcała się coraz bardziej.

Po zabiegu obie przeniosły się do baru. Ruda poprzestała na bezalkoholowym mojito, natomiast jej towarzyszka zawzięcie wertowała kartę kolorowych drinków. W końcu zdecydowała się na coś różowego z utopionym plastrem pomarańczy. Mimo że ta drobna kobietka spożyła już całkiem sporo, zupełnie nieźle trzymała się na nogach. Gdyby nie to, że Ruda na własne oczy obserwowała postępy w tej materii, pomyślałaby, że to dopiero pierwszy drink.

– Wiesz, całe życia musiałam się podporządkowywać – podjęła temat Marzena. – Ale już mi zbrzydło.

– Przejadło ci się? Stało się coś? – zainteresowała się Monika uprzejmie.

Była zmęczona i nie miała ochoty brać na siebie podtrzymywania konwersacji, zatem na rękę jej było, że Marzena sama z siebie gada jak najęta.

– Zawsze było tak, jak chcieli inni, a nie tak jak ja chciałam. Szkołę średnią wybrano za mnie, studia właściwie też. Wybrano mi męża i pracę. Nawet we własnym domu nie mam zbyt wiele do gadania.

– Masz dzieci?

– No, niby mam bliźniaki, ale jest tak, jakbym ich nie miała. Od pierwszych dni życia niańczył je szwadron opiekunek, a od kilku lat mieszkają w renomowanej szkole z internatem. Widuję dzieci od święta. – Marzena westchnęła. – Co z tego, że mam kupę forsy, skoro jestem najnormalniej w świecie nieszczęś­liwa? To wszystko jest nie tak! Od bardzo dawna.

– Wybacz, ale nie za bardzo rozumiem, w czym rzecz – bąknęła Ruda. – Przecież to twoje życie. Dlaczego nie walczysz?