Tornado. Świat według Ciumka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Mikołaj Mikołajczyk. Fotomami

Z wykształcenia jestem ekonomistką. Mieszkam w Krakowie wraz z mężem oraz dwiema córkami. Kocham czworonogi, zatem w naszym domu pod nogami plączą się dwa czarne koty i szalony pies Tornado. W wolnych chwilach hasam quadem po bezdrożach i jako niedoszły mechanik samochodowy remontuję zabytkową corvettę. Uwielbiam sporty zimowe oraz fitness. Piszę od 2009 roku.

Aktualnie, już po blisko dziesięciu latach, pisarstwo stało się moim jedynym zawodem. W pewnym momencie należało w końcu uznać hobby za pracę i na poważnie zająć się pisaniem, szczególnie że niewielu ma to szczęście, by móc naprawdę kochać swoje zajęcie. To wystarczający powód, a że najbardziej w życiu lubię pisać, gadać i jeździć samochodem, taka decyzja nie była dla nikogo zaskoczeniem. Do tego jestem towarzyską domatorką, więc w tym zawodzie udaje mi się godzić ogień z wodą, ponieważ w domu się wyciszam, a akumulatory ładuję na spotkaniach z czytelnikami. Z wyjazdów chętnie wracam do domu i zasiadam do pracy ze zdwojoną energią. Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że przy tej okazji na potrzeby moich historii sporo się uczę. Choćby tylko do samej dylogii „Śnieżna Grań” przygotowywałam się merytorycznie przez dwa zimowe sezony. Prowadzenie nowoczesnego ośrodka narciarskiego to wcale nie taka prosta sprawa. Tak samo stadnina czy hodowla strusi. Ale to miłe wyzwania. Niedawno, na potrzeby kolejnej książki zatrudniłam się na jakiś czas na stacji benzynowej. Tam to dopiero się dzieje!




Tornado – 1

Na wakacjach przyplątał się piesek. Z oczu patrzyło mu dobrze, więc od razu się załapał na kawałek kiełbasy. Chlebem wzgardził. Plątało się to miłe stworzenie przez kilka dni, aż wakacje dobiegły końca.

Zauważyłam też, że dzieci z okolicznej kolonii były uprzejme kilka razy podnieść go do góry za ogon, i ich nie zjadł. Znaczy poczciwy. A że mu dobrze z oczu patrzyło, to w końcu, w zieloną noc, zapadła decyzja, że bierzemy psa, bo ktoś musi. Nadleśnictwo po każdym sezonie organizuje odstrzał bezpańskich zwierząt, zatem nie mogliśmy pozwolić, by ktoś zastrzelił nam zwierzaka.

Mój mąż, który nigdy nie miał psa, od razu poczuł się panem i gestem właściciela usadził sobie nowego czworonoga na kolanach. To nic, że pies składał się głównie z koszmarnie brudnych kłaków przypominających szczecinę na dzikiej świni oraz pcheł. Mąż długo głaskał go i przemawiał doń czule. Obiecał mu nawet, że nauczy go jeździć na snowboardzie. W końcu ścierpł i rozczarowane psisko wylądowało na ziemi. Hmm… A jak zwieje? Przecież już jest nasz… Ale dla chcącego nie ma nic trudnego. Nawet o północy. Załatwiłam u dyżurnego stajennego starą lonżę do nauki jazdy konnej, z kolei mąż udał się do baru i wrócił z pustą skrzynką po tyskim, do której uwiązał psa. Niezapomniany widok. Oczami wyobraźni zobaczyłam gnającego psa i podskakującą za nim skrzynkę po piwie uwiązaną na lonży.

Cóż, w końcu trzeba było położyć się spać. Niestety, wszystkie drzwi w naszym domku miały niesprawne klamki, a pies ani myślał spać w przedpokoju. Przed świtem obudził mnie rozpaczliwy krzyk dziecka:

– Mamusiu! Dlaczego wpuściłaś nam do łóżka dzikie zwierzę!!!

– Śpij! To nasz pies! – powiedziałam i zapanował spokój, dopóki o ósmej nie wywiązała się awantura, kto ma wyjść z psem na spacer.

Już wtedy rozdzwonił się w mojej głowie dzwonek alarmowy.

Pomijając fakt, że często wyjeżdżamy i nie będzie w tym czasie, co zrobić z psem, to chyba nie był najlepszy pomysł. No ale nic. Mamy psa, który za pół roku będzie zapylał na snowboardzie i... wracamy do domu z wakacji…


Tornado – 2

Chrzciny

Niedziela. Koniec sierpnia. Za kilka dni rozpoczęcie pierwszego dla moich dzieci roku szkolnego. Dojeżdżamy do domu. Z psem. Tylko jak tu wziąć do domu psa, który jest brudny jak święta ziemia, ma na sobie rekordową liczbę pcheł i cały czas się czochra?

Gazem do weterynarza po coś na pchły. Na miejscu jedynie lekarz dyżurny i sklepik zamknięty na głucho, a na dokładkę dyżurująca pani weterynarz prezentująca postawę nieugiętą. Nie mając wyjścia, nastraszyłam niewiastę wizją dzieci z tasiemcem, glistami tudzież inną zarazą i powiedziałam, że to będzie jej wina (sic!). W końcu uległa i sprzedała mi poza kasą psikadło na pchły oraz pastylkę na robaki.

No i zaczęły się jaja. Pies, zanim trafił do wanny, po pierwszej aplikacji psikadła zaczął skakać na wysokość półtora metra. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby takie małe stworzenie (na oko, jakieś dziesięć kilo) skakało tak wysoko. Pchły dostały bzika. Pies też. W końcu te małe cholery poległy w konfrontacji z frontline’em i można było wpuścić psa do domu. Tutaj nieoczekiwanie nastąpił zgrzyt, bowiem kot Frykas zareagował pełną obrazą majestatu i oddalił się w niewiadomym kierunku, a pies (na szczęście już po kąpieli) bez pytania rozgościł się na kanapie przed telewizorem. O nie! Niedoczekanie! Sio pod stół! Do budy!

Mąż właśnie wrócił ze sklepu z miskami i karmą dla psa, a ja biegiem na allegro kupować budę do ogrodu. W końcu pies usnął, to ja po aparat, żeby mu jakąś fotkę strzelić, by się na forum pochwalić. Ale nie, bez szans. Psi ogon żył chyba własnym życiem, bo nawet we śnie tak szybko latał, że wszystkie zdjęcia wyszły zamazane.

I tym oto sposobem nasz pies zyskał swoje pierwsze imię, czyli Wiatrak, i nareszcie można go było przedstawić sąsiadom. Wiatrak spisał się na medal i pokazał się z najlepszej strony. Oczywiście gad jeden w pięć minut zyskał sympatię, a sąsiedzi zaproponowali, że tego psa trzeba jakoś oblać – w sensie uczcić – i tak w dzień przyjazdu zmontowała się radosna sąsiedzka imprezka z okazji powiększenia rodziny o kolejnego czworonoga oraz jego chrzcin.

Było miło, Wiatrak wykazał się talentem showmana i wdzięczył się jak w cyrku, ale niestety nie wszystko poszło gładko, bo około północy sąsiad poddał w wątpliwość, czy ma odpowiednie imię. No i kaplica. Mąż po przemyśleniu tematu stwierdził, że nie będzie chodził wokół domu i jak kretyn wołał: „Wiatrak! Wiatrak! Do nogi! Frykas! Do domu! Kici, kici! Wiatrak!”… cdn.



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tornado – 3

Pierwszy odlot cz. I

Jako że imię Wiatrak kompletnie nie pasowało, trzeba było wykombinować nowe. Warunkiem było coś z ruchem powietrza, bo psi ogon latał bezustannie i bez przerwy wzniecał z podłogi zamiatane śmieci. W drugim podejściu sąsiedzka komisja wzięła pod uwagę imiona: Tajfun, Huragan i Zefir. Padło na Tajfuna, ale po dwóch dniach wydało mi się jakieś takie niewyraźne i mało wdzięczne. Mam! W końcu wymyśliłam! Będzie Tornado. No w końcu jakiś konkret.

Mąż oblatany w stołecznych kręgach biznesowych, uznał w żartach, że tak głupio w towarzystwie wyskoczyć z informacją, że ma się psa rasy nieznanej i postanowił na tę okoliczność poszukać mu jakichś sensownych przodków. Śmiechu było co niemiara. Nie powiem. Długo szukał. Mniej więcej o piątej nad ranem znalazł psu rasowych protoplastów i rankiem obudził mnie podtykając pod mój zaspany nos zdjęcie jakiegoś megarasowego wilczaka rodem z Niderlandów. Pomijając fakt, że w Europie występują może trzy egzemplarze i nikt ich za bardzo na własne oczy nie widział, to podobieństwo do Tornado można dostrzec jedynie o piątej nad ranem. Nie, nie. Saarlaas wolfhund to zdecydowanie nie to, ale i tak w późniejszym czasie niejeden znawca na tę informację kiwnął głową z uznaniem i zapewnił, że zna, że piękny, że to mądre psy.

No, skoro imię już jest, to wypadałoby zamówić psu identyfikator, tak więc korzystając z ładnej pogody zostawiłam w ogrodzie ten pseudopomiot holenderskich wolfhundów. Szczelnie zamknęłam bramę, a sama udałam się do sklepu zoologicznego, by zamówić medalik z namiarami. Nie było mnie może kwadrans. Wracam i czekam, aż coś przyleci się cieszyć, a tu cisza. Wołam, gwiżdżę, cmokam… Nic, zero. Pewnie pies w domu. Ale w domu też nic. Dokładnie sprawdziłam ogrodzenie, ale nie znalazłam obluzowanych desek ani podkopów. Pies po prostu wyparował. No kaplica. W okolicy zero psa.

W pierwszym odruchu chciałam lecieć na osiedle i wołać. Ale jak go wołać? Pies był u nas raptem kilka dni i codziennie miał inne imię. Człowiek by zgłupiał, a co dopiero zwierzę.

No to papierniczy. Ryza papieru, toner do drukarki, pinezki i taśma klejąca. Tylko jak tu opisać psa, jakich milion chodzi po świecie, i w dodatku takiego, który nie reaguje na imię(?). Uff, jakoś poszło. Dobrze, że miał chociaż czarną obrożę, biały koniec ogona i różową bliznę na nosie. W takiej sytuacji liczy się każdy znak szczególny. W stresie nauczyłam się nawet wklejać zdjęcia do Worda. Na pierwszy rzut poszło pięćdziesiąt ogłoszeń. I co dalej? Szukać? No dobrze, tylko gdzie? Wokół ruchliwe ulice i ogromne blokowiska. Potencjalnych kierunków wiele.

 

Na pierwszy ślad czekaliśmy dobę – w końcu ktoś zadzwonił i powiedział, że widział psa. Ziścił się najgorszy scenariusz. Pies błąkał się po Kurdwanowie, czyli po okolicznym osiedlu „sypialni” liczącym jakieś trzydzieści parę tysięcy mieszkańców. W tej sytuacji to szukanie igły w stogu siana, co nie napawało większym optymizmem, ale trzeba było rozkleić jeszcze więcej ogłoszeń.

Znów drukarka poszła w ruch, wśród znajomych zapanowała pełna mobilizacja. Zupełnie jak przed wyborami do sejmu, podzieliliśmy się plakatami, pinezkami, lepcami. Wyznaczyliśmy rewiry. Minął następny dzień. Akcja! Jest! Znowu ktoś go widział. Poszukiwania nabierają tempa. W okolicy każdy sklepikarz już wie, że zginął pies. Większość dzieciaków na placach zabaw przekazuje sobie tajne info o nagrodzie za znalezienie psa, a wszyscy psiarze ze zrozumieniem współczują i między sobą wymieniają informacje. Kolejny dzień. Sobota. Psa nadal nie ma, a ponieważ szybko biega, to może być już w Bratysławie albo nawet i na Lazurowym Wybrzeżu, jak się do tira załapał.

Ogłoszenia wiszą prawie na każdym drzewie, jakie rośnie na osiedlu, a ja dostałam w papierniczym kartę stałego klienta. Znajomi znowu pod parą, bo przecież zostało jeszcze kilka drzew i całe mnóstwo latarni w okolicy. W marketach też byłam. Wszyscy wiedzą, że zginął pies, a mnie na Kurdwanowie coraz więcej osób mówi „dzień dobry”. Samochodem jeździć bez sensu, bo mało mobilny na osiedlowych uliczkach, no to quad poszedł w ruch. Teraz kolejna rzesza mieszkańców wyraziła zainteresowanie akcją. W szczególności uwagę zwróciły matki i babcie z niemowlakami w wózkach, bo „pyrcząc” w tej betonowej dżungli, ku ich wkurzeniu, pobudziłam wszystkie dzieciaki. Już, już, jeszcze tylko dwie rundki i odpuszczam. Przecież sama mam małe dzieci. Wkrótce pierwsze w ich życiu rozpoczęcie roku szkolnego, a matka nie ma czasu nawet pomyśleć o granatowych spódniczkach, bo szuka psa, który pewnie jest na przedmieściach Wiednia… Jest! Nagle telefon. Ktoś kilka godzin wcześniej widział psa na osiedlu. Za kwadrans drugi telefon. Jedziemy! Niestety, pierwsza osoba nie odebrała telefonu, a autor drugiego zgłoszenia zaproponował nam białego głuchego pudla. Nie mam nic przeciwko pudlom, tylko że, do cholery, nie szukam pudla!

cdn.



Tornado – 4

Pierwszy odlot cz. II

W końcu trafiłam na konkretny ślad. Udało mi się dotrzeć do młodzieńca, który w pierwszą noc przenocował naszego zbiega. Zaraz zaangażował w akcję okoliczne dzieci. Dzieciaki od razu wynegocjowały wycieczkę do zoo w zamian za znalezienie psa i w sekundzie rozpierzchły się między blokami.

Poniedziałek. Początek roku szkolnego. Kurier właśnie przywiózł budę. Szlag by go trafił z tą budą!

Na osiedlu wszyscy już mówią mi „dzień dobry” albo na mój widok szepczą między sobą: „To jest ta pani, co szuka psa”. Większość dzieci zna na wyrywki numer mojego telefonu. Moje dzieci przejęte pójściem do szkoły chętnie by uczciły ten dzień czymś ekstra, ale ja znów lecę do papierniczego po kolejną ryzę papieru i pinezki.

W poniedziałek wieczorem zdjęcie Tornado znajduje się już w kabinie każdej śmieciarki i ma je przy sobie każdy listonosz. Kończy mi się koncepcja. Coraz częściej dostaję sygnały, że ktoś widział psa, ale zanim dojadę na miejsce, psa oczywiście już nie ma. Coraz bardziej nabieram przekonania, że to beznadziejne, a ludziom się myli. Ileż można szukać? Co jeszcze da się zrobić? Właściwie wypadałoby odpuścić, ale im więcej się zrobiło, tym trudniej zrezygnować. A co, jeśli on rzeczywiście tam jest i ci ludzie nie kłamią?

W nocy uzupełniamy zerwane ogłoszenia. W całej dzielnicy właściwie nie ma drzewa bez przypiętego wizerunku Tornado. Zostały jeszcze latarnie i słupy od świateł na skrzyżowaniach. Zakaz naklejania pod karą grzywny, ale co tam. Jedziemy z koksem! Do południa wytapetowane wszystkie okoliczne skrzyżowania. No i w końcu stało się coś, co musiało się stać. Dosłownie wzięli się znikąd. Patrol straży miejskiej przydybał mnie przy ostatniej latarni.

– To pani? Matko, wreszcie! My pani szukamy od trzech dni! Co pani najlepszego wyprawia? Przecież za to jest mandat!

– Trzy dni szukacie? Na ogłoszeniu jest telefon. Wystarczyło zadzwonić.

Strażnicy trochę zbici z tropu, ale za wypisywanie mandatu się biorą.Kurczę, tylko nie to. Co tu robić, pomyślałam gorączkowo. Najlepiej byłoby ich wziąć na litość. No nie ma lekko. Najlepiej byłoby się rozbeczeć, ale jakoś nie idzie. Za to siorbnęłam teatralnie nosem i powiedziałam, że psa szukam, że po szczepieniu, że chory, że dzieci płaczą, że ja płaczę…

– A co to za pies! – zainteresował się nieoczekiwanie jeden.

– A taki? Nie ma pan jeszcze zdjęcia w radiowozie? – Podsunęłam mu pod nos ogłoszenie ze zdjęciem.

– Taki zwykły kundel? – Funkcjonariusz pewnie myślał, że szukam yorka z diamentową obrożą.

– A co się panu nie podoba? – Postawiłam się ostro.

– Nie może pani wziąć jakiegoś innego?

– Nie mogę. – Chlipnęłam.

– I jeszcze nagroda? Za takiego kundla? I pani tak płacze?

– Proszę pana, pan nie rozumie! Znajdę tego psa! – powiedziałam, no i w końcu na serio się poryczałam.

Nerwy mi puściły i już nie musiałam udawać. Jak się pewnie domyślacie, nie dostałam mandatu, a przed końcem dnia zdjęcie psa znalazło się na tablicy w komendzie i w każdym radiowozie straży miejskiej w naszej dzielnicy. Wtedy naprawdę poczułam, że zrobiłam wszystko. Kiedy już miałam odpuścić, przyszedł mi do głowy jeszcze jeden pomysł…

Nigdy nie byłam na tyle kreatywna, ale całe te szalone poszukiwania i nasza determinacja doprowadziły mnie na skraj niedorzeczności. Po konfrontacji ze strażą miejską odeszły mi tak zwane wody i poczułam, że para uchodzi ze mnie jak powietrze z dziurawego materaca.

– Jeśli jakimś cudem ten cholerny pies się znajdzie, to przysięgam, że pojadę do castoramy, kupię najgrubszy metalowy łańcuch i przypnę tego gnoja do budy! – powiedziałam przez telefon do mojego taty.

Naprawdę byłam skłonna to zrobić, ale na razie nie miałam czego uwiązać do tej nieszczęsnej budy, więc przystąpiłam do finałowej akcji.

Pomysł wydawał się niedorzeczny i szalony – pora na jasnowidza. Wierzę, nie wierzę, może coś w tym jest. Co mi szkodzi? Najwyżej zrobię z siebie wariatkę. A co mi tam! I tak już od paru dni wszyscy znajomi pukają się w czoło. Nikomu się nie przyznałam, po co mi plan satelitarny tego gigant osiedla. Nie miałam zamiaru bawić się w poszukiwania palcem po mapie Europy. Konkret. Tu jest mapa. I gdzie jest pies? Mniej więcej tak to sobie wymyśliłam i tak to mniej więcej się odbyło. Atrybuty typu szklana kula, czarny kot i tarot poszły w bok. Był tylko pewien rodzaj transu i na koniec sękaty palec wycelowany w budynek starej hydroforni niedaleko miejsca, gdzie młody chłopak udzielił schronienia mojemu psu. Wybiegłam stamtąd jak na skrzydłach, ale zanim przejechałam pół miasta i dotarłam na miejsce pies już zdążył się oddalić. Wtedy na serio odpuściłam.

Zrezygnowana powiesiłam jeszcze pięć ostatnich ogłoszeń. Na przystanku autobusowym i na ostatnich czterech wolnych drzewach w tamtej okolicy, i wróciłam do domu. O szóstej rano zadzwonił telefon.

– Dzień dobry, chyba znalazłam pani pieska. Właśnie śpi na przystanku i wygląda zupełnie jak ten z ogłoszenia…

cdn.



Tornado – 5

Nowa buda

Ten, kto naprawdę szuka, znajdzie nawet mrówkę na pustyni Gobi. Tym razem alarm nie był fałszywy. Po tygodniu karkołomnych i pełnych zapału poszukiwań, pieseczek jest w domu. W całej rodzinie i wśród znajomych wzruszeniom pomieszanym z ekscytacją oraz niedowierzaniem nie ma końca. Nikt nie wierzy, że udało się znaleźć psa. Nawet jasnowidz się zdziwił.

Mąż na fali szczęśliwego odnalezienia zapchlonego zbiega, niczym dziki, dostał szwungu do malowania, chwycił za pędzel i machnął psu tę nową budę na mahoń, żeby pasowała do ogrodzenia.

Cudownie. Pełnia szczęścia. Tylko że pies, tuż przed wielką ucieczką, został zaszczepiony przeciwko nosówce i z obniżoną odpornością przywlókł do domu anginę stulecia. Widzieliście kiedyś psa z chrypką? Ja widziałam. Tornado o mało nie przypłacił tej przygody życiem, więc zaraz po wizycie u weterynarza i końskiej dawce antybiotyku dla pewności wpakowałam wariata do samochodu i pojechałam na komendę straży miejskiej, żeby zdjąć ogłoszenie i odwołać czerwony alarm na dzielni.

Fruwając ze szczęścia na wysokości lamperii, starannie zamknęłam ówczesny pojazd i pobiegłam. Podziękowałam funkcjonariuszom i przy okazji zdjęłam kilka z kilkuset wiszących w okolicy ogłoszeń i z wielkim zdziwieniem zareagowałam na pętające się u nóg moje (zamknięte w samochodzie) psisko. Kurczę, jak wylazł? Całkiem prosto. Nadepnął łapą na guzik od otwierania szyby, otworzył okno i radośnie wyskoczył na ulicę. To nic, że przy okazji zjazdu na jezdnię na całej wysokości przerysował drzwi pazurami. To nic. Naprawdę. Przecież to wielkie szczęście, że kochany piesek się znalazł, więc wybaczam i w ramach chwilowego rozpasania, w drodze wyjątku, pozwalam mu się bezczelnie rozwalić na półce nad bagażnikiem. Później przez pięć lat nie dałam rady usunąć z niej kłaków pseudoholenderskiego wolfhunda, ale na tamten szczęśliwy i pełen uniesienia czas Tornado mógł nam powbijać swoje wilcze kłaki nawet pomiędzy zęby, w zupę i w nową pościel.

No ale nic, zagoniłam bydlę z powrotem do samochodu i obiecałam sobie, że przy następnym przystanku na wszelki wypadek zamknę go w bagażniku. Niech wyje. W ostatnim ludzkim odruchu szczęśliwego człowieka darowałam mu ten bagażnik, ale tym razem już zamknęłam drzwi pilotem. Ech, to nie takie proste. Jeszcze nie zdążyłam kupić pomidorów na straganie, a już wyje. Właśnie się dowiedziałam, że mam w aucie alarm, bo wszystko wyje. Samochód wyje, pies w aucie wyje, a wokół gromadzą się zbulwersowani gapie i komentują, co to za bezduszny sukinsyn tak się znęca nad niewinnym zwierzątkiem. Zostawiłam w diabły te zakichane pomidory, chrzanić pomidory, bo za chwilę dobrzy ludzie naślą na mnie kuratora albo inny inspektorat lub aktywistów z Greenpeace, lub TOZ, opublikują mój numer rejestracyjny na Facebooku albo wpakują za kratki.


A pieseczek? Na mój widok zawył z radości i łaskawie zwolnił miejsce kierowcy.

Wobec powyższego Tornado zupełnie nie nadawał się na zakupy, postanowiłam więc wdrożyć pozostałe pomysły zrodzone w amoku wcześniejszych poszukiwań. Buda. Zamierzałam spełnić złowrogą obietnicę związaną z przymocowaniem psa do budy. Uszczęśliwiona odpuściłam mu przyobiecany w nerwach krowi łańcuch. Uznałam, że dźwięk wleczonego po bruku łańcucha może zaburzyć sąsiadom spokojny sen, ale za to sięgnęłam do piwnicy po długaśną parcianą taśmę, na której niegdyś asekurowałam na nartach moje dziecko.

Na szczęście mahoń już wysechł, więc przytwierdziłam psa na kilkumetrowej taśmie do ogrodzenia w bliskiej okolicy budy i poszłam do domu. Zabrałam się za sprzątanie, bo przez tydzień poszukiwań nikt z domowników nie miał czasu zajmować się czymś tak mało istotnym jak choćby podłoga w kuchni. Po tygodniu, z powodzeniem można było zostawić na niej buty, więc wreszcie pełna dobrej energii i optymizmu postanowiłam rozprawić się z klejącą powłoką. Jeszcze nie zdążyłam sięgnąć po wiaderko, jak pies w niewiadomy sposób odłączył się od budy i zameldował się w domu.

– Nie, nie, stary. Tak nie robimy – zawołałam łajdaka i po raz drugi przypięłam go do taśmy. Chyba rzeczywiście źle zapięłam zaczep. Idę. Zatankowałam pół wiadra, a ten gad znowu w domu. Tym razem wylazł z obroży. Chyba za luźna, więc nieco dociągnęłam na regulacji. Dolałam więcej wody do wiaderka. Cap za wiaderko, zlew, akcja, szybkie ruchy, nalewam! Go! Go! Go! Mija chwilka. Znowu wyszedł. Stoi w kuchni i bezczelnie młóci tym swoim szalonym ogonem. Czyżby obroża nadal za luźna? Dociągam. Sprawdzam. Nie. Więcej się nie da. Jedno z dwojga. Albo Tornado się udusi, albo pękną mu oczy. Odpuszczam.

 

Nauczona złym doświadczeniem i pomna traumy z poszukiwań profilaktycznie zamykam psa w toalecie z nadzieją, że podstępnie nie czmychnie kanalizacją, i jak głupia pędzę do pobliskiego sklepu zoologicznego.

– Panie! Szelki! Na dziesięć kilo psa! Czerwone, żeby było widać z drugiego końca Kurdwanowa!

– Aaaa, to pani?! – Sprzedawca najwyraźniej mnie rozpoznał. – I jak? Znalazł się piesek?

– Tak. Szelki potrzebuję, na tego psa, wie pan… Gazem!

– Jasne. Proszę.

Zapłaciłam trzy dychy. Jak diabeł dobrą duszę capnęłam te szelki i pognałam do domu. W tym czasie Tornado chyba odkrył, że toaleta służy do sikania, tak więc obficie obsiurał fajans z dwóch stron i na powitanie radośnie wytarł mokre łapy w moją sukienkę. Niczym nie zrażona zdjęłam mu obrożę i założyłam nowe, czerwone i bajeranckie szelki. Przypięłam drania do taśmy po raz enty i pewna sukcesu zrobiłam kolejne podejście do mycia podłogi. Jeszcze nawet nie sięgnęłam po mopa, jak za plecami usłyszałam radosne szczeknięcie psa, który przyszedł mi oznajmić, że szelki ładne, ale też do luftu i że sprzedawca zrobił mnie w konia. Wrrr… dociągnęłam troki do momentu kiedy psu oczy o mało nie wyskoczyły z orbit, ale upewniwszy się, że da radę oddychać ponowiłam próbę przytwierdzenia go do budy na stałe i umycia tej nieszczęsnej podłogi. Tym razem stopień trudności nieco skomplikował mu sprawę, bo pies odmeldował się, jak już kończyłam myć w przedpokoju, a jego zadowolona mina wyraźnie świadczyła o tym, że jest z siebie bardzo dumny i oczekuje nagrody, za to, że tak pięknie uwalnia się z nowych, czaderskich szelek.

Nie, nie. Tak łatwo się nie poddam! To niemożliwe, żeby pokonał mnie pies! Nawet bardzo cwany. Zdjęłam zatem te czerwone szelki i znów pojechałam do zoologicznego.

– Do bani te szelki! – powiedziałam. – Zwracam!

Sprzedawca tylko na mnie spojrzał. Najwyraźniej świadom mojej determinacji powstrzymał się od komentarza i poszedł na zaplecze. Nie było go dość długo. W tym czasie oczami wyobraźni ujrzałam ponownie osikany wucet, ale sprzedawca niebawem wychynął z czeluści zaplecza i z miną magika zaprezentował mi megazarąbiste COŚ (!).

– Proszę. Z tego już nie wyjdzie. – Konspiracyjnie zniżył głos. – Na szelkach tego typu prowadza się w cyrkach tygrysy. Przysięgam, żaden, nawet najsprytniejszy kotowaty się z tego nie wywinie. Tym bardziej pies, bo widzi pani… itd.

Taaa. Terefere. Za pierwszym razem zdążyłam umyć jedynie umywalkę w łazience. W drugim podejściu nawet nie doszłam do łazienki.

Moi Drodzy. Uwierzcie, że ostatnie lata z życiorysu Tornado nie zaliczały się do nudnych, a nowiutkie szelki dla tygrysa po dziś dzień wiszą spokojnie w garażu. No i cóż… spokojnie sobie czekają, aż kiedyś adoptuję jakiegoś tygrysa pierdołę.

cdn.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?