Spełniony sen

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Jasmina007/iStockphoto.com;

Kanoke_46/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-832-0

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Beata z całej siły naparła na klucz do kół i głośno stęknęła z wysiłku.

Wszystko na nic. Zapieczona śruba ani drgnęła, a tymczasem kolejny przejeżdżający zbyt blisko samochód urządził jej zimny prysznic w postaci błotnistych rozbryzgów. Posłała pod nosem soczystą wiązankę pod adresem kierowcy i bezradnie rozejrzała się po okolicy.

W życiu zdarzają się dni, kiedy wszystko idzie nie tak. I choćby człowiek stanął na głowie, niczego nie wskóra. Jeśli coś ma się nie udać, to się po prostu nie udaje. Albo prawo serii ilością i natężeniem pecha skutecznie sprowadza do parteru największego nawet twardziela optymistę.

Było już całkiem ciemno i tylko gdzieniegdzie widać było światła położonych w oddali domostw. Tej zimy luty zafundował mieszkańcom Śląska odwilż i przenikliwy chłód. Nieprzerwane opady deszczu ze śniegiem oraz nieustanne ciemności, panujące nawet za dnia, skutecznie odbierały chęć do życia i dodatkowo dołowały Beatę, zadeklarowaną wielbicielkę słońca. Teraz do kompletu doznań aura dorzuciła jej jeszcze przemoczone buty, brudne ubranie i dłonie zziębnięte na kość.

Ten dzień nie zaczął się dobrze. Cały był zupełnie do bani i jeszcze ten kapeć na koniec! Mimo to Beata dzielnie przebrnęła przez rozpakowanie załadowanego po sufit bagażnika, żeby dostać się do schowka z zapasowym kołem i lewarkiem. Nieduże kombi było dość dawnym nabytkiem, ale ona aż do dziś nie miała głowy, by zająć się takim bzdetem jak zapas. Poprzedni właściciel zapewniał, że wszystko jest w porządku, a mąż koleżanki, który pomagał w zakupie, sprawdził co trzeba. Beata z czystym sumieniem kupiła wymarzony pojazd i zapomniała o temacie.

Z westchnieniem ulgi, że koło jest jednak tam, gdzie powinno, a nie na przykład podwieszone od spodu, co wymagałoby położenia się plackiem pod autem, i w dodatku nie jest dziurawe, wytaszczyła je na zewnątrz. Teraz jednak owo koło, podobnie jak wszystkie jej bagaże, spokojnie mokło sobie na poboczu, a Beata nie miała pojęcia, co dalej. Nie było jeszcze późno, ale na bocznej drodze ruch panował niewielki i nie mogła liczyć na przygodny ratunek. Najrozsądniej byłoby wezwać pomoc drogową, ale bateria w telefonie właśnie zapikała niepokojąco i padła.

Beata nastawiła ogrzewanie na całą moc i roztarła lodowate dłonie. Pomacała przestrzeń pod fotelem w nadziei, że znajdzie tam kabel do ładowarki, ale natrafiła tylko na półmetrowy kawałek gazrurki.

– O! – Ucieszyła się, zaskoczona widokiem znaleziska, i chwyciwszy rurkę, szybko powróciła do przerwanej czynności. Zatknęła ją na rękojeść klucza do kół i tworząc prowizoryczną dźwignię, nadepnęła z wyczuciem. – Yes! – zawołała z radością, gdy oporna śruba popuściła ze zgrzytem.

Uważając, by nie pourywać główek, odkręciła pozostałe i nareszcie zmieniła koło. Właśnie kończyła na nowo dokręcać ostatnią śrubę, gdy na poboczu tuż za nią zatrzymał się jakiś samochód. Wysiadł z niego zakapturzony mężczyzna.

– Może pomóc?

– A nie mógł pan przyjechać pół godziny wcześniej? – wysapała Beata. – Właśnie skończyłam. I czuję się jak po długiej walce wręcz.

– To może pomogę pani chociaż upchnąć te graty? Chyba całkiem przemokły – powiedział, wskazując na torby i walizki.

– Dziękuję. Bardzo pan miły – odparła.

Odsunęła się skwapliwie, a nieznajomy sprawnie umieścił wszystko w bagażniku.

– W tym kole jest trochę za mało powietrza – zauważył. – Długo pani na nim nie pojedzie. Ale tu niedaleko jest stacja benzynowa, podpompujemy. Jest też wulkanizator, to od razu na miejscu wszystko sobie pani załatwi. Jedzie pani na wczasy?

– Nie. Przeprowadzam się – oznajmiła zgodnie z prawdą. I żeby się zrewanżować, zaprosiła mężczyznę na kawę.

Pobliska stacja w obecnej sytuacji jawiła się jako oaza przytulności, spokoju i ciepła. A Beacie nigdzie się nie śpieszyło. Przemoczona i zziębnięta ochoczo przycupnęła na plastikowym krześle. Gorąca latte z automatu parzyła jej usta.

Po paru łykach ciało ogarnęła błogość. Nowy znajomy, jak się okazało, właściciel lokalnej sieci sklepów z odzieżą, wydawał się być nie tylko uczynnym, ale i uroczym człowiekiem. Nieco po czterdziestce, choć wyglądający dużo młodziej, przy tym ciut krępy i niezbyt wysoki, ale i tak sporo wyższy od niegrzeszącej wzrostem Beaty.

Od razu zapałała do niego sympatią. Sama pomału dobijała trzydziestych ósmych urodzin i przez całe minione życie z zasady niechętnie nawiązywała nowe znajomości.

Ale z Mikołajem było zupełnie inaczej. Rozmowa kleiła się od pierwszej chwili, a ciepłe spojrzenie brązowych oczu skutecznie stopiło wszystkie bariery. Nie zauważyła, kiedy w oczekiwaniu na połatanie przebitej opony opowiedziała mu swój życiorys. Nawet to, że na początku studiów socjologicznych związała się z dużo od niej starszym wykładowcą i zaszła z nim w ciążę.

– Wiesz, to taka klasyka. Kiedy młoda i głupia dziewczyna z małego miasteczka najpierw wierzy, że jej wybranek nie jest żonaty, a później fikcja naprawdę okazuje się fikcją, ona w swojej głupocie nadal wierzy, że on dla niej rozwiedzie się z żoną.

– Fakt, klasyka gatunku – roześmiał się Mikołaj. – Też tak kiedyś czekałem na moją pierwszą miłość. Aż odejdzie od męża. I odeszła, ale nie do mnie, tylko po to, by związać się z moim najlepszym kumplem.

– Wniosek prosty: należy szukać wśród tych, którzy nie mają zobowiązań. I specjalnie się nie śpieszyć. Na cudzej krzywdzie szczęścia się nie zbuduje, a oszustów kochać nie warto. Dość, że mój syn jest już prawie dorosły. Uczy się w liceum z internatem. A ja siedzę sama jak ten kołek w płocie.

– Masz syndrom opuszczonego gniazda?

– A żeby tylko! W zeszłym tygodniu aresztowano właścicieli firmy, w której pracowałam. Interes się zamknął, z dnia na dzień zostałam bez roboty. U mnie w okolicy jej nie ma, więc przenoszę się do Częstochowy, żeby zająć się samotną starą ciotką. Tam też z pracą krucho i ciotka wiele mi nie zapłaci, ale ma duży dom, więc przynajmniej nie wydam na mieszkanie. A z czasem i jakieś zajęcie się znajdzie.

– Kurczę, trochę się tego uzbierało. Nie zazdroszczę. – Mikołaj w zamyśleniu pogładził się po łysej głowie.

– Nie ma tego złego. Jestem wolna jak ptak! – roześmiała się Beata i dopiła kawę. – Nie ma to jak w moim wieku zaczynać życie od nowa. Dziś miałam pechowy dzień, jak nigdy, ale choć cały był do luftu, skończył się miło. – Mimo wypitej kawy ziewnęła szeroko. – Na mnie już czas. Nie wiem, jak dziękować. Jeszcze tylko zatankuję i w drogę.

Pożegnała się z Mikołajem nie bez żalu. Zanim zapłaciła za paliwo, wstąpiła jeszcze do toalety i omal nie krzyknęła na widok własnego odbicia w lustrze. Jasne włosy, wcześniej starannie wyprostowane, wskutek wilgoci posklejały się w pofalowane strąki, rozmazana maskara poznaczyła policzki.

Zdegustowana wytarła spod oczu ciemne półkola z mokrego tuszu i byle jak upięła kok. Pomna czekającej ją trasy i suchego nadmuchu, pociągnęła usta ochronną pomadką. Z niechęcią pomyślała o ciotce. Nie widziały się od tak dawna, że trudno było określić choćby przybliżoną datę. Jedyne wyraźne wspomnienie pochodziło jeszcze z czasów dzieciństwa: ciemne wnętrza oraz śliczny serwis do herbaty wykonany z cieniusieńkiej miśnieńskiej porcelany. Beata pamiętała doskonale, że przypadkiem stłukła wtedy talerzyk, co skończyło się długim kazaniem i lamentem takim, jakby rozbiła co najmniej Świętego Graala.

Przed oczami, jak żywa, stanęła jej wysoka kostyczna matrona, z namaszczeniem cedząca słowa przy mieszaniu herbaty czubkiem posrebrzanej łyżeczki.

Zamyślona Beata nie zauważyła, że przyjmująca zapłatę kobieta przygląda się jej uważnie.

– Niech się pani nie gniewa, ale… – bąknęła. – Zupełnie przypadkiem podsłuchałam państwa rozmowę.

– I? – Beata uniosła brwi.

– Przepraszam za wścibstwo, ale właśnie szukamy do pracy kogoś miłego i kontaktowego. Sprzedawcy, a docelowo zastępcy kierownika.

– Że niby ja…?

– A tak jakoś mi przyszło do głowy, żeby panią zapytać. Proszę się nie gniewać – odparła tamta z miłym uśmiechem.

Okazałej postury brunetka przypominała pewną Włoszkę, z czasów gdy Beatę było jeszcze stać na zagraniczne podróże.

– Ależ ja się nie gniewam. Miło mi, tylko właśnie przenoszę się na stałe do Częstochowy. To trochę za daleko na dojazdy.

Beacie zrobiło się cieplej na sercu. Ten okropny dzień wcale nie był do końca taki straszny, po­myślała.

W ciągu ostatniej godziny spotkało ją tyle dob­rego, że automatycznie wyparła z myśli wcześniejsze potknięcia. Podziękowała i z uśmiechem na ustach ruszyła w dalszą drogę.

Na dwupasmówce szybko ubywało kilometrów i gdyby nie dwa nieszczęsne zwężenia tuż przed Częstochową, trasę można by uznać za jedną z szybszych. Niestety, zator był długi i auta zdawały się wcale nie ruszać. Od kwadransa tkwiły w tym samym miejscu.

 

Deszcz ze śniegiem jeszcze zgęstniał, a Beata ziewnęła, znużona widokiem non stop machających jej przed oczami wycieraczek. Spojrzała na mapę. Normalnie wylądowałaby u ciotki w ciągu kilku minut, a tymczasem sterczała w beznadziejnym korku. Jak się okazało, przy zwężeniu doszło do wypadku i na jakiś czas całkiem wstrzymano ruch, więc wykończona zajechała na miejsce dopiero przed dwudziestą trzecią.

Wysiadła, rozciągnęła plecy i nacisnęła dzwonek przy furtce. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, ponownie wdusiła przycisk. We wszystkich oknach starej willi było ciemno, ale przecież była umówiona, więc obeszła dom dookoła, wypatrując jakichkolwiek oznak życia. Dla porządku jeszcze raz nacisnęła na dzwonek, ale nie doczekała się odpowiedzi. Nie mogła zatelefonować, bo jej komórka całkiem się rozładowała.

Zrezygnowana, z powrotem usiadła w samochodzie. Czy to możliwe, że pomyliła adres albo datę? Nie, raczej nie. W końcu sprawdzała wielokrotnie. Więc jakim cudem nikt na nią nie czekał? Przecież ciotka dobrze wiedziała o jej przyjeździe. A może umarła?

– No i dupa blada. – Beata skuliła drobne ramiona i podciągnęła szalik pod brodę.

Jej kurtka całkiem przemokła, więc odwiesiła ją na wieszak za oparciem i sięgnęła do najbliższej torby po koc i jasiek. Było już za późno na szukanie noclegu, więc postanowiła przespać się w aucie. Zaparkowała na podjeździe przed bramą i zadowolona, że ma pełny bak paliwa, odrobinę zmniejszyła ogrzewanie i maksymalnie odchyliła oparcie fotela. Wszystkie szyby zaparowały, więc uchyliła okno i zgasiła silnik.

I niemal natychmiast usnęła snem sprawiedliwego.

Jakby wbrew niewygodzie śniła o wygodnej kanapie przed kominkiem. O tym, że jest jej ciepło i dobrze. Że jej głowa bezpiecznie spoczywa na czyimś ramieniu…

Poranek nie miał jednak w sobie nic romantycznego.

Nad ranem Beatę obudził przenikliwy ziąb. Ponieważ pełny pęcherz dał o sobie znać, wyszła na zewnątrz i rozprostowała kości. Ponownie zbliżyła się do domofonu, niestety z tym samym skutkiem, co wczoraj. W domu nadal nie było widać żadnych oznak życia, zatem mocno już skonfundowana, rozglądając się czujnie, skorzystała z osłony pobliskich krzaków.

– No kto to widział! – ryknęła naraz ciotka Ruta, która pojawiła się nie wiadomo skąd.

Sędziwa kobieta miała na sobie zmierzwione, na odległość zalatujące naftaliną karakułowe futerko oraz beżowy filcowy kapelusz.

– Ciocia? – Beata drgnęła na żywe wspomnienie z dziecięcych czasów.

– A niby kto? Miałaś być wczoraj! Czekałam aż do dziewiątej! – W głosie brzmiał wyraźny wyrzut.

– Witaj, ciociu. Zeszło mi wczoraj po drodze. Złapałam gumę, był wypadek, to i dojechałam później.

– Później to ja chodzę, moja droga, spać. I nikomu nie otwieram.

– Zauważyłam – bąknęła pod nosem Beata i siląc się na serdeczność, sztywno uściskała ciotkę.

– Światła też gaszę. Oszczędzać trzeba.

Weszły do domu.

Ponure z zewnątrz domiszcze od środka prezentowało się jeszcze bardziej przygnębiająco. Od dawna niemalowane ściany, w połączeniu z ciemnym, niemiłosiernie skrzypiącym parkietem i łuszczącą się farbą na okiennych framugach, wyglądały okropnie. Ciemne obrazy w masywnych ramach tylko potęgowały nieciekawy efekt. Szczególnie jeden z nich. Beata doskonale pamiętała martwą naturę z leżącym wśród owoców i talerzy nieżywym zającem. Jako dziecko bała się wchodzić do pokoju, w którym wisiało to wątpliwe dzieło, ale teraz koszmarne malowidło zmieniło miejsce i zawisło centralnie nad kominkiem w salonie. Mogłaby pójść o zakład, że to jedyna rzecz, która od tamtych czasów uległa zmianie, wchodząc do domu, miała bowiem wrażenie, że wszystko inne stoi dokładnie tam, gdzie stało kiedyś.

W willi było siedem dużych pokoi, ale ciotka przydzieliła Beacie służbówkę. Wciśnięta obok kuchni ciasna klitka nijak nie nadawała się na mieszkanie, lecz starsza pani stwierdziła, że oszczędza na centralnym ogrzewaniu.

– Zaczniesz od umycia wszystkich okien. Potem froterowanie parkietów. Pranie firan jest chyba oczywiste? Potem bibeloty i polerowanie sztućców – komenderowała władczym tonem. Mimo wieku wciąż wyprostowana jakby kij połknęła, oprowadziła Beatę po pokojach. Wszędzie było brudno i niemiło. Dom nieodparcie przypominał muzeum i stanowił idealne odbicie charakteru właścicielki. – Jak tylko się tutaj rozejrzysz, to od razu pojedziesz po zakupy. Tylko pamiętaj, że ja nie jadam wieprzowiny. I nie wyobrażam sobie niedzieli bez ciasta.

– Jak to: bez ciasta? – zapytała zaskoczona oczekiwaniami Beata.

Umawiały się na opiekę i codzienną pomoc w domu. Nie było mowy o żadnym gotowaniu, a już tym bardziej o pieczeniu czegokolwiek.

– Lubię drożdżowe i kruche. Od biedy szarlotkę. A, i mam uczulenie na pomidory, a po marchewce mam wzdęcia. Dziś może być ogórkowa. Bardzo lubię – ciągnęła ciotka, nie zwracając uwagi na przerażoną minę jedynej krewnej. Odruchowo poprawiła koronkową serwetę i z godnością zasiadła w starym jak świat wygniecionym fotelu. – Usiądź. – Wskazała miejsce na kanapie.

Beata, pomna strzelających sprężyn, ostrożnie przycupnęła na samym brzegu.

– A teraz porozmawiamy sobie jeszcze o zasadach panujących w moim domu…

No pięknie!, pomyślała Beata, gdy po skończonej rozmowie oszołomiona wyszła na zewnątrz, by ustalić położenie najbliższego sklepu.

Ciotka Ruta właśnie wysłała ją po zakupy, poinstruowawszy dokładnie, co i gdzie. Była bardzo przywiązana do konkretnych produktów i marek, więc nie wyobrażała sobie, by robić zakupy gdzie indziej tudzież nabyć bodaj twarożek pochodzący od niewłaściwego producenta. Wręczyła Beacie lis­tę, którą ta przyjęła z lekką obawą. Żebym to ja jeszcze wiedziała, jak się piecze drożdżowe ciasto, westchnęła w duchu i ruszyła spod furtki.

Nie zdążyła się nawet rozpakować, a już z przerażeniem myślała o nadchodzących dniach. Sprzątanie nie było jej straszne, ale kucharką zawsze była marną, a o ciastach nie miała zielonego pojęcia. Potrafiła upiec jedynie owocowe zawijańce z gotowego francuskiego ciasta. W końcu zrolować w cieście twaróg z owocami i pociąć gotowca to nie żadna filozofia. Ale to wszystko.

W supermarkecie, skonsternowana, przystanęła przed regałem z mąką.

– Krupczatka, wrocławska, poznańska, tortowa. Cholera, ale bagno! – mruknęła i na wszelki wypadek udała się do działu z książkami w poszukiwaniu tej kucharskiej. Bez tego ani rusz, pomyślała. Zwykle korzystała z przepisów na blogach, ale ciotka nie miała internetu, więc trzeba było przygotować się do wyzwania tradycyjnie. Trudno, najpierw nauka, potem pieczenie, pokiwała głową. Jedną niedzielę stara jędza przeleci na herbatnikach.

Dorzuciła do koszyka paczkę ryżu, pęczek koperku i kubełek kiszonych ogórków. Na szczęście ogórkową ugotować umiała. Na drugie wybrała gotowe ruskie pierogi i zadowolona z siebie podeszła do kasy. Upchnęła zakupy w foliowej siatce i pogrzebała w przepastnej torbie w poszukiwaniu portfela.

– O nie! – wyszeptała przerażona.

Postawiła torebkę na ladzie i sprawdziła jeszcze raz.

– Coś się stało? – zapytała kasjerka.

– Nie mam portfela. – Beata poczuła, że z nerwów jej żołądek robi fikołka, a krew odpływa z twarzy. – Naprawdę nie mam. Przepraszam! – Prawie krzyknęła i jak w amoku wybiegła ze sklepu.

Z walącym sercem przetrząsnęła samochód. Sprawdziła wszystkie schowki i każdy centymetr podłogi. Dokumenty, ubezpieczenie, karty kredytowe, gotówka… O Boże! Spokojnie, tylko spokojnie, próbowała wyrównać oddech i racjonalnie pomyśleć. Ostatnio miałam go w ręce, gdy wieczorem płaciłam za paliwo na stacji, oddalonej, bagatela, o jakieś sto kilometrów od Częstochowy! Czy to możliwe, że zostawiłam portfel właśnie tam?

Właściwie to wypadałoby od razu zadzwonić i sprawdzić, ale Beata nie miała pojęcia, gdzie dokładnie tankowała samochód, a paragon, dzięki któremu mogłaby się dowiedzieć, upchnęła, oczywiście, razem z pieniędzmi w portfelu. Tak samo jak wizytówkę Mikołaja.

– Niech to jasny szlag trafi! Następny pechowy dzień?

Zdenerwowana zadzwoniła do banku i zastrzeg­ła wszystkie karty.

Wróciła do ciotki Ruty, pożyczyła od niej kilkadziesiąt złotych, żeby nie jechać bez grosza przy duszy, i wyruszyła na poszukiwania. Wystarczyło jej, że nie ma dokumentów, więc starając się nie przekraczać dozwolonej prędkości i nie łamać innych przepisów, wjechała na autostradę. Modliła się w duchu, by nie natrafić na policyjny patrol i jakąś rutynową kontrolę, ale tym razem paskudna pogoda, paradoksalnie, była jej sprzymierzeńcem. Z jednej strony wymuszała ślimacze tempo, z drugiej skutecznie przepędziła z trasy drogówkę. Nikt normalny nie sterczałby przy takiej aurze na poboczu z udającym suszarkę radarem, pocieszała się. Przez całą drogę usiłowała sobie przypomnieć, gdzie zatrzymała się minionego wieczoru. Zwykle pamiętała przebytą trasę, ale skoro Mikołaj jechał przed nią jako pilot, całkowicie wyłączyła zmysł obserwacji. Później już tylko patrzyła na drogowskazy, by nie przegapić zjazdu na Katowice. Pamiętała wyłącznie nazwę stacji benzynowej.

Nawet w dziennym świetle śląskie miasteczka zlewały się w jedno. Brzydka architektura – kancias­te budynki z cegły i obdrapane familoki – sprawiała, że wszystkie miejscowości były do siebie łudząco podobne.

Beacie wydawało się, że jest już prawie na miejscu, ale w zdenerwowaniu pomyliła się i wjechała w szczere pole. Zawróciła z trudem, uważając, by nie zakopać się w błocie, i po kwadransie ujrzała w końcu wypatrywany od dawna pylon z niebiesko-czerwonym logo stacji. Zaparkowała krzywo i jak burza wpadła do sklepu.

Akurat panował wyjątkowo duży ruch. Właśnie zajechał autokar ze szkolną wycieczką i do kasy ustawiła się spora kolejka, ale znajoma już brunetka rozpoznała ją natychmiast. Ponad głowami małych klientów złowiła spojrzenie Beaty i uniosła w górę kciuk.

– Niech się pani nie denerwuje! Jest! – zawołała.

– Och, dzięki… – Beata wypuściła powietrze.

Dotychczas nie sądziła, że ma aż taką pojemność płuc. Miała wrażenie, że zaraz rozpłacze się ze szczęścia. Wyszła na zewnątrz, żeby przeczekać ochotę na zakupy każdego z dzieciaków, i wreszcie podeszła do kasy po odzyskaną własność.

– Witam ponownie – powiedziała kobieta. – Miała pani mnóstwo szczęścia.

– Właśnie widzę. Dziękuję pani. – Beata drżącymi rękami sprawdziła zawartość portfela.

– Nie mnie należą się podziękowania, tylko takiej młodej dziewczynie, która znalazła go obok dystrybutora i odniosła do mnie. Gdyby zaczekała pani wczoraj choć pięć minut, tobyśmy panią złapały.

– Nie do wiary! Niczego nie brakuje.

– A co ma brakować? Sprawdziłam tylko. – Wyglądająca jak Włoszka Lidka, co wynikało z plakietki, roześmiała się szeroko. – Od razu panią rozpoznałam na zdjęciu w prawie jazdy. Miałam odesłać to wszystko pocztą, ale dziś jeszcze nie miałam czasu.

– I całe szczęście, bo już nie mieszkam pod tym adresem. – Beata uśmiechnęła się z wdzięcznością i odruchowo przycisnęła zgubę do piersi. – Zresztą tylko przejechałam się z Częstochowy i z powrotem. Dziękuję.

– Nie ma za co. Polecamy się na przyszłość. Widocznie tak miało być.

Znów się rozpadało, więc Beata z niechęcią pomyślała o drodze powrotnej. Słyszała już w uszach ciotczyną reprymendę w temacie braku ogórkowej. Ale czas uciekał. Dochodziła piętnasta, a ją czekały jeszcze zakupy, gotowanie obiadu i sprzątanie wiekowego brudu. O nauce pieczenia szarlotki nie wspominając.

Ostrożnie wycofała auto, wrzuciła jedynkę i nagle kątem oka dostrzegła we wstecznym lusterku jakiś ruch. Pracownik stacji biegł w jej stronę i energicznie wymachiwał rękami.

– Matko, znów czegoś zapomniałam? – zapytała przez otwarte okno.

– Zostawiła pani rękawiczki – wydyszał młodzieniec.

– Ależ ze mnie gapa! Dziękuję.

– Pani to nas chyba lubi – roześmiał się chłopak i puścił oko. – Szerokiej drogi, kierowniczko.

– Zaraz! Proszę zaczekać! – zawołała, lecz chłopaka już nie było.

Przez chwilę biła się z myślami, ale bój był krótki. Wyłączyła silnik i zapatrzyła się na widoczne przez szybę wnętrze stacji. W środku było miło, ciepło i wszędzie krzątali się uśmiechnięci ludzie w jednakowych niebiesko-czerwonych bluzach. W przeciwieństwie do niej musieli najwyraźniej lubić swoją pracę.

Zwykle roztropna i dzieląca włos na czworo Beata bez namysłu wyjęła kluczyki ze stacyjki i wysiadła z zamiarem skorzystania z tego, co los uparcie podsuwał jej pod nos. Lekkim krokiem weszła do środka.

 

– Czy pani wczorajsza oferta jest wciąż aktualna? – zwróciła się do Lidki. – Bo jeśli tak, to ja chętnie skorzystam.

– Nawet nie pytając o warunki zatrudnienia? – zdumiała się tamta.

– Nawet. Jakby były złe, nie bylibyście tacy uśmiechnięci. Taka robota to marzenie.

– No to śmiało! – ucieszyła się Lidka. – Przystanek Mażenie wita na pokładzie.

– Marzenie? Serio tak się nazywacie? Jak to pięknie brzmi!

– Nie do końca. To nasze Mażenie, pisane przez zet z kropką, jest głęboko historyczną nazwą pobliskiego przysiółka, ale masz rację. Brzmi bardzo dob­rze, choć zwykle nazywamy naszą stację po prostu stacją.