Siostra mojej siostryTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Hanka westchnęła zrezygnowana i odłożyła książkę. Nie lubiła fabuł, które nie kończyły się dobrze. Nie dość, że źle wpływały na jej samopoczucie, to jeszcze wywoływały złość. Nie po to od pierwszych stron kibicuję bohaterom, by przy zakończeniu poczuć bezsilność i rozczarowanie, pomyślała. Zwłaszcza teraz, kiedy jak nigdy potrzebuję otuchy. Czegoś, co by we mnie tchnęło sporą dawkę pozytywnej energii. A tymczasem lektura funduje mi doła!

Cóż, lokalna biblioteka dysponowała ograniczonym księgozbiorem, a Hanka przeczytała już wszystko.

Podniosła się z zydelka i wyjrzała na zewnątrz. Wisząca nad zalewem ciemna chmura wcale nie miała zamiaru się oddalić. Pierwsze ciężkie krople złowieszczo zabębniły o pokryty sztucznym gontem dach.

– Och nie! Znowu? To się robi nudne! – jęknął sprzedawca na sąsiednim straganie, zabierając się do pakowania towaru.

Skórzane góralskie kapcie nie znosiły wody, więc uwijał się jak w ukropie. Skończył w kilka minut i zaproponował Hance podwiezienie. Skorzystała skwapliwie.

– Co za cholerne lato… – mruknął mężczyzna.

Jego zdegustowana towarzyszka nawet nie otworzyła ust. Nie było sensu oszukiwać się dłużej. Sezonowy biznes nad zalewem okazał się całkowitym niewypałem.

Jeśli nie chcę dopłacać do interesu, muszę podjąć decyzję, stwierdziła.

W domu z ciężkim sercem usiadła do komputera i napisała wypowiedzenie umowy dzierżawy. Skrupulatnie podliczyła obroty; kalkulacja okazała się daleka od oczekiwań, ale Hanka przynajmniej wyszła na zero. Oczywiście nie biorąc pod uwagę straty czasu.

Działanie sprawiło, że poczuła się nieco lepiej. Zgłodniała, przeszła zatem do kuchni, gdzie – sprytnie wyminąwszy kręcącego ósemki kota – zrobiła sobie kanapkę.

Pogłaskała zwierzaka, wymownie potrząsając pustą torbą po suchej karmie.

– Nic nie mam, staruszku. Lepiej idź na łowy – powiedziała, doskonale zdając sobie sprawę, że stary leniwy kocur nawet łapą nie ruszy, aby zapolować. Minionej zimy, chcąc nie chcąc, Hanka musiała się nawet zgodzić na obecność w domu polnej myszy, bo kocisko chyba uznało, że to domownik, a domownicy – w jego przekonaniu – byli niejadalni. Mysz okazała się sprytna i skutecznie omijała zastawione przez gospodynię pułapki. Na szczęście wiosną oddaliła się z własnej woli, a Hanka mogła wreszcie oczyścić dom z ciemnych odchodów.

Trzeba się wybrać do sklepu po żarcie dla kocura, westchnęła. To się nawet dobrze składa, bo i tak muszę wstąpić do biblioteki, żeby wydrukować wypowiedzenie.

Zaplanowała jeszcze wizytę na poczcie i ubrała się ciepło, lecz nie zdążyła wystawić nosa za próg, gdy z kuchni doszedł ją stłumiony łoskot. Pewna, że po raz kolejny zamknęła ciekawskie zwierzę w szafce, otworzyła drzwiczki.

Kota nie było.

– Kici, kici! – zawołała i nadstawiła ucha. – Kici, kici…

Cichutkie miauknięcie rozległo się z zupełnie innej strony. Hanka, z duszą na ramieniu, uchyliła drzwiczki lodówki.

Przestraszony kocur wypruł, jakby go ktoś gonił.

– Boże jedyny! – wyszeptała przerażona dziewczyna, tuląc zmarzniętego pupila. – Zwariowałeś do reszty na stare lata? – Pogładziła go po grzbiecie i pod palcami poczuła coś lepkiego. – Och nieee! – jęknęła, natychmiast kojarząc czarną maź na futrze ze świeżym asfaltem w pobliżu.

Przetarła brudną dłoń rozpuszczalnikiem i wielokrotnie umyła ręce mydłem, by pozbyć się przykrego zapachu. Narzuciła pelerynę w liliowe kwiaty i skierowała się do biblioteki, przez całą drogę intensywnie dumając, jak doczyścić futrzaka. Preparaty typu terpentyna czy benzyna ekstrakcyjna raczej nie wchodziły w grę.

– Hej!

Aga drgnęła, zaskoczona nad stosem nowych książek.

– Aaa, cześć, moja miła. Patrz, ile mam dla ciebie nowości!

– Świetnie! Na tydzień wystarczy – roześmiała się Hanka. – Mogę skorzystać z drukarki?

– Jasne – mruknęła zapracowana Agnieszka. – Humorzasta z niej bestia, coś się zacina ostatnio, ale w razie draki pomogę.

– Wiem, wiem. Jak zwykle jesteś nieoceniona. Nie wiesz przypadkiem, czym zmyć asfalt z kota?

– Z czego? – Aga aż rozdziawiła usta.

– Z kota. To, co mam w moich akcesoriach do malowania, najpewniej go otruje.

– A spirytus?

– Zwariowałaś? Żeby się upił?! – oburzyła się Hanka

Po krótkiej rozmowie zgodnie uznały, że najbardziej odpowiednia będzie jednak benzyna ekstrakcyjna, połączona z natychmiastową solidną kąpielą po. Hanka doszła do wniosku, że lepiej zestresować kocisko, niż narazić je na otrucie czy zeżarcie smolistego lepiku. Załatwiła, co chciała, odwiedziła jeszcze po drodze pocztę i sklepik.

Będę musiała obejść się byle czym, pomyślała na widok opakowań z karmą w rozmiarze XXL. Na szczęście kury Kowalowej z sąsiedztwa upodobały sobie moje krzewy czarnej porzeczki w ogródku i regularnie znoszą tam jajka, zapewniając mi codzienną darmową dostawę świeżego nabiału…

Nurkując między regałami, Hanka włożyła do koszyka słoik powideł, mąkę i paczkę drożdży. Na koniec dorzuciła do tego przecier pomidorowy, na pomidory z własnej grządki musiała bowiem zaczekać jeszcze przynajmniej dwa tygodnie. Uzupełniła też zapasy ryżu. W drodze do kasy dostała ślinotoku na wspomnienie pysznej pomidorówki, którą miała dziś w planach.

Przy kasie zaskoczył ją niespotykany rozgardiasz. Cztery kobiety rozprawiały o czymś głośno. Wyglądały na bardzo poruszone.

– Pani zobaczy tylko! Jak wybudują tę fabrykę, to zatrudnią nas wszystkich jak niewolników! – mówiła Pawlicka z naprzeciwka. – A pewnie i pensji nie będą wypłacać!

– A co ty mówisz! Ja raczej myślę, że prędzej nas wszystkich wytrują – dodała kobieta, której nazwiska Hanka nie mogła sobie przypomnieć.

– Przepraszam… – wtrąciła nieśmiało. – Czy mogłabym zapłacić? Czy coś się stało?

– No proszę, to ty nic nie wiesz? – zdziwiła się Sermakowa.

– A niby o czym?

– To nie widziałaś tej budowy po drugiej stronie drogi?

– Widziałam. Budowa jak budowa.

– Otóż nie. To Chińczycy budują fabrykę, żeby nas załatwić toksycznymi wyziewami. Zobaczysz sama, rok nie minie, a skolonizują te tereny!

– Ale po co? – Hanka nie do końca rozumiała sens wywodu.

– Idę o zakład… – wtrąciła któraś z kobiet – …że teraz na ryneczku cena ziemniaków podskoczy.

Nieco zdezorientowana Hanka wodziła wzrokiem od jednej plotkary do drugiej.

– Ale oni to chyba bardziej ryż… – rzuciła nieśmiało.

– A bzdura! Kowalowa mówi, że przez nich jej kury przestały się nieść!

– Ale co mają do Chińczyków kury Kowalowej?

– Urok rzucili, ot co! – odburknęła Sermakowa, zniecierpliwiona indolencją Hanki, która w duchu aż zatarła ręce, że przyczyny znikających jaj doszukiwano się w zupełnie innych rejonach niż jej porzeczkowe krzaki.

Zaintrygowana tematem, w drodze powrotnej nadłożyła drogi, żeby w spokoju obejrzeć obcą inwestycję.

Z tablicy informacyjnej przy ogrodzeniu wynikało, że powstające fundamenty nie należą do przyszłej fabryki trucicielki, lecz do zwykłej bliźniaczej willi. Owszem, nazwiska inwestorów wyglądały cokolwiek egzotycznie i nie sposób było je wymówić, ale Hanka nijak nie potrafiła dopatrzeć się korzeni afery, która wybuchła w złaknionej sensacji wiosce.

– Matko, gdzie ja żyję? – westchnęła już nad talerzem, gdy ochoczo zaatakowała aromatyczną pomidorówkę, posypaną szczypiorkiem z własnej grządki.

Zadowolone i syte kocisko jak długie rozciągnęło się na kanapie. Co chwila słało w stronę pani bezczelne spojrzenia. W końcu, znudzone czekaniem, wskoczyło na kolana Hanki i zaczęło domagać się pieszczot. Dłoń dziewczyny odruchowo przeczesała jedwabiste futerko.

– Och nie! – jęknęła Hanka, natrafiwszy na kolejne w tym sezonie kleszcze.

Kocia przypadłość związana była z paskudną, wilgotną aurą.

Hanka delikatnie postawiła zwierzaka na podłodze, wygrzebała z dna szuflady kopertę z pieniędzmi i wysupłała z niej kilkadziesiąt złotych. Jej oszczędności właśnie stopniały do zera.

Zanim udała się do zaprzyjaźnionego weterynarza po preparat przeciwko kleszczom, rzuciła okiem na zawartość spiżarni. Miała zgromadzone nieco zapasów na czarną godzinę, choć nie przypuszczała, że sądny dzień nadejdzie tak szybko. Upchnęła ostatnią pięćdziesiątkę do kieszeni i ruszyła raźnym krokiem do weterynarza. Na przełaj, przez okolice budowy, gdzie wcześniej była na przeszpiegach.

Pan Józef, starszawy już mężczyzna, który ongiś bezskutecznie smalił cholewki do Hanczynej matki, darzył dziewczynę nieskrywaną sympatią. Podobało mu się, że dba o ulubieńca, co we wsi było rzadkością. Koty miały służyć do łapania myszy i pić mleko, które im szkodzi. Generalnie stanowiły w gospodarstwie obowiązkowy element wyposażenia.

Hanka zapukała i weszła do gabinetu. Doktor podniósł znad biurka zmęczony wzrok.

– Stało się coś złego? – zapytała domyślnie.

– Ech, moje dziecko… Zły jestem okrutnie.

– Czyli jednak…

– Nawet sobie nie wyobrażałem, że mieszkam w takim ciemnogrodzie! To nie do wiary, ale przed chwilą wyszły ode mnie cztery kobiety, wiesz, te z kółka różańcowego. Przyszły mi oznajmić, że przestają korzystać z moich usług.

– Ale dlaczego?

– Bo moja klinika jest zbyt blisko posesji, na której budują się nasi azjatyccy sąsiedzi.

– A co to ma do rzeczy?

– A to, że baby sobie wymyśliły, że to strach. Azjaci wcinają koty i psy, więc wizyta po sąsiedzku ze zwierzakiem do szczepienia to zbyt wielkie ryzyko.

– One się boją, że Chińczycy zjedzą im psy? – Hanka aż rozdziawiła buzię.

– Owszem. Teraz, chcąc cokolwiek zarobić, będę musiał jeździć po domach. A oczy już nie te i z prawem jazdy na bakier… Źle widzę – westchnął ciężko. – A ciebie co sprowadza? – zmienił temat. – Coś dolega seniorowi? Nie bój się, nie jestem w zmowie z podstępnymi skośnookimi. Nie uśpię go, by go zeżarli! – roześmiał się serdecznie.

 

– Przecież wiem. – Hanka odpowiedziała uśmiechem. – Coś na kleszcze poproszę. Najlepiej coś taniego, jeśli pan ma. Nie mam zbyt dużo kasy.

– Coś się znajdzie – mruknął weterynarz Józef i ociężale wstał z krzesła.

Otworzył drzwi przeszklonej szpitalnej szafki. Grzebał w niej długo.

– Proszę. Termin przydatności upłynął tydzień temu, wiec daję za darmo. Weź. To dla ciebie.

– Matko, niech Bóg panu błogosławi! – Hanka miętosiła w dłoni niebieski banknot. – Dziś zrezygnowałam z budki nad zalewem. To moje ostatnie pieniądze – wyszeptała.

– I chciałaś je wydać na kota?

– A pan by tak nie zrobił? Jeszcze przyplątałaby się borelioza i co? Zdechłoby biedaczysko.

– Zaczekaj… – Mężczyzna pogmerał w szarym kartonowym pudle. – To darmowe próbki kociej karmy. Twój zwierzak padnie z zachwytu!

– Pewnie tak. Ten stary łobuz nigdy dotąd nie jadł czegoś tak luksusowego! – uśmiechnęła się Hanka, z wdzięcznością przyjmując wypchaną reklamówkę.

– Najwyższa pora, żeby zaczął. Wiesz, masz dobre serce…

– …za to pustą kieszeń – weszła mu w słowo.

– Moje dziecko, los kiedyś się odwróci.

– Nie za bardzo wiem, jakim cudem. Jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest książę z bajki. Pojawi się znienacka, uczyni mnie szczęśliwą i porwie do lepszego świata. Albo coś w tym stylu – westchnęła. – Na razie nie mam pieniędzy i muszę zacząć zarabiać cokolwiek. Inaczej umrę z głodu.

– Moje dziecko, przecież nikt ci na to nie pozwoli!

– Ale tak nie da się żyć! Wesel coraz mniej, więc robię coraz mniej makijaży. Chciałam wynająć jeden pokoik letnikom, ale pies z kulawą nogą jeszcze do mnie nie zawitał. Budka nie wypaliła…

– A nie myślałaś, żeby wrócić do malowania?

– Dokładnie dziś rano, ale kto kupi moje bohomazy? Tu pewnie nikt, a na dojazdy do miasta mnie nie stać.

– A próbowałaś przez Internet?

– Obrazy przez Internet?

Weterynarz pochwycił Hankę za rękę.

– Chodź, coś ci pokażę. – Pociągnął dziewczynę w głąb domu.

W przedpokoju sięgnął za szafę, wyjmując sporą paczkę owiniętą w szary papier.

– Spójrz tylko – powiedział.

Oczom Hanki ukazał się jeden z cudów świata.

Trzy utrzymane w jednakowej konwencji obrazy były wprost urzekające. Przedstawiały anioły stojące w różnych pozach, a jednocześnie tworzyły spójną kompozycję. Ten niewątpliwy tryptyk, ewidentnie przeznaczony do pokoju dla dzieci, porażał urodą.

– Boże, ale cudo!

– Żona kupiła to na aukcji internetowej. Dla wnuczki, na chrzciny. Podoba ci się?

– Ba! To jest wspaniałe!

– A potrafiłabyś namalować coś takiego? Kosztuje kilkaset złotych. Skórka warta wyprawki.

– Hm.

Hanka wciąż była pod wrażeniem. Wprawdzie nie mieściło się jej w głowie sprzedawanie obrazów na odległość, ale to, co właśnie oglądała, nie było dziełem sztuki sensu stricto. Prezentowało raczej walor dekoracyjny. Może rzeczywiście warto się zastanowić? W końcu muszę zacząć robić cokolwiek, a nie tylko pielić ogródek, stwierdziła.

Do tej pory nigdy jeszcze tak rozpaczliwie nie potrzebowała pieniędzy. Zawsze żyła skromnie, ale nigdy pod ścianą i z pulą oszczędności bliską zera.

Pożegnała weterynarza i wróciła do siebie.

Po paru próbach udało jej się usunąć z kociego futra kleistą, czarną substancję. Następnie porządnie wykąpała zwierzaka i wprawnie usunęła wbite w skórę kleszcze. Przerażony pierwszą w życiu kąpielą kocur chyba doznał szoku, bo ani drgnął; czuł zapewne, że to nie fanaberie, bo nawet nie trzeba było go trzymać. Przemawiając czule do pupila, Hanka osuszyła starannie pręgowane futro. Na koniec zaaplikowała między łopatki specjalistyczny preparat.

– No, dobra. Spadaj, staruszku.

Wypuściła z objęć kota i nasypała mu do miski ekskluzywnej karmy najnowszej generacji.

Kocisko ostrożnie powąchało zawartość; test musiał wypaść pomyślnie, bo znikła w mgnieniu oka. Zadowolony zwierzak popił świeżej wody, starannie umył mordkę i ostentacyjnie przysiadł przy pustej misce. Normalnie zapewne by się doczekał, ale obecna sytuacja materialna zmuszała do reglamentacji. Hanka dosypała do naczynia trochę zwykłych granulek za sklepu i uznała, że to musi wystarczyć.

W głowie nie przestawała jej kołatać myśl o malowaniu. Zaszczepiony przez weterynarza pomysł nie dawał spokoju. Nie malowała od lat… Stare akcesoria, złożone kiedyś w piwnicy, teraz wypadałoby odszukać. Podniecona Hanka podeszła do regału. Niestety, ziściły się jej najgorsze obawy – większość farb utraciła ważność już dawno; do użytku nadawały się wyłącznie akwarele. Na szczęście wszystkie pędzle były w porządku, podobnie jak reszta przyborów. Hanka przytargała je do kuchni.

Stara sztaluga wyglądała całkiem dobrze, choć do malunków na papierze raczej nie była przydatna. Szkolną specjalnością Hanki był olej, ale ta technika wymagała inwestycji – pomijając nawet farby – w blejtramy i impregnaty do płócien. Ponieważ na razie było to marzenie ściętej głowy, skupiła się na akwarelach.

Na wieczór zaplanowała zbadanie potencjalnego rynku.

Po sprawdzeniu w Internecie stwierdziła, że malarstwo to taki sam towar jak każdy inny, i w duchu przyznała staremu weterynarzowi rację. Gapiła się w ekran laptopa jak sroka w gnat, lecz na szczęście dopadł ją głód. Zrobiła sobie zatem przerwę i z wypiekami na twarzy pobiegła do ogródka. Wyciągnęła z grządki kilka okrąglutkich rzodkiewek, ucięła parę zielonych pędów szczypiorku i zanurkowała pod porzeczkowe krzaki w poszukiwaniu świeżych jaj. Kury Kowalowej po raz kolejny okazały się niezawodne – podekscytowana Hanka przyszykowała sobie całą patelnię jajecznicy ze szczypiorkiem. Rozmroziła dwie pajdy razowca własnej roboty i wygodnie rozsiadła się przy kuchennym stole.

Palce dziewczyny biegały po klawiaturze jak zahipnotyzowane. Gdyby nie boski aromat, mogący wskrzesić umarłego, posiłek zapewne zostałby zapomniany.

– Hanka? Jesteś tam? – od drzwi dobiegło znajome pokrzykiwanie.

– Jezus Maria! Pali się czy co?

– Pali się. Masz jeszcze te swoje nalewki?

– Trochę mam. A co?

– Ruszaj się! – wrzasnęła Aga. – Mam kupca na cztery butelki. Po dwadzieścia złotych za sztukę. Reflektujesz?

– No jasne! – Hanka zerwała się jak oparzona. Pędem pobiegła do komórki. – Cztery? – upewniła się z oddali.

– Daj pięć! – odkrzyknęła Agnieszka. – Może mu wcisnę tę jedną więcej.

– Jesteś aniołem! – Wdzięczna Hanka przytuliła przyjaciółkę. – Kasa mi potrzebna jak mało kiedy. Chyba znów zacznę malować.

– Poważnie? To rewelacyjnie! – ucieszyła się Aga. – Jeśli chcesz, możemy zrobić wystawkę u mnie w bibliotece. Choć odwiedza ją niewielu przyjezdnych, obrazki mogą sobie wisieć, no nie?

– Jesteś aniołem po dwakroć! – Nieco zasapana Hanka ustawiła na kuchennym blacie flaszki z własnoręcznie zaprawionym alkoholem. – A wiesz, poważnie myślę o ajerkoniakach… – Konspiracyjnie zniżyła głos. – Bo kury Kowalowej wcale nie wystraszyły się rzucanych przez Chińczyków uroków. Już dawno przeniosły się do mnie, więc jajek mam sporo. I niewielki zapas spirytusu. Jeszcze dziś popracuję nad recepturą! – zapaliła się. – I pomyślę nad inspiracją do moich obrazków.

– A co zamierzasz malować? – zainteresowała się Aga.

– No mówię ci, jeszcze myślę. Na początek coś małego. Pewnie akwarelki, bo nie mam innych farb.

– Słusznie. Jak zarobisz, kupisz sobie całe wyposażenie. – Agnieszka sięgnęła po butelki. – Lecę, kochana! Klient czeka!

Odwróciła się na pięcie i już jej nie było.

Hankę zawsze intrygowało, jakim cudem przyjaciółka, tak żywa i pełna energii, wytrzymuje w bibliotece, która każdemu kojarzy się ze skupieniem, powagą i ciszą. Co najdziwniejsze, roztrzepana na co dzień Agnieszka wraz z przekroczeniem progu miejsca pracy w sekundę zmieniała się w osobę poukładaną, skrupulatną i stateczną.

Hanka uśmiechnęła się w stronę drzwi, za którymi zniknęła Aga, a sama poszła do ogródka w poszukiwaniu inspiracji.

Jako pierwsze rzuciły się jej w oczy donice z cudowną odmianą białej gaury. Jedwabiste różowawe płatki i bielusieńkie pręciki nieodmiennie wabiły najpiękniejsze motyle. Zachwycona dziewczyna przyklękła na ganku i przekrzywiła głowę, by przyjrzeć się lepiej. Oderwała pojedynczy, leciutko owłosiony listek, postanawiając zrobić parę szkiców. Na koniec zerwała jeszcze wiotką ukwieconą gałązkę i wróciła do domu.

Przygotowała wszystko, co potrzebne do pracy, i ujęła nieduży pędzelek. Palce, odwykłe od precyzji, wydawały się drętwe i bez wyczucia, ale Hanka nie rezygnowała. Przejęta, wstrzymywała oddech. Dawno zapomniany stan tworzenia działał jak narkotyk. Malowała jak w transie do późna i dopiero donośne miauczenie przy drzwiach uprzytomniło jej, że zapadła ciemna noc i pora już spać. Z jękiem rozprostowała zesztywniałe plecy i głęboko zaczerpnęła powietrza. Przyjrzała się robocie krytycznie, daleka od zadowolenia. Niby wszystko zostało namalowane poprawnie, przy zachowaniu odpowiedniej perspektywy i proporcji, ale tego czegoś obrazkom było brak.

Zmęczona artystka poczłapała do łazienki i po kwadransie już spała jak suseł. Przez całą noc śniła piękne sny. W sennej malignie malowała jak najlepsi, świat błagał ją, by tworzyła. U drzwi jej pracowni stała kolejka najmożniejszych w oczekiwaniu na zamówione dzieła. Niestety, nad ranem piękno ustąpiło miejsca koszmarowi. Role się odwróciły i teraz to Hanka prosiła o wsparcie. Nie potrafiła malować…

Tuż przed świtem obudziła się spłakana jak bóbr.

– Nie rycz, głupia! – napomniała się na głos. – To tylko sen. Jak dobrze, że tylko sen!

Westchnęła głęboko i spróbowała zasnąć. Ledwie jednak zapadła w płytką drzemkę, jej kot uznał, że pora na polowanie, i zaczął uganiać się po kuchni za metalowym kapslem od butelki. Wydawać by się mogło, że koty to z zasady zwierzęta ciche i przemieszczające się bezszelestnie, ale nic bardziej mylnego. Ten Hanki tłukł się tak głośno, jakby przez dom przebiegało pełnym galopem stado dzikich świń, a nie jeden miękki futrzak. Gdy jego pani zorientowała się, że z dosypiania nici, poczłapała do kuchni i nastawiła wodę na kawę. Krytycznym okiem raz jeszcze obrzuciła efekty wczorajszej pracy; w słabym świetle świtu akwarelki prezentowały się całkiem nieźle. Hanka twardo stąpała po ziemi i nie oczekiwała, że po wieloletniej przerwie w jeden wieczór stworzy arcydzieło. Prawdziwa maestria wymagała ćwiczeń, a ona właśnie była na nie gotowa. Na sprzedaż swoich malunków również. Na internetowych aukcjach zobaczyła bowiem tak koszmarne bohomazy, że porzuciła fałszywy wstyd i postanowiła na próbę wystawić pierwsze prace. Nie miała zamiaru cenić się zbyt wysoko, ale przytomnie uznała, że od czegoś trzeba zacząć. Obfotografowała zatem akwarele i wrzuciła do sieci. Nie była to twórczość wysokich lotów, jednak na tyle przyzwoita, by z powodzeniem zdobić hotelowe korytarze czy pokoje.

– Uff! – sapnęła, nacisnąwszy przycisk „Zatwierdź”. – Co ma wisieć, nie utonie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?