Powrót milioneraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk i Jagna Rolska, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© neoblues/Istockphoto.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-782-1

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Maksymilian Nowotarski nie cierpiał w życiu dwóch rzeczy: słabego kursu euro i sentymentalnych kobiet. Zapewne dlatego, gdy tylko ustawił się przy boku Emila Kastnera, natychmiast rozwiódł się z żoną. Przestała mu być potrzebna. Wcześniej, zanim na dobre rozwinął skrzydła, uważał, że nie ma sensu płacić za wynajem mieszkania, skoro ona posiada własnościowe i komfortowo urządzone. Gdy jednak kupił swój pierwszy apartament na Woli, wyprowadził się natychmiast.

Uwielbiał to miejsce. Nareszcie mógł robić to, na co miał ochotę: sprowadzać dziewczyny i nie zawracać sobie głowy pozorami. Dopóki mu się to opłacało, odgrywał rolę wiernego małżonka i lojalnego współpracownika Emila. Żony pozbył się gładko, z szefem szło nieco trudniej.

Maks westchnął i podkręcił klimatyzację. Koniec lipca dawał się mieszkańcom Warszawy mocno we znaki. Żar lał się z nieba już od tygodnia, a krótkie burze sprowadziły na miasto parne i wilgotne powietrze. Bez wyjeżdżania na wakacje można było się poczuć jak w Tajlandii.

– No, chodź do łóżka – usłyszał zmysłowy głos Pakpao. – Nudzi mi się.

– Za to ty nie nudzisz mi się nigdy. Zaraz przyjdę – odparł i z uznaniem obejrzał jej roznegliżowane ciało. Miała na sobie jedynie skąpe koronkowe figi. Pasma błyszczących czarnych włosów zasłaniały nagie piersi.

– Byle prędko – ponagliła.

Ta drobna Tajka stanowiła od lat jedyny jasny i stały punkt w jego życiu. Poznał ją w barze dla prostytutek obojga płci w trakcie rodzinnego wyjazdu z żoną na Phuket. Przypadła mu do gus­tu od pierwszego wejrzenia i z zadowoleniem odkrył podczas upojnych godzin, że jest pod każdym względem dziewczyną. Nie miał żadnych oporów przed seksem z facetem, ale traktował to raczej jako urozmaicenie swoich rozlicznych łóżkowych podbojów. Pakpao zachwyciła go do tego stopnia, że postanowił ściągnąć ją do Polski, zaraz gdy tylko powrócił z wakacji.

Kupił jej bilet, zainstalował ją w niewielkim mieszkanku i odwiedzał, kiedy tylko chciał. Liczył, że niewielkim kosztem wychowa sobie uleg­łą utrzymankę. Dziewczyna miała jednakże nieco inne plany. Szybko stanęła na nogi, znalazła pracę na mieście i wyprowadziła się z wynajętego lokum.

Z początku się wkurzył, ale obiecała, że będzie się z nim spotykać, jak często będzie chciał, i że zawsze będzie wobec niego lojalna. Jemu, mimo starań, nie udało się dostać do ekskluzywnego klubu Czarnej Ewy, żeby mieć Tajkę na oku. Niepomiernie zirytowany tym faktem często próbował wyciągać Pakpao na zwierzenia. Ciekawiła go klientela przybytku. Dziewczyna niezbyt chętnie dzieliła się z nim informacjami, zasłaniając się dyskrecją.

– A chciałbyś, żebym komuś zdradzała twoje sekrety? – zapytała otwarcie.

– Ja to co innego, prawda, kochanie? My gramy do jednej bramki – zapewnił z tak jawnym fałszem w głosie, że nawet głupi by się połapał, że daleko mu do szczerości.

– Oczywiście, my to co innego – zgodziła się dla świętego spokoju. – Emil Kastner jest u nas stałym klientem – rzuciła na odczepnego, żeby powiedzieć mu cokolwiek. Kastner nie krył się ze swoim trybem życia, a poza tym przyjaźnił się z Maksem, swoją prawą ręką w biznesie, więc sądziła, że w żaden sposób nie zaszkodzi Emilowi.

A w Maksa jakby piorun strzelił. Tak długo mag­lował temat, aż ostatecznie przekonał Tajkę do swojego planu szpiegowania szefa. Lojalność lojalnością, ale pieniądze do podziału z nią, których spodziewał się w przyszłości, ustawiłyby Pakpao na resztę życia. Mogłaby zrezygnować z prostytucji i robić wyłącznie to, na co miała ochotę. Dlatego zgodziła się spróbować zbliżyć do Kastnera. Czas miał pokazać, że wiele razy tego pożałuje, ale i tak tkwiła przy boku Maksa. Nie umiała, a może nie potrafiła się od niego uwolnić. Uzależniła się, choć rozpaczliwie starała się to ukryć.

– Zrobisz mi masaż? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, położył się na łóżku.

– Oczywiście – odparła.

Zaczęła od karku, potem schodziła coraz niżej, aż do pośladków mężczyzny. Kiedyś były twarde i umięśnione, ale od pewnego czasu Maks odpuścił siłownię, czego efekty błyskawicznie dało się zauważyć. Mimo to lubiła jego ciało. Stanowiło cichą przystań, a za każdym razem, gdy się w nie wtulała, czuła się bezpiecznie. Przy wielu klientach odczuwała znacznie większe pożądanie, ale wyłącznie przy Maksie doznawała całkowitego spełnienia.

– Odwróć się – poprosiła szeptem.

Usłuchał od razu.

Tak jak się spodziewała, jego męskość natychmiast zareagowała na dotyk. Chciała ująć ją w dłonie, ale Maks przyciągnął Pakpao do siebie i naparł biodrami. W lot zrozumiała intencję. Po chwili poruszali się we wspólnym spokojnym rytmie wieloletnich kochanków.

***

Danka przespała praktycznie cały lot z głową wspartą na ramieniu Emila. Gdy w końcu zaczęła się budzić, jej myśli zalały niemiłe wspomnienia porannej kłótni z niewiernym greckim kochankiem i późniejszego rajdu z Jorgosem na lotnisko w Argostoli. Wszystko odbyło się w wielkim pośpiechu, więc aż do tej chwili nie miała okazji się zastanowić, czy nagły wyjazd z Kefalonii był aby na pewno dobrym pomysłem.

A później ten nieszczęsny pocałunek z Emilem…

Odczuwała przemożny wstyd. Co ją podkusiło, i to dwa razy? Po czymś takim nawet nie mogła się wykpić wyjaśnieniem, że to był impuls. Cóż z tego, że się wtedy nie wycofał? Pewnie nie chciał jej urazić, i tyle. Poza tym facet to facet. Oni zwykle nie gardzą czułościami ze strony ładnych kobiet. Zwłaszcza Emil, ze swoim rozbuchanym libido.

Wbrew woli poczuła podniecenie. W końcu Emil zaliczał się do gatunku najbardziej atrakcyjnych męskich okazów, jakie ziemia nosi, i chyba tylko martwa kobieta nie doceniłaby jego niewątp­liwych walorów. I tych widocznych gołym okiem, i tych ukrytych. Na wspomnienie całkiem nagiego Emila, którego przypadkiem ujrzała w łazience na poddaszu tawerny Jorgosa, na chwilę przestała oddychać. Z pewnym przestrachem pomyślała, że nieszczęsny pocałunek mógłby stanowić preludium do czegoś więcej.

W ciągu minionego roku wspólnie doświadczyli tyle, ile inni przez całe życie. Słynna aktorka Krystyna Świderska istotnie miała rację, że ich historia nadaje się na film.

Zanim Danka otworzyła oczy, z cichym westchnieniem oderwała głowę od ramienia towarzysza. Udając, że wciąż śpi, przełożyła ją na drugą stronę i na myśl, że Emil zapewne przez nią trochę ścierpł, uśmiechnęła się w duchu. Tak właśnie postępują przyjaciele. Jak dotąd, odkąd wyjechali z Polski, nie zawiódł jej ani razu. Był jedynym mężczyzną, który nigdy jej nie oszukał, a to stanowiło wielką wartość. Po raz pierwszy mogła jakąś relację nazwać przyjaźnią i za nic nie chciała tego zepsuć.

Usiłując odegnać spod powiek obraz nagiego Emila, zgrzytnęła zębami na myśl o Yannim. I obiecała sobie w duchu, że nie uczyni nawet najmniejszej aluzji na temat tego, co wydarzyło się przed odlotem. Przyjaźń z Emilem była zbyt cenna, by utracić ją przez głupią chwilę słabości.

– Hej, obudź się, śpiąca królewno – usłyszała szept. – Niedługo lądujemy w Modlinie.

– Już? – mruknęła. – Kurczę, przez to, że decyzja o wyjeździe zapadła tak nagle, czuję się jak w kołowrotku. Jeszcze dziś rano myślałam, że zostanę w Grecji na dłużej. Że się tam ustawię. Dziwne to życie, takie popieprzone… Dnia ani godziny człowiek nie zna.

– A ja się cieszę, że nie zostałaś. Może po przyjeździe dasz się porwać do tej włoskiej restauracji, w której byliśmy jesienią? Pamiętasz?

Oczywiście, że pamiętała. To właśnie wtedy po raz pierwszy Emil potraktował ją jak kobietę, a nie tylko projekt do zrealizowania. To tam rozmawiali jak równy z równym, zjedli pyszny makaron i wypili dwie butelki białego wina.

– A wiesz, że chętnie. – Ochoczo przystała na propozycję i zapięła pas. – Już zapomniałam, jak wygląda włoska pasta.

– No to załatwione! – Emil zatarł dłonie. – Odbieramy bagaże i od razu na Złotą. A potem knajpa.

– Tylko tym razem pilnuj walizki! – roześmiała się Danka.

– Nawet nie przypominaj – jęknął.

Wspomnienie, jak przez własną nieuwagę stracił walizkę z pieniędzmi przeznaczonymi na pobyt w Grecji, nie należało do miłych. Zazwyczaj podróżował prywatnymi środkami lokomocji i ostatnią rzeczą, jaka go interesowała, było pilnowanie własnego bagażu. Wtedy się po prostu zagapił. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, spędziliby z Danką czas zesłania w pełnym luksusie, a nie gnietli się kątem w dusznej klitce u Jorgosa. Korzystaliby z życia, zwiedzali okolicę, pływali w morzu… Ale plan nie wypalił. Emil nigdy nie sądził, że taki rekin biznesu jak on wyląduje za hotelowym barem, żeby zarobić na przeżycie. No i gdyby nie chwila nieuwagi, Danka pewnie nigdy nie poznałaby tego palanta Yanniego!

– Dobra, nie ma o czym gadać – westchnął. – Od dziś wszystko wraca do normy. Po moją limuzynę nie zadzwonię, bo jeszcze nie mam czym, ale najważniejsze, że daliśmy radę. Zaczynamy od porządnej kolacji. Marzę o własnych ciuchach. – Emil z odrazą spojrzał na znienawidzoną hawajską koszulę.

 

– Swoją drogą, ktoś się nieźle obłowił. Znaleźć w podręcznym bagażu trzysta tysięcy euro zamiast wyborowej i gaci w palmy to nie byle co – powiedziała Danka, wchodząc do hali przylotów. – Tylko idiota by oddał.

– A ty byś nie oddała? – zdziwił się Emil. Jego towarzyszka była najuczciwszą osobą, jaką znał.

– Ja bym oddała.

– No, ja też. To witaj w klubie idiotów! – roześmiał się i otoczył Dankę ramieniem.

W doskonałych humorach poszli po bagaże.

Widok Udo Winklera zdziwił Dankę niepomiernie.

– A ten co tu robi? – zapytała z niepokojem.

– Kto?

– No, Winkler. Patrz, tam stoi i rozgląda się, jakby kogoś szukał. Myślisz, że często czeka na turystów wracających z Kefalonii?

– Widać chce pogadać na gorąco. No i pewnie czeka na podziękowania. Ale o tym to już pomyślę później – odparł Emil i energicznie pomachał do policjanta.

Ten od razu ruszył w ich stronę.

Trochę ich zaskoczyło wylewne powitanie. Widać jednak pobyt u kuzyna Winklera był wystarczającą okolicznością, by komisarz zareagował tak serdecznie na widok niedawnych podejrzanych.

– Kastner! – Klepnął Emila w ramię i obciął Dankę spojrzeniem. – Świetnie wyglądacie!

– Miło mieć znów własne nazwisko. Za tego Mariana Motykę byłem bliski udusić. Co tam w sprawie?

– Oj, wiele się dzieje. Jest masa wątków.

– Dobra, ale chyba nie będziemy rozmawiać o tym tutaj? – Emil rozejrzał się za taksówką. – Pojedziemy do mnie, potem skoczymy we trójkę zjeść coś dobrego, pogadamy. Okej?

– Niestety – odparł nieco zmartwiony Winkler. – To niemożliwe. Musisz pozostać w ukryciu.

– Co takiego?! – zapytali jednocześnie Danka i Emil.

– To skomplikowane. Śledztwo zmierza w dob­rym kierunku, ale to jeszcze nie ten etap, by się ujawniać i płoszyć Nowotarskiego. Obciążające go zeznania Nataszy Dogajewej są wiarygodne, dlatego prokuratura dała ci spokój, a ja uznałem, że możesz wracać. Tu będzie ci łatwiej.

– Co będzie łatwiej?

– Mieć na oku twojego pełnomocnika i przy okazji ratować imperium. To chyba jasne? Nikt nie zna twoich interesów lepiej niż ty sam.

– Ależ zna. Właśnie Maks Nowotarski. – Emil zmełł w ustach przekleństwo i wściekły zacisnął pięści.

– No fakt. Niezłe z niego ziółko – potwierdził Winkler.

– Czyli nie mogę wrócić do domu – rzucił przez zęby Kastner. – A Danka?

– Ona może. Tobie tymczasowo wynająłem mieszkanie. Musisz się przyczaić.

– Może przyczaić się u mnie – wtrąciła Danka przytomnie.

– Niestety. To zbyt oczywiste i w związku z tym nieostrożne.

– No tak, a ja? – zaniepokoiła się Danka. – Przecież ktoś może mnie śledzić. Jak choćby kiedyś Natasza.

– I niczego nie wyśledzi. Od teraz macie absolutny zakaz kontaktowania się ze sobą.

– Jak to? Do kiedy? – Danka trochę spanikowała.

– Do odwołania. Zobaczymy, jak rozwinie się śledztwo.

– Ale tak całkiem? A gdzie konkretnie zamieszka Emil?

– Absolutna tajemnica. Osiedle moloch, gdzie najłatwiej wtopić się w otoczenie. I zero kontaktów. Jakichkolwiek. – Winkler nie zamierzał ustąpić. – Kastner, idziesz ze mną. Cholera, nie wiedziałem, że przylecicie razem. Jorgos mówił, że postanowiłaś zostać.

– To spontaniczna decyzja, podjęta w ostatniej chwili – westchnęła Danka i bliska płaczu uściskała Emila na pożegnanie.

Wraz z trzaśnięciem drzwiczek taksówki poczuła się tak, jakby ktoś odciął jej tlen. Machinalnie podała adres na Bródnie, by w połowie drogi zorientować się, że przecież już tam nie mieszka. Zrezygnowana, ze zwieszoną głową dowlokła się pod drzwi swojego nowego lokum na Bemowie. Świadomość tego, że w najbliższym czasie nie ujrzy Emila, sprawiła, że zrobiło się jej smutno. Bardzo się zżyli podczas pobytu w Grecji. W końcu nie było w tym nic dziwnego, jeśli mieszkało się przez tyle miesięcy nie tylko pod jednym dachem, ale i w jednym pokoju. Co dziwne, poza kilkoma małymi scysjami na samym początku pobytu, kiedy Emil zachowywał się jak rozpieszczony gówniarz, nie kłócili się wcale. Gdy wreszcie zaakceptował tamtejszą nieciekawą rzeczywistość, bez problemu dało się z nim wytrzymać. Po krótkim czasie zaczęli rozumieć się w lot i stanowić zgrany duet. Kto wie, jak by wyglądała relacja między nimi, gdyby Danka nie spotkała Yannisa, a Emil nie trafił na Marzenę.

W mieszkaniu panował okropny zaduch. Danka sądziła, że wkroczy tutaj z szerokim uśmiechem, niestety humor miała wisielczy. Dopiero pod wieczór, gdy zamiast raczyć się wybornym spaghetti w towarzystwie przyjaciela, beznamiętnie żuła capricciosę w ogródku pobliskiej pizzerii, dotarło do niej, że chyba za nim tęskni.

Gdyby chociaż znała nazwę osiedla, na którym ulokował go Winkler. Mogłaby tam pojechać, na przykład na zakupy w lokalnym sklepie, licząc na przypadkowe spotkanie, ale dobrze wiedziała, że to, o czym rozmyśla, to skończona dziecinada.

Z zamyślenia wyrwały ją głośne śmiechy przy stoliku obok. Towarzystwo bawiło się świetnie.

Danka przypomniała sobie wieczory spędzane w tawernie poczciwego Greka. Choć klepali tam z Emilem biedę, był to fajny czas. Gwałtowny przeskok z Kefalonii do Polski sprawił, że poczuła się tak, jakby od pobytu tam minęły tygodnie, a nie godziny.

W drodze powrotnej do domu zrobiła zakupy na śniadanie, a później pobieżne porządki. Był najwyższy czas odzyskać normalne życie, zatem Danka podłączyła telefon do ładowarki i korzystając z przyjemnej aury, usadowiła się w ogródku z laptopem. Tym razem na spokojnie zabrała się do przeglądania korespondencji. Najbardziej interesowały ją mejle od Krystyny Świderskiej. Jeśli prawdą było, co pisała aktorka, najbliższe miesiące zapowiadały się bardzo pracowicie. Wprawdzie Danka nie do końca widziała się w proponowanej roli, ale i tak, jeśli naprawdę chciano sfilmować jej historię, na pewnym etapie będzie musiała zaangażować się w produkcję. Propozycja wyglądała jak rodem z bajki, lecz Danka, nauczona życiowym doświadczeniem i przekonana, że człowiekowi nic z nieba nie spada, po pierwszym wybuchu euforii twardo stanęła na ziemi. W tym świecie nic nie było za darmo. A w każdej bajce zazwyczaj czaił się jakiś smok.

Rozważania przerwał dzwonek do drzwi. Ponieważ jak dotąd nikt jej nie odwiedzał, zdziwiona zerknęła przez wizjer.

Stojąca po drugiej stronie kobieta musiała ujrzeć błysk światła w judaszu, bo odezwała się od razu.

– Pani Danusiu! To ja. Sąsiadka z naprzeciwka.

– Aaa, dobry wieczór, już otwieram! – Danka przypomniała sobie, że zostawiła jej zapasowe klucze. Nie poznała sąsiadki, która jeszcze niedawno była brunetką, a teraz miała na głowie platynowy blond.

– Dobry wieczór, zauważyłam światło i pomyślałam, że przyjdę i odniosę klucze.

– Dziękuję. – Danka przejęła brelok oraz nieduży pakiet kopert wyjętych ze skrzynki. Mieszkała w tym miejscu od niedawna, zatem i korespondencja była skromna.

– Dość długo pani nie było. – Sąsiadka wyraźnie chciała porozmawiać. – I jak się pani pięknie opaliła.

– Byłam w Grecji. Może wstąpi pani na herbatę?

Danka normalnie spławiłaby sąsiadkę, ale przecież tamta wyświadczyła jej przysługę, więc zwyczajnie nie wypadało.

– A z przyjemnością. – Kobieta tylko na to czekała. Od razu weszła do przedpokoju. – A te pani kwiatki, co na półpiętrze stoją, to regularnie podlewałam.

– Bardzo dziękuję. – Danka na śmierć zapomniała o roślinach. Zresztą i teraz nie zamierzała zaprzątać sobie nimi głowy. – Czy w czasie, kiedy mnie nie było, działo się tutaj coś ciekawego?

– Tak jak wszędzie. Zawsze coś się dzieje. Marciniakom z pierwszego piętra urodziła się córeczka. Staruszkę z trzeciego zabrali do szpitala z zapaleniem płuc i kobiecina już nie wróciła. Na pierwsze wprowadzili się jacyś obcokrajowcy, a mój Mikołaj dostał zagraniczny kontrakt.

– To świetnie. – Danka z trudem udawała uprzejmość. Kompletnie nie obchodziło jej, co się dzieje u innych lokatorów, których nawet nie znała. Bardziej ciekawiło ją, czy przypadkiem nie szukał jej Marek.

– A! I najważniejsze… – dodała kobieta konspiracyjnym tonem. – Był tu ktoś do pani.

– Do mnie? Pewnie ktoś na sesję zdjęciową. – Danka wzruszyła ramionami, udając obojętność.

– Otóż wcale nie! To była ta aktorka, Świderska we własnej osobie! Myślałam, że trupem padnę, jak ją zobaczyłam pod drzwiami. Dzwonek. Otwieram. A tu ona. I to pod moimi drzwiami! I jeszcze dała mi autograf! Przemiła kobieta.

– To moja klientka. Taka sama kobieta jak my. Tylko ma trochę więcej pieniędzy. – Danka nareszcie się uśmiechnęła.

– O tak. Mój mąż mawia, że sztuką jest umieć mieć dużo pieniędzy. Żeby woda sodowa do głowy nie strzeliła. Podobno większość tych, którzy wygrywają te miliony na loteriach, źle kończy.

– To prawda. Ale sztuką jest także umieć pieniędzy nie mieć – podsumowała celnie Danka i ziewnęła potężnie, jednocześnie myśląc o Emilu. – Przepraszam, mam za sobą długi dzień.

Oczywiste było, że przez znajomość ze słynną aktorką notowania Danki z punktu poszybowały w górę i zacieśnienie kontaktów z nią było bliskie znajomości z samą legendą kina.

Mimo wszystko Danka była wdzięczna za przysługę, zatem w ramach podziękowań obiecała sąsiadce minisesję zdjęciową. Odetchnąwszy z ulgą, że tym sposobem udało się spławić kobietę, poszła na półpiętro po swoje rośliny. W czasie jej nieobecności zwiększyły objętość dwukrotnie.

***

– Nie no, cholera. Normalnie z deszczu pod rynnę – jęknął Emil na widok ursynowskiego mrówkowca z wielkiej płyty.

– Nie jęcz, chłopie. To dla twojego dobra. Sam pomyśl… Skoro już wiadomo, że prokuratura dała ci spokój, każdy dojdzie do wniosku, że natychmiast wyjdziesz z ukrycia. Natomiast moja koncepcja jest odwrotna. Jako że Nowotarski spodziewa się ciebie, a ty nie przyjedziesz, może zrobić się nerwowy i popełnić błąd.

– On nie robi błędów – burknął Emil. – Inaczej nie byłby moim pełnomocnikiem.

– Może i nie robi, ale do czasu… – Winkler zawiesił głos i wyjął z bagażnika sporą torbę. – Tu masz laptopa, telefon, wszystkie swoje papiery i karty płatnicze.

– A internet?

– Też tu jest. Mobilny. Możesz śmiało śledzić poczynania Nowotarskiego. Już upłynnił kilkanaście twoich spółek i świetnie mu idzie.

– Zwariowałeś?! – obruszył się Emil. – W Grecji, gdzie mam dwa własne hotelowe kompleksy, o ile jeszcze je mam, kwitłem na poddaszu knajpy! Jakbym wiedział, co on robi, tobym zlecił, by dopłynął tam mój jacht wyposażony lepiej niż niezła willa. A teraz ty każesz mi siedzieć w tym koszmarnym bloczysku i z ukrycia przyglądać się, jak Maks rozgrabia mi firmę?!

– Dokładnie tak. Bo po pierwsze, sądzę, że to przełomowa sprawa w mojej karierze, a po drugie, chyba ci jeszcze życie miłe? Wierz mi, ludzie zabijają za mniejszą kasę. Masz tu cały potrzebny sprzęt, zatem pomyśl, jak podejść i udupić skurwysyna. Przecież głupi nie jesteś, co nie, Kastner?

Z argumentami Winklera nie dało się dyskutować. Mimo że wewnątrz Emil kipiał z wściekłości, niechętnie przyznał mu rację. Właśnie stał się nieoficjalnym narzędziem policji we własnej sprawie. Osobistą porażką było, że przez lata bratał się z wrogiem, ale fakt, że wróg właśnie został rozpoznany, dawał Emilowi zdecydowaną przewagę. Kastner zawsze powtarzał, że woli użeranie się z przeciwnikiem niż głaskanie po głowach fałszywych sprzymierzeńców.

– Jasna cholera… – mruknął po wyjściu detektywa. Przy jego nowym lokum poddasze u Jorgosa wyglądało jak Hilton. – Już po tobie, Maks.