Pół na półTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk, 2018

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Victoria Chudinova/Adobe Stock.com;

Zbyszek Nowak/Adobe Stock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-770-3

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

ROZDZIAŁ 1

Nigdy nie przepadała za lataniem. W chwili gdy samolot przy starcie odrywał się od ziemi i szybował w górę, miała wrażenie, że to największe oszustwo ludzkości. Niby rozumiała zasady fizyki, ale mimo wszystko taka latająca w powietrzu masa żelastwa wzbudzała uzasadnione podejrzenia, że każdy kolejny lot może stać się tym ostatnim w życiu.

Lola Stachowiak badawczo rozejrzała się wokół. Wszystko wyglądało normalnie, ale odetchnęła dopiero, gdy samolot osiągnął docelowy pułap i wyrównał lot, a uśmiechnięta stewardesa odpięła pas i raźno ruszyła do części kuchennej pokładu, umieszczonej za kotarką.

Na pokładzie niewielkiego samolotu podróżowało zaledwie kilkunastu pasażerów. A że lot z Wiednia do Krakowa trwał tylko niecałą godzinę, Lola uprzejmie podziękowała za batonik i kawę, i zadowolona, że miejsce obok jest puste, rozparła się, podłożyła łokieć pod głowę i zagapiła się na skłębione chmury za oknem.

Miała sporo do przemyślenia. Kilka dni wcześ­niej, podróżując w stronę dokładnie przeciwną swoim dopiero co zakupionym nowiutkim samochodem, nie zakładała takiej wersji powrotu z Wiednia. Ale złamana ręka nie pozostawiała wiele opcji do wyboru. Mimo że Lolę nieszczególnie interesowały aspekty projektowania systemów naśnieżania stoków narciarskich oraz parametry najnowszego sprzętu produkującego śnieg, świetnie bawiła się w zastępstwie brata na szkoleniu zorganizowanym przez firmę MagnumSnow. Potentat w branży i nowy wspólnik rodziny Stachowiaków na Śnieżnej Grani nie żałował funduszy na fachowe szkolenia i inwestycje w jedno z największych górskich przedsięwzięć w Polsce.

Wspomniany brat Loli, Edek, dwoił się i troił, aby pozyskać do niego inwestorów. Po śmierci ojca i tragicznym w skutkach wypadku wuja praktycznie z dnia na dzień ostał się samotnie na placu boju, jako główny zarządzający rodzinną firmą. Wrzucony na głęboką wodę, na samym początku zaliczył kilka technicznych wpadek, ale wziął się na ambit, nie przyznał się do porażek i jakoś opanował sytuację. Choć, mimo sprzyjających warunków śniegowych, miniony sezon był dla wszystkich wyjątkowo trudny.

Dla Loli praca na Śnieżnej Grani była zajęciem tak naturalnym, że nigdy nawet nie przyszło jej do głowy, że może robić cokolwiek innego. Choć rola samotnej matki stawiała przed nią wiele wyzwań, starała się godzić ogień z wodą. Zarządzając wypożyczalniami sprzętu narciarskiego oraz świetnie prosperującą szkółką dla adeptów zimowych sportów, niemal wychodziła z siebie, ale jej działka funkcjonowała bez zgrzytów. Fakt, trzeba było oddać co cesarskie Andrzejowi, przyjacielowi jeszcze z dzieciństwa, który pełnił funkcję zastępcy szefowej; nie dość, że właściwie samodzielnie prowadził szkółkę narciarską dla najmłodszych, co samo w sobie stanowiło wyzwanie nie lada, to jeszcze świetnie orientował się w sprawach sprzętowych. Bez jego dozoru wypożyczalnia zeszłaby na psy. Ponadto z powodzeniem organizował pracę całego zespołu, który naprawdę miał co robić, w sezonie i poza nim – bywało, że w szkółce udzielała jednocześnie lekcji ponad setka instruktorów narciarstwa i snowboardu. Profesjonalista, oddany całą duszą swojemu zajęciu, zawsze pod ręką. Można było na nim polegać. To, że odkąd sięgnąć pamięcią nieustannie wzdychał do Loli i dałby wiele za zmianę ich relacji na bliższą, było tajemnicą poliszynela. Dziewczyna jednak, przechowując w pamięci bardzo już oddalony w czasie miłosny epizod z jego udziałem, który okazał się, delikatnie rzecz ujmując, łóżkowym niewypałem, wolała nie kusić losu. Choć przyjaciel niewątp­liwie był mężczyzną wartym uwagi, postanowiła więcej nie wystawiać ich przyjaźni na próbę, a delikatne aluzje rodziny i znajomych na temat tego, że z Andrzejem są sobie pisani, puszczała mimo uszu.

Dość miała problemów w życiu prywatnym, by jeszcze fundować sobie kłopoty w pracy. Jako matka rezolutnej pięciolatki musiała rozsądnie lokować uczucia. Córeczka była całym jej światem. Jeszcze do niedawna temat posiadania taty zupełnie jej nie interesował, co poniekąd było Loli na rękę, gdyż gorący romans z jej ojcem zakończył się z wielkim hukiem. Tadeusz, jej wielka miłość, dopiero na wiadomość o ciąży i wyraźnej sugestii na temat ożenku przyznał się, że jest księdzem. Długo bił się z myślami i nie podejmował konkretnej decyzji. Zdaniem zasadniczej i konkretnej góralki, zbyt długo. Nie oglądając się na nic, Lola zerwała z nim wszelkie kontakty i postawiła twarde warunki. Tadeusz nie miał innego wyjścia, jak na nie przystać. Choć rodzina Stachowiaków była jedną z najbardziej zamożnych na Podhalu i zarówno alimenty, jak i ich wysokość były niespecjalnie istotne, niemniej jednak zraniona do żywego młoda kobieta zażądała dla dziecka niemałych świadczeń i postanowiła, że nigdy nie pokaże córki ojcu. Trwała w tej swojej zaciętości do niedawna, kiedy mała, naturalną koleją rzeczy, zaczęła pytać o tatę. Lola, która miłość do Tadeusza kiedyś wyrwała sobie z serca z korzeniami, niespodziewanie zaczęła mięknąć. Stare urazy straciły na sile. A gdy jeszcze dowiedziała się o być może śmiertelnej chorobie Tadeusza, całkowicie spuściła z tonu i zmieniła zdanie.

Wbrew obawom Marianna natychmiast zaakceptowała nową sytuację. Jej matka natomiast, choć nieco zdziwiona zawoalowanymi awansami dawnego kochanka, postanowiła dać mu, również ze względu na Manię, drugą szansę. Tym razem była jednak ostrożna; miała wiele do stracenia, więc uczucia utrzymała na krótkiej smyczy. Tak czy siak, gdy usłyszała, że Tadeusz nareszcie zdecydował się porzucić kapłaństwo i założyć rodzinę, poczuła w brzuchu motyle, a ziemia zakołysała się pod jej nogami.

Na szczęście tylko przez chwilę, gdyż szybko wyszło na jaw, że zmiany, owszem, nastąpią, tyle że nie w jej życiu. Okazało się, że kochliwy pacjent, jeszcze leżąc w szpitalu, związał się z niejaką Zosią, pielęgniarką z oddziału onkologii, i to właśnie jej się oświadczył. Lola po raz kolejny oberwała obuchem w łeb, ale szok trwał tym razem znacznie krócej, do czego walnie przyczyniła się jej własna matka. Aniela, która odkąd dzieci dorosły, z zasady nie wtrącała się w ich życie, nie wytrzymała i dołożyła swoje trzy grosze. Szybko sprowadziła córkę na ziemię, w kilku zdaniach uświadamiając jej popełnione błędy i fakt, że dla dobra dziecka Lola na lata poświęciła własne szczęście. W źle pojętym interesie córeczki odcięła się od życia towarzyskiego, mężczyzn wykreśliła z listy zainteresowań i schowała się w pancernej bezpiecznej skorupie.

Tym razem zdała sobie sprawę, że – paradoksalnie – to Tadeusz postąpił właściwie. Może i nie wykazał się nadmierną wrażliwością i wyczuciem sytuacji, ale to właśnie on podjął stosowną decyzję i to on postanowił nadrobić zaległości w kontaktach. Zaoferował małej Mani w miarę normalne życie na łonie zwykłej rodziny. Choroba sprawiła, że wiele zrozumiał. Zdecydował, że dość życia w kłamstwie, i stworzył z Zosią uzdrawiający związek. Na dodatek nie dawało się ukryć, że Marianna wprost przepada za przyszłą macochą. A i Lola, gdy już oprzytomniała po rewelacjach, którymi poczęstował ją były kochanek, również musiała przyznać, że jego obecnej wybranki nie da się nie lubić.

Przecież ja go już wcale nie kocham, doszła do wniosku. A że przez chwilę spojrzałam na niego przychylnym okiem? Zauroczenie zrzuciła na karb dawnych uniesień i obecnych ukrytych pragnień. Matka miała rację, stwierdziła. Trzeba wreszcie zacząć normalnie żyć i współpracować dla dobra Mańki.

U Stachowiaków zawsze była pełna chata. W Szarotce drzwi się nie zamykały i zwykle po korytarzach uganiała się rozbawiona dzieciarnia. Malowniczo położony pensjonat, będący oczkiem w głowie Anieli, goście okupowali praktycznie na okrągło, niezależnie od pory roku. A jego gospodyni, formalnie piastująca funkcję członka zarządu rodzinnej spółki odpowiedzialnego za gastronomię na stacji narciarskiej Śnieżna Grań, za żadne skarby nie chciała zrezygnować z prowadzenia hotelowego interesu. Szarotka od zawsze była dla niej najważniejsza i jakiekolwiek perswazje w tej materii nie odnosiły skutku. Aniela trzęsła się zatem jednocześnie nad domową kuchnią w pensjonacie i gigantyczną karczmą na stoku. Dała się wprawdzie namówić, by zarządzanie kilkoma mniejszymi barami, położonymi przy poszczególnych wyciągach, pozostawić w gestii zaufanego menedżera, ale karczmy nie pozwoliła sobie wydrzeć z rąk. Latem organizowano tam głównie wesela, więc w tygodniach poza sezonem Stachowiakowa miała nieco więcej czasu dla siebie niż zimą, kiedy restaurację na okrągło szturmowali miłośnicy białego sportu.

Po śmierci męża jeszcze mocniej wzięła się w karby i zagoniła pozostałych członków rodziny do roboty. O ile część interesu zarządzana przez starszą córkę działała jak dobrze naoliwiony mechanizm i nie wymagała większej troski, o tyle administrowanie całością infrastruktury na Śnieżnej Grani spadło na barki syna i pochłonęło go bez reszty. Edek, najstarsze dziecko Stachowiaków, tak bardzo przejął się rolą, że za wszelką cenę postanowił udowodnić, że stać go na wiele. Parł do przodu jak taran i na każdym kroku powtarzał, że kto się nie rozwija w ich branży, ten się cofa. Przy okazji dopatrywał działającej gastronomii i bazy hotelowej. Miał co prawda poczucie, że jego wizje nieraz wykraczają poza granice zdrowego rozsądku, ale zachowawcza postawa matki i siostry doprowadzała go na skraj szaleństwa. Obie nieustannie namawiały go, by choć na chwilę wstrzymał wodze, ale nie potrafił.

 

A gdy pojawiła się okazja wydzierżawienia położonego po sąsiedzku terenu, idealnie nadającego się pod nową kolej i nowe stoki na trasy zjazdowe, Edek nie dość, że właściwie załatwił wszystko sam, to jeszcze pozyskał poważnego inwestora dla nowego przedsięwzięcia.

– Synku, toż to szaleństwo! – burzyła się Aniela.

– Też się obawiam, że przestrzelimy – zawtórowała matce Lola.

– Chyba zwariowałyście obie! – wkurzył się Edek. – Chciałem wszystko sam, to nie! Chciałem kredyt? Nie! Teraz pozyskałem inwestora. Też nie! Jeśli tak to ma wyglądać, to ja pieprzę taki interes!

– Ależ synku…

– Mamo! Proszę cię! Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale w takich warunkach nie da się zarządzać tym całym burdelem! – pieklił się Edek. – Nie rozumiem. Bałyście się, że możemy przeinwestować, to załatwiłem inwestora. I to jakiego! MagnumSnow to potentat! Dzięki tej firmie będziemy testować najnowsze systemy. Dostaniemy najnowsze modele armatek i lanc. Takie, o jakich nikt jeszcze nie słyszał. Możliwe, że założymy podziemny system chłodzenia i wydłużymy sezon do maja. Konkurencję trafi jasny szlag. Będziemy pierwsi. Takiego wypasu w Polsce nie ma nikt!

– Dobrze, już dobrze – łagodziła Aniela.

Czuła, że ostatnio zachowuje się jak kwoka. Uważała, że jej syn, choć bystry i pracowity, jest jeszcze zbyt młody, by dowodzić rodzinnym biznesem, więc odruchowo ustawiła się na pozycji, jaką przed śmiercią zajmował jej mąż. Nie była, oczywiście, głupia i dostrzegała własne błędy, a dzieci miała już duże i nie dawało się ich sobie podporządkować byle szurnięciem. Starsza dwójka miała się czym pochwalić, a nastoletnia Anastazja, jeśli tylko chciała, wynikami w nauce potrafiła zakasować cały powiat. Niestety, ostatnio nie chciała, więc działo się wręcz odwrotnie. Aniela była boleśnie świadoma faktu, że trudny okres dojrzewania Nastki zbiegł się z wyjątkowo ciężkim czasem w życiu rodziny – dorośli, pochłonięci codziennym pędem i własnymi sprawami, siłą rzeczy niewiele uwagi poświęcali krnąbrnej dziewczynie. Najbardziej lubili, gdy siedziała cicho, nie sprawiała kłopotów; można się wtedy było zająć czymś innym. Cóż, kiedy młoda była po prostu bystra. Jednak o ile wykiwanie matki nie przysparzało jej trudności, o tyle ze starszą siostrą szło już dużo gorzej. Lola, nie w ciemię bita, świetnie kojarzyła fakty. Już kilka razy przyłapała nieuważną małolatę na kłamstwie, ale przywarowała w kącie, udając pierwszą naiwną, żeby sprowokować przeciwnika. Nie wytrzymała tylko, kiedy w kieszeni kurtki, którą pożyczyła siostrze na wyjazd, znalazła bilet miejskiej komunikacji z Krakowa, a nie ze Starego Sącza, gdzie ponoć miała być Nastka z klasową wycieczką. Przyciśnięta do muru dziewczyna przyznała się do internetowej znajomości, na szczęście wirtualny adorator się rozmyślił i romans nie doszedł do skutku. Rozczarowana, dała sobie spokój. Przynajmniej na razie.

– Przepraszam panią, czy podać coś jeszcze? – Stewardesa wyrwała pasażerkę z zamyślenia.

– Nie, dziękuję – bąknęła Lola, nieco nieprzytomnie.

– Nawet małej kawuni? – drążyła tamta, najwyraźniej pragnąc zająć się czymś innym niż gapienie się na chmury czy rzędy szarych tapicerowanych siedzeń.

– No dobrze. Na kawunię się skuszę. – Lola się uśmiechnęła.

Niezgrabnie, lewą ręką sięgnęła po kubeczek.

– Wypadek? – Stewardesa wymownie spojrzała na temblak i gips.

– Tak. Na imprezie. Zamachnęłam się takim austriackim wynalazkiem do tej ich słynnej gry na lodzie i omal mi ręki nie urwało. – Lola, wbrew nastrojowi, znienacka zaczęła się śmiać do rozpuku. – Pani to ma interesującą pracę – zagadnęła. – Pewnie co rejs jakiś dziwny pasażer się trafia, prawda?

– Oj tak – przytaknęła dziewczyna.

Zapewne podjęłaby temat, ale pilot właśnie oznajmił, że rozpoczęto podchodzenie do lądowania. Stewardesa oddaliła się, by sprawdzić, czy wszyscy pasażerowie dobrze zapięli pasy.

Na lotnisku, wbrew ustaleniom, nikt na Lolę nie czekał. Ale ponieważ nie mogła dodzwonić się ani do mamy, ani do brata, rozsiadła się wygodnie w kawiarnianym ogródku. Mam czas na relaks, pomyślała.

Mniej więcej po półgodzinie na miejscu zameldował się Andrzej. Przyjechał samochodem, który przed wyjazdem został kupiony z przeznaczeniem na służbowy wóz i właśnie miał się przydać. Podczas kilkudniowej nieobecności Loli agencja reklamowa zdążyła okleić karoserię firmowymi logo Śnieżnej Grani. Zgrabna terenowa półciężarówka prezentowała się znacznie lepiej, niż można się było spodziewać po projekcie.

– Ależ z ciebie ofiara losu – Andrzej zamknął przyjaciółkę w niedźwiedzim uścisku. – Normalnie nawet na chwilę nie można cię spuścić z oka. Jak z dzieckiem.

– Och, przestań! – prychnęła, udając zniecierpliwienie.

W jego towarzystwie nie potrafiła złościć się zbyt długo. W pracy udawało mu się kilkoma słowami rozładować napięte sytuacje, grożące wybuchem.

– Nieźle cię Starski załatwił – powiedział teraz. – I co dalej?

– Nic. Bruno nie chciał słyszeć, żebym w tym stanie wracała samochodem. A że za kilka dni i tak ma być u nas, to po prostu przyjedzie moim autem i po kłopocie. Później odstawimy go na lotnisko i tyle. Taka sama droga.

– Taaa. To taki z niego efekciarski picuś-glancuś? Taki akuratny? Nie wiem tylko, czemu nie opuszcza mnie poczucie, że ten koleś coś ściemnia. Ta jego las­ka, ta blondi z nogami do nieba, to chyba musi mieć do niego świętą cierpliwość. Chociaż oboje są siebie warci. Ja na jej miejscu z takim frajerem to bym nie wytrzymał.

Od początku widać było, że obaj mężczyźni nie przepadają za sobą, choć żaden z nich nie wykonał nawet jednego gestu, by dało się racjonalnie uzasadnić tę niechęć. Po prostu nie zagrała między nimi chemia.

– Przestań – odparła Lola. – On miał rację. Ręka napiernicza mnie jak jasny gwint, więc jestem na silnych prochach. Mogłabym nie dojechać. A tak przy okazji, Sandra wcale nie jest jego dziewczyną.

– Nie? A niby kim? – zdziwił się Andrzej. – Zachowuje się przy nim więcej niż swobodnie.

– To jego siostra bliźniaczka.

– No popatrz, a taka niepodobna. I nazwisko inne. – Skonsternowany, nerwowo podrapał się po głowie.

– Nic dziwnego. To dwujajowe bliźniaki. A że nazwisko inne? Cóż, to po mężu.

– To ona ma męża? O matuś, na jego miejscu z chałupy bym takiej ladacznej baby nie wypuszczał.

– Daj spokój – powtórzyła Lola. – To po byłym mężu. – Usadowiła się wygodnie na przednim siedzeniu. Pogrzebała przez chwilę w telefonie i wybrała numer. Bez odzewu. Wybrała kolejny. – Mama w domu? – zapytała Edka, nie doczekawszy rozmowy z własną rodzicielką.

– Chyba nie. Widziałem rano, jak wyjeżdżali gdzieś z Kaziem.

– Pewnie do kolejnego lekarza od oparzeń. Mama kompletnie zwariowała na punkcie tego kolesia – mruknęła dziewczyna, daleka od entuzjazmu.

– Wyluzuj, to fajny gość. Gadałem z nim kilka razy. Da się lubić. A jakie ciacha robi. – Andrzej rozmarzył się na wspomnienie mistrzowskich wypieków.

– No, mam nadzieję. – Lola zignorowała uwagę o słodkościach. – Bo jeśli wytnie mamie jakiś numer, to osobiście go ze skóry obedrę.

– Nie sądzę, żebyś musiała. Ciocia Aniela to mąd­ra kobieta. Byle cukiernik jej w głowie nie namąci.

– Oj, oj, nie takie mądre jak moja mama głupiały z miłości. Wiesz, miłość jest ślepa, a wtedy zawsze jest źródłem kłopotów. To przez nią wybuchały wojny, przez nią popełniano samobójstwa, w jej imię dopuszczano się przestępstw. Miłość od wieków wszystko usprawiedliwia. Jednych uskrzydla, drugich dołuje. Jednym daje paliwo do działania, a drugim odbiera. Cholerstwo jakich mało.

– No to teraz już cię poniosło po całości – podsumował Andrzej ze śmiechem.

Płynnie wyprzedził rolniczy ciągnik z gnojówką. Lola szybko zasunęła szybę i zatkała nos.

– Nie ma sprawiedliwości na tym świecie – westchnęła. – Tata zawsze powtarzał to mnie i Edkowi.

– I miał rację. Sam też się parę razy załapałem na te jego kazania o życiu – odparł Andrzej i zmienił temat. – Wpadamy po drodze do Nowego Targu po Mańkę?

– Jasne. I tak siedzi u Tadeusza dzień dłużej, niż było planowane. Niby z niej mały aniołek, ale czasem potrafi tak dać w kość, że mam ochotę ją udusić. Mam nadzieję, że nie sprawiła wielkiego kłopotu.

– A jeśli nawet, to co? Nie wszystko w życiu da się przewidzieć. A co z Tadeusza byłby za ojciec, gdyby przerażał go dodatkowy dzień z własnym dzieckiem?

– Racja, przyjacielu – przytaknęła Lola. – Ech, jak to dobrze posłuchać czasem kogoś mądrego. – Uśmiechnęła się i zdrową ręką pogłaskała Andrzeja po ramieniu.

Mania na widok matki z piskiem rzuciła się w jej kierunku. Wpadłaby na Lolę z impetem, gdyby Andrzej nie przechwycił jej w ostatniej chwili.

– Uważaj, mała! – ostrzegł. – Twoja mama jest ranna i teraz trzeba z nią delikatnie.

Uradowana dziewczynka wymusiła na nim, by wziął ją na barana, i z wysokości zdała obojgu szczegółową relację z pobytu u taty i nowej cioci. U sąsiadów Tadeusza właśnie oszczeniła się suka i Marianna, zachwycona psiakami, wcale nie miała ochoty wyjeżdżać. Paplała nieustannie, nie pozwalając dorosłym dojść do słowa. I oczywiście planowała adopcję całego psiego miotu. Albo przynajmniej połowy.

– Pomyśleliśmy z Zosią, że przygarniemy dwa pieski – mruknął dyskretnie Tadeusz. – Sądząc po matce, chyba nie urosną zbyt duże.

– Super! Mała będzie wniebowzięta – odparła Lola, zadowolona, że odpadnie jej długa dyskusja na temat zwierzaka w Szarotce.

Na przeszkodzie przygarnięcia czworonożnego domownika stała bowiem silna alergia Nastki na psią sierść. Tymczasem pomysł Tadeusza godził ogień z wodą wprost idealnie. Zwierzak na pół etatu powinien Mani wystarczyć w zupełności. A już dwa stanowiły podwójną dawką szczęścia.

– Kiedy chcecie je wziąć? – zapytała.

– Spokojnie, dopiero co się urodziły. Niech podrosną. Aha, i na razie nic małej nie mów. Przyjedzie kiedyś do nas, to będzie miała niespodziankę. Co ty na to? – Zosia podała torbę z rzeczami Marianny.

– A może sama chciałaby je wybrać? – zasugerowała Lola.

– Bez obaw. – Zosia puściła oko. – Wcześniej wybadam grunt. Podpytam ją, zrobię plebiscyt na imię. Zobaczysz, będzie ekstra. Sama nie mogę się doczekać – roześmiała się serdecznie.

A przy pożegnaniu wyściskała Manię tak, jakby znały się od bardzo, bardzo dawna.

Ten widok sprawił, że Lola poczuła ukłucie zazdrości. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić siebie samej tulącej dziecko innej kobiety w tak niewymuszony sposób. A do tego cały ten obrazek przedstawiający rodzinną sielankę. Słowem, poczuła się w układzie tych trojga jak intruz. Są jak szczęśliwa pełna rodzina, pomyślała ze smutkiem.

Żeby dłużej nie patrzeć na wpatrzoną w Tadeusza jak w obraz rozpromienioną Zosię, z ulgą odwróciła wzrok od machającej im na pożegnanie pary.

Andrzej jakby czytał w jej myślach. Wydawało się wprawdzie, że skupia całą uwagę na prowadzeniu i paplaninie rozemocjonowanej Marianny, gadającej bez opamiętania, tymczasem bacznie spojrzał na Lolę i bezgłośnie zapytał, czy wszystko gra. A ona na migi wyłgała się bólem ręki.

Nawet gdyby jechali teraz sami, i tak nie chciałoby się jej rozkładać własnych uczuć na czynniki pierwsze. Dotychczas, odkąd na świecie pojawiła się Mania, Lola wpasowała życie ich obu w ściśle wyznaczone ramy. Nakreśliła zakres obowiązków. Ustaliła, co ma robić i co ma czuć, by codzienność toczyła się bez zaskoczeń. Przez pięć lat trzymała na wodzy swoje fantazje i pragnienia. W starannie zaplanowanej bezpiecznej egzystencji nie było miejsca na niewielkie choćby szaleństwo. A jeśli nawet jakimś cudem następowała chwila słabości, Lola natychmiast przywoływała się do porządku i powracała na prostą, równo udeptaną ścieżkę.

Po raz kolejny przyznała rację Anieli, która twierdziła, że jej córka w imię nie wiadomo czego zachowuje się jak robot zaprogramowany do wyznaczonych czynności. Fakt. Mimo że Lola miała wszystko, o czym marzy większość młodych kobiet, funkcjonowała mechanicznie, wiodąc żywot średniowiecznej pokutnicy. W istocie nie była klasyczną pięknością, ale z pewnością jej oryginalny typ urody i zgrabna sylwetka zwracały uwagę. Do tego bystry umysł, solidność wyssana z mlekiem matki, ambicja, przyzwoitość i poczucie humoru stanowiły atrakcyjne zestawienie dla każdego, kto szukał interesującej znajomości.

 

Tyle że niejeden amator, skuszony efektownym stylem i prezencją, lecz zniechęcony postawą, po chwili dawał sobie spokój z dalszą znajomością i uciekał gdzie pieprz rośnie. Cóż, Lola aż do przesady pilnowała się, by przypadkiem nie emitować jakichkolwiek wabików, i wolała na wszelki wypadek od razu ucinać znajomość z każdym, kto jej zdaniem mógł stworzyć dla kontrolowanej rzeczywistości zagrożenie. Jedynie przy Andrzeju i poznanym niedawno na uczelni Piotrze czuła się jako tako bezpiecznie i pozwalała sobie na bycie prawdziwą i fajną Leokadią Stachowiak.

Sprawy toczyły się utartymi koleinami, dopóki w jej życie ponownie nie wkroczył Tadeusz i z takim trudem zbudowany mur nagle zaczął się kruszyć. Ożyły wspomnienia, krew w żyłach popłynęła dwa razy szybciej, a reprymenda z ust nieprzebierającej w słowach Anieli tylko dolała oliwy do ognia. Choć od przemowy minęło już trochę czasu, słowa wciąż uporczywie brzmiały echem pod czaszką dziewczyny.

– Tak! – grzmiała wtedy matka. – Szczęście nikomu z nieba nie spada! Trzeba je sobie stworzyć, ulepić. Poszukać go. A ty jesteś ślepa jak kret. Nie zauważyłabyś go nawet, gdybyś się o nie potknęła!

Wstrząśnięta Lola nie bardzo wiedziała, jak sobie poradzić. Zdążyła już zapomnieć, co oznacza być naprawdę szczęśliwą. Dopiero Tadeusz i jego nowa wybranka przypadkiem sprawili, że z jej oczu opadły łuski.

Fakt, bałam się ryzykować, stwierdziła samokrytycznie. Ale co w takim razie można powiedzieć o Tadeuszu? I to w sytuacji, gdy rak nie dawał mu stu procent szans na długie życie. W jednej chwili podjął ryzyko. Bezpowrotnie porzucił kapłaństwo i oddał swój los w ręce Zosi. Kupił dom, dogadał się ze mną, zawalczył o Manię. Położył wszystko na jedną szalę i bez jakiejkolwiek pewności, że mu się uda, tymi kilkoma prostymi ruchami uczynił siebie szczęśliwym człowiekiem.

Po rozmowie z Anielą Lola przepłakała prawie całą noc. Rano czuła się i wyglądała, jakby wróciła ze szkoły przetrwania w ciężkim terenie, ale za to wyraźnie poczuła, że oto właśnie rodzi się nowa jakość. Ciężki pancerz obronny odpadł z hukiem.

Dziwnie lekka podeszła do okna i wychyliła się na zewnątrz. Nie do końca jeszcze wiedziała, co dokładnie powinna zrobić, ale już przeczuwała, że będzie dobrze. Z uśmiechem zagapiła się na linię górskich szczytów, jakby zobaczyła je po raz pierwszy.

– Boże, jak tu jest pięknie – westchnęła.