Trudne wyboryTekst

Z serii: Kobiety z odzysku #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudne wybory
Trudne wybory
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,30  52,24 
Trudne wybory
Audio
Trudne wybory
Audiobook
Czyta Magda Karel
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Gośka w końcu odrzuciła kołdrę i rozsunęła zasłonę w sypialni; na zewnątrz było jasno jak w dzień. Widząc pod drzwiami smugę światła, poczłapała do kuchni.

Marcin siedział przy kuchennym stole i zawzięcie stukał w klawisze laptopa.

– Czemu nie śpisz? – zapytała.

– Muszę dokończyć pilną robotę. Ty też nie możesz spać?

– No, klasyka. To wszystko przez tę pełnię. Łysy za oknem świeci jak głupi, a ja co chwila sprawdzam, czy mi uszy nie urosły.

– Usiądź, jest jeszcze wcześnie. Może chcesz trochę wina? – zaproponował i sięgnął do półki z butelkami.

– A coś ty taki miły? Czyżby to wpływ dzisiejszej propozycji Jacka? A może przez tę pełnię? – Gośka łypnęła podejrzliwie.

– A skądże! Jak chcesz, jutro wcześniej wrócę do domu i po południu zajmę się Martynką.

– Ale dobrze się czujesz, prawda? Wszystko okej? – Na wszelki wypadek postanowiła się upewnić.

– Jasne. – Marcin od niechcenia wzruszył ramionami.

Gośka, niemal przekonana, że coś jest na rzeczy, chętnie przyjęła deklarację zajęcia się małą.

– Martynka już usnęła? Byłeś sprawdzić, co u niej?

– Tak. Śpi jak suseł i sapie jak mały parowóz. Patentowany śpioch. Cudowne dziecko. – Marcin przeciągnął się na krześle i sięgnął po żonę, żeby ją pocałować. – Mam nadzieję, że jej rodzeństwo będzie kiedyś równie udane. Zresztą kto to wie? – mruknął pod nosem.

Wyczulona na temat Gośka wyprężyła się natychmiast.

– Co ty masz na myśli? – zapytała nieco bardziej agresywnie, niż zamierzała.

– Nic takiego. Po prostu myślałem…

– Że niby co myślałeś? – Wstała i wzięła się pod boki, próbując złowić spojrzenie Marcina, który skutecznie unikał patrzenia jej w oczy. – Marcin? Mówię do ciebie!

Zła odstąpiła dwa kroki i stanęła naprzeciwko.

– No dobrze, powiem ci wszystko – zdecydował. – Chcesz może jednak trochę tego wina?

– Przecież jest Martynka.

– Dziecko śpi. A poza tym nie proponuję ci zalania się w trupa, tylko lampkę albo dwie. Odrobina wina to nie grzech.

Gośka poczuła dobrze sobie znany skurcz w dołku. Jej mąż nigdy nie umiał kłamać, a teraz najwyraźniej próbował coś ukryć. Albo coś wyznać. Naraz poczuła, że się poci.

– Marcin, co ty chcesz mi powiedzieć?

– Usiądź – odparł.

Tembr głosu wystarczył, żeby nie musiał powtarzać dwa razy. Kolana Gośki same zaczęły mięknąć, więc bez dyskusji usiadła za stołem.

– Marcin?

– Cicho bądź. Nie utrudniaj mi sprawy.

Gośka pobladła i na wszelki wypadek sama nalała sobie wina.

– Chyba będziemy mieć drugie dziecko – wypalił.

– Co takiego?!

Kieliszek z czerwonym trunkiem z brzękiem wylądował na blacie. Marcin od razu rzucił się z odsieczą i w sekundę zorganizował papierowe ręczniki.

– Nie denerwuj się, kochanie – powiedział i sprawnie opanował plamę, zanim wino pociekło na podłogę.

– A jak się mam niby nie denerwować?! – Gośka na dobre straciła cierpliwość. – Gadaj mi tu zaraz! Sorry, ale teraz przesadziłeś. Sam sobie wychowuj swoje bachory i mnie do tego nie mieszaj. No i spodziewaj się na dniach rozwodowego wniosku!

– Czego? Oszalałaś?! – Marcin zdębiał.

– Czyżbyś miał mnie za świętą? Daleko mi do takiej. – Gośka zerwała się z miejsca. – No dobra, co to za jedna?!

– Ależ kochanie, to wszystko nie jest tak, jak myślisz. – Marcin spróbował uspokoić rozjuszoną żonę.

– A niby jak? – Spojrzała hardo, dziękując w duchu Felicji za wcześniejsze drinki.

– Dziś zadzwonili do mnie z ośrodka adopcyjnego. Grażynka, matka Martynki, znów jest w ciąży. Postanowiła zrobić adopcję ze wskazaniem, a że ponoć rodzeństwa się nie rozdziela, wskazała nas.

Gośka, jak trafiona obuchem, automatycznie uzupełniła zawartość kieliszka i opróżniła go jednym haustem.

– Ale z kim ona jest w tej ciąży? Znowu z twoim bratem? Bo zakładam, że chyba raczej nie z tobą.

Na widok miny Marcina poczuła ulgę. Ze słabym uśmiechem pogłaskała męża po zarośniętym policzku.

– Nie mam pojęcia z kim. Zresztą ona sama chyba też tego nie wie. Rodzi jakoś z końcem października.

– O Boże. – Wstrząśnięta Gośka po raz kolejny podstawiła kieliszek i bezradnie zwiesiła ramiona. – Nalej mi jeszcze.

– Nie za dużo tego wina? Przecież jest Martynka…

– No i dobrze. Śpi, a ja muszę się napić. Na moim miejscu też byś się pewnie napił.

– No tak. – Marcin się uśmiechnął.

– Mam słabą głowę, więc spodziewaj się dziś w nocy różnych atrakcji – ostrzegła i patrząc mężowi pros­to w oczy, wychyliła za jednym zamachem trzecią lampkę.

– No właśnie się spodziewam – westchnął Marcin, zadowolony, że udało mu się wyjaśnić sprawę, zanim jego kobieta spakowała mu walizki i wystawiła za drzwi.

Rzeczywistość w najbliższych godzinach miała przebieg zgodny z oczekiwaniami: przez pół nocy biegał z miednicą pomiędzy sypialnią i łazienką. Zapobiegliwie, zanim jeszcze zapanował nad sytuacją i poszedł spać, na wszelki wypadek wysłał wiadomość do Kaśki i uprzedził, że nazajutrz jego żona nie pojawi się w pracy o czasie. Znał życie i wiedział, że Gośka będzie zdychać do południa, przysięgając na wszystkie świętości, że był to ostatni alkohol w jej życiu.

Chociaż nie było co się jej dziwić. Sam również był zaskoczony propozycją i też chciał w spokoju się nad nią zastanowić. Do rozwiązania pozostawało jeszcze sporo czasu, wystarczająco, by oboje z Gośką przemyśleli, czy za kilka miesięcy ponownie pragną zostać rodzicami. Według prostej męskiej logiki to wcale nie było tragiczne rozwiązanie – Gośka mogłaby nareszcie na jakiś czas odsunąć od siebie złe myśli i autopresję w temacie kolejnego dziecka, a Martynka chowałaby się z niewiele młodszym biologicznym rodzeństwem. Marcinowi układ wydawał się idealny, ale przecież decyzja musiała być wspólna. Wymagała udziału Gośki, która jednak, właśnie zaliczała pijacką pokutę za grzechy przynajmniej połowy ludzkości.

*

Rano obudziła się z dziwnym chlupotaniem w głowie. Nie wiedziała, gdzie jest, i dobrą chwilę potrwało, zanim zorientowała się, że leży we własnym łóżku i że właśnie minęła dziesiąta. Normalnie poderwałaby się z krzykiem, ale tym razem pomalutku spuściła nogi na podłogę, a następnie z jękiem podniosła głowę z poduszki.

Nic z tego. Gdy szła z zamkniętymi oczami przez przedpokój, trzymając się ściany, przejął ją mąż.

– Żyjesz?

– Chyba tak. Ale co to za życie? – jęknęła. – To nie życie, to kara za grzechy!

– To minie, spokojnie. Zdarza się nawet w najlepszej rodzinie. – Marcin ostrożnie usadził ją w jadalni.

Po drugiej stronie stołu siedziała uśmiechnięta pełną buzią Martynka i z zapałem grzebała łyżką w miseczce z grysikiem. Gośkę zemdliło na widok szarej papki.

– Pij! – usłyszała.

Przed jej nosem wylądowała właśnie jakaś mętna, musująca i podejrzanie wyglądająca mikstura. Z niechęcią umoczyła w niej usta i od razu odsunęła szklankę.

– Powiedziałem, żebyś to wypiła. – Marcin nie zamierzał ustąpić.

– Ale co to jest? Cuchnie jak zgniłe flaki.

– Nie interesuj się. To arabski specyfik na kaca. Za godzinę będziesz jak nowa.

– Przecież oni nie piją – żachnęła się słabo Gośka.

– Ależ piją. Głównie po zmroku, jak już Allah nie widzi, więc tym bardziej nie chcą, żeby rano zobaczył, że któryś ma kaca. Zaufaj mi, proszę, i wypij to. Już zapomniałaś, jak wyleczyłem ciebie i dziewczyny z faraońskiej biegunki?

– Dobra – stęknęła i zatkawszy sobie nos, za jednym przechyleniem połknęła całą zawartość szklanki. – Jedno z dwojga. Albo po tym zdechnę, albo będę zdrowa.

– Obstawiam to drugie. Raczej sobie nie wyobrażam samotnego wychowywania dwójki dzieci – oświadczył Marcin. – A może nawet i trójki.

Tajemniczy specyfik zadziałał zgodnie z jego zapewnieniami, bo jeszcze przed południem Gośka poczuła niespodziewany przypływ sił witalnych. I gdyby nie to, że dobrze pamiętała, jak fatalnie czuła się jeszcze przed chwilą, śmiało wsiadłaby w samochód i pojechała do pracy. Rozsądek jednak zwyciężył i wezwała taksówkę.

W ostatnim czasie w firmie kręciło się świetnie i równie dobrze mogłaby pozostać w domu, ale niedawno Kaśka dość tajemniczym tonem wyraziła chęć pogadania na osobności, nie chcąc jednocześnie wyjawić przyczyny. Gośka obawiała się najgorszego, czyli rezygnacji wspólniczki, co wiązałoby się z koniecznością spłacenia jej udziałów. Wprawdzie chwilowo nie było powodów, by narzekać na firmowe finanse, ale ich kondycja tudzież zainwestowany kapitał i tak nie pozwalałyby na szybki i bezbolesny podział biznesu. A już tym bardziej na całkowitą spłatę wspólniczki.

– Cześć. – Względnie raźnym krokiem przekroczyła próg kwiaciarni i rozejrzała się dokoła. Wszystko wyglądało idealnie. Nic nie zwiastowało ewentualnych komplikacji. – A gdzie jest Andrzej?

– No właśnie. Chodź do biura. Marcin mówił, że z tobą nie najlepiej, ale chyba przesadził. Wyglądasz jak nowa.

– Wiesz, jacy są faceci. Zawsze przesadzają. Jest Andrzej? – Gośka ponowiła pytanie, ale zanim usiadły w biurze, jej nadworny kwiaciarz właśnie wyłonił się zza kotary oddzielającej jego miejsce pracy, w którym tworzył słynne na całą Polskę florystyczne cuda.

– Tu jestem, szefowo.

Zarośnięty prawie po oczy brodacz gitarzysta, który z powodzeniem mógłby uzupełnić szeregi zespołu ZZ Top, właśnie trzymał w rękach unikatowy i warty majątek rzadki okaz liliowej orchidei. Rubasznie zarechotał na widok Gośki i spontanicznie rzucił się do uścisków.

– Uważaj, gamoniu – napomniała go z uśmiechem. – Bo jeśli zniszczysz to zielsko, to się nie wypłacisz.

Andrzej, mimo że obdarzony nadprzyrodzonym wręcz talentem do tworzenia kwiatowych kompozycji, nie do końca zdawał sobie sprawę z ceny surowca, z którego na co dzień przychodziło mu korzystać. Po prostu mówił, czego mu potrzeba, a obie szefowe bez szemrania spełniały wszystkie życzenia. Dzięki jego fenomenalnym kompozycjom firma w ciągu kilku miesięcy przedarła się do krajowej czołówki; ostatnio nawet obsługiwała regularnie urząd marszałkowski oraz dostarczała kwiaty bezpośrednio do willi prezydenta miasta. Bez bukietu sygnowanego przez Andrzeja nie mogła się obejść żadna szanująca się panna młoda. I choć żadna z nich do końca dokładnie nie wiedziała, co otrzyma, nigdy nikt się nie poskarżył, że coś jest nie tak.

 

Jak przy każdej odmianie snobizmu, tutaj też najważniejsza była metka Basisty, ale że raczej nie wypadało iść do ślubu z dyndającym u bukietu kartonikiem, każda z klientek gorliwie fotografowała swój kosmicznie drogi bukiet i zamieszczała zdjęcia we wszystkich możliwych mediach społecznościowych. W postępie geometrycznym internet zaroił się od Andrzejowych wiązanek. Florysta stał się popularny do tego stopnia, że po niedługim czasie trzeba było rozejrzeć się za świadczącą odpowiednie usługi pocztą kurierską. Zamówienia spływały z całej Polski. Nie dawało się ukryć, że w branży Andrzej był prawdziwą gwiazdą, a fakt, że dzieła wcale nie wychodzą spod dłoni delikatnej kwiaciarki, lecz są dziełem łapsk faceta, który wygląda jak jaskiniowiec i co weekend szarpie druty w heavymetalowej kapeli, jeszcze bardziej wpływał na wyobraźnię klientów.

– No co tam? Mówże wreszcie. – Gośka nalała sobie kawy i machinalnie odpaliła komputer.

– Żenię się, szefowo – palnął Andrzej bez wstępów.

– Ty?! – Zakrztusiła się kawą.

– No ja. – Spuścił głowę z głupawym uśmiechem. – Nie żebym bardzo chciał, ale raczej muszę. I to względnie szybko.

– Nie rozumiem. To mamy ci gratulować czy współczuć? – zdziwiła się Kaśka.

– Sam nie wiem, ale trzeba się spieszyć. Ślub już w połowie czerwca. Nieduże wesele w jakimś lokalu. Nie mamy czasu czekać dwa lata albo że kiedyś tam jakaś sala się zwolni.

– No wiesz, takiemu pracownikowi nasza firma wyprawi imprezę po kosztach. Nic się nie martw. – Gośka odetchnęła z ulgą, że tylko o to chodzi.

– Nie w tym rzecz. – Brodacz się zasępił. – Będę musiał zwolnić się z pracy.

– Ale dlaczego? – zapytały jednocześnie obie kobiety.

– Bo się wyprowadzam. Anetka jest z Pomorza i tam zamieszkamy po ślubie.

Gośka ciężko opadła na fotel.

– No to pięknie – sapnęła.

Wiadomość, że za kilka tygodni stracą Andrzeja, była jak grom z jasnego nieba. Wszystkiego mogła się spodziewać, ale nie tego. Choć w sumie dlaczego nie?, zreflektowała się po chwili. Andrzej przy swoim wrażliwym usposobieniu może się podobać. O ile, oczywiście, jakaś kobieta dysponuje wystarczająco dużą dozą wyobraźni, by dostrzec, co kryje się pod wytartą kamizelką z napisem „Metallica”, bujną czupryną i jeszcze bujniejszym zarostem męskiego samca rodem z epoki kamienia łupanego.

– Masz już jakąś pracę, tam, na miejscu? – zapytała Kaśka doskonale świadoma, że na wieść o tym, że jest bez pracy, do Andrzeja ustawi się długa kolejka chętnych pracodawców.

– Mam. Rodzice Anitki mają wielkie gospodarstwo. Hodują krowy mleczne, więc teraz, dla odmiany, będę bydląt doglądać.

Dziewczyny wymieniły spojrzenia.

– A twój zespół? – zainteresowała się Gośka.

– Z zespołu też muszę odejść. Dojazdy po trzysta kilometrów na próby to bezsens. Poza tym nie będę mieć czasu. Wydoić kilka razy dziennie dwieście krów to nie w kij dmuchał. – Andrzej się zasępił. – Wyjeżdżam za trzy tygodnie, więc dajcie mi wszystkie zlecenia. Szybko ogarnę zamówienia, żeby nie było obsuwy.

– Dobrze. Dzięki, że nas uprzedziłeś.

– Sam dowiedziałem się w zeszłym tygodniu. Ale nie martwcie się. Młoda mi pomoże. Porządnie ją przeszkoliłem, więc Sabinka spoko się nada – zapewnił i znikł na zapleczu, by pogonić swoją pomocnicę do pracy.

– Że też, do jasnej cholery, nie może być dobrze zbyt długo. – Kaśka zdenerwowała się nie na żarty. – I co teraz?

– Nie mam pojęcia.

W przeciwieństwie do stanu ciała, umysł Gośki jeszcze nie funkcjonował jak trzeba i wymagał nieco czasu. Na razie lekkim zamuleniem musiał odpokutować wcześniejsze przewinienia. Widać egipska mikstura, którą zaserwował Marcin, działała jedynie na fizyczność.

– Ja tam go przy tych krowach nie widzę – oświadczyła z mocą Kaśka.

– Ja też nie. Ale się, biedaczysko, wpakował. Żeby tak z dnia na dzień z kwiaciarni trafić wprost do obory?

– Jak nie uważał, to jego strata. – Kaśka wzruszyła ramionami.

– No, nasza też – dodała natychmiast Gośka. – Przez chwilę możemy jeszcze sygnować bukiety i udawać, że to on je robi, ale zaraz sprawa się rypnie i po ptakach. Mówię ci, na dłuższą metę nic dobrego z tego nie wyniknie.

– Niestety, ale chyba masz rację. On sam też nie wygląda na zachwyconego.

– Każdy ma, jak chce. Cholera! Jak mi się trafi następny taki artysta, to mu w kontrakcie obstaluję pas cnoty! Firma to nie przelewki. Ile mamy wesel na tapecie? Dwadzieścia?

– Osiemnaście – uściśliła Kaśka. – Ale spokojnie, ogarniemy i to. Tylko pilnie musimy się rozejrzeć za kimś, kto zastąpi Andrzeja.

– Nikt go nie zastąpi – odparła smutno Gośka. – Andrzej jest tylko jeden.

– Wiem, ale tak czy siak ogłaszam nabór. No i wypadałoby poszukać jakiejś nowej lokalizacji, albo i dwóch. Moim zdaniem trzy punkty w mieście, ulokowane w strategicznych miejscach, byłyby w porządku.

– No to działamy.

– Działamy i siedzimy cicho. Tak jakby nic się nie zmieniło.

Rozdział 6

Mimo protestów gospodyni Zuzka nie zamierzała spędzić w Egipcie ani jednego dnia dłużej. Wzburzona wbiegła do gościnnej komnaty i zaczęła wyjmować rzeczy z szafy, jednocześnie bezskutecznie próbując się dodzwonić do dyspozytora lotów na prywatnym lotnisku. Ale gdy już się jej to udało, okazało się, że w najbliższych dniach nie ma co marzyć o powrocie do Polski. Jeśli wierzyć zapewnieniom, oprócz głównego samolotu, z którego korzystał Ahmed, wszystkie mniejsze właśnie zostały uziemione. Zuzka, nauczona doświadczeniem, od razu zwietrzyła kolejny podstęp Nesajem, ale ponieważ nic nie mogła poradzić na jej wyrachowaną taktykę, ze złością sięgnęła po laptopa. Poczucie bezsilności było czymś, czego szczerze nienawidziła, lecz teraz dobrze wiedziała, że nie wygra, choćby nie wiadomo jak się starała. Nesajem była równie uparta jak ona, tyle że miała ogromną władzę i umiejętnie pociągała za wszystkie sznurki. Gdyby tylko zechciała, mogła zaszkodzić komu trzeba. A Zuzka miała dość stresów. Chciała po prostu wrócić do domu, a przeklęta Nesajem właśnie robiła wszystko, żeby jej to utrudnić.

– Jak mi ta szmata odłączyła jeszcze internet na dokładkę, to ją uduszę gołymi rękami! – powiedziała do siebie i zniecierpliwiona klepnęła dłonią w klawiaturę, jakby system operacyjny miał przez to załadować się szybciej.

Jak na złość komputer właśnie się zawiesił.

Nie zwracając uwagi na zalecenia informatyka, Zuza wyłączyła urządzenie na krótko, odczekała chwilę i ponowiła próbę. Tym razem się udało i bez przeszkód znalazła wyszukiwarkę lotów. Po półgodzinie miała, czego chciała. Wprawdzie trafił się jej lot rejsowy z dwiema przesiadkami, jednak była tak zdeterminowana, by jak najpilniej opuścić nieprzyjazne mury pałacu, że było jej wszystko jedno. Teraz wypadało jedynie zaczekać do następnego poranka i zorganizować sobie jakiś transport do Hurghady.

– Jutro wyjeżdżam – rzuciła mimochodem przy kolacji. – Mam nadzieję, że ktoś będzie miał chwilę, żeby rano podrzucić mnie na lotnisko?

Nesajem drgnęła, niemile zaskoczona, a Zuzka natychmiast wyłapała słabo zatuszowane niezadowolenie, które przemknęło przez jej twarz.

– Ale jak to? Przecież samoloty…

– Och, proszę cię, nie kłopocz się, moja droga. Wiem, że wasze samoloty czekają na przegląd, więc polecę normalnym rejsowym. To żaden kłopot dla takiej plebejuszki jak ja.

– Jak to?

– Już i tak wystarczająco nadużyłam twojej osławionej arabskiej gościnności, by jeszcze naciągać cię na darmowe przeloty. Bez obaw, stać mnie na bilet. Jedyne, czego mi trzeba, to transport na lotnisko. Więc jeśli aktualnie wszystkie wasze samochody nie czekają na dopuszczenie do ruchu, z chęcią skorzystam z podwózki.

– Nie czekają – mruknęła urażona gospodyni, ale po mistrzowsku przełknęła zaserwowaną jej żabę.

– To dobrze. W razie czego mogłabym po prostu wezwać taksówkę, ale jak by to wyglądało, gdyby poszło w świat, że twoi goście sami muszą organizować sobie środki lokomocji?

– Ależ moja droga, nie ma o czym mówić. – Nesajem ożywiła się niespodziewanie i uderzyła w szczebiotliwy ton. – To oczywiste, że ktoś cię odwiezie. Wieczorem sprawdzę jeszcze, jak wygląda sprawa wolnego samolotu. Może jutro choć jeden będzie się już nadawać do latania.

Tym razem to Zuzka wyniośle skinęła głową, zadowolona, że jej strzał był celny. Niemniej postanowiła, że nawet jeśli rano cudownym zbiegiem okoliczności okaże się, że jednak jest wolny samolot, i tak wróci do Polski, jak postanowiła. Uciążliwe przesiadki były niczym wobec możliwości utarcia nosa tej najbardziej wyrachowanej kobiecie, jaką kiedykolwiek przyszło jej poznać. Już słyszała głos oburzonego Ahmeda w chwili, gdy się o tym dowie.

Zuza z trudem stłumiła pełen satysfakcji uśmiech, uprzejmie podziękowała, wstała od stołu i poszła się spakować. Ostatnimi czasy zwykle zostawiała w pałacu część swoich rzeczy, ale tym razem miała silne przeczucie, że nieprędko ponownie zawita doń ponownie. Zebrała praktycznie wszystko i zdumiała się szczerze, bo nie miała pojęcia, ile zgromadziło się tutaj jej osobistych drobiazgów. Usiadła na walizce i usiłowała ją dopiąć.

– Suwaki postrzelać – uznała trafnie przyglądająca się całej akcji Maisa i z chytrym uśmieszkiem wyciągnęła spod tuniki dwie znajome zielone butelki. – Chcieć heineken?

– No pewnie, że chcieć! – Spocona Zuzka ochoczo sięgnęła po schłodzoną butelkę. I zapytała przytomnie: – A ty też chcieć? No to brać i pić. Nie wiadomo, kiedy znów tu przyjadę, więc masz teraz, dziewczyno, jedyną okazję.

– To ja przynieść więcej. – Maisa, skądinąd słusznie, stwierdziła, że na taką okoliczność dwie niewielkie butelki to za mało.

– No i co się tak spieszysz? Ogrzeje się i co? Ciep­łe piwo jest gorsze niż zimny rosół. Lepiej skocz jeszcze po jakąś torbę, bo się nie zabiorę. Już prawie kończę.

Na szczęście Maisa wiedziała, gdzie są pochowane podróżne akcesoria. Skinęła głową, pociągnęła z butelki długi łyk i bezszelestnie znikła za drzwiami komnaty. Zuzka odprowadziła ją rozbawionym wzrokiem i przystąpiła do przeglądu toaletki.

Nierozpakowane kosmetyki postanowiła zostawić i wzięła tylko to, czego używała i co po jej wyjeździe zapewne wylądowałoby w koszu. Nie miała zamiaru zachowywać się jak turystka kradnąca hotelowe ręczniki.

Co prawda Maisę trochę to zdziwiło, bo twierdziła, że goście zwykle zabierają wszystko, ale Zuzka wybrnęła z sytuacji i sprezentowała jej większość pozostawionych drobiazgów. Zachwycona służąca nie mogła się nacieszyć; obiecała zanieść je do domu i zapewniła, że jej matka będzie z tego powodu przeszczęśliwa. Zuzka szczerze polubiła tę miłą i bystrą dziewczynę. Wcale jej nie zdziwiło, gdy dowiedziała się, że Maisa marzy o samodzielności i wyższym wykształceniu.

– Gdybyś kiedyś chciała studiować w Polsce, od razu dawaj mi znać – powiedziała.

– Ja bać się mówić o tym.

– A niby dlaczego? Marzenia trzeba spełniać. Jakbyś potrzebowała pomocy, wiesz, gdzie mnie szukać. A na wszelki wypadek masz tu jeszcze moją wizytówkę.

Maisa chwyciła kartonik i z nabożną niemal czcią ukryła go w kieszeni.

– Dziękuję. Nigdy tu nie być taki gość jak ty.

– Och, przestań, bo zaraz się rozpłaczę! – fuknęła Zuzka, nieudolnie tuszując wzruszenie.

Na szczęście, jak zwykle o tej porze, przyniesiono z kuchni jej ulubioną herbatę z hibiskusa, więc odprawiła Maisę czym prędzej.

– Lepiej kładźmy się spać, bo jutro będzie problem z wstawaniem.

Zadowolona z chwili samotności otuliła się jed­wabnym turkusowym szlafrokiem i przysiadła na parapecie. Zapatrzyła się na pięknie podświetlony ogród. Zawsze lubiła ten widok i dobrze jej się w tym miejscu myślało, ale teraz poczuła otępienie i senność. Zrobiło się późno. W obawie, że wypadnie przez okno, przeniosła się do łóżka.

Usnęła, ledwie dotknąwszy głową poduszki. O dziwo, obudziła się świtem, na długo przed budzikiem, choć nigdy nie zdarzało się jej zrywać o tak wczesnej porze.

 

– Brr! – Zadygotała.

Do dreszczy typowych dla niewyspania doszło jeszcze tępe pobolewanie pod czaszką. Trąc oko, Zuza wygrzebała z kosmetyczki tabletki przeciwbólowe.

Wieczorem przygotowała sobie wygodne ubranie. Pomna dawnych przygód wiedziała, że na podróż samolotem należy wybrać komfortowy strój, bo człowiek nigdy do końca nie wie, w jakim miejscu na ziemi wyląduje i gdzie przyjdzie mu się zatrzymać. Wszystkie buty na wysokim obcasie trafiły na dno walizki, a ich właścicielka uznała, że pstrokate trampki na platformie będą w sam raz. Założyła jasne legginsy, luźną tunikę, a do bagażu podręcznego spakowała rozpinaną bluzę i upewniła się, że ma w nim także dodatkową zmianę bielizny, dezodorant i przybory do mycia zębów. Do torebki wrzuciła jeszcze paczkę nawilżanych chusteczek i lekko wytuszowała końcówki rzęs. Wolała się nie malować, na wypadek gdyby udało się jej zdrzemnąć.

Zgodnie z jej przewidywaniem, cudownym zrządzeniem losu znalazł się wolny samolot z prywatnej floty, lecz z niego nie skorzystała. Wiedziała, że to wygląda na ostentację, ale miała to w nosie. Uniesiona ambicją odmówiła.

Miała jeszcze trochę czasu, więc poprosiła o kawę i jakiś prowiant na drogę. Kucharka naszykowała dla niej kilka pudełek wypełnionych smakowitą zawartością.

– Dziękuję. Jak ludzie w samolocie to zobaczą, pomyślą, że mam wykupioną opcję VIP – roześmiała się Zuzka i uściskała zadowoloną kobietę.

– Auto już czekać. – Maisa przejęła prowiant i pogoniła dwóch mężczyzn z obsługi garażu, by spakowali bagaże.

Zuzka nie miała zamiaru cackać się z gospodynią i zawracać sobie głowy oficjalnymi pożegnaniami. Uznała, że wszystko zostało już powiedziane, zatem zdziwiło ją, że Nesajem pofatygowała się aż na parking.

– Masz spory bagaż – zagaiła niezobowiązująco.

– Owszem, ale nie martw się. Nie ukradłam twoich cennych kilimów. – Zuzka, jak zwykle, palnęła, zanim pomyślała.

– Nawet nie przyszło mi to do głowy. Życzę ci dobrej podróży.

– Dziękuję.

Zuza usadowiła się w samochodzie i odsunęła szybę.

– Naprawdę nie chcesz skorzystać z naszego samolotu? – ponowiła pytanie Nesajem.

– To miłe z twojej strony, ale nie skorzystam. Czy to już wszystko?

– Szczęśliwej podróży – dodała melodyjnym głosem matka Ahmeda i powiedziała coś jeszcze do kierowcy.

– Czyżbyś znów zamierzała mnie porwać? Jeśli tak, to przynajmniej zatrzymajcie bagaże, żeby potem nie trzeba było ich szukać po lotniskach.

– Nie. Teraz już nie mam po co. Kazałam mu pomóc ci z tymi walizkami przy odprawie bagażowej.

– W porządku.

Zuzka bardzo chciała już zakończyć tę nieszczerą wymianę zdań. Nie przestawało jej dziwić, jakim cudem tak przyzwoity człowiek jak Muhammed wytrzymał tyle lat z taką szantrapą.

– Jedno muszę ci przyznać – dodała Nesajem. – Jesteś przebiegła i masz charakterek, nie ma co.

– Cóż, ostatnio miałam okazję uczyć się od mistrzyni – odpaliła Zuza i nie oglądając się na dobre maniery, zamknęła okno, tym samym ucinając rozmowę.

Podróży nie mogła zaliczyć do udanych. Już na samym początku, pomijając niedającą się odegnać obawę, że mimo swoich zapewnień Nesajem jednak wytnie jej jakiś paskudny numer, w samochodzie zepsuła się klimatyzacja i w drodze na lotnisko złapali gumę. Zanim kierowca uporał się z wymianą koła, Zuzka spłynęła potem. Gdyby nie to, że mężczyzna, sapiąc, dwoił się i troił, dałaby głowę, że to sprawka jej niedoszłej teściowej.

Mimo że do sezonu wakacyjnego było jeszcze daleko, przez lotnisko w Hurghadzie przelewały się tłumy.

Zuzka, pozbywszy się bagażu, odprawiła kierowcę. W ostatnich miesiącach odwykła od podróżowania samolotem tak, jak czynią to zwykli śmiertelnicy, więc teraz szybko musiała z powrotem nabrać pokory. Odstała swoje przy bramkach kontrolnych, a dotarłszy wreszcie do odpowiedniego wyjścia, znalazła sobie miejsce na podłodze. I właśnie z apetytem wtrząchnęła późne śniadanie, gdy zapowiedziano dwugodzinne opóźnienie.

Oczekiwanie na odlot dłużyło się jej w nieskończoność. Oddałaby królestwo za coś do czytania. Rozejrzała się dokoła, ale zewsząd dobiegała ją obca mowa. Zważywszy na jasną karnację i płowy kolor włosów większości pasażerów, obstawiła jako region ich pochodzenia Skandynawię, więc raczej nie mogła liczyć, że pożyczą jej coś, co dałoby się przeczytać w jakimś ludzkim języku. Z nudów dobrała się do kolejnej porcji jedzenia, aż wreszcie wylądowała na kompletnie zbędnych zakupach w perfumerii.

Dochodziło południe, a tu samolotu ani widu, ani słychu. W informacji obsługa zbyła Zuzę starym jak świat tłumaczeniem o chorym pilocie.

– Ale co ma do tego pilot, skoro nie ma samolotu? – wkurzyła się.

– No nie ma, bo pilot rozchorował się wcześniej.

– Że niby jak? Że niby w locie?

Na informatorów nie było mocnych; w kółko powtarzali ten sam tekst i nie byli w stanie podać żadnych konkretów. Zuzka nabrała dzięki temu pewności, że aż takiej mocy sprawczej Nesajem nie ma, i spokojnie poszła po coś do picia. Przezornie upatrzyła sobie miejsce na ewentualność snu, gdy z głośników rozległ się komunikat o zmianie rozkładu lotów. Poproszono pasażerów, by przeszli do innego wyjścia, skąd miał ich zabrać samolot do Kairu.

Wyglądało na to, że Zuzkę czekają nie dwie, a trzy przesiadki.

Była bliska płaczu, ale przynajmniej coś się działo. Z rozrzewnieniem wspomniała prywatny odrzutowiec Muhammeda, lecz było już za późno. W końcu przecież podjęła decyzję, by dla zasady utrzeć nosa Nesajem, a przy okazji sobie samej odmrozić przysłowiowe uszy.

W Kairze było jeszcze gorzej. W dodatku okazało się, że samolot nie wyląduje w Monachium, a w Szwajcarii. Najwyraźniej wszystko sprzysięgło się, żeby maksymalnie uprzykrzyć Zuzce powrót do domu, bo po wylądowaniu na lotnisku ogłoszono alarm bombowy i na wszelki wypadek wstrzymano loty. Pasażerów podróżujących na niedalekich trasach umieszczono w autokarach, które niezwłocznie skierowano lądem do kolejnego miejsca przeznaczenia.

Wymęczona, przekonana, że ktoś przeklął jej podróż, Zuza usnęła w autokarze niemal od razu, nie zwracając uwagi na współpasażera obok.

Obudziło ją mocne szarpnięcie, po którym omal nie wylądowała twarzą na oparciu siedzenia tuż przed nią. Na szczęście jakieś silne ramię powstrzymało bezwładne jak kukła ciało i usadziło ją z powrotem na miejscu.

– Co jest? – wymruczała nieprzytomnie. – Gdzie my jesteśmy?

– Nic się pani nie stało? – usłyszała znienacka upragnioną polską mowę.

Obok siedział sporo starszy mężczyzna o ogorzałej twarzy i uśmiechał się miło.

– Nie, nie. Chyba powinnam podziękować, prawda? – Znacząco zerknęła na jego ramię, które w dalszym ciągu skutecznie przyciskało ją do fotela.

Mężczyzna pierwszą, a nawet i drugą młodość miał już za sobą, ale w duchu stwierdziła, że ma niezłą krzepę.

– Chyba się nie pogniewam. – Uśmiechnął się i cofnął rękę. – Wszystko w porządku?

Zuzka z przyjemnością zawiesiła oko na siwych wąsach i doszła do wniosku, że gdyby miała piętnaście lat więcej, w tej chwili przepadłaby z kretesem. Intensywnie niebieskie oczy wyraźnie śmiały się do niej.

Nie miała pojęcia, jak długo spała. Krajobraz za oknem autokaru zdradzał niewiele. Autostrada jak autostrada.

– Przepraszam, chyba się zdrzemnęłam. A gdzie my w ogóle jesteśmy? – zapytała.

– Moja droga, jeśli kiedykolwiek w podróży zauważysz, że krowy są ładniejsze od kobiet, może to oznaczać tylko jedno.

– Niby co? – odezwała się niezbyt przytomnie.

– Że jesteś w Niemczech! – Mężczyzna roześmiał się głośno, a Zuzka mu zawtórowała.

Zanim dotarli na monachijskie lotnisko, skąd samolot miał ich zabrać do Warszawy, byli już po imieniu. A Norbert, jak się okazało, podróżnik i filmowiec pracujący dla najlepszego na świecie czasopisma geograficzno-przyrodniczego, zdążył opowiedzieć nowej znajomej o swojej ostatniej wyprawie na Bliski Wschód. Zuzka nawet nie zauważyła, kiedy zajechali pod lotniskowy terminal, pożegnała się, w podskokach wybiegła z autokaru i ruszyła we wskazanym kierunku. Głodna, bo cały swój egipski prowiant zdążyła pochłonąć już wcześniej, jak dzikuska dopadła baru szybkiej obsługi. Od razu podpięła do prądu ładowarkę do telefonu. Odlot do Polski zaplanowany był dopiero za półtorej godziny, więc sprawdziła tylko, czy z ładowaniem wszystko w porządku, i z apetytem zaatakowała treściwą zupę gulaszową. Właśnie kończyła, gdy telefon rozdzwonił się głośno.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?