Trudne wybory

Tekst
Z serii: Kobiety z odzysku #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudne wybory
Trudne wybory
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,30  52,24 
Trudne wybory
Audio
Trudne wybory
Audiobook
Czyta Magda Karel
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Letni pałac Muhammeda znajdował się dużo bliżej miejsca pochówku niż główna kairska siedziba rodziny, zatem zdecydowano, że właśnie tutaj zgromadzą się bliscy i odbędą się pogrzebowe uroczystości. Zuzka bywała w nim już wcześniej, ale nigdy do końca nie zdążyła się zorientować w plątaninie niekończących się korytarzy, przejść i krużganków. Tym razem przydzielono jej ten sam pokój, który zajmowała w trakcie pierwszego pobytu, choć nazwanie ogromnej komnaty pokojem trąciło eufemizmem. Urządzone z arabskim przepychem pomieszczenie, z łukowatymi oknami wychodzącymi na wspaniale utrzymane ogrody, urzekło ją w dniu, kiedy ujrzała je po raz pierwszy, niekoniecznie z własnej woli. Nie wiedząc wtedy, co się dzieje, przestraszona, bezradna i brudna, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Nigdy wcześniej nie widziała z bliska łoża z baldachimem, o złotych kranach w łazience nie wspominając, a dodatkowo pozostawała w szoku wskutek zgoła bezceremonialnego i niedającego wyboru zaproszenia od matki Ahmeda.

Mimo że Nesajem, używszy swoich rozległych wpływów, upozorowała aresztowanie za przemyt i praktycznie uprowadziła Zuzkę tuż przed odlotem z lotniska w Hurghadzie, wcale nie czuła się winna zamieszania. Musiało upłynąć wiele czasu, zanim obu kobietom udało się dojść do, hm, porozumienia. Nesajem odpuściła sobie naciski mające na celu wydanie Zuzy za swojego syna, a ona postanowiła jej może nie tyle wybaczyć, ile puścić w niepamięć tamte wydarzenia. Od momentu zawieszenia broni ich relacje stały się całkiem poprawne i choć obie nie darzyły się jakąś nadzwyczajną sympatią, udawało się im funkcjonować we względnej zgodzie. Rzecz jasna, odległość miała tu niebagatelne znaczenie.

Tym razem jednak Zuzkę zaskoczył nieco fakt, że ulokowano ją właśnie tutaj, a nie wraz z Ahmedem w jego apartamentach, jak podczas wcześniejszych wizyt u jego rodziców.

Przyleciała poprzedniego dnia, ale nie miała jeszcze okazji spotkać się z nikim z jego rodziny. On sam, zajęty obowiązkami pogrzebowymi oraz uspokajaniem matki i kursowaniem między pałacem a Kairem, nie miał czasu dla ukochanej. Ona, zważywszy na nietypowe okoliczności, choć rozczarowana nieobecnością Ahmeda, zacisnęła w końcu zęby i postanowiła spędzić czas po swojemu. Wiedziała, że Maisa czeka na każde jej skinienie, więc podeszła do ściany i pociągnęła za ozdobny sznur dzwonka znajdującego się w pokoju służącej.

Dziewczyna zameldowała się niemal natychmiast i jak to miała w zwyczaju, złożyła gościowi głęboki ukłon.

– Ja powitać. Pomóc chcieć – wyszeptała jak zwykle.

– Cześć, Maisa. Czy Ahmed już u siebie?

– Ja nie wiedzieć, pani.

– A Nesajem?

– Wszystkie żony naszego pana rozpaczać w swoja komnata. Ja podać owoce. Chcieć jeść? – Dziewczyna nadal straszliwie kaleczyła angielszczyznę, ale i tak szło jej zdecydowanie lepiej, niż kiedy usługiwała Zuzce po raz pierwszy.

– Nie, dziękuję. To bez sensu. Jeszcze nie zjadłam tego, co tu mam. Ale piwo to byś mi mogła skombinować.

– Heineken!

– Najlepiej trzy. Sobie też przynieś – zarządziła Zuzka.

– Ale ja nie…

– Nie chrzań, dziewczyno. Ja nic nikomu nie powiem. Już ciemno, Allah nie widzi.

– To ja iść. – Służąca ochoczo skinęła głową, zadowolona, że zapamiętała nazwę i że znów może usłużyć tej dziwnej kobiecie, która jakiś czas temu jak huragan przetoczyła się przez pałacowe wnętrza i porządnie narozrabiała, wywracając do góry nogami odwieczny rodzinny porządek rzeczy.

Jak świat światem nikt lepiej niż służba nie zna szczegółów z życia chlebodawców, a o tym, co dzieje się w domu, wie ona często więcej niż oni sami.

Zuzka, zadowolona, że udało się jej zaangażować Maisę w konspirację, postanowiła skorzystać z okazji i wyciągnąć z dziewczyny nieco informacji. Najbardziej interesowała ją oczywiście Nesajem oraz niecne zagrywki pierwszej żony szejka.

Służąca początkowo nie chciała puścić pary z ust, ale w połowie butelki rozwiązał jej się język i Zuzka stała się bogatsza o mnóstwo pałacowych ploteczek. Wiele z nich nie miało znaczenia, ale gdy Maisa ujrzała dno butelki, dyskretnie zniżyła ton i wyjawiła najważniejszy jej zdaniem sekret. Otóż Kerima znów była w ciąży i ponoć miała urodzić kolejnego chłopca.

W innych okolicznościach Zuzka zapewne skakałaby pod sufit, ale w obecnym stanie rzeczy rodzinna sensacja nie miała dla niej większego znaczenia. Spróbowała wydusić coś jeszcze, ale dziewczyna powiedziała już chyba wszystko, co wiedziała, więc skończyło się na paru szczegółach odnośnie do pogrzebu, i tyle. Przez myśl przemknęło jej, by raz jeszcze wysłać Maisę po piwo, lecz po chwili uznała, że to ryzykowne – w końcu nie chciała upić Bogu ducha winnej Egipcjanki i wpędzić jej w kłopoty. Odesłała ją do jej pokoju.

W nocy długo nie mogła zasnąć. Tęskniła za Ahmedem i pragnęła, żeby było już po wszystkim. A najlepiej, żeby było jak dawniej.

Ech, marzenie ściętej głowy, pomyślała i westchnęła ciężko. Najważniejsze to przeżyć kolejny dzień.

Gdy wreszcie zapadła w objęcia Morfeusza, śniła okropne koszmary. Raz nawet zerwała się z krzykiem. Zlana potem gwałtownie usiadła na łóżku; już prawie świtało. Zuzka poszła do łazienki, zmieniła piżamę, zaciągnęła kotarę i ponownie zapadła w sen. Dobrze, że Maisa czuwała i obudziła ją w porę, bo inaczej spóźniłaby się na pogrzeb.

Szybko przywdziała stosowny strój i zrobiła mocniejszy niż zwykle makijaż. Bardzo lubiła zmarłego, ale nie zamierzała płakać.

Przy śniadaniu nareszcie ujrzała Ahmeda. Chciała natychmiast do niego podbiec i rzucić mu się na szyję, ale wzrokiem osadził ją w miejscu. Sam do niej podszedł, objął delikatnie i poprowadził do stołu.

– Porozmawiamy później. Teraz nie pora – powiedział cicho.

– Dobrze – zgodziła się potulnie Zuzka i usiadła na wskazanym krześle.

Kiedyś zasiadała na honorowym miejscu obok pana domu, teraz wylądowała na miejscu dla pośledniejszych gości, pośród córek zmarłego, więc zareagowała zdziwieniem. Na domiar złego nie do zniesienia była atmosfera w pomieszczeniu – zewsząd dochodziły głośne szlochy i zawodzenia.

Nie dawało się ukryć, że wszystkich czeka ciężki dzień. Na miejsce licznie przybyła cała rzesza krewniaków, przyjaciół oraz przedstawicieli sfery światowego biznesu. Sama ceremonia pochówku w specjalnej krypcie miała w założeniu nie trwać długo, ale przeciągnęła się mocno. Szczęściem w nieszczęściu było, że w samym środku rytuału rozpętała się burza piaskowa, która siłą rzeczy przyspieszyła koniec. Zebrani w popłochu zakrywali twarze i czym prędzej czmychali do swoich eleganckich limuzyn, by jak najszybciej schronić się w bezpiecznych murach letniego pałacu.

Zmęczona Zuza przeprosiła żałobników i wykręciwszy się bólem głowy, zaszyła się u siebie. Przede wszystkim wskoczyła do wanny, żeby wypłukać z siebie wszędobylski pustynny pył.

– Cholerna pustynia! Kto to widział mieszkać w takim miejscu? – margała pod nosem. – Tfu! – Wypluła zgrzytające w zębach drobiny i zabrała się do czyszczenia nosa i uszu. – Kuźwa, normalnie jak w kopalni!

Dla lepszego efektu kilka razy zanurkowała w ogromnej wannie, aż nabrała pewności, że pozbyła się całego piachu.

Tym razem nie zdążyła nawet zaordynować posiłku, bo Maisa z własnej inicjatywy sprawnie zorganizowała dostawę jedzenia do apartamentu. Zuzka, zamotana w obszerny szlafrok, pochwaliła bystrą dziewczynę.

– Robisz się coraz bardziej domyślna, bo żeś sprytna i pokumana, to już wiem od dawna – powiedziała z uśmiechem i tarmosząc włosy ręcznikiem, łakomie zerknęła w stronę stolika.

W kuchni zawsze było kilka dań do wyboru, ale tego dnia kucharze przeszli samych siebie: nie licząc tradycyjnego falafela i ulubionej shoarmy Zuzy, na stole pojawił się też humus w kilku odmianach smakowych, kilka sałatek, podsmażane pierożki z mięsem oraz owoce morza z mnóstwem dodatków. Nałożono dla niej wszystkiego po trochu.

– Rany, do jutra tego nie zjem. – Z apetytem wpakowała do ust usmażony na złoto chrupiący krążek kalmara. – Jesteś głodna? – zwróciła się do Maisy, ale ta szybko potrząsnęła głową. Zdaniem Zuzki zbyt szybko. Świadoma, że służba na pewno odżywia się skromniej, zaprosiła dziewczynę do towarzystwa. – Akurat! Siadaj!

– Zakaz mieć.

– Siadaj! Piwo mogłaś wypić, to i zjeść ze mną możesz.

– A jak ktoś wejść?

– To powiem, że kazałam ci wszystkiego próbować, żebyś sprawdziła, czy niezatrute – palnęła Zuzka bez namysłu. Na widok pobladłej dziewczyny, która nie zrozumiała żartu i pojęła wypowiedź dosłownie, parsknęła śmiechem. – Siadaj, nic się nie bój. Ja żartowałam. Co jest w tym dzbanku?

– Herbata z hibiskusa.

– To nalej, proszę. Sobie też.

Z lubością przełknęła piekielnie słodki, chłodny napój. Normalnie by jej nie przyszło do głowy, żeby posłodzić aż tyle, bo zwykle starała się uważać na to, co je, a przynajmniej wmawiać sobie, że powinna przejść na dietę. Ale poza tym, że z każdym żywieniowym grzeszkiem fundowała sobie tylko wyrzuty sumienia, w niczym nie odbijały się one na jej zdecydowanie zaokrąglonej tu i ówdzie sylwetce. Przy niewielkim wzroście wydatne pośladki i spory biust przykuwały wzrok w pierwszej kolejności.

Była drobnej, acz apetycznej budowy, ale do osiągnięcia ideału marzyło się jej zgubienie paru kilo, co przy pałacowym wikcie czy też jedzeniu co popadnie w normalnym tygodniu pracy było raczej niemożliwe. Od dawna obiecywała sobie stałą zmianę żywieniowych nawyków, tylko jakoś nie umiała zebrać się w sobie, by zacząć. Nieraz śmiała się do Gośki, że potrzebuje grupy wsparcia, ale ta, obdarzona smukłą figurą modelki, tylko machała ręką, twierdząc, że innej Zuzki sobie nie wyobraża. Pozostawała jeszcze nikła szansa na zrozumienie i podjęcie wspólnej dietetycznej katorgi w osobie Felicji, która w ciąży sporo dorzuciła do wagi, ale Fela wciąż jeszcze karmiła, więc odchudzanie stereo musiało trochę poczekać.

 

Tak czy siak, nie było się czym przejmować, więc chwilowo rozgrzeszona Zuza łapczywie zaatakowała smażone w głębokim oleju owoce morza i wcinała, aż jej się uszy trzęsły. Maisa wcale nie pozostała w tyle i po półgodzinie naczynia świeciły pustkami.

– Może ryż chcieć? – zapytała objedzona jak bąk służąca.

– Nie chcieć – sparodiowała ją Zuzka. – Ryż to ja, moja droga, mam w domu.

Po obiedzie przyszedł czas, by sprawdzić, co dzieje się w firmie, więc odebrała pocztę i odpowiedziała na nowe mejle. Kierownictwo najwyraźniej panowało nad sytuacją, ale na wszelki wypadek wolała upewnić się osobiście. Sprawdziła baterię w telefonie i wykonała kilka połączeń. Ze względu na opłaty roamingowe wolała się streszczać, ale i tak nie odmówiła sobie, żeby choć przez chwilę nie pogadać z Gośką. Co prawda od dawna nie musiała liczyć się z kosztami, ale wrodzona oszczędność i szacunek do każdego grosza robiły swoje. Obiecała zdać pisemnie obszerną relację i najedzona, w nieco lepszym humorze wróciła przed komputer.

Pod wieczór nareszcie objawił się Ahmed. Poszarzały na twarzy był jak półtora nieszczęścia.

– Nareszcie! – wykrzyknęła i już bez oglądania się na konwenanse rzuciła mu się na szyję. – Jak się czujesz? Bo wyglądasz dość marnie. – Pocałowała go i objęła mocno w pasie, wyraźnie wyczuwając wystające bardziej niż zwykle żebra. – Schudłeś? – zapytała z troską.

Komu jak komu, ale Ahmedowi dieta była niepotrzebna. Choć już od dawna nie udzielał lekcji windsurfingu i zapomniał, co to siłownia, jego wysportowana sylwetka miała się świetnie.

– To wszystko przez te nerwy. Cały bałagan na mojej głowie, ale ważne, że przynajmniej pogrzeb za nami.

– Myślisz, że teraz będzie już tylko lepiej? Może coś zjesz? – Zuzka nagle nabrała ochoty na coś słodkiego. Egipskie desery były totalnie tłuste i ulepkowate, lecz ona zapragnęła czegoś pysznego i już.

– Nie bardzo. Ale jeśli chcesz, niech ci coś przyniosą.

Ahmed usiadł na otomanie, rozparł się wygodnie na adamaszkowych poduchach, a Zuzka złożyła zamówienie w kuchni.

– I co teraz będzie? – zapytała po chwili, sadowiąc się obok niego z talerzem przysmaków na kolanach.

– Nie wiem, zobaczymy. Oboje dobrze wiemy, co mnie czeka i że nie mam wyjścia. Od ciebie też dużo zależy.

– No dobra, ale w takim razie dlaczego twoja matka posadziła mnie przy stole pomiędzy twoimi siostrami i nie mieszkamy już razem?

– Bo z chwilą śmierci ojca wszystko się zmieniło. Tak będzie, dopóki nie zostaniesz moją…

– Ech, może lepiej już przestań gadać? – przerwała Zuzka, wcale nie chcąc słuchać tego, co miał jej do powiedzenia. Znała tę śpiewkę na pamięć.

Zdjęła jedwabny kaftan i chwyciwszy Ahmeda za białą galabiję, pociągnęła go na poduszki.

*

Rano obudziła się wtulona w ciepłą męską pierś. Z czułością pogładziła lekko zarośnięty policzek. Ahmed oddychał nierówno, jakby męczył go niespokojny sen. Bardzo chciała tak przy nim pozostać i pragnęła tego już na zawsze, lecz doskonale wiedziała, że musiałby zdarzyć się cud, by jej marzenie mogło się spełnić. Minęło raptem kilka tygodni, odkąd jej ukochany wyjechał z Polski, a stał się jakby jeszcze bardziej tutejszy. Inaczej się zachowywał, inaczej mówił, inaczej się ubierał i – co z przerażeniem zauważyła Zuza – zaczął się do niej odnosić też jakby inaczej.

– Pytałaś, co dalej. Mam dla ciebie pewną propozycję – powiedział przy śniadaniu, ocierając usta serwetką.

– Zamieniam się w słuch. – Czujnie nadstawiła ucha.

– Jeszcze dziś wylatuję na kilka dni do naszej centrali w Nowym Jorku. Muszę także bez zwłoki odwiedzić wszystkie nasze oddziały, przedstawić się ludziom. Czeka mnie prawdziwa podróż dookoła świata.

– I co?

– Jedź ze mną.

– A ile to potrwa?

– Myślę, że wyrobię się w miesiąc – rzucił niedbale Ahmed. – No, może w półtora.

– Żartujesz sobie? A co z naszą firmą? – Zuzka wyprostowała się, jakby jej ktoś zapodał kuksańca pod żebro. – Przecież jak coś się w niej stanie, nie wrócę z Ameryki w kilka godzin.

– A czy to takie ważne? Nawet jeśli się stanie, świat się przecież nie zawali. – Wzruszył ramionami.

– Słucham? Co ty powiedziałeś? Niby czyj świat? – Tym razem Zuza zjeżyła się na poważnie.

– Kobieto, ja mam tyle pieniędzy, że nie jestem ich w stanie policzyć, a ty się martwisz jakimś nic niewartym polskim biznesikiem?! Naprawdę stać mnie na wszystko, o czym sobie zamarzysz. Chcesz samolot? Własną fabrykę ciuchów? Jacht? Wyspę? Proszę bardzo!

– Otóż nie tak szybko, mój jaśnie panie! – Zuzka wstała i przeszła kilka kroków. W sam raz tyle, żeby wbić wskazujący palec w mostek Ahmeda. – Ta firma nie jest jakimś tam biznesikiem. Jest całym moim życiem. A to, że ty masz forsy jak lodu, gówno mnie interesuje, jasne?

– Ale Zuza…

– Jeszcze nie skończyłam! Otóż zapamiętaj sobie dobrze, i to raz na zawsze, że nie rzucę wszystkiego, żeby szlajać się z tobą po świecie niczym rozpieszczona żoneczka jakiegoś zakichanego ruskiego oligarchy. Zapomnij!

– Rozumiem. To znaczy nie rozumiem. – Ahmed próbował zachować spokój. – W takim razie, skoro nie chcesz ze mną jechać, to może zostań tutaj jeszcze przez kilka dni. Odpoczniesz sobie. Przecież możesz robić wszystko, na co masz ochotę. Możesz opalać się, pływać, coś pozwiedzać. Powiedz tylko słowo, a wynajmę ci najlepszego przewodnika w całym Kairze. Nikt nie będzie ci się naprzykrzał.

– Nie sądzę, żeby mi się chciało – odparła smutno.

– Naprawdę nikt nie będzie ci przeszkadzać. Cały garaż też będzie do twojej dyspozycji.

Dobrze znając jej zamiłowanie do wszelkiej maści pojazdów, Ahmed uchwycił się ostatniej deski ratunku. Widząc błysk zainteresowania w jej oczach, w duchu pogratulował sobie sprytnego podejścia.

– Tylko nie jeździj nigdzie sama. – Puścił oko i pogroził Zuzce palcem.

– No i tu mnie masz – przyznała skwapliwie. – W sumie to z tydzień mogę tu posiedzieć. Tylko nie myśl sobie, że zakończyliśmy naszą rozmowę. Stawiam sprawę jasno: moja firma pozostanie moją firmą, nawet gdybyś tego nie chciał. A jeśli nawet, to cię spłacę co do grosza.

– Bzdury wygadujesz. Przecież możemy ją sprzedać. – Ahmed nie potrafił pojąć takiego oporu materii.

– Swoją sobie sprzedaj! – prychnęła Zuza, niezadowolona z obrotu sprawy.

Uwielbiała spędzać z nim czas, ale nagle zapragnęła, żeby już sobie poszedł. Nie miała ochoty na kolejną kłótnię, która prowadzi donikąd, a właśnie tak od jakiegoś czasu kończyły się wszystkie ich dyskusje. On niczego nie rozumiał. Sam nieraz twierdził, że odziedziczyć majątek to nie sztuka, dlatego rozwijał własne interesy, by ewentualnie później wnieść wkład w rozwój rodzinnego imperium. Chciał o sobie stanowić, pragnął niezależności i chciał być z siebie dumny. Takie godne pochwały stanowisko łatwo było zrozumieć i zaliczyć ambitnemu człowiekowi na plus, ale dlaczego nikt nie chciał zrozumieć jej? Przecież ona też chciała być dumna. Tylko i aż – dumna.

Przecież zbudowała firmę praktycznie od zera. Pierwsze narzędzia wzięła na raty, pierwszych pracowników zgarnęła spod pośredniaka. Oszczędności, jakie udało się jej uskładać z czynszu pobieranego za dzierżawę niewielkiego gospodarstwa, które przypadło jej w udziale przy rozwodzie, zainwestowała w małe mieszkanko. Resztę przeznaczyła na rozwój własnego interesu. Nieraz zdarzało się jej nie dojadać czy chodzić w starych ubraniach. Pierwsze auto do przewozu robotników uratowała przed złomowaniem – leciwego staruszka kupiła za grosze. Na szczęście jeden z jej pracowników miał brata mechanika, więc w starego grata udało się tchnąć jeszcze trochę życia do czasu, kiedy już naprawdę do niczego się nie nadawał. Klienci również nie szczędzili kłopotów i na miejscu Zuzy pewnie niejeden by zrezygnował, ale nie ona. Jak raz się na coś zdecydowała, nie było mowy o jakimkolwiek zejściu z obranej drogi. Miała na utrzymaniu nie tylko siebie, cały czas martwiła się również o Mariannę. Wprawdzie jej upośledzona siostra nadal przebywała bezpiecznie u sióstr zakonnych, i taki stan rzeczy odpowiadał wszystkim, ale należało się liczyć tym, że zawsze może wydarzyć się coś, co może ten stan odmienić.

Raz uzyskana niezależność podziałała na Zuzkę jak narkotyk. I co? I teraz miałabym z tego wszystkiego zrezygnować?, myślała ze smutkiem.

Po wyjściu Ahmeda poczuła ulgę. Do domu mogła wrócić w każdej chwili, ale gdy tylko sprawdziła polską prognozę pogody, odechciało się jej serdecznie. Kilka dni urlopu w ciepłym kraju jawiło się coraz bardziej kusząco.

Dla świętego spokoju sprawdziła ponownie, co słychać w firmie.

– Słuchaj, wczoraj nie chciałem dzwonić, ale mieliśmy małą awarię.

– Jaką znów awarię?!

– Do tego nowego dewelopera nie dojechał zamówiony transport z papą. Kierowca miał wypadek.

– Jezus Maria, i co? – Zuzka stanęła prawie na baczność, przerażona, bo nowy klient był szalenie wymagający. A już w kwestii punktualności miał totalnego bzika.

– Nic, zamówiłem gdzie indziej. Trochę drożej niestety, ale przynajmniej papa dojechała na czas. Nie martw się, jakoś odbijemy sobie tę stratę – zapewnił ją dyrektor.

– W porządku. Czy to już wszystko? Muszę zostać tu jeszcze przez tydzień, ale jestem pod telefonem i pod pocztą elektroniczną, więc jak coś, to śmiało.

– Nie wszystko. Chciałbym złożyć kondolencje szefowi, ale nie mam śmiałości zadzwonić.

– Dziękuję ci. Ja to zrobię.

Zuzka podeszła do okna, zastanawiając się, co ze sobą począć. Nadchodził wieczór, a że osławione egipskie ciemności zapadały dość szybko, darowała sobie dalsze wycieczki i poszła popływać. Dopiero niedawno odkryła, że w pałacu istnieje również sauna, choć nieodmiennie dziwiło ją, po co ona komu w Egipcie. Wystarczy wyjść na zewnątrz i ma się saunę jak znalazł, stwierdziła, ale postanowiła z niej skorzystać. Do pełni miejscowego lata pozostawało jeszcze sporo czasu, a jak dotąd po zachodzie słońca robiło się zaskakująco chłodno.

Zuza była sama, więc odwinęła ręcznik, bez skrępowania zdjęła z siebie kostium kąpielowy i usiadła na rozgrzanej drewnianej ławce, chłonąc ciepło niczym zmarznięty kot. Wyraźnie czuła, jak spięte i dodatkowo zmęczone pływaniem mięśnie rozluźniają się stopniowo, a ją ogarnia błogość. Odprężone ciało odmawiało najmniejszego nawet ruchu, więc Zuza zignorowała łaskoczącą kroplę potu spływającą w dół po dekolcie, licząc, że za chwilę ta wyparuje. Zrobiło się jej tak dobrze, że niemal usnęła.

Obudził ją jakiś dźwięk.

Drgnęła przestraszona. Tylko idiota śpi w nagrzanej saunie!, zbeształa się w myślach. Za drzwiami usłyszała ruch, więc instynktownie capnęła za ręcznik, żeby się okryć.

I słusznie, bo pojawiło się towarzystwo.

Do środka wszedł wysoki śniady mężczyzna, mniej więcej wzrostu Ahmeda, ale zdecydowanie wątlejszej budowy.

Czy oni wszyscy muszą tu wyglądać jak bracia?, pomyślała Zuza i podniosła się z miejsca. Jak przez mgłę kojarzyła Masuda, siostrzeńca Nesajem, ale nie była pewna, czy to faktycznie on. Masud nie Masud, nie miała ochoty na asystę.

– Dobry wieczór, mogę dołączyć? – Mężczyzna przywitał się grzecznie i uważnie obciął Zuzkę przenikliwym spojrzeniem. A ona dosłownie poczuła, jak jego wzrok przeszywa ją na wylot i prześwietla treść jej żołądka. W duchu podziękowała opatrzności za ogromny ręcznik.

– Proszę bardzo, sauna jest wolna – powiedziała na odchodnym i starannie zamknęła za sobą drewniane drzwi.