Trudne wyboryTekst

Z serii: Kobiety z odzysku #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trudne wybory
Trudne wybory
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,30  52,24 
Trudne wybory
Audio
Trudne wybory
Audiobook
Czyta Magda Karel
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Gośka z duszą na ramieniu przekroczyła próg siedziby fundacji.

Aż do dziś spokojnie sprzedawała kwiatki, a teraz po raz pierwszy w życiu miała poprowadzić warsztaty z florystyki i zżerała ją trema. Wyłącznie na prośbę stałej klientki, pod wpływem impulsu, zgodziła się zorganizować zajęcia dla młodzieży, ale dopiero godzinę przed umówionym terminem dowiedziała się, że chodzi o tak zwaną trudną młodzież.

No tak, trzeba było sprawdzić, czym zajmuje się ta fundacja, wymawiała sobie w duchu.

Cudem, dosłownie w ostatniej chwili, załatwiła sobie dodatkowe materiały, żeby jeszcze bardziej urozmaicić zajęcia, ale i tak ze strachem myślała, jak przeżyje nadchodzące dwie godziny. Nie dość, że miał to być jej debiut, co było wystarczającym powodem do rozstroju żołądka, to na dokładkę nie miała ani przygotowania pedagogicznego, ani żadnych doświadczeń z młodzieżą. Jej córeczka dopiero co zaczęła chodzić, a raczej biegać, więc Gośkę zajmowały problemy związane ze zgoła odmiennym etapem dziecięcego rozwoju niż osławiony bunt nastolatka. Tak naprawdę to od niedawna poczuła się pewnie w roli matki, przestała denerwować się byle czym i martwić wszystkim na zapas. Wprawdzie wcześniej nie wykazywała objawów przesadnej histerii, ale odkąd oboje z Marcinem praktycznie z dnia na dzień zdecydowali, by adoptować Martynkę, biologiczną córkę jego brata oraz przygodnie poznanej dziewczyny, stała się klasyczną, przewrażliwioną na punkcie dziecka, znerwicowaną panikarą. Wyrzucała sobie, że to właśnie przez te nerwy oraz ciągły stres straciła ciążę, i to w dodatku na dwa dni przed ślubem oraz hucznym weselem. Wraz z Felicją zaplanowały wspaniałą podwójną kościelną uroczystość, tymczasem przed ołtarzem stanęła tylko przyjaciółka, Gośka bowiem spędziła ten wymarzony dzień w szpitalnym łóżku. Wprawdzie Fela i Jacek chcieli odwołać ceremonię, ale Gośka, mimo smutku po stracie dziecka i fatalnego fizycznego samopoczucia, skutecznie wybiła im ten pomysł z głów.

– Bez ciebie i Marcina to już nie będzie to samo – upierała się Felicja. – A poza tym jak my mamy być szczęśliwi i dobrze się bawić, skoro ty tu cierpisz?

– Daj spokój, jakoś dam radę. Życie toczy się dalej, nie? – Gośka próbowała jednocześnie pocieszyć je obie. – Przepraszam, że wywinęłam wam taki paskudny numer – powiedziała smutno, walcząc z cisnącymi się do oczu łzami.

Zupełnie skołowana, nie miała pojęcia, czego żałuje bardziej – utraty dziecka, ślubu czy wesela. Marcin pocieszał ją, że wszystko da się zorganizować ponownie, ale marnie mu to wychodziło.

Uroczystość odbyła się w terminie. Za namową Gośki Marcin poszedł na ślub, ale na udział w imprezie nie dał się namówić.

– Zobaczysz, kochanie, urządzimy sobie jeszcze lepszy ślub. To znaczy twoja firma nam urządzi.

– Racja. Zawsze co dwa wesela, to nie jedno – powiedziała ze słabym uśmiechem.

Nie chciała płakać przy Marcinie. Dopiero jak wyszedł, rozszlochała się na dobre.

Długi płacz przyniósł ulgę i oczyszczenie. Choć na określenie płci dziecka było jeszcze za wcześnie, Gośka wiedziała, że nuta żalu po nim w jakiś sposób pozostanie w niej już na zawsze. I ta przeklęta myśl, że w pewnym sensie zawiodła jako kobieta. Oczywiście kochała małą Martynkę jak swoją własną, ale chciała mieć więcej dzieci.

Jest ciąża, nie ma ciąży. Jakie to dziwne, dumała dzień później, modląc się, by jak najszybciej opuścić szpital. Czuła się już dobrze, od nowa pragnęła zacząć żyć i choć podświadomie dzieliła teraz swoje życie na to przed ciążą i to po, miała nadzieję, że kiedyś ten stan minie. Powrót do pracy powinien pomóc. W przeciwieństwie do szpitala, w rozwijającej się firmie nie było czasu na refleksje i sentymenty.

Gdy wylądowała w domu, ze zdwojoną energią rzuciła się w wir obowiązków. Za wszelką cenę chciała wymazać, albo przynajmniej choć trochę zatrzeć, niemiłe wspomnienia. Myśl o dzieciach na razie zepchnęła w najdalsze zakamarki świadomości, zwłaszcza że lekarz odradził na jakiś czas kolejną ciążę. Zatem o ile poprzednia była wynikiem klasycznej wpadki, o tyle teraz miało być zupełnie inaczej – Gośka wymarzyła sobie, że wszystko odbędzie się zgodnie z planem. Na razie jednak odsunęła idealny termin w czasie i zajęła się bieżącymi obowiązkami.

– Tylko uważaj – podśmiewała się na boku Felicja. – Bo to tak zawsze jest, że jak człowiek chce, to nie ma, a jak nie chce, to ma. Moja mama zawsze powtarzała, że gdyby nie wpadki, to połowy ludzi by na świecie nie było.

W siedzibie fundacji panował nieopisany harmider. Na korytarzu przekrzykiwał się tłum dzieci w różnym wieku. Zanim Gośce udało się dotrzeć do biura zarządu, miała wrażenie, że popękają jej bębenki. W sekretariacie nie było wcale lepiej – jakiś mężczyzna, zasłaniając jedno ucho, krzyczał coś do telefonu.

– Weź mi tu nie wrzeszcz! Wiadomości nie słyszę! – upomniała go grubawa kobieta za biurkiem i podkręciła radio. – Pani do kogo?

– Mam poprowadzić warsztaty z florystyki. – Gośka jedynie z gestów wyczytała, że pytanie skierowane jest do niej.

– A tak! Już! Kwiecińska, miło mi. Przepraszam za ten rozgardiasz, ale właśnie przyjechały dzieciaki z zaprzyjaźnionej fundacji z Norymbergi. Miały być jutro.

– Czyli warsztaty odwołane? – zapytała Gośka z nadzieją, która została rozwiana natychmiast.

– Ależ nie. Po prostu je również zaprosimy na zajęcia.

– Ale jak ja się dogadam? – zaniepokoiła się prelegentka z przypadku.

– A co tu gadać? Pobawią się kwiatkami i po sprawie, prawda?

Przerażenie Gośki sięgnęło zenitu. Nie miała siły tłumaczyć tej kobiecie, że warsztaty z florystyki to nie zabawa kwiatkami. W planie miała wstęp teoretyczny, kilka praktycznych zagadnień i dopiero na koniec tworzenie własnych kompozycji.

– Ale dzieci będzie dwa razy więcej – zaprotestowała nieśmiało.

Najbardziej w świecie chciała teraz uciec gdzie pieprz rośnie, nawet za cenę kompromitacji oraz utraty stałej klientki.

– To im pani da więcej kwiatków, i tyle. Zaraz je zwołam do sali.

Zgodnie z przypuszczeniami były to bardzo trudne dwie godziny. Młodzież, zainteresowana głównie klikaniem w smartfony, w nosie miała to, co chciano jej przekazać. Niedoświadczona Gośka nie potrafiła skutecznie zainteresować całej grupy przez dłużej niż kilka chwil – gdy zaczynała mówić, słuchacze po paru minutach już ziewali. Co chwila błagalnie zerkała na zegarek, zaklinając wskazówki, by zechciały przesuwać się szybciej.

Poczucie porażki nie należało do przyjemnych, niemniej w pewnym momencie, gdy pokazała zdjęcia przykładowych prac, nieliczna grupka wykazała jako takie zainteresowanie tematem. Padło też kilka sensownych pytań. Ucieszona zapomniała na chwilę o rozmawiającej reszcie i zaprosiła chętnych do mniejszej salki. Tam rozdała im materiały i ustaliła zadania. Ku jej zaskoczeniu dzieciakom szło świetnie, więc zadowolona zaczęła udzielać odpowiednich porad. Niestety, zanim komukolwiek udało się dokończyć kwiatową pracę, do pomieszczenia wparowali przeszkadzacze i zepsuli wszystko. Gośka opadła na krzesło i bezradnie przyglądała się wygłupom. Jak widać, skubanie płatków i wtykanie kłującego asparagusa za koszule stanowiło dużo lepszą rozrywkę niż słuchanie ględzenia jakiejś nudnej kwiaciarki.

– Nigdy więcej! – warknęła do siebie pod nosem, choć nawet gdyby powiedziała to głośno, i tak nikt by nie usłyszał. Ponieważ do końca zajęć pozostało zaledwie dziesięć minut, powoli pozbierała swoje rzeczy i chyłkiem udała się do sekretariatu.

– Już koniec? – Kwiecińska zerwała się zza biurka.

– To zależy. Wszyscy właśnie szaleją na całego, a sprzątania macie do rana.

– Och, to nic nie szkodzi. Tutaj tak zawsze. Ja wiem, że oni nie słuchają, a ci, co chcą posłuchać, nie mają szans, bo reszta im przeszkadza. Ale dostaliśmy unijny grant, więc musimy wydawać pieniądze na takie rzeczy. Ma pani rachunek ze sobą czy przyśle pani pocztą?

– Przyślę pocztą. Podwójny.

Gośka jeszcze nigdy tak szybko nie zbiegała po schodach. Marzyła, by znaleźć się jak najdalej od tego piekielnego miejsca. Jako urodzona perfekcjonistka o spokojnym usposobieniu nie sądziła, że kiedykolwiek wymamrocze pod nosem tak soczystą wiązankę najgorszych kalumnii pod adresem swojej najlepszej klientki oraz zarządu fundacji. Myślała, że nabędzie nową sprawność jako prelegent, tymczasem jej chrzest bojowy okazał się klapą na całej linii.

Skorzystała z faktu, że dzisiejszego wieczoru miała wychodne; już wcześniej umówiła się, że wpadnie do Felicji, mimo że po nieszczęsnych warsztatach nie wiedziała, jak się nazywa. Odkąd obie miały rodziny, ich spotkania stały się coraz rzadsze. Dla każdej z nich doba była zbyt krótka, więc zwyczajne babskie plotki stanowiły nie lada towarzyski rarytas.

– Boże ty mój, nie masz pojęcia, jak mnie przeczołgali! – pożaliła się przyjaciółce. – Myślałby kto, że to tylko dzieci.

– Aż tak tragicznie?

– Nawet mi nie mów. To były upiorne dwie godziny. Dzieciaki miały wszystko w nosie, organizatorzy jeszcze bardziej, a jedyne, na czym im zależało, to wydać unijne pieniądze. Czuję się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. – Gośka odwiesiła kurtkę na wieszak i weszła do kuchni.

Odkąd pomogła przyjaciółce zaprojektować nowe wnętrze, czuła się w nim jak u siebie. Za każdym razem z zadowoleniem rozglądała się po dobrze znanych kuchennych kątach.

Pomimo że poprzedni właściciele pozostawili kompletnie wyposażone pomieszczenia, zastana w spadku kuchnia sprawiała wyjątkowo odpychające wrażenie. Miejsce, które z zasady bywa sercem każdego domu, od początku aż prosiło się, by z niego uciec. Przyjaciółki wspólnie z Zuzką obmyśliły, jak dokonać przeróbki, nie demolując wszystkiego do gołych ścian; układ kuchni i logika ustawienia szafek były bez zarzutu, więc wystarczyła wymiana blatów i frontów, by całość zyskała nową jakość. Do tego oblatana w budowlanych nowinkach Zuza nakłoniła Jacka, by zrezygnował ze skuwania brzydkiej glazury ze ścian, i zasugerowała pomalowanie jej za pomocą specjalnych farb. Wbrew obawom, że coś pójdzie nie tak, zachwyceni efektem gospodarze zarządzili dodatkowo kompleksowe malowanie jednej z łazienek.

 

– Mam nadzieję, że nadstawiłaś im sakiewki? – Felicja się uśmiechnęła.

– O tak. Skwapliwie. Za to, co tam przeszłam, powinni mi przelać na konto swój roczny fundusz. Wiesz, po dzisiejszej akcji zaczęłam się zastanawiać, czy więcej dzieci to dobry pomysł. Martynka ostatnio daje ostro popalić, a jeśli wierzyć porzekadłu, że małe dziecko to mały kłopot, a im większe, tym kłopot większy, może warto się zastanowić.

– Nie wiem, co ci powiedzieć. To wasza decyzja. Wydawało mi się, że to dla ciebie priorytet – odparła Felicja na tyle wymijająco, by otwarcie nie dotknąć drażliwego tematu. W końcu sama też kiedyś przeżyła utratę dziecka i dobrze wiedziała, jak to jest. – Chcesz drinka?

– Przecież prowadzę – zaprotestowała Gośka.

– No to co? Jacek dziś wyjeżdża do Berlina i jakoś musi się dostać na pociąg, to cię odwiezie twoim autem. To jak? Malibu?

– Jesteś aniołem. – Gośka z lubością siorbnęła ze szklanki doprawionego mlekiem słodkiego trunku. – Tego było mi trzeba. Kocham moją rodzinę i dla niej mogłabym pracować nawet i przy kopaniu rowów, ale człowiekowi raz na jakiś czas też się coś od życia należy, co nie? Zwłaszcza po takim dniu.

– Korzystajmy póki czas, bo im więcej dzieci, tym mniej okazji. A zatem twoje zdrowie, pani tragiczna prelegentko. – Felicja mrugnęła porozumiewawczo.

– No trudno, się kiedyś zobaczy, na razie Martynka tak daje czadu, że ledwie to wszystko ogarniam. O, popatrz, jak się wczoraj upaprała. A poszłam tylko do toalety. – Gośka na telefonie pokazała zdjęcie dziecka umazanego od stóp do głów.

– To ta przeklęta ryżowa kaszka. Jak zastygnie, robi się jak zaprawa murarska.

– Daj spokój. Ona ostatnio wtarła ją w dywan i w kanapę. Nie pomogło nawet namaczanie, musiałam wzywać firmę sprzątającą, żeby to wyprali. Czasem się zastanawiam, ile człowiek potrafi znieść, zanim odchowa dzieciaka na tyle, że może zrobić w domu kapitalny remont. Choć Kaśka, moja wspólniczka, ponoć ma dziecko, które nigdy niczego nie zepsuło i nie chodzi spać, dopóki po sobie nie posprząta i nie ustawi w rządku wszystkich butów – westchnęła ciężko Gośka.

– Też słyszałam, że takie są. Podobno. A jak ta wasza opiekunka do małej, daje jakoś radę?

– Tak, Sabinka to bardzo sprytna i solidna dziewczyna. Studiuje na akademii rolniczej, więc często pomaga mi także w pracy. To dobry układ, a i Andrzej ją chwali. To bardzo utalentowana dziewczyna.

– Ja też powoli dojrzewam do decyzji, żeby w końcu zatrudnić kogoś wyłącznie do pomocy przy dziec­ku. Nasza Terenia ma już swoje lata.

– A Jacek? Jak on sobie radzi?

– Jak dotąd całkiem nieźle, ale też potrzebuje trochę czasu na swoje sprawy. Ograniczył wyjazdy do minimum, a przecież to część jego pracy. A ja, jak wiesz, w mojej robocie nie znam dnia ani godziny.

– Dzielny ten twój Jacek, nie ma co. Ostatnio przypadkiem usłyszałam, jak udzielał Marcinowi porad w sprawie obcinania dziecięcych paznokci. Myślałam, że skonam ze śmiechu już na etapie opisu skutecznego unieruchomienia dzieciaka. – Gośka parsknęła śmiechem. – Na koniec powołał się na kolegę i jego kota.

– A co ma do tego kot? – zdziwiła się Felicja i poszła zamieszać w garnku.

– No jak to co? Taki jest skurczybyk agresywny, że jak przychodzi do obcięcia pazurów, trzeba go zrolować w dywanie, czujesz? Niezły widok.

– No tak. Już widzę, jak Marcin roluje Martynkę. – Felicja zachichotała. – I co ustalili?

– Że najlepiej będzie, jak sobie dziecko samo obgryzie.

– No i widzisz, jak dobrze, że przyjechałaś? Bo o spotkaniu we trójkę, razem z Zuzką, już nawet nie marzę. Ale się porobiło.

– Tak. Najlepiej, żeby było jak dawniej… – Gośka się rozmarzyła. – Kiedy nie miałyśmy takich problemów.

– Ależ miałyśmy – przerwała jej Felicja. – Tylko inne. Wtedy jawiły się jako koniec świata, a dziś mówisz, że ich wcale nie było. Przyszły nowe, aktualne. Tamte stare są już nieważne.

Rozumowaniu Felicji nie można było odmówić racji, choć od pamiętnych wydarzeń upłynęły zaled­wie dwa lata. Całkiem niedawne przejścia Gośki z poprzednim mężem już dawno odeszły w niepamięć, zastąpione troską o Martynkę, Marcina i firmę. Podobnie było u Feli, która ze wspólnych wakacji wróciła w ciąży z nieznajomym, by po jakimś czasie spotkać go ponownie, i to we własnej kancelarii. Ledwie jednak zdołała ułożyć sobie prywatne życie i urodzić Helenkę, w szczęśliwy związek wdarł się lęk o zdrowie Jacka.

– Sama zobaczysz, że za jakiś czas zapomnisz o dzisiejszych kłopotach, a sen z powiek będą ci spędzać kolejne sprawy wagi państwowej. Tak to się w życiu kręci.

– Masz rację. Bez sensu tracić czas na użalanie się. U nas wszystko gra i właściwie nie ma się do czego przyczepić. Jesteśmy zdrowi, Marcin nie narzeka na brak pracy, a i w mojej firmie nigdy nie działo się lepiej. Gdy tak popatrzę na to, co się wyprawia u Zuzki, to powinnam dziękować Bogu za to, co mam. Biedna mała.

– A może urządzimy sobie kiedyś jakiś babski wypad? Robi się coraz cieplej, więc może pojedziemy gdzieś we trzy? – Oczy Felicji rozbłysły nagle od genialnego, jej zdaniem, pomysłu.

– Tylko jakim cudem? Bez dzieci? – zdziwiła się Gośka. – Co chcesz zrobić z dziećmi?

– Przecież dzieci mają jeszcze ojców i dziadków, choć powiem szczerze, że wolałabym jednak zatrudnić kogoś do opieki, niż zaprosić tu moją teściową. Ostatnio zachowuje się jak urażona dama, której syn śmiał się wżenić nie tam, gdzie powinien. I do tego jeszcze dziecko, do którego trochę ograniczam jej dostęp.

– Nigdy wcześniej się na nią nie skarżyłaś.

– Bo nie musiałam. Ale odkąd pokłóciła się z wieloletnimi koleżankami i nie ma co robić, to z nudów pakuje się w nasze życie. Niech bym ją tylko wpuściła do domu, to po przyjeździe bym go nie poznała. Ona już gromadzi adresy szkół i przedszkoli odpowiednich dla Helci, nie muszę ci mówić, że wszystko na najwyższym poziomie snobizmu. Raz z ciekawości weszłam na stronę jednego z tych jej cudownych przedszkoli i wystarczyło, że przeczytałam motto. Te jakieś brednie o funkcjonowaniu dziecka jako jednostki we wszechświecie i że ów wszechświat kręci się wokół dziecka. Od razu mi się odechciało. Przyklasztorne szkoły też są nie na moje nerwy.

– Matko, czy ona oszalała? A cóż trzylatek zrozumie z tych głupot, poza tym, że jest pępkiem świata? To chore.

– Sama widzisz, że muszę być czujna. Zaczekaj, dam tylko Jackowi jedzenie dla małej i zaraz wracam. Jak chcesz, to zrób sobie dolewkę. – Fela puściła oko i z butelką w dłoni znikła za drzwiami.

Gośka skwapliwie skorzystała z propozycji i zrobiła sobie jeszcze jedną porcję malibu. Jacek miał ją odwieźć dopiero za godzinę, a jej nigdzie się nie spieszyło. Dziwne, pomyślała, już dawno zapomniałam, jak wygląda stan, kiedy człowiek może spokojnie usiąść i po prostu nic nie robić, delektując się drinkiem. A gdyby tak rzeczywiście gdzieś wyjechać, choćby nawet i na dwa dni?

Propozycja przyjaciółki wydała się jeszcze bardziej atrakcyjna niż przed chwilą, kiedy Gośka nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby opuścić choć na chwilę dom tylko dla własnej przyjemności.

– Nad czym tak dumasz?

Zaskoczona Gośka drgnęła i omal nie wypuściła szklanki.

– Chyba właśnie mnie zaszczepiłaś tym wspólnym wyjazdem. Nie wiesz, kiedy Zuzka wraca do Polski?

– Dokładnie nie wiem. Przed wyjazdem do Egiptu mówiła, że po pogrzebie zostanie tam przez kilka dni, żeby na miejscu rozeznać się w sytuacji. Powinna niedługo wracać. W końcu musi przypilnować biznesu. Kurczę, ciekawe, jak się u nich teraz potoczy.

– Tym bardziej dziewczynie należy się oddech – powiedziała Gośka, już na dobre przekonana do pomysłu. Teraz tylko szukała rozgrzeszenia przed samą sobą, że wypad jest absolutnie konieczny.

– Wszystkim nam się należy. W czerwcu fajnie wypada długi weekend. Do tego czasu zorganizuję jakąś opiekunkę do małej, żeby nie przeciążać pani Tereni. Co ty na to?

– Pięć dni?! Na tak długo? – przeraziła się Gośka, ale łatwo dała się uspokoić zapewnieniem, że skoro cała akcja wymagać będzie niezłej organizacji i dość skomplikowanej rodzinnej logistyki, bez sensu jest zawracać sobie głowę raptem dwudniowym wyjazdem.

– A co za różnica? Dzieci zostawimy w dobrych rękach. Spokojnie, jeszcze sporo czasu. Zaczekamy na Zuzkę i razem zdecydujemy, gdzie nas poniesie. Jacek! – wrzasnęła Fela. – Już wiesz, że zostajesz z małą w Boże Ciało? Bo mnie nie ma! – Uszczęśliwiona roześmiała się głośno na widok miny męża.

– Czy wyście powariowały do reszty? – zapytał później Gośkę, już w samochodzie.

– A co? – Wzruszyła ramionami.

– Że niby mam zostać z Helenką?

Jacek, mimo że świetnie odnajdywał się w roli taty, zareagował lekką paniką. Spędzał z dzieckiem całe dnie, ale jeszcze nigdy tak długo sam na sam.

– Spokojna głowa. Twoja żona już kołuje dla was pomocnicę opiekunki, a jak coś, to Marcin ci pomoże. Wesprze cię moralnie i te sprawy, no wiesz. On odrobinę dłużej jest ojcem.

– To ja mam w takim razie jeszcze lepszy pomysł – powiedział po chwili Jacek, cedząc słowa.

– O nie! Mowy nie ma. Z nami nie pojedziecie! – Gośka na wszelki wypadek zaprotestowała od razu. – To nasza impreza!

– No właśnie. Wy sobie zrobicie własną, a my z Marcinem też.

– Że co? Że niby gdzie? – Gośka zbaraniała.

– Proste. Zaproszę Marcina z Martynką do nas, opiekunka nas wesprze. We dwóch zawsze raźniej. Ha! Ale wymyśliłem! – Początkowo niechętny Jacek teraz cieszył się jak dziecko. – U nas jest duży ogród, a dziewczynkom też się przyda towarzystwo.

– Brzmi całkiem niegłupio.

– Czy ja wyglądam na idiotę? To kiedy jedziecie?

– Aleś się podpalił! – Gośka parsknęła śmiechem. – Jeszcze nic nie wiadomo, a ty już nas wyrzucasz. Na razie czekamy na Zuzkę. Spokojnie, jeszcze sporo czasu. Bez stresu.

– No dobrze. – Jacek zaparkował w podziemnym garażu, oddał Gośce kluczyki i wezwał sobie taksówkę.

Gośka zaczekała, aż zamknie się za nim automatyczna brama, i w podskokach pobiegła do windy. Nie mogła się wprost doczekać, kiedy opowie o wszystkim Marcinowi, ale mąż przyjaciółki był szybszy. Zanim dojechała na piętro, zdążył już zatelefonować i zdać zwięzłą relację.

– No to kiedy jedziecie? – Marcin powitał ją na progu, przekładając wprawnym ruchem dziecko na drugie biodro.

– Ech, obaj jesteście niemożliwi. – Gośka ucałowała go i pogłaskała Martynkę po pucołowatej buzi.

– A wy to niby nie? Normalnie na pięć minut nie można was z oka spuścić. A jak już się zbierzecie we trzy, to aż strach się bać, co znowu nawywijacie.

Zmęczona intensywnym dniem i świadoma perspektywy wczesnej pobudki, Gośka w try miga była w łazience. Odkąd kupiła sobie piżamę w komplecie z cudownie puszystym szlafroczkiem, tylko czekała, by jak najszybciej w niego wskoczyć i otulić się mięciutką tkaniną.

Wzięła szybką kąpiel i poszła prosto do łóżka. Myślała, że padnie jak nieżywa, tymczasem adrenalina jeszcze całkiem żwawo krążyła jej w żyłach. Już od dawna nie czuła takiego podekscytowania. Gdyby mogła, od razu zaczęłaby się pakować.