Kaprys milionera

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaprys milionera
Kaprys milionera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,95  51,96 
Kaprys milionera
Kaprys milionera
Audiobook
Czyta Mirella Rogoza-Biel
32,95  23,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Izabella Frączyk i Jagna Rolska, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Yolande de Kort/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-399-8

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Emil Kastner był śmiertelnie znudzony przeciągającą się podróżą. Gdy koła samolotu zderzyły się w końcu z pasem lotniska na Okęciu, odetchnął niemal.

– To były wspaniałe wakacje, prawda, misiaczku? – zaszczebiotała radośnie siedząca obok Sandra.

Spojrzał na nią z ukosa i zdobył się na wymuszony i zdecydowanie krzywy uśmiech.

– Ile razy można powtarzać, żebyś mnie tak nie nazywała? – zapytał poirytowany.

– Do wszystkich klientów tak mówię. Przynajmniej nie zawracam sobie głowy zapamiętywaniem imion – odparła z rozbrajającą szczerością. Wzruszyła ramionami, założyła za ucho pasemko krótkich platynowych włosów i lekko wydęła pomalowane na różowo usta.

Emil odwrócił głowę do okna. Sandra była piękna, choć urodą wulgarną i raczej wyzywającą. Nie powinien jej tego w zasadzie zarzucać, bo to te cechy sprawiły, że wybrał ją z zaproponowanych mu dziewczyn. Liczył, że właśnie ona przyprawi kolejną bezsensowną wyprawę do Meksyku odrobiną pikanterii. Dotychczas zabierał w swoje liczne podróże po świecie towarzyszki raczej ciche i nie za bardzo rzucające się w oczy. Przydawały się podczas nocnych uciech, w które zazwyczaj angażowały się z właściwym sobie profesjonalizmem. A i w ciągu dnia można się było bez wstydu z nimi pokazać.

Sandra zdecydowanie odstawała od przedstawicielek tego gatunku. Nieokiełznana w łóżku i z ogromnym apetytem na życie, fascynowała go przez pierwsze kilka dni, a później zwyczajnie zaczęła go wkurzać. Sam był sobie winien, więc starał się nie okazywać zniecierpliwienia, choć częściej niż zwyk­le odliczał dni do powrotu. Lecz lądowanie w Warszawie nie wywołało w nim spodziewanej radości.

Emil już jakiś czas temu zorientował się, że nic go nie cieszy. Zjeździł cały świat, więc podróże przestały go ekscytować. Spróbował wszelkich sportów, posiadł wszystkie gadżety, jakie tylko go interesowały, podobnie samochody. Pieniędzy miał więcej, niż mógł wydać. A do tego jego firmy, prowadzone przez zaufanych ludzi, nieustająco przynosiły profity. Jedyną rzeczą, która rajcowała go jako tako, był seks. Ten mu się nie nudził. Nudziły mu się za to partnerki, które zmieniał jak rękawiczki, i z przerażeniem zauważał, że ostatnio czas zainteresowania każdą kurczy się dramatycznie.

Był wysokim atrakcyjnym szatynem, o regularnych rysach i niebieskich oczach. Niedawno skończył trzydzieści pięć lat i nie musiał płacić za seks, bez większego bowiem wysiłku poderwałby każdą. Tyle że tak było łatwiej. Czuł się panem sytuacji, wszystko było jasne, nie musiał się wysilać, by dostać to, czego chciał.

– Zobaczymy się jeszcze, misiaczku? – zapytała Sandra już w terminalu lotniska.

Wspierała się na rączce jadowicie różowej walizki, nieco wypiąwszy tyłek odziany w błyszczące czarne legginsy.

– Oczywiście – zełgał. – Masz tu stówę na taksówkę – dodał, podając jej banknot.

– Nie jedziemy razem do centrum? – zdziwiła się.

– Muszę coś jeszcze załatwić w okolicy – odparł wymijająco.

– Jasne. To na razie!

Pomachała mu i udała się w stronę drzwi wyjściowych z terminalu.

Emil odczekał chwilę i ruszył w kierunku postoju taksówek. Nie miał, rzecz jasna, żadnych interesów do załatwienia. Po prostu chciał się uwolnić od kłopotu. Wsiadając do samochodu, obiecał sobie solennie, że już nigdy nie weźmie na wakacje żadnej panienki z agencji.

Pomimo popołudniowych godzin ulice nie były specjalnie zakorkowane. Emil przypomniał sobie, że zaczęły się wakacje. Miasta nie można było nazwać wyludnionym, ale dawało się odczuć sporą różnicę w porównaniu z rokiem szkolnym. Nie przepadał za Warszawą, choć urodził się w tym mieście i to właśnie stolica była świadkiem powstawania jego fortuny. Zaczął od niewielkiej firmy informatycznej, a z czasem został właścicielem ponad trzydziestu spółek działających w przeróżnych branżach, od koncernu medialnego po sieć biur podróży i kilka redakcji prasowych. Równie dobrze radził sobie w deweloperce i organizowaniu imprez masowych. Mimo że mias­to dało mu wiele, męczyło go coraz bardziej, więc przebywał w nim tylko wtedy, gdy musiał.

– Za chwilę będziemy na miejscu – poinformował go taksówkarz.

Emil powstrzymał się od komentarza, że idiotą nie jest i widzi. Miał zły humor, ale nie był to w końcu powód, żeby się wyładowywać na niewinnym gościu, który pewnie chciał być miły. Mruknął więc tylko potakująco pod nosem.

W tej samej chwili rozległ się sygnał komórki, a wyświetlacz oznajmił, że dzwonił Marek. Telefon od niego mógł oznaczać tylko jedno. Emil westchnął i odebrał po dwóch sygnałach.

– Witam cię, stary – przywitał się, starając się wykrzesać choć odrobinę entuzjazmu.

– Dzisiaj po południu. Znajdziesz czas? – zapytał krótko jego rozmówca.

– Właśnie wracam z lotniska. Dopiero co przyleciałem z Meksyku.

– Dobrze wiesz, że taka okazja prędko się nie powtórzy – wszedł mu w słowo Marek.

– Kiedy Robert przyleciał?

– Wczoraj. Ale będzie w Warszawie raptem dwa dni, a potem rusza na plan filmowy do Międzyzdrojów. Kilka tygodni zdjęć i wraca do Los Angeles. Kto wie, kiedy znów się uda spotkać we trzech, jak za dobrych dawnych lat.

– Przecież zawsze możemy do niego polecieć – powiedział Emil.

– Ty możesz – odparł z naciskiem Marek. – Mnie nie stać. I nie wracaj do tematu pożyczki albo sprezentowania mi pieniędzy, bo się rozłączę i nie usłyszysz mnie nigdy więcej – uprzedził.

– Nic nie mówię – skapitulował Emil. – No dob­rze. O której i gdzie?

– W drodze wyjątku pozwolę, żebyś mi postawił parę piwek i kolację w Belvedere. A potem się zobaczy. Może być? – roześmiał się Marek.

– Może – zgodził się Emil. – Rozumiem, że z Robertem już się umówiłeś?

– W zasadzie to on chce się tam spotkać. Dla mnie to knajpa dla sztywniaków, ale jemu chyba takie odpowiadają. Jakiś się z niego elegancik w tym Hollywood zrobił.

– Knajpa jak knajpa. W fajnym towarzystwie wszędzie jest dobrze – odparł Emil.

– Co racja, to racja. Koło osiemnastej dasz radę?

– Będę – potwierdził Emil i zakończył połączenie.

Znał Roberta i Marka od dziecka. Byli nierozłączni. Wszyscy trzej mieszkali w kamienicy na tyłach Chmielnej i pochodzili z tak samo biednych domów. Dzieciństwo spędzili na podwórku studni lub na szlifowaniu okolicznych bruków. Dla Emila, który wychowywał się bez matki, tylko z wiecznie pijanym ojcem, przyjaciele byli właściwie jedyną rodziną, jaką miał, i jedynymi osobami na świecie, z którymi łączyła go jakakolwiek więź. Może dzięki temu wzajemnemu wsparciu całej trójce udało się wyrosnąć na ludzi? Emil został biznesmenem, Robert wziętym reżyserem, a Marek skończył biologię i uczył w szkole, jednocześnie prowadząc warsztaty fotograficzne dla młodych pasjonatów. Uwielbiał swoje zajęcie i konsekwentnie odrzucał lukratywne oferty pracy w spółkach Emila.

Taksówka podjechała pod apartamentowiec na Złotej, Emil zapłacił kierowcy i wysiadł. Przeszedł przez hall i wjechał windą na jeden z najwyższych poziomów.

Z przestronnego apartamentu miał niesamowity panoramiczny widok na Warszawę, zwłaszcza nocą. W centralnym punkcie kadru znajdował się Pałac Kultury, z tej perspektywy niski i niepozorny. Ale Emil rzadko tu bywał. Kupił to mieszkanie tylko dlatego, że znajdowało się w prestiżowej lokalizacji i stanowiło doskonałą lokatę kapitału. Nie zachwycał go specjalnie spektakularny miejski pejzaż. Obrzucił szybkim spojrzeniem przestronny salon z kamienną posadzką i przesadnie wielkimi kanapami. Wszystko lśniło czystością. Firma sprzątająca jak zwykle spisała się na medal. Nie miał stałej gosposi. Wolał anonimowy układ z firmą, która kompleksowo zajmowała się jego nieruchomościami na terenie Polski. Wystarczyło, że zaznaczył w aplikacji w telefonie, kiedy zamierza przyjechać, by wszystko było przygotowane na czas. Przy wyjeździe procedura była identyczna, a w czasie dłuższej nieobecności gospodarza ktoś regularnie doglądał apartamentu.

Przeszedł do półotwartej kuchni z lśniącymi czarnymi szafkami i wyjął z lodówki schłodzone białe wino. Kolejna zaleta współpracy z firmą obsługującą nieruchomości, pomyślał. Wystarczy wysłać listę produktów, które należy kupić, a się pojawią. Konto Emila obciążano stosowną kwotą, której wielkością nie zawracał sobie nawet głowy. Prosto i skutecznie.

Nalał sobie wina do kieliszka i zerknął na zegarek. Do spotkania ze starymi kumplami pozostało jeszcze trochę czasu, więc postanowił wziąć długi prysznic.

***

Taksówka podjechała w pobliże restauracji Belvedere kilka minut po osiemnastej.

Emil już z daleka zobaczył przyjaciół. Siedzieli przy stoliku na zewnętrznym patio z widokiem na rozległy trawnik okolony wysokimi drzewami. Robert wstał z krzesła i pomachał ręką. Uśmiechając się od ucha do ucha, rozłożył szeroko ramiona, a potem uściskał Emila, energicznie klepiąc go po plecach.

 

– Miło cię widzieć, stary – oznajmił entuzjastycznie. – Ile się nie widzieliśmy? Ze dwa lata?

– Dwa i pół – uściślił Marek, który również wstał i przywitał się z Emilem silnym uściskiem dłoni.

– Służą ci wakacje! – roześmiał się Robert. – Wyglądasz jak rasowy, opalony rekin biznesu.

– A idź! Panienkę taką durną sobie przygruchałem do tego Meksyku, że to nie były wczasy, tylko mordęga – odparł Emil, siadając.

– Ustatkujesz się kiedyś? – roześmiał się Marek.

– On? – wtrącił się Robert. – Nigdy! Nasz Emiś jest wierny jedynie zasadzie niewierności.

– Zaraz cię uduszę za to przezwisko ze szczenięcych lat! – burknął z udawaną złością Emil. – Panienka nazywała mnie misiaczkiem – dodał po chwili.

Przyjaciele wybuchnęli niekontrolowanym śmiechem. Robert otarł w końcu załzawione oczy i duszkiem wypił stojące przed nim piwo.

– Czego się napijesz? – zapytał, opanowując w końcu rechot.

– Niech będzie piwo – powiedział Emil. – W takim upale nie ma co szarżować z wysokimi procentami. A właśnie… – zwrócił się do Marka. – Mam coś dla ciebie.

Wręczył przyjacielowi małą torebkę z brązowego papieru.

– Co to?

– Pejotl, mój szalony botaniku. Możesz hodować lub zjeść – odparł Emil.

– Nie pejotl, tylko kaktus o nazwie jazgrza Williamsa – sprostował Marek.

– Jak zwał, tak zwał. Ale kopa daje niezłego – roześmiał się Emil.

– Serio? Nigdy tego nie próbowałem – zainteresował się Robert.

– I nie próbuj. Mocne i gorzkie diabelstwo, że gębę wykręca. Chyba nie chcesz, żeby ci się zdefasonowała ta twoja hollywoodzka buźka? – zakpił Emil. – Ja spróbowałem. Dwanaście godzin halucynacji, a potem kac jak stąd do Grójca. Ale co kto lubi…

– To chyba podziękuję. – Robert wzdrygnął się i upił łyk piwa. – Marek, a co słychać u Moniki i dzieciaków? – podjął nowy temat.

– Wszystko w porządku. Zmieniła szkołę. Ma trochę dalej do pracy, ale przynajmniej dyrektorka jakaś normalna. A Pawełek i Alutka chodzą do przedszkola i większych problemów z nimi nie ma.

– Fajnie by było mieć dzieciaki – rozmarzył się Robert.

– Fajnie? – parsknął śmiechem Marek. – Człowieku, nie wiesz, co bredzisz. W momencie, w którym powołujesz te małe potwory na świat, już na zawsze przestajesz być sobą. Szczególnie gdy los obdaruje cię ruchliwymi bliźniakami.

– Na niezadowolonego nie wyglądasz – odparł Robert. – Może i ja się dorobię jakichś z moją Ramoną?

– Ramoną? – podchwycił Emil. – To jakaś nowa laska?

– Nie laska, tylko żona, chłopie!

– Ożeniłeś się, a my o tym nie wiemy?! – żachnął się Marek.

– Świeża sprawa. I mocno spontaniczna. Ale wiem, że to jest właśnie ta.

– A skąd to niby wiesz? – zapytał Emil. – Wróżka ci powiedziała?

– Miłość, przyjacielu, mi to powiedziała.

Emil skinął na kelnera, a gdy ten podszedł, zamówił butelkę białego wina i tacę z przekąskami. Przyjaciele spojrzeli na niego ze zdumieniem.

– Wybaczcie, że nie zapytałem was o zdanie, ale po tych rewelacjach po prostu muszę się napić czegoś mocniejszego – wytłumaczył. – A przekąski zawsze się przydadzą, zanim przejdziemy do konkretów.

– Od kiedy pijesz wino zamiast piwa jak normalni ludzie? – zapytał ze śmiechem Robert.

– Nie zmieniaj tematu! – odparował Emil. – Od kiedy jesteś żonaty?

– Raptem trzy miesiące. Ramona została w Stanach, a ja nie mogę się doczekać, kiedy do mnie przyjedzie.

– Wychodzi na to, że z naszej paczki tylko ja wytrwam w kawalerstwie – podsumował z uśmiechem Emil. – No trudno, ktoś musi pozostać normalny.

– Też mógłbyś się w końcu ustatkować – zauważył Marek.

– Nie mam najmniejszego zamiaru!

– Nie spotkał jeszcze żadnej zajebistej laski – oświadczył Robert.

– Wręcz przeciwnie, spotkałem ich wiele. I wszystkie łączyło ogromne pragnienie wydojenia mnie z całej kasy. A najchętniej wpuszczenia w dzieciaka.

– No to nie były zajebiste – skwitował Marek.

Emil nie odpowiedział. Upił łyk wina i sięgnął do tacy z przekąskami po kawałek sera.

– Mam wrażenie, że one wszystkie są takie same – oświadczył.

– Nie są! – zaprotestował Marek.

Robert potaknął gorliwie.

– W porządku – skapitulował Emil. – Może i nie są, ale ja ich, gadzin, nie rozróżniam.

– Może powinieneś poszukać gdzie indziej niż w agencjach i we własnych firmach? – zasugerował Robert.

– Czyli gdzie? Na ulicy? Podchodzić do przypadkowych dziewczyn?

– Bez przesady! – roześmiał się Marek. – Pobuszuj po internecie. Znajdziesz sporo ciekawych ludzi. Sieć to nie tylko sprawdzanie słupków sprzedaży. Są też inne aktywności.

– A skąd ty wiesz o takich rzeczach? – zainteresował się Robert.

Emilowi nie umknęło, że Marek nieco się zmieszał.

– Każdy to wie – bąknął w odpowiedzi.

Kolacja, butelka wina i wiele szklanek piwa sprawiły, że atmosfera z każdą chwilą robiła się coraz weselsza. Zmierzch przeszedł w wieczór, restauracja wyludniała się stopniowo. Kelnerzy sprzątali kolejne stoliki, co jakiś czas znacząco zerkając w stronę ostatnich gości.

– Chyba najwyższa pora się zbierać – mruknął Emil.

– W takim razie idziemy do mnie! – zakomenderował Robert.

– Gdzie się zatrzymałeś? – zapytał Marek.

– W Bristolu.

– No to mamy niedaleko.

– Dajcie spokój, chłopaki – wtrącił Emil. – Nie będziemy się cisnąć po hotelach. Zapraszam do mnie.

– Będziemy się bujać aż na Mokotów? – skrzywił się Robert.

– Mam nowy adres w centrum – przyznał z ociąganiem Emil.

Kompletnie zapomniał, że jego przyjaciele nie wiedzą o apartamencie na Złotej. Nie wspominał o nim, żeby nie wyszło, że próbuje im w głupi sposób zaimponować. Jednak było już za późno.

Zgodnie z jego przewidywaniami obaj byli pod wrażeniem.

– No, niezła chata! – Marek aż gwizdnął z uznaniem. – Wiesz, że twoim sąsiadem jest Lewandowski?

– Powiedzieliśmy sobie dzień dobry ze trzy razy – przyznał Emil.

To z kolei zrobiło wrażenie na Robercie. Był zapalonym kibicem piłki nożnej.

– Za takiego sąsiada to ja chętnie wzniosę toast – powiedział i bezceremonialnie otworzył lodówkę. – Komu piwo?

Po chwili wszyscy trzej siedzieli na wielkich białych kanapach i z zadowoleniem popijali pros­to z butelek. Emil przełączył telewizor na kanał sportowy, ale o tej godzinie trudno było znaleźć coś emocjonującego. Zresztą jego goście i tak woleli nocną panoramę za oknem. Dla lepszego efektu wytłumił aplikacją w smartfonie część świateł w apartamencie.

– Pięknie tu masz, stary – powiedział Marek. – Chętnie bym tu spędził kilka miłych chwil sam na sam z kobietą.

Robert spojrzał znacząco na gospodarza. Było oczywiste, że przyjaciel nie ma na myśli swojej żony.

– Słuchaj… A jak wam się właściwie układa z Moniką? – zapytał z wahaniem Robert.

– Nie układa – mruknął pod nosem Marek. – Chyba kogoś ma.

– Kochanka? – wypalił Emil. To, co usłyszał, nie mieściło mu się w głowie. Przyjaciel był z żoną właściwie od zawsze. A wszyscy znajomi twierdzili, że są najbardziej zgodnym małżeństwem, jakie widzieli w życiu. – To ja przyniosę jeszcze po piwie – powiedział z zakłopotaniem i poderwał się z kanapy.

Wiele piw później z niechętnych półsłówek Marka wynikło, że Monika prawdopodobnie zadurzyła się w młodszym od siebie nauczycielu z nowej szkoły.

– Coś mnie tknęło i przetrzepałem jej telefon. A tam aż się roi od serduszek i kwiatuszków! Ten skurczybyk wali jej komplement za komplementem, a ta się do niego wdzięczy i mizdrzy.

– Wiesz, flirt to jeszcze nie zdrada – zaoponował Emil.

– No to powiedz, ekspercie od zdrad i romansów, ile twoich flirtów kończy się w łóżku? – rozsierdził się Marek.

– W zasadzie każdy…

– No właśnie!

– Dajcie spokój! Przecież Monika to porządna kobieta, a nie żadna zdzira. Sorry, Emil, nie chciałem przez to powiedzieć, że spotykasz się z samymi zdzirami – zreflektował się Robert.

– Spoko. – Emil machnął ręką. – Rozmawiałeś z nią? – zwrócił się do Marka.

– Nie.

– A od tego powinieneś zacząć – podsumował Robert.

– Napijmy się lepiej – zaproponował Marek bełkotliwie.

Wszyscy trzej byli już ostro wstawieni, ale noc była młoda, trunków pod dostatkiem, a oni mieli mnóstwo tematów do obgadania.

– One wszystkie są takie same, mówię wa-am! – czknął Marek godzinę później.

– Nie są takie same. Wszystkie wredne, to fakt, ale nie takie same. Jedne brzydkie, a drugie ładne – dowodził Robert.

– Nie ma brzydkich kobiet! Są tylko takie, które nie mają kasy na bycie ładnymi – perorował Emil.

– Gówno prawda! – upierał się Robert.

– A ja wam mówię, panowie! Z każdej da się zrobić łabędzia. Pozostaje tylko kwestia, jakim kosztem.

– Nie wierzę. Nie chrzań.

– No to ja ci udowodnię!

– A niby jak mi to udowodnisz? – roześmiał się Robert.

– Znajdę jakąś koszmarną dziewuchę i zrobię z niej księżniczkę. Zakład?

– O co?

– Może być o ten apartament – ogłosił beztrosko Emil i zatoczył ręką półkole.

– No to będę miał piękne lokum w Warszawie – parsknął śmiechem Robert.

– Takiś pewny?

– Oczywiście! Dlatego stawiam mój dom w Kalifornii – wybełkotał Robert i wyciągnął dłoń.

– Marek? Słyszałeś? Tnij! – zażądał Emil.

Ten powiódł nieprzytomnym spojrzeniem, niemrawo klepnął złączone dłonie przyjaciół, po czym opadł na oparcie kanapy i donośnie zachrapał.

Rozdział 2

Że też ta franca zawsze musi nam przydzielać różne zmiany! Odkąd się dowiedziała, że razem mieszkamy, robi to chyba złośliwie – pomstowała Danka, bezskutecznie próbując wbić się w przyciasne dżinsy.

– Też mi odkrycie, to wredna pinda. Suka jedna, wiecznie niedopchnięta – mruknęła Elwira znad kubka z kawą i odłożyła gazetkę promocyjną.

– Co tam dali ciekawego na przyszły tydzień? – zainteresowała się Danka i na chwilę zaprzestała walki z opornym suwakiem.

– Nie jest dobrze. Od środy jakieś kiecki i szorty, nawet ładne. Ale od soboty już całkiem przesrane.

– Nie mów, znów miksery za półdarmo?

– Gorzej. Odkurzacze i stacje parowe. Znów nas ludzie stratują.

Odkąd Danka skończyła szkołę, pracowała w popularnym dyskoncie sieci Bonus. Mimo że w zawodówce i później, w technikum, rokowała nie najgorzej, oblała maturę i musiała pożegnać się z dalszą nauką. Wprawdzie planowała podejść do egzaminu poprawkowego, ale w tym czasie zachorowała jej babcia, która opiekowała się wnuczką od najmłodszych lat, odkąd rodzice Danki rozstali się na dobre. Jeszcze przed zakończeniem sprawy rozwodowej matka poszła w tango nie wiadomo z kim i wszelki słuch o niej zaginął, natomiast ojciec wyprowadził się na wieś, gdzie przez lata dorabiał to tu, to tam, a w wolnych chwilach topił smutki, popijając tanie wino pod miejscowym spożywczakiem. Od tamtej pory babcia była najbliższą Dance osobą, a jej nieoczekiwana choroba i szybka śmierć sprawiły, że młodej dziewczynie zawalił się świat. Chociaż przekroczyła już dwudziestkę, musiała wydorośleć z dnia na dzień. Dotąd obie żyły bardzo skromnie, z babcinej renty. Nieduże dwupokojowe mieszkanie w bloku z wielkiej płyty na warszawskim Bródnie nie kosztowało wiele, ale pozbawiona dochodu Danka musiała pilnie rozejrzeć się za sublokatorem. No i za pracą.

Nie bardzo wiedziała, co chciałaby robić, ale oferta pracy praktycznie sama wpadła jej w ręce. Położony niedaleko dworca supermarket od ręki zatrudniał sprzedawców, więc nie namyślając się długo, przyjęła robotę.

Przez pierwsze tygodnie posyłano ją do najcięższych prac. Czasami bywała tak zmęczona, że nie pamiętała drogi powrotnej do domu. Po miesiącu poważnie myślała, by zrezygnować. I zapewne tak by się stało, gdyby nie poznała Włodka.

Właśnie porządkowała magazyn. Wykończona dźwiganiem niezliczonych skrzynek z piwem, w pewnej chwili poczuła, że robi jej się słabo. Byłaby upadła, gdyby ktoś jej nie podtrzymał.

Wysoki śniady mężczyzna wykazał się refleksem i pomógł jej usiąść. Gdy podniosła głowę i napotkała jego rozbawiony wzrok, w jednej chwili przepadła z kretesem.

Włodek, a właściwie Wołodia, akurat przyjechał z towarem. Szukał magazyniera, żeby zorganizować rozładunek.

– Dziękuję ci, już mi lepiej – wyszeptała na bezdechu Danka, przy okazji uważnie taksując widoczną pod rozpiętą koszulą szeroką owłosioną pierś. Widok płynącej w stronę pępka cienkiej strużki potu sprawił, że głośno przełknęła ślinę.

 

– O mało nie upadłaś – powiedział jej wybawca z wyraźnym ukraińskim akcentem. – Dobrze się czujesz?

– Podasz mi trochę wody? – wyszeptała speszona, czując, jak pod pachami pojawiają się ciemne plamy potu. I naraz jej piersi stały się jakby cięższe niż zwykle. Na widok męskich zgrabnych pośladków poczuła podniecenie.

– Jasne. Trzymaj! – odparł, podając jej małą butelkę z rozdartej zgrzewki. – To narka, muszę się streszczać. Grafik goni.

– Nie wiem, jak ci dziękować… – powiedziała rozczarowana, że już sobie idzie.

– Nie wiesz? – Uśmiechnął się szelmowsko i znacząco zniżył głos. – Za to ja wiem. Ale to już następnym razem. Jak się nazywasz?

– Danka Popiołek. – Oszołomiona dziewczyna omal nie połknęła języka.

Wołodia puścił do niej oko, pochwycił ją za rękę i przyłożył do swojego nabrzmiałego podbrzusza.

– To znaczy my obaj wiemy…

Wyobraźnia ruszyła. Danka jak w transie dotrwała do końca zmiany. Hormony zabuzowały. Nie mogła uwierzyć, że taki pełnokrwisty przystojniak zainteresował się właśnie nią – otyłą, zaniedbaną i do bólu przeciętną. Nieraz stawała przed lustrem, by doszukać się u siebie zalet, ale bez skutku. Mysie, byle jak obcięte włosy w zestawieniu z niebieskimi oczami i skłonną do rumieńców cerą stanowiły kwintesencję nijakości. Niski wzrost sprawiał, że nadprogramowe kilogramy jeszcze bardziej rzucały się w oczy. Danka była po prostu gruba i nieciekawa. Jedna z tych, które mija się na ulicy, nie zapamiętując ich wcale.

Nigdy dotąd nie interesowała się rozkładem dostaw, ale od dnia poznania Włodka bywała w magazynie częściej niż dotąd. Od chwili, w której ustaliła nazwę jego firmy spedycyjnej, uważnie śledziła grafik. Aż wreszcie się doczekała. Na widok przystojniaka wstrzymała oddech, a gdy bez słowa pociągnął ją w stronę toalety, poszła za nim bez protestu.

– Moja ty piękna – wymruczał, zanurzając twarz w jej bujnym dekolcie. – Matko, jakie zajebiste cycki!

Usadził Dankę na sedesie, kilkoma szybkimi ruchami rozpiął rozporek i pasek. Jej ręce same odszukały cel. Penis, uwolniony ze spodni, sterczał niczym maczuga, czerwony, pulsujący i wielki.

– Taaak… Daaa… – jęknął Włodek, wspierając się plecami o drzwi. – Taaa… Weź go do tej swojej słodkiej buźki! No weź – poprosił. – Moja cycata królewna… Obciągnij mi!

Danka, początkowo cokolwiek wystraszona, że ktoś ich nakryje, naraz zapomniała o całym świecie. Rozpalona do czerwoności na przemian ssała, lizała i kąsała. Włodek był wspaniały, a ona chciała wypaść jak najlepiej. Gdy skończył z tłumionym krzykiem i osunął się po drzwiach, była z siebie dumna.

– Jesteś wspaniała, skarbie – usłyszała. – Po pros­tu cudowna, seksowna i… O, popatrz, znowu mi staje, ale muszę już lecieć. Pa! Będę we wtorek, daj mi swój numer, napiszę.

Wołodia ostrożnie uchylił drzwi toalety, wystawił głowę na zewnątrz. Przez nikogo niezauważony czmychnął do szoferki i odjechał.

Oszołomiona Danka siedziała w toalecie jeszcze przez chwilę. Satysfakcja mieszała się z rozczarowaniem. Żałowała, że już sobie poszedł i tak ją zostawił. Ona także pragnęła zaspokojenia. Pulsowanie w kroczu było nie do zniesienia.

Wsunęła rękę za majtki; były kompletnie mokre. Orgazm wstrząsnął nią na kilka sekund przed tym, zanim ktoś nacisnął na klamkę.

– Zaraz! Zajęte! – zawołała zdławionym głosem.

Zaczerpnęła powietrza i szybko doprowadziła się do ładu. W drzwiach zobaczyła niezadowoloną kierowniczkę.

– No tu się chowasz! Leniuchu! Marsz na sklep, na nabiale trzeba kefiry rozładować! Potem pometkujesz gotowe dania z przeceny, jutro termin się kończy!

Danka posłusznie skinęła głową i z nadzieją, że nie widać po niej, co robiła przez ostatni kwadrans, ostro ruszyła do pracy. Zawsze chętnie metkowała towar z krótką datą, bo mogła się wtedy niedrogo obkupić na kilka dni. Teraz trafiła na ulubione w ostatnim czasie hamburgery i wieprzowe żeberka.

Pożądanie i nieustanna tęsknota sprawiły, że dopadł ją wilczy apetyt. A gdy Wołodia przysłał jej wiadomość, że będzie u nich pojutrze, nie była w stanie myśleć o niczym innym. Tak pokombinowała z grafikiem, żeby spotkać się z nim po pracy. Udało się, ale przecież nie mogli za każdym razem gzić się w toalecie. To cud, że nikt ich nie nakrył.

Dzisiaj, na samą myśl o dłuższym spotkaniu, zwilgotniała. W końcu mam własne mieszkanie, zbuntowała się, nie musimy tułać się byle gdzie!

Niestety, także i tym razem plany spaliły na panewce. Włodek się śpieszył, zatem podjechali tylko na pobliski parking. W szoferce nie było zasłonek, za to na pace miejsca aż nadto.

Napalony samiec bez wstępów pchnął Dankę na paletę z makaronem i gwałtownie wziął od tyłu. Gdy szczytowała, zakrył jej dłonią usta, żeby nie krzyknęła. Z podziurawionej paznokciami zawartości palety obficie posypały się na podłogę dwujajeczne łazanki.

– Kurwa, jak dobrze – krzyknął Wołodia.

Pomysł wspólnego zamieszkania pojawił się praktycznie od razu. Danka, zakochana na zabój, w kilka godzin zainstalowała kochanka u siebie. Wprawdzie wyjeżdżał w długie trasy i czasem nie było go kilka dni, ale rachunki dzielone na pół dawały jej poczucie stabilizacji, a wspólne łoże poczucie spełnienia i młodzieńczego szczęścia.

Płomienny związek trwał prawie trzy lata, do chwili gdy Danka przypadkiem nakryła Włodka w łóżku z Maszą, koleżanką z innego sklepu sieci. Poznała ją przelotnie, gdy dziewczynę przysłano kiedyś do nich na zastępstwo.

Tamtego feralnego dnia źle się poczuła i wróciła do domu dużo wcześniej, niż wynikało to z grafiku. Jak się okazało, ukraiński rębajło miał dziewczynę w co drugim sklepie na swojej trasie, a że jego seksualne możliwości były niespożyte, także i w trakcie dłuższych podróży nie gardził usługami stojących przy drodze prostytutek.

Zrozpaczona Danka po rozstaniu jeszcze intensywniej zajadała rozczarowanie. Litrowy kubełek karmelowych lodów przy wieczornym ulubionym serialu stał się normą. Worków po chipsach i opakowań po czekoladzie nie dawało się zliczyć. Wokół walił się świat, więc ostatnią rzeczą, jaka interesowała Dankę, była liczba kilogramów. Faceci zeszli na bardzo odległy plan.

Nieprędko znalazła kolejnego podnajemcę. Tym razem był to introwertyczny student informatyki, który poza czasem, kiedy bywał na uczelni, całymi dniami nie wychodził z pokoju. Jego brat pracował w KFC, zatem kubełki pełne panierowanych kurzych skrzydełek na stałe weszły do domowego menu. Dance trafił się sublokator ideał.

Niestety, nic nie trwa wiecznie. Po blisko pięciu latach wspólnego pomieszkiwania Krystian się wyprowadził. Zanim jednak wyjechał, odmalował swój pokój, a Danka kupiła nową roletę i wymieniła dywanik na upolowaną na przecenie podróbkę shaggy. Pokój był gotowy na przyjęcie nowego lokatora.

Metodyczne upychanie sporej fałdy tłuszczu oraz pomaganie sobie podskokami nareszcie zakończyło się sukcesem.

– Szlag! Cholera! – zaklęła Danka i pociągnęła z wielkiej butli spory łyk udającego colę napoju. – Elwira? Nie wiesz, kiedy nowa dostawa w lumpeksie? Muszę ogarnąć jakieś gacie.

Nadwaga towarzyszyła jej od zawsze, ale teraz, w wieku dwudziestu ośmiu lat, było gorzej niż kiedyś. Tanie dżinsy, opięte na masywnych udach do granic możliwości, prawie trzeszczały w szwach. Przetarta w kroku tkanina mogła przedziurawić się lada chwila.

– W czwartki mają dostawy, zapomniałaś? – Elwira wstała od stołu i spłukała w zlewie fusy po kawie.

– Nie rób tak, bo się zatyka. Mówiłam ci już – upomniała ją Danka, pewna, że koleżanka i tak jej nie posłucha. Pod tym względem była niereformowalna.

Mieszkały razem dopiero od trzech miesięcy, od kiedy Elwirę zatrudniono w tym samym sklepie. Mimo że różniły się bardzo, dogadały się natychmiast. Filigranowa i drobna brunetka przy Dance wyglądała jak pisklę, ale przy spokojnej z usposobienia gospodyni była jak wulkan energii. Miała tysiąc pomysłów na minutę i trajkotała bez przerwy. Cały czas się wierciła, nie potrafiąc wysiedzieć spokojnie.

– Dobra, to do zobaczenia w robocie. Nie daj się tej podłej francy – Elwira zmieniła temat.

– Jasna sprawa. W lodówce stoi żurek na kiełbasie. Trzeba zjeść, bo się popsuje – przypomniała Danka, przełykając cisnący się jej na usta komentarz pod adresem sublokatorki, która mogła jeść ile dusza zapragnie. I jeszcze bezczelnie narzekać, że nie może przytyć. Ech, nie ma sprawiedliwości na tym zasranym świecie!, pomyślała, szykując się do wyjścia.