Jak u siebieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Po drodze do pokoju przyjaciółki spotkały czterech mężczyzn, z których każdy wlókł z lekka wstawioną lafiryndę. Wnioskując po wyglądzie i ubiorze owych pań, przed chwilą odkleiły się od sąsiadujących z hotelem latarni.

Za zamkniętymi drzwiami rozbrzmiała głośna muzyka, do której dołączyły kobiece piski. I gromkie męskie porykiwania, wyrażające aprobatę dla odgłosów wydawanych przez damy.

– Chyba dzisiaj nie pośpimy…

– Zaczekaj!

Iga zerwała się na równe nogi, capnęła za kurtkę i wybiegła z pokoju. Wróciła mniej więcej po kwadransie, z dwiema szklankami i butelką półsłodkiego wina.

– Zwariowałaś?

– Niby czemu? Przecież szybko nie zaśniemy. Chciałaś poznać swoje nowe włości od kuchni, to masz. Nie możesz przespać wrażeń, to przynajmniej z łaski swojej przytrzymaj tę szklankę.

Zaciekawiona Eliza patrzyła, jak przyjaciółka usiłuje odkorkować butelkę za pomocą długopisu.

– Nie prościej zejść do baru i poprosić o korkociąg? – zapytała.

– Phi! – prychnęła rozzłoszczona Iga. – Jasne! Idź i się przyznaj, że pijesz swoje!

– A co, nie można? Przecież to nie Hilton!

– Niby można, ale raczej nie wypada. Kapewu?

Twarz Igi poczerwieniała z wysiłku, ale korek nareszcie ustąpił i dał się wcisnąć w głąb szyjki. To nic, że przy okazji wycisnął z butelki fontannę czerwonego wina, które malowniczo upstrzyło i tak już mocno przybrudzony brzydki dywanik pośrodku pokoju.

– Daj szkło, poleję.

Eliza niechętnie podsunęła zwykłą szklankę do herbaty, bo tylko taka była do dyspozycji.

– No i co ja teraz mam zrobić? No powiedz! – zażądała pomiędzy łykami.

– A bo ja wiem? – mruknęła Iga, zdradzając pierwsze oznaki lekkiego upojenia.

– Najprościej byłoby sprzedać ten cały bajzel, spieniężyć diamenty i mieć święty spokój.

– I owszem. A co z wolą drogiej zmarłej?

– No właśnie. Ale mnie wpierniczyła!

– Nie, kochana. Wpierniczyłaś się sama i na własne życzenie. Twoja zgoda na przyjęcie nieruchomości była warunkiem odczytania testamentu. Nieprawdaż?

– Wiem. Ale to nie tak miało być!

– Trudno, w życiu rzadko kiedy coś idzie tak, jak chcemy.

Wieczór upłynął przyjaciółkom na podobnych egzystencjalnych rozważaniach. Oczywiście pomysł sprzedaży wszystkiego jawił się jako najbardziej sensowny, ale stanowczo się mu sprzeciwiało morale. Była jasno postawiona wola zmarłej? Była. Był warunek do spełnienia? Był. Był czas do namysłu i uczciwe postawienie sprawy? Owszem. Zatem jeśli Eliza chce spokojnie patrzeć w lustro, musi chwycić byka za rogi. I tak powinna dziękować Bogu, że ma na podorędziu Igę, która całkiem nieźle zna się na przeróżnych aspektach zarządzania gastronomią. Ponadto poszukuje nowej pracy, więc istnieje nikła nadzieja, że docelowo da się namówić na pracę w tym cholernym hotelu… Bo o ile Iga miała jako takie pojęcie, o tyle Eliza nie miała nawet bladego. Nie przeszło jej nawet przez myśl, by zadać sobie pytanie, ile osób trzeba zatrudnić w tego typu przybytku. Kucharz, to jasne, kelner, pewnie jakiś kuchcik, pomywacz i barman. Oczywiście recepcjonistka, ktoś do sprzątania. Powinno wystarczyć. Chyba.

Na tym właśnie kończyła się wiedza nowej właścicielki dotycząca hotelarstwa, z którym do czynienia miewała wyłącznie od święta, gdy sporadycznie, czyli średnio raz na dwa lata, korzystała z szeroko pojętych usług noclegowych.

Impreza z udziałem czterech mocno podchmielonych już par rozkręciła się w najlepsze, ale Idze to niespecjalnie przeszkadzało. Po przegadaniu wieczoru usnęła snem sprawiedliwej dosłownie w pół zdania. Eliza westchnęła, dopiła wino i skierowała się do łazienki.

W pomieszczeniu zalatywało stęchlizną. Tym, co rzucało się w oczy, był poczerniały od pleśni niegdyś biały silikon w okolicy brodzika i umywalki, wywołujący mało zachęcające pierwsze wrażenie. Choć prawdę mówiąc, łazienka wyglądała schludnie.

Eliza odkręciła wodę pod prysznicem i zaskoczona wrzasnęła na cały głos, bo z góry chlusnął na nią lodowaty strumień. Chwyciła za kurek od archaicznej baterii, ale wysiłki nie zdały się na wiele – kran, zamiast odciąć zalewającą jej ciało strugę zimnej wody, został jej w ręku. Klnąc na czym świat stoi, Eliza jakimś cudem wetknęła go na miejsce i przekręciła. Wściekła wyszła spod prysznica i ostrożnie, osłaniając się sfatygowaną ceratą, uregulowała temperaturę. Na szczęście wiedziała już, na jakie trudności napotka przy zakręcaniu wody, więc wykonała toaletę bez dalszych niespodzianek. Z lekkim obrzydzeniem przekroczyła wypływającą spod brodzika brudnomydlaną kałużę, ostrożnie, żeby na mokrej podłodze nie zrobić szpagatu, dotarła do umywalki, gdzie zmyła makijaż i wyszorowała zęby. Zadowolona, że żyje, jest cała i zdrowa, po kwadransie szczęśliwie dobrnęła do posłania, a raczej do swojej połowy małżeńskiego łoża, które przyszło jej dzielić z Igą.

Zza ściany wciąż dochodziły radosne ryki, ale o tej porze jakby słabsze i z minuty na minutę coraz cichsze. Widać impreza miała się ku końcowi.

Eliza rozciągnęła się wygodnie i naciągnęła kołdrę w brzydkiej, szorstkiej poszewce pod samą brodę. Już prawie zasypiała, gdy z wysłużonego materaca z charakterystycznym jękiem wyskoczyła sprężyna i boleśnie strzeliła ją w tyłek.

– O Boże, ale kanał! – westchnęła dziewczyna.

To, co zobaczyła dotychczas, wcale się jej nie podobało. Dosłownie każda rzecz w tym hotelu, każdy detal raził starością, brzydotą albo tandetnym wykonaniem. Świeżą spadkobierczynię porażał ogrom ewentualnego zadania, które czekało ją w najbliższym czasie. Cudów nie ma, doprowadzenie przybytku do porządku będzie mocno absorbującym przedsięwzięciem, pomyślała. A jeśli dodać do tego pełen etat na Marcowym Wzgórzu oraz osobiste zobowiązania, najbliższa przyszłość maluje się w ciemnych barwach…

Eliza postanowiła, że nazajutrz z samego rana zapyta w recepcji o szefa. Uznała, że wie o sytuacji wystarczająco dużo, by nie chcieć prowadzić tego interesu. Jeśli dotychczasowy najemca zapragnie przedłużyć umowę i prowadzić hotel z wyszynkiem, ona nie będzie mu utrudniać życia. I wyjdzie z tego pata z honorem. Diamenty zdeponuje w bankowym sejfie, a remontem zajmie się za kilka lat. Ajent nie zrezygnuje z działalności, ludzie nie stracą pracy i wszyscy będą zadowoleni. Ona sama spokojnie zajmie się staruszkami, odsyłając wykonanie testamentu w bliżej nieokreśloną czasoprzestrzeń. Wilk pozostanie syty, a owca cała.

Rozwiązanie znajdowało się pod ręką. Eliza wcale nie miała ochoty na wywracanie życia do góry nogami. Kochała swoją pracę i swoich pensjonariuszy oraz poukładaną rzeczywistość, której nie miała najmniejszej chęci zmieniać. Do tego dochodził jeszcze narzeczony, również nieprzepadający za zmianami, a ta, która się szykowała, z samego założenia nie była drobiazgiem.

Zmęczona i nieco skołowana Eliza usnęła wreszcie. Wcześniej, za namową przyjaciółki, zamówiła budzenie na ósmą rano, by sprawdzić, czy personel recepcji wywiąże się z tak prostego zadania. Śniadanie serwowano od siódmej do dziesiątej, więc pora była dobra, by sprawdzić, czy po dziewiątej rano będzie jeszcze co jeść.

Telefon z pobudką zadzwonił punktualnie. Eliza miała wrażenie, jakby nie spała wcale albo spała szybko. Dzwonek zadzwonił jak wściekły, ledwie przyłożyła głowę do poduszki. Odebrała i kompletnie zamroczona podziękowała za usługę. A że Iga nawet nie drgnęła, więc zakręciła się przy porannych ablucjach, ubrała się i przyniosła do pokoju dwie mocne kawy ze śmietanką. Ze śniadaniem postanowiła zaczekać na przyjaciółkę. Była ciekawa jej fachowego osądu, choć to, co widziała w jadalni, wyglądało całkiem apetycznie. Mimo że pierwszą rzeczą, która rzuciła się jej w oczy na szwedzkim stole, okazała się wielka micha z sałatką z czerwonej papryki.

Iga, wywabiona ze snu aromatem świeżo mielonej kawy, niechętnie uchyliła powieki.

– Rany, pachnie jak boski nektar! Kawę mają niezłą – podsumowała, zaciągając się kuszącym zapachem.

– Wstawaj, bo ci ten nektar wystygnie. Poza tym w jadalni czeka papryka.

– Coś ty?

– Poważnie, salaterka wielkości miednicy. Biedna ta alergiczka ze szkolenia. Od samej woni można wyzionąć ducha.

– No dobra. Daj mi kwadrans.

Eliza skończyła kawę i pierwsza zeszła na dół.

Przez wielkie panoramiczne okno na parterze ponownie ujrzała zajeżdżające pod hotel luksusowe samochody, z tymi samymi postawnymi Rosjanami. Na początku miała wątpliwości, ale gdy karnie stanęli w szpalerze na powitanie szefa, Eliza rozpoznała niektórych. Wkrótce przekonała się, że scenariusz porannego spotkania osiłków w niczym nie odbiegał od popołudniowego, którego była świadkiem. Przez telefon ponownie posypały się zamówienia na ekskluzywne wozy. Grupa, jak wczoraj, zignorowała pozostałych gości. Towarzystwo zachowywało się jak u siebie.

– Idę o zakład, że każde z tych aut na parkingu jest lewe – powiedziała półgłosem do Igi, która właśnie dołączyła do stolika. – Nie ma siły, muszą być kradzione! Ciekawi mnie tylko, dlaczego oni niczego się nie boją. Czy policja jest ślepa?

– Wątpię. Wiem, jak to wygląda z drugiej strony.

– A niby skąd?

– W moim biznesie haracze to normalna praktyka. Policja wie o wszystkim, ale nie robi nic.

– Dlaczego?

– Woli rozpoznać gangsterskie struktury i mieć je na oku, niż mieszać w tym tyglu. Proste. Stabilna sytuacja jest wygodna dla wszystkich, a naruszenie tej chwiejnej równowagi mogłoby się skończyć nie wiadomo czym. A nic nowego i tak by do sprawy nie wniosło. Taki półświatek istnieje od zawsze. Zniszczyć się go nie da, więc po co walczyć?

– No cóż, logiczne – westchnęła Eliza. – Patrz, jaka cizia! – wyszeptała do Igi, dyskretnym ruchem głowy wskazując na wejście.

 

Do restauracji wkroczyła matrona o mocno dziwacznym wyglądzie. Na oko miała około siedemdziesiątki, choć nosiła się jak dwudziestoletnia ulicznica. Czarna lateksowa minisukienka ciasno opinała szczupłe pośladki, eksponując długie nogi obute w wysokie muszkieterki w wydaniu maksi. Metalowe i ostre jak sztylet obcasy rytmicznie stukały o posadzkę z lastryko o dość topornym wzorze typu salceson, tak popularnym przed półwieczem. Całości stylizacji nietypowej babci dopełniał głęboki dekolt, z którego na światło dzienne wyłaziły przywiędły biust i żylasta szyja opleciona krzykliwą tanią biżuterią. Ekstremalny tapir na tlenionych włosach, krwistoczerwone szpony i paskudny makijaż nasuwały jednoznaczne skojarzenia.

– Matko święta! Jakaś burdelmama czy co? – Iga zastygła z widelcem w połowie drogi pomiędzy ustami a talerzem.

– Ty lepiej spójrz na naszych chłopców! – Eliza ukryła uśmiech w szklance z sokiem.

Istotnie, wystarczył jeden gest szefa, by wszyscy członkowie gangsterskiego zgromadzenia jednocześnie zdradzili oznaki poruszenia. W ślad za bossem wstawali i po kolei, szarmancko, całowali upierścienioną dłoń nowo przybyłej damy.

– Hm, mają mores przed kobitką, nie ma co. Pytałaś już recepcjonistki o szefową?

– Owszem – odparła Eliza. – Mam przyjść o dziesiątej, ale już chyba wiem, z kim przyjdzie mi rozmawiać…

– Kurczę, co to za miejsce? – zadumała się Iga. – Jesteś pewna, że ta twoja Ludwika była przy zdrowych zmysłach?

– Tak, do samego końca. Też bym tak chciała w jej wieku.

– To dlaczego wcześniej nawet słowem się nie zająknęła w temacie tego hotelu?

– Sama chciałabym to wiedzieć. – Eliza przełknęła ostatni kęs smakowicie pachnącej jajecznicy i poszła po kolejną kawę.

Nie wyspała się dobrze, a przed interview z najemcą chciała być w jako takiej formie. W końcu za pół godziny miało wyjaśnić się wszystko.

Zdenerwowana spadkobierczyni nie mogła się doczekać. Gdy wreszcie stanęła przed tapicerowanymi drzwiami z tabliczką „Dyrektor”, poczuła, jak z nerwów w gardle rośnie jej gula. Nie lubiła takich drzwi, bo nie można było w nie zapukać, więc spróbowała poskrobać palcem w okolicy klamki. Nie doczekawszy się odpowiedzi, uchyliła drzwi.

Wewnątrz pomieszczenia było ciemno i ponuro. Już w progu Elizę owionął duszący aromat tlących się indyjskich trociczek wymieszany z siwym dymem z papierosa. Okazało się, że za biurkiem siedzi leciwa dama, którą miała okazję widzieć już wcześniej w jadalni.

– Słucham panią – odezwała się kobieta. – Czy pani ze skargą?

– Nie, skądże. Właśnie niedawno… dowiedziałam się, że zostałam właścicielką obiektu, którym pani zarządza, więc chciałam…

– Boże! – wykrzyknęła tamta. – Czy coś się stało pani Ludwice?

– Owszem. Zmarła tydzień temu. Miała dziewięćdziesiąt cztery lata.

– I zapisała pani w spadku mój hotel? – Tapirowana pańcia wbiła w Elizę twarde spojrzenie.

– Aha.

W Elizę wstąpiła nadzieja, że to dziwadło zechce jednak zawalczyć o przedłużenie umowy najmu.

– No cóż – westchnęła dama. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

– Nie rozumiem.

– To proste. Mam już swoje lata i dawno chciałam zrezygnować z biznesu. Bo tu idzie sobie w łeb strzelić, kochaniutka. Jak nie dziwki, to ruska mafia, jak nie ruska mafia, to jakieś szkolenia, na których goście chleją do rana i demolują wyposażenie. Ja już nie mam siły na takie rzeczy!

– To dlaczego nie zrezygnowała pani wcześniej?

– Nie mogłam. Pani Ludwika była bliską przyjaciółką mojej matki. Kilkanaście lat temu oddała nam wielką przysługę, podpisując ze mną umowę najmu. Mogła go sprzedać i pozbyć się kłopotu, lecz postanowiła zatrzymać, żebym miała gdzie prowadzić działalność. To była bardzo szlachetna osoba. Do końca życia jej tego nie zapomnę. Ale teraz nadszedł czas na zasłużoną emeryturę.

Kobieta nachyliła się nad biurkiem i oczom Elizy ukazała się głębia obwisłego dekoltu. Z bliska jej mocno przypudrowana twarz wyglądała jak upiorna maska, posklejane zaś tuszem rzęsy nawet nie tyle tandetnie, ile żałośnie. Najwyraźniej ich właścicielka za nic nie mogła się pogodzić z upływem czasu. Jej bezowocne starania, by udawać młodość, przynosiły wręcz odwrotny, karykaturalny efekt.

– Rozumiem, że moja umowa najmu wygasła, tak? – zapytała.

– Tak.

– I Bogu niech będą dzięki! – Kobieta wzniosła oczy do nieba. – To kiedy się pani wprowadza? – Uderzyła się dłońmi po chudych udach i zachichotała.

– Wprowadza? – Zdziwiona Eliza aż zamrugała powiekami. A to wiedźma!, pomyślała.

– A jak pani to sobie wyobraża? Biznesu trzeba pilnować, ot co! – Rozradowana dama zerwała się na równe nogi. Podeszła do brzydkiej biurowej szafy i otworzyła ją na oścież. – Proszę bardzo. Zostawiam wszystko. Tu jest cała dokumentacja z ostatnich lat. Teoretycznie powinnam to zabrać ze sobą i trzymać przez pięć następnych, ale na co mi to? Spiszemy sobie protokół i ty to, kochaniutka, przejmiesz. To znaczy: wypożyczysz sobie.

– Jak to?

– Normalnie. Nie jestem świnią. W tej szafie jest sto procent wiedzy o hotelu. Cała ta makulatura z pewnością ci się przyda, moje dziecko.

– Rozumiem nawet, że pani chce odejść… Ale żeby tak od razu?

– Cóż, umowa wygasła, więc nic mnie nie trzyma. Pewnie w najbliższych dniach zwinę działalność. Pozostaje jeszcze kwestia ludzi… Coś trzeba z nimi zrobić.

Eliza była coraz bardziej przerażona.

– To chyba nie dziwne? W moim wieku z niczym nie należy czekać – westchnęła kobieta, starannie wydłubując brud spod długiego tipsa.

Oszołomiona nowa właścicielka Zacisza wróciła do pokoju ze zwieszoną głową.

Ponieważ Iga zabawiła w jadalni dłużej, skorzystała z chwili samotności, ubrała się ciepło i wyszła na zewnątrz. Musiała się przewietrzyć. Sytuacja nie była łatwa, a myśli szalały pod czaszką w zawrotnym tempie. Eliza próbowała poskładać sobie wszystko w logiczną całość, ale chwilowo nie dawała rady. Czuła się tak, jakby ktoś ją ogłuszył, a później ocucił gwałtownie. I od razu kazał funkcjonować na najwyższych obrotach.

Ubłagała szefową hotelu, by ta wstrzymała się z bólami jeszcze przez najbliższe dwa tygodnie, bo sama nie miała pojęcia, jak się zabrać za sprawy, które właśnie spadły jej na głowę z siłą i rozmachem śnieżnej lawiny. Oczywiście doskonale wiedziała, że czternaście dni to tyle co nic, ale dobre i tyle, żeby odłożyć egzekucję. Na szczegółowe zapoznanie się z dokumentacją przyjdzie czas później. Elizę wciąż korciło, żeby mimo wszystko spróbować zawrzeć umowę z kimś innym. Szansa na nowego najemcę była nikła, ale przynajmniej dawała nadzieję.

Eliza wyjęła z kieszeni komórkę i zrobiła budynkowi kilka zdjęć. Jeszcze dziś wieczorem zamieszczę odpowiednie anonse w Internecie, postanowiła. Jestem zielona jak szczypiorek w tym biznesie, a czasu mam mało. Poza tym muszę chodzić do pracy. Owszem, przez jakiś czas mogłabym doglądać hotelu z doskoku, ale na dłuższą metę nie ma to racji bytu. Jeśli nie znajdzie się nowy najemca, trzeba będzie błyskawicznie rozejrzeć się za godnym zaufania zarządzającym, westchnęła w duchu.

Pomyślała nawet, czy nie zaproponować współpracy Idze (w końcu nie wszyscy mają przyjaciółki z branży!), ale uznała, że nie podoła wymaganiom finansowym ewentualnie zainteresowanej. Iga traktowała karierę zawodową bardzo poważnie, a na dodatek zależało jej na pieniądzach. Eliza nawet nie miała pojęcia, ile mogłaby jej zaproponować. Ba, nie miała pojęcia, jakiego rzędu obroty mogłoby generować całe to opłakane przedsięwzięcie. Pragnęła mieć nadzieję, że ten interes mimo wszystko jest rentowny. Żeby choć trochę!, pomodliła się w duchu.

Zamyślona, dwukrotnie okrążyła posesję.

Zniszczona fasada aż błagała o nową elewację. Zresztą wszystko tutaj błagało o wszystko. Elizę pocieszała nieco myśl o kosztownościach, które pozostawiła Ludwika, i nadzieja, że po ich spieniężeniu pieniędzy wystarczy na kompleksowy remont. No i na wynagrodzenia dla personelu. Tylko jakiego personelu? Nie mogła przecież przejąć tych ludzi w ciemno. Pracownik oznacza zobowiązania finansowe, a to już nie są przelewki. Założenie działalności gospodarczej, zarejestrowanie w ZUS-ie, otwarcie rachunku bankowego, wyrobienie pieczątek… I jeszcze setka dodatkowych spraw.

– Boże jedyny… – Przerażona Eliza wzniosła oczy ku niebu. – Przecież to nie dla mnie!

Zdruzgotana zawróciła do pokoju.

Iga siedziała przy nadgryzionym zębem czasu biureczku i notowała coś zawzięcie.

– I jak? – Podniosła głowę.

– Tragedia. Słuchaj, nie wiesz przypadkiem, za jakie grzechy mnie to spotyka?

– Spokojnie. Prześpisz się z tym, okrzepniesz. Powinnaś podołać. Z bożą pomocą. I… – Iga na chwilę zawiesiła głos. – I z moją – dokończyła.

– Coś ty powiedziała? – Eliza szeroko otworzyła oczy.

– Że ci pomogę. Właśnie na amen pocięłam się z moim szefem. Nie chcę znać drania!

– Ale ja…

– Nic nie mów. Podjęłam decyzję i nawet jeśli nie będziesz miała mi z czego zapłacić, poczekam. Tam już nie wrócę na pewno. Tutaj natomiast czeka mnie życiowe wyzwanie, o jakim marzy każdy w moim zawodzie. Poza tym pod względem gastronomicznym jest, hm, całkiem nieźle.

– Mówisz poważnie? – Do Elizy wciąż nie docierał w pełni sens słów przyjaciółki.

– Jak najbardziej. Dopóki miałam stałą pracę, to mogłam sobie szukać i wybrzydzać. Teraz podjęłam decyzję. Ten gnój bez porozumienia ze mną zwolnił mojego zastępcę! Mam trochę oszczędności, co stanowi razem z pensją Maćka, dopóki ją dostaje, przyzwoite zabezpieczenie domowego budżetu na kilka najbliższych miesięcy.

– Wiesz, że to duże ryzyko?

– Masz mnie za głupią? – zjeżyła się Iga. – Oczywiście, że wiem. Ale z drugiej strony nie znam nikogo, kto by nie zarobił na jedzeniu. A zwłaszcza na dobrym jedzeniu. Kochana, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije! – zakończyła.

Podeszła do Elizy, chwyciła ją za ramiona i potrząsnęła przyjaciółką delikatnie.

– Matko, Iga, dziękuję! Zrobię wszystko, żebyś nie żałowała tej decyzji. Obiecuję!

– Trzymam cię za słowo!

– Pomyśleć, że przed chwilą na spacerze naszła mnie myśl, żeby to wszystko wynająć. Zrobiłam nawet zdjęcia. Spójrz…

– A kto da się na to nabrać? – Iga weszła Elizie w słowo. – Rozejrzyj się, kobieto, po tej ruinie. – Powiodła dokoła spojrzeniem. – Znalezienie takiego frajera graniczyłoby z cudem!

– Wiesz, teraz już boję się tylko jednego. Że obie poświęcimy wiele, a guzik z tego będzie. O ile ja mam pracę i stabilną pozycję zawodową, o tyle ty mnie trochę martwisz.

– Zapomniałaś, skarbie, że jestem już dorosła? – zapytała Iga przesadnie niewinnym głosem.

– Nie. Po prostu trochę niepokoję się o ciebie.

Eliza musiała przyznać, że propozycja przyjaciółki wytrąciła jej z ręki przyszykowany oręż. Sprawiła, że czas zarezerwowany na oswojenie się z sytuacją, lub wręcz na dalsze okłamywanie się, że być może wszystko da się jeszcze jakoś odkręcić albo przynajmniej zepchnąć na dalszy plan, właśnie skurczył się do zera.

– Dobra. W takim razie dziś odpoczywamy i zbieramy siły. A od jutra do roboty! – Nowa właścicielka energicznie zatarła ręce. – Czas chwycić byka za rogi. Pierwsza wylatuje fontanna. Co ty na to?

– Stoi! – Iga parsknęła śmiechem i zaczęła się pakować. – Nie wiesz, do której trwa doba hotelowa?

– Nie mam pojęcia! Zapytaj mnie za kilka tygodni.