Jak u siebieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Dzień dobry szefie. – Eliza stanęła w drzwiach i uśmiechnęła się do dyrektora na powitanie. – Już jestem.

– To doskonale – odparł zasępiony. – Dziś w nocy odszedł nasz Lucjan.

– O matko, tylko nie to!

Dziadek Leszka. Normalnie jakaś czarna seria!

– Jak to zwykle jesienią. Zawsze tak jest. Skoki ciśnienia, zmiany temperatury, silne fronty atmosferyczne. Starzy ludzie są na to bardzo wrażliwi. A śmierć jest wpisana w nasz zawód, moja droga Elizo.

– Wiem, wiem. Tyle że tej ostatniej dwójki będzie mi brakować szczególnie. Zwłaszcza że Lucjan był dla mnie prawie jak rodzina.

– Cóż. Takie życie. A skoro już jesteśmy przy temacie… Dobrze by było, gdybyś w wolniejszej chwili uprzątnęła rzeczy po Ludwice. Chyba nie życzyłaby sobie, żeby robił to ktoś obcy.

– Oczywiście. Jeszcze dziś spakuję wszystko i odniosę do magazynu. Procedura taka jak zwykle, prawda?

W przypadku pensjonariuszy, którzy nie zostawiali po sobie spadkobierców, obowiązywały specjalne przepisy wewnętrzne, mające nie dopuścić do nadużyć wśród personelu Marcowego Wzgórza.

– Aha – mruknął doktor w roztargnieniu.

I tak wszyscy wiedzieli, że zmarła zadysponowała, by szkatułkę z biżuterią otrzymała właśnie Eliza, natomiast reszta obchodziła ją niewiele.

– Do której mam czas?

– Tyle, ile potrzebujesz, choć nie ukrywam, że na to lokum jest kolejka chętnych. Trzeba je wysprzątać i odświeżyć ściany…

– Tak, tak, rozumiem. Wezmę tylko kartonowe pudełka z magazynu i zabieram się do roboty.

– Zuch-dziewczyna. Marta wróciła dziś z chorobowego, więc o nic się nie martw. Zastąpi cię w ambulatorium.

– Świetnie!

Eliza odwróciła się na pięcie i cichutko zamknęła za sobą drzwi gabinetu.

Sekretarka właśnie rozmawiała przez telefon, ale gestem dała znać, by dziewczyna zaczekała chwilę. Niestety, rozmowa ciągnęła się w nieskończoność, więc skończyło się na pośpiesznym nagryzmoleniu na karteczce numeru i wręczeniu Elizie żółtego świstka z bezgłośnym poleceniem: „Zadzwoń!”.

Obdarowana skinęła głową i ruszyła do magazynu. Wiedziała, że Ludwika nie miała zbyt wielu rzeczy, więc wzięła zaledwie trzy pudła i kilka worków na ubrania. Wyrzuciła bieliznę osobistą, resztki kosmetyków, pozostały dobytek zaś skrupulatnie spisała w specjalnym zeszycie. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że tak długie i barwne życie powinno pozostawić po sobie coś więcej niż kilka byle dzindzibołów, trochę pamiątkowej biżuterii i kilka worków szmat, które zapewne w niedługim czasie zasilą magazyny pomocy społecznej.

Jeśli chodziło o nią samą, ciepłe wspomnienia wywoływała niemal każda pamiątka.

Do obiadu kąt Ludwiki był gotowy do przekazania ekipie remontowej. Eliza, zgodnie z procedurą, oddała magazynierowi rzeczy nieboszczki, włącznie z przeznaczoną dla siebie szkatułką z błyskotkami, i klucze. Przeszła do stołówki, gdzie wygłodniała zaatakowała pomidorową z ryżem. Ciepły posiłek dodał jej sił. Po drugim daniu poczuła się najedzona i odprężona. Zrobiło jej się tak dobrze i błogo, że nagle ziewnęła szeroko. Przy kolejnym ziewnięciu, przy którym szczęka omal nie wyskoczyła jej z zawiasów, uznała, że bez kawy się nie obejdzie. Wstała niechętnie od stolika, przechodząc do aneksu kuchennego dla personelu, włączyła ekspres i z westchnieniem oparła się o ścianę. Miała za sobą naprawdę ciężkie pół dnia, a czekał ją jeszcze dyżur w ambulatorium, gdzie zawsze kłębiło się od znudzonych pensjonariuszy. Ludzie chcieli zwyczajnie pogadać i po prostu się rozerwać, więc dla przyzwoitości symulowali różne dolegliwości. Gabinet zabiegowy odwiedzali również ci, którym się nie nudziło, ale należało im zmienić opatrunki, zrobić zastrzyk czy zmierzyć ciśnienie albo poziom cukru we krwi. Ci ostatni, zanim dopchali się do kolejki, nie raz i nie dwa wdawali się w awanturę z symulantami, a ci nie pozostawali im dłużni.

Awantura w poczekalni zawsze stanowiła atrakcję, ale dzisiaj wymknęła się spod kontroli. Zaalarmowana krzykami Eliza pojawiła się na korytarzu dokładnie w chwili, gdy osiemdziesięciosiedmioletni pan Eugeniusz, były nauczyciel matematyki, z werwą nastolatka zamachnął się krzesłem w kierunku równie leciwego pana Antoniego, emerytowanego sędziego, który zarzucił mu oszustwo. Znany autor wielu poczytnych książek, pan Władysław, trzymał w pogotowiu laskę, by w razie potrzeby przywalić komu trzeba.

– Dość! – huknęła Eliza. – Proszę postawić to krzesło!

– Nigdy w życiu! – wyseplenił pan Eugeniusz.

– Natychmiast, bo wezwę policję! O, ochrona już idzie! – Eliza stanowczo pozbawiła staruszka oręża. – Zapraszam pana do zabiegowego! – ryknęła, wiedząc doskonale, że jej podopieczny jest głuchy jak pień.

– Idę, już idę – wymamrotał. – Niech sobie czekają symulanci. Jestem w końcu kombatantem czy nie? – zrzędził, podążając we wskazanym kierunku.

Eliza, w obawie przed dalszą eskalacją awantury, szybko zamknęła drzwi.

Wewnątrz okazało się, że pan Eugeniusz posiał gdzieś sztuczną szczękę. Widział na jakimś filmie, że przed bójką należy ją wyjąć, więc uczynił podobnie. Tyle że nie miał pojęcia, gdzie mógł ją wetknąć.

Kurde, bohater ostatniej akcji!, pomyślała ubawiona Eliza.

Po kilku minutach szczęka szczęśliwie odnalazła się u uroczej pani Łucji, która od lat skrycie wielbiła kolegę z pokoju obok. Teraz była przeszczęśliwa, że może mu się przydać. Z nabożną czcią dzierżyła w dłoni obrzydliwe znalezisko.

Boże, za jakie grzechy! Eliza wzniosła oczy do nieba, upiła łyk kawy i wezwała kolejnego oczekującego. Musiała mu zmierzyć ciśnienie, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że wskutek draki w korytarzu wyniki można będzie wyrzucić do kosza…

Do swojego tymczasowego mieszkanka dotarła dopiero po dziewiętnastej. Zmęczona rozpięła błękitny kitel i odruchowo opróżniła kieszenie. Długopis, identyfikator, pieczątka i… O, karteczka z numerem telefonu, ta, którą dała mi sekretarka!, przypomniała sobie.

Od razu wybrała numer. Po drugiej stronie odezwał się damskim głosem automat informujący, że Eliza właśnie dodzwoniła się do jednej z najstarszych stołecznych kancelarii notarialnych. Nawiasem mówiąc, po godzinach urzędowania.

– No, no, ale numer! – mruknęła pod nosem.

Po pierwszym zaskoczeniu uznała, że nie ma co się dziwić. Nieboszczka Ludwika przed śmiercią na prawo i lewo trąbiła o biżuterii, więc zapewne tu jest pies pogrzebany. Skontaktuję się z notariuszem jutro z samego rana, postanowiła Eliza, choć na myśl o procedurze spadkowej aż nią wstrząsnęło. Skoro moja ulubiona pensjonariuszka chciała mnie obdarować, mogła to zrobić od ręki, a nie ciągać po kancelariach, westchnęła, w duchu przeklinając wszechobecne procedury.

Nazajutrz był piątek, więc w pracy zapowiadał się względny spokój. Zwykle w piątki organizowano wycieczki do muzeów, więc większość lokatorów Marcowego Wzgórza miała zapewnioną atrakcję. Ci, którzy zostawali na miejscu, szykowali się do podjęcia weekendowych gości bądź pakowali się, by odwiedzić bliskich.

Eliza uwielbiała ten ostatni dzień w tygodniu, kiedy wreszcie mogła w spokoju nadrobić papierkową robotę, na którą zwykle brakowało czasu. Jej szef był człowiekiem więcej niż skrupulatnym i bardzo pilnował porządku w dokumentacji, więc miała zamiar ostro przysiąść fałdów i w kilka godzin pozbyć się zaległości.

A przynajmniej taki miała plan. Do czasu gdy zatelefonowała do kancelarii.

Około dziesiątej ponownie wystukała na klawiaturze numer z żółtej karteczki i uzyskała połączenie z sekretariatem w notariacie. Sekretarka natychmiast połączyła ją, z kim trzeba.

– Dzień dobry, panie mecenasie. Eliza Lisewicz.

– Witam panią. Moje uszanowanie. Antoni Bogacki się kłania. Mieliśmy okazję widzieć się na pogrzebie, ale uciekła pani tak szybko… Nie zdążyłem z panią porozmawiać.

Serdeczny ton sprawił, że Eliza od razu przypomniała sobie eleganckiego starszego pana z laseczką.

– Nie rozumiem – zdziwiła się szczerze.

Do tej pory nigdy nie spotkała się z obecnością notariusza na pogrzebie mieszkańca Marcowego Wzgórza. A z pogrzebami często miała do czynienia.

– Cóż, przyjaźniłem się z Ludwiką i z jej ostatnim mężem przez długie lata. To wiele wyjaśnia, prawda? Łączyły nas nie tylko relacje usługowe.

– Oczywiście. W czym mogę panu pomóc?

– Chciałbym panią do siebie zaprosić. W związku z testamentem nieboszczki.

– Wiem, wiem. Ponoć mam odziedziczyć biżuterię. – Eliza uśmiechnęła się czule, świadoma, że zawartość szkatułki to liche i niewiele warte błyskotki. – Została złożona i zaplombowana w depozycie.

– Mam już wszystko u siebie. Przekażę to pani podczas spotkania.

– Dobrze. Na kiedy zatem się umówimy?

– No cóż… Trzeba odczytać testament zmarłej zgodnie z zasadami, ale ponieważ znam jego treść, chciałbym panią o czymś uprzedzić. Zanim jeszcze się spotkamy i zdecyduje pani o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku.

Boże, co tam może być takiego? Elizę aż zatchnęło.

Znała doskonale swoją byłą, nieco zwariowaną podopieczną i równie doskonale zdawała sobie sprawę, że stać ją było na wiele. Zaniepokoiła się lekko, że właśnie może otrzymać w spadku długi z kasyna w Las Vegas czy przytulisko dla bezdomnych sierot. Albo i coś gorszego.

– Słucham. Jestem gotowa – powiedziała słabym głosem. Mocno zacisnęła powieki.

– To nic takiego, droga pani. Ludwika zostawiła pani trochę rzeczy osobistych.

– Niczego więcej nie miała…

– Niezupełnie. Pozostała nieruchomość.

– Co takiego? – Eliza z wrażenia omal nie spadła z krzesła.

– No właśnie – dodał prawnik. – Życzeniem zmarłej było, żeby obejrzała pani wspomniane mienie, zanim podejmie pani decyzję co do objęcia spadku. Dobrze się składa, że zaraz weekend. Zorientuje się pani spokojnie, wszystko przemyśli…

 

– O rany! – zaskoczona Eliza przycisnęła palce do skroni. – Dobrze, oczywiście. A gdzie to jest?

– Całkiem niedaleko.

– W Warszawie?

– Owszem. Ulica Wołomińska 170, przy skręcie do centrum handlowego Galaktyka.

– Aha.

– Pani Elizo, jeśli mogę się tak do pani zwracać. Proszę się nie martwić. Ludwika była mądrą kobietą i na pewno nie miała zamiaru przysparzać komukolwiek kłopotów.

– Wiem.

– Dlatego właśnie zostawiła pani wybór.

– Rozumiem.

– Proszę zatem, by przez weekend dokonała pani lustracji rzeczonej nieruchomości. I naturalnie proszę dać mi znać odnośnie do swojej decyzji, zanim odczytam całość testamentu.

– Dobrze.

– A zatem umówmy się wstępnie u mnie w kancelarii w poniedziałek o dwunastej. Gdyby z jakichkolwiek względów nie mogła pani przybyć, proszę o kontakt.

Mecenas Bogacki podyktował jeszcze swój numer telefonu komórkowego, zanotował numer komórki Elizy i pożegnał się uprzejmie.

A ona siedziała bez ruchu. Miała wrażenie, że oto jakaś tajemnicza siła wprawiła ją w stan nieważkości. Nie oczekiwała niczego, a tu nie dość, że ta śmieszna szkatułka z sentymentalną zawartością, to jeszcze jakaś nieruchomość.

Eliza podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Na zewnątrz hulał wiatr. Powietrze było świeże i rześkie.

Wzięła kilka głębokich oddechów i na mapach Google’a sprawdziła, gdzie leży Wołomińska. Tak jak się domyślała, ulica wskazywała z grubsza kierunek na znaną podwarszawską miejscowość. Żadna filozofia, ale Eliza wolała się upewnić. Pojadę tam zaraz po pracy, postanowiła, ale z planów wyszły nici. Papierkowe zaległości pozwoliły odetchnąć dopiero, gdy na zewnątrz było już kompletnie ciemno i dodatkowo lunęło jak z cebra. Na sobotę zapowiadano poprawę pogody, więc Eliza przełożyła wizytację. Uznała, że wcześniej podskoczy po Leszka i pojadą razem.

Niestety, jej facet został niespodziewanie zaproszony na branżową konferencję i właśnie pakował manatki. Awaryjne rozwiązanie w postaci Igi również poszło w odstawkę. Przyjaciółka miała właśnie w domu na przechowaniu chore na ospę dziecko siostry i męża zdychającego na półpaśca, czyli dorosłą wariację choróbska. I wrażenie, że ona sama ledwie daje radę.

– O matko, biedne dziecko! – Eliza jak zwykle zareagowała empatycznie na wizję malucha od stóp do głów obsypanego swędzącymi wypryskami.

– Głupia jesteś! – prychnęła Iga. – Dziecku nic nie jest, poza tym, że głupio wygląda. Za to Maciek tak daje czadu, jakby właśnie się na tamten świat przenosił! Jęczy głosem jak z zaświatów, wszystko go boli, jeść może tylko to, co lubi, i generalnie zdycha po całości. Mówię ci, komediant! – pokpiwała. – Żałuję, ale nic z tego. Może innym razem? Sama wiesz, jak ja lubię takie tajemnicze historie! A wiesz coś bliżej na ten temat?

– Nie. Mam tylko ten adres. Pojadę jutro i dam ci znać. Tymczasem zadbaj o ten szpital i wracaj do żywych.

– Wiem, muszę. Jeszcze nie wiem jak, ale jutro na noc idę do roboty. Wiesz, sobota, dyskoteki. Normalnie niech to szlag!

Noc minęła Elizie niespokojnie. Co chwila budziła się i przekładała poduszkę, która nagle zaczęła być dziwnie twarda i niewygodna. Z rozrzewnieniem wspomniała własne wygodne łóżko, przysięgając sobie, że wróci do domu jak najszybciej. Jeszcze tylko kilka dni…

O piątej nad ranem dała za wygraną i zwlokła się z wymiętej pościeli. Rozmasowała ścierpnięte plecy i kolistymi ruchami głowy rozruszała zesztywniałą szyję. W maleńkim aneksie kuchennym nastawiła ekspres do kawy i poszła pod prysznic.

Gorąca woda przyniosła ukojenie. Do rozpoczęcia zmiany pozostały jeszcze dwie godziny, więc Eliza bez pośpiechu zjadła śniadanie i włożyła pielęgniarski uniform. Dyżur w ambulatorium trwał do czternastej, ale jeśli zacznie godzinę wcześniej, wcześniej skończy. O ile, naturalnie, w międzyczasie nie wyniknie nic nieprzewidzianego. Pozostawało mieć nadzieję, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem. Eliza wprost nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie wsiądzie do samochodu.

Dzień zapowiadał się przepiękny.

Eliza dwoiła się i troiła, by udało się jej wcześniej wyjść z pracy, ale wysiłki były daremne. Już stała w progu, gdy dostała wiadomość, że pan Edmund właśnie spadł ze schodów i złamał nogę. Zrzędliwy staruszek nawet nie chciał słyszeć o wezwaniu karetki, więc Eliza osobiście zawiozła go na pogotowie; na szczęście złamanie nie było skomplikowane, więc akcja przebiegła względnie szybko i sprawnie. Przestraszony pacjent, pod okiem zasadniczej opiekunki, wreszcie przestał się nad sobą użalać. Gdy z miną bohatera dnia wjechał na wózku do holu na Marcowym Wzgórzu, jak na zawołanie obskoczyły go wszystkie, równie leciwe jak on, koleżanki.

– Uff. Nareszcie – westchnęła Eliza, upewniwszy się, że sytuacja została opanowana na dobre.

Przekazała posterunek w zabiegowym zmienniczce i wybiegła na zewnątrz.

Musiała się śpieszyć, bo słońce właśnie zachodziło i do zmroku pozostało niewiele czasu.

Wycofała samochód z parkingu.

Odszukanie strony ulicy z budynkami o parzystych numerach nie przysporzyło jej trudności. Przy numerze 158 Eliza z emocji wstrzymała oddech.

– 160, 162, 166… – odczytywała na głos oznakowanie kolejnych zadbanych posesji.

Numer 168 okazał się porośniętą chaszczami pustą działką, graniczącą przez płot z uroczym domostwem.

– O Boże! – Eliza aż sapnęła z przejęcia. – Ależ cudo!

Zatrzymała auto, wcisnęła się corsą na wąski podjazd przed bramą i wyłączyła silnik.

Wysiadła. Podeszła bliżej, zapatrzona na zachwycającą architekturę. Ponownie sprawdziła adres, jakby nie potrafiąc uwierzyć, że dobrze trafiła. Spośród liści oblepiających podświetlaną niegdyś tabliczkę z numerem jak byk wyzierał numer 170. Nawiasem mówiąc, kombinacja cyfr, które Eliza od dawna zwykła była uważać za szczęśliwe.

Okazała willa z dwudziestolecia międzywojennego była prześliczna. Ozdobne rzeźbione galeryjki, wymyślne balustrady i łukowate okna wskazywały na rękę niezłego architekta. Posesja wyglądała wprawdzie na nieco zapuszczoną, ale budynek wciąż nosił ślady dawnej świetności. I pasował do Ludwiki.

Dlaczego ona sądziła, że można wzgardzić takim podarunkiem?, zachodziła w głowę Eliza. Owszem, fasadę należy wyremontować, ale półokrągły dach z wymyślnymi okienkami jest świetnie zachowany… Nie mam pojęcia, jak to wszystko wygląda wewnątrz, ale co mi szkodzi sprawdzić?

Przekręciła gałkę przy furtce. Metalowa bramka ustąpiła ze zgrzytem, ale bez oporu. Eliza rozejrzała się po zaniedbanym ogrodzie. Wysokie, dorodne drzewa aż prosiły się o przycięcie, to samo dotyczyło licznych krzewów. Trawnik zapewne trzeba będzie założyć na nowo, ale najpierw należy odgarnąć z niego tę grubą warstwę liści…

Drzwi wejściowe okazały się zamknięte na głucho, więc Eliza wspięła się na niski gzyms i zerknęła do środka przez okno.

Wewnątrz znajdowało się niewiele sprzętów. W oczy rzucał się masywny kaflowy piec. Na ścianach nie było zacieków, choć stary budynek wyglądał na niezamieszkany przez lata. W pozostałych oknach wisiały mniej lub bardziej zniszczone firanki, zdecydowanie utrudniające rekonesans, więc Eliza wysiliła wzrok.

Widok kolejnych pomieszczeń właściwie nie różnił się niczym od tego, co zobaczyła w pierwszym. Szeleszcząc butami w zalegających liściach, obeszła całą willę. Nie mogła się doczekać, kiedy otrzyma klucze i pobuszuje wewnątrz. O domu z charakterem marzyła właściwie od zawsze, a ta niewielka willa niewątpliwie posiadała duszę. Nagle Eliza zapragnęła przywrócić domostwu dawną świetność. Doskonale zdawała sobie sprawę, że remont będzie kosztował majątek, ale przecież nie musi wszystkiego robić od razu. Podeszła do stojącego na tarasie metalowego krzesła, przysiadła i rozejrzała się ponownie. Oczami wyobraźni zobaczyła piękny ogród i siebie na tym samym tarasie za jakiś rok czy dwa i przez kolejne lata. Najlepiej z Leszkiem. I z ich bezpiecznie bawiącymi się dziećmi… Eliza odetchnęła pełną piersią i po raz pierwszy od dawna poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Zrobiło się już prawie całkiem ciemno, więc jeszcze raz rzuciła okiem na okolicę. O ile z jednej strony jej działka sąsiadowała z zarośniętym na amen nieużytkiem, o tyle z drugiej mrugał tandetny szyld obskurnego podmiejskiego hotelu. Okropna budowla o arcyniezachęcającym wyglądzie nasuwała skojarzenia z amerykańskimi filmami sensacyjnymi i podłymi przydrożnymi motelami. Wynajmowano w nich pokoje na godziny, poszukiwano schronienia przed policją lub – jak pary spragnione miłosnych uniesień – przed czujnym okiem zazdrosnych małżonków. Elizy to jednak na martwiło. Przytomnie otaksowała roślinność i uznała, że chaszcze od strony nieszczęsnego przybytku oddzielą ją od niego skutecznie od wiosny do jesieni. Była tak zachwycona resztą, że bez oglądania wnętrza willi planowała sprzedaż swojego mieszkania. Nieduży apartamencik w sercu Starówki był wart mnóstwo pieniędzy. A przy tym chętni ustawiali się w kolejce.

Zmarzła trochę, więc uruchomiła silnik i zatarła ręce z uciechy. Była podekscytowana tak bardzo, że postanowiła nie trzymać miłego pana notariusza w niepewności do poniedziałku. Ale innym nic nie powiem, dopóki nie podpiszę papierów!, postanowiła. Drżąc z emocji, wystukała na klawiaturze telefonu wiadomość do mecenasa Bogackiego o treści: „Widziałam, biorę, dziękuję ”, i zadowolona wróciła na Marcowe Wzgórze.

Cała w skowronkach wygospodarowała nieco weekendowego czasu, by zadbać o własny kąt. Zrobiła na Starówce gruntowne porządki i wykonała zdjęcia wszystkich pomieszczeń. Zamieszczając ogłoszenie o sprzedaży na internetowej stronie z nieruchomościami, nie można przecież kusić fotografiami bałaganu, doszła do całkiem słusznego wniosku. Zadowolona z siebie, raz jeszcze odwiedziła znaną już sobie posesję i zmierzyła dystans oraz czas podróży spod numeru 170 na Marcowe Wzgórze. Jechała dziesięć minut, w dodatku uliczkami, których nie dotykały codzienne korki. Dystans spod nowego domu do pracy wynosił jedynie trzy kilometry.

W stołecznych realiach była to po prostu rewelacja.

Rozdział 3

Witam drogą panią Elizę! – Mecenas Bogacki podniósł się zza wielkiego mahoniowego biurka i podszedł do zaanonsowanej przez sekretarkę klientki. – Niezmiernie mi miło!

– Dzień dobry – przywitała się grzecznie Eliza i usiadła na wskazanym miejscu z elegancko skrzyżowanymi nogami.

Szary dopasowany kostiumik świetnie prezentował się przy wysokich czarnych kozakach na szpilce. Do tego modne sztuczne futerko oraz skórzana aktówka. Eliza mogła z powodzeniem uchodzić za pracownicę kancelarii, a nie za klientkę.

– Proszę, oto dokumenty. Rozumiem, że widziała pani już wszystko.

– Oprócz wnętrza. Jestem bardzo podekscytowana. Od dziecka marzyłam o czymś takim!

– W takim razie przystąpmy niezwłocznie do rzeczy. O ile nie ma pani nic przeciwko temu? Otóż nasza świętej pamięci Ludwika była niezwykle zacną i mądrą kobietą. Nie chciała pani sprawić kłopotu tym spadkiem, więc opracowaliśmy wspólnie rozwiązanie, które pozwoli pani na pewne inwestycje w odziedziczoną nieruchomość. Jak zapewne pani wiadomo, przed przeprowadzką na Marcowe Wzgórze nieboszczka spieniężyła niemal cały majątek. Namawiałem ją, by pozbyła się również i tego. – Mecenas znacząco postukał w plik papierów. – Ale nie chciała. Była bardzo związana z tym miejscem, choć ja zupełnie nie popierałem jej entuzjazmu w tej kwestii. Ale cóż, taka była jej wola. Jako że, jak mniemam, jest pani zdecydowana przyjąć spadek w całości, pozwoli pani, że odczytam testament – zakończył notariusz uroczyście.

Eliza słuchała jak zaczarowana. Wyglądało na to, że jest wyłączną spadkobierczynią i że w udziale przypadła jej urocza willa oraz środki na jej renowację. Jak wynikało z fachowych ekspertyz, część biżuterii należącej do Ludwiki stanowiła nie lada cacka sztuki jubilerskiej i po spieniężeniu mogła przynieść spadkobierczyni małą fortunę.

– No proszę! A Ludwika biegała z tą szkatułką i pokazywała jej zawartość komu popadnie. Że też się nie bała… – powiedziała Eliza.

– Pokazywała marne szkiełka. Bo to, co jest naprawdę cenne… – mecenas zrobił pauzę i sięgnął po tandetnie zdobione pudełko – …jest tutaj. – Uruchomił zmyślną zapadkę i spod denka wysunęła się ukryta szufladka.

Zadowolony z siebie obrzucił zaskoczoną Elizę wzrokiem godnym iluzjonisty i wyjął ze schowka czarny aksamitny woreczek.

 

– Proszę spojrzeć. – Ostrożnie wysypał na blat kilka brylantów, które w świetle biurowej lampki błysnęły olśniewająco.

Eliza wstrzymała oddech.

– O mój Boże… – wyszeptała w końcu. – To niebywałe!

– Otóż to, miła pani. Cała nasza Ludwika była niebywała. Zawsze miałem na nią oko, ale mnie nie chciała. – Mecenas Bogacki podrapał się po lśniącej łysinie. – Teraz pani rozumie, o co jej chodziło? Czy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży kamieni postawi pani to wszystko na nogi?

– Oczywiście.

Notariusz raz jeszcze, dla pewności, rzucił okiem na dokumenty. Najwyraźniej uznał, że wszystko jest w porządku, po krótkiej chwili bowiem wręczył je zaaferowanej spadkobierczyni.

– Proszę sobie teraz w spokoju to wszystko przeczytać i podpisać. W razie potrzeby służę wyjaśnieniami. Proszę się nie śpieszyć. Przy aktach notarialnych pośpiech nie jest wskazany. Wszystko musi być jak Pan Bóg przykazał, to ważne dokumenty. No i pozostaje jeszcze sprawa najemcy, choć wraz ze śmiercią Ludwiki umowa najmu nieruchomości wygasła automatycznie.

– Najemcy? To ktoś tam mieszka?

– Nie sądzę. Ale będziecie musieli państwo jakoś się rozmówić.

– Aha… – mruknęła nieco zaskoczona Eliza. Podczas oględzin nie zauważyła śladów niczyjej obecności. – To nawet lepiej. Czy mam obowiązek przedłużyć mu tę umowę?

– Nie, skądże.

Przejęta Eliza drżącą ręką sięgnęła po elegancką papierową teczkę ze złotym logo kancelarii. Pod jej czaszką trwało kłębowisko myśli, więc skupienie się na tekście przychodziło z trudnością. Resztką woli spróbowała doprowadzić chaos w głowie do ładu i zaczęła czytać. Niewiele rozumiała, ale w końcu uznała, że przecież nikt nie chce jej zrobić krzywdy. Z dokumentów jasno wynikało, że została spadkobierczynią nieruchomości położonej przy Wołomińskiej 170 oraz właścicielką zawartości szkatułki, która po spieniężeniu miała pokryć koszty remontu. Antoni Bogacki zaproponował jej pomoc przy sprzedaży, więc chyba nie musi niczego się obawiać.

Raz kozie śmierć!, pomyślała.

Zdecydowanym ruchem położyła teczkę na stole konferencyjnym i zwróciła się do zamyślonego notariusza.

– Gdzie mam podpisać? – zapytała.

Mecenas natychmiast wskazał jej odpowiednie miejsce na dokumencie.

– I to wszystko?

– Tak. Jeśli nie ma pani ochoty na ciąganie po sądach, proszę podpisać również i to. Moja kancelaria zajmie się wszystkim. – Prawnik podsunął wcześniej przygotowane pełnomocnictwo do reprezentowania w sprawie spadkowej.

Elizę sądy przerażały. Ilekroć trafiała do ich siedziby, gubiła się w przepastnych korytarzach. Podpisała bez namysłu.

Po dopełnieniu formalności zaproponowano jej tradycyjny koniaczek, ale co z tego, skoro przyjechała na spotkanie samochodem? Odmówiła z przykrością, bo w tak niebywałych okolicznościach lampka koniaku byłaby jak znalazł. A co tam, obleję wszystko hurtem, doszła do wniosku, gdy tylko uprawomocni się stwierdzenie nabycia spadku.

Po kurtuazyjnej rozmowie o drogiej zmarłej Eliza wreszcie uznała, że pora wracać do pracy. Odebrała okrycie z rąk sekretarki i wyszła na korytarz. W podskokach zbiegła po schodach.

Zaraz! A klucze?, zatrzymała się w pół kroku.

Zawinęła się na pięcie i ruszyła z powrotem na górę.

– Czym mogę służyć? – notariusz uśmiechnął się uprzejmie.

– Zapomnieliśmy o kluczach! – wysapała zdyszana Eliza.

– O jakich kluczach?

– No o kluczach. Przecież muszę jakoś otworzyć drzwi, żeby dostać się do środka.

– Nie rozumiem. Przecież tam wszystko otwarte…

– Nieprawda!

– Jak to?

– Pojechałam tam po naszej rozmowie telefonicznej, ale zastałam wszystko zamknięte na głucho. Przecież nie będę się włamywać. Chyba że klucze zaginęły i trzeba wezwać ślusarza?

– Nadal nie rozumiem. – Mecenas był wyraźnie zdezorientowany. – O ile mi wiadomo, hotel funkcjonuje cały czas. Jest otwarty całą dobę, siedem dni w tygodniu, a kluczami…

– Jaki hotel? – przerwała mu Eliza.

– Słucham?

– Pytam, o jakim hotelu pan mówi?

– O hotelu Zacisze. Mniej więcej kwadrans temu oficjalnie stała się pani jego spadkobiercą. Zapewniam, że może pani do niego wejść bez kluczy, o każdej porze dnia i nocy.

– Rany boskie… – Eliza pobladła.

Namacała dłonią poręcz od krzesła i szybko usiadła, w obawie, że zaraz upadnie.

– Proszę się uspokoić. To zapewne jakieś nieporozumienie, choć nie wiem, co naprawdę się stało. – Notariusz zdenerwował się wyraźnie. – Przecież miała pani cały weekend, żeby sobie wszystko dokładnie obejrzeć.

– No i obejrzałam! – jęknęła Eliza. – Obejrzałam! Pod numerem 170, piękną willę z dwudziestolecia międzywojennego. Sąsiadującą z jakimś obskurnym hotelem!

– O matko! – wykrzyknęła sekretarka. – Ja już chyba wiem! Proszę chwileczkę zaczekać!

Kobieta znikła za masywnymi drzwiami, by powrócić po chwili z zakurzonym segregatorem. Sprawnie przewertowała kartki.

– Czy to ta willa? – Wskazała na fotografię.

– Ta sama! – Eliza ożywiła się w nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone.

Przecież miałam odziedziczyć willę, a nie jakiś hotel!

– No to wszystko jasne. – Mecenasowi wystarczył rzut oka, by odgadnąć, w czym rzecz. – Istotnie, willa należała kiedyś do Ludwiki i jej męża, ale sprzedali ją dawno temu. Nie mam pojęcia, dlaczego Ludwika nie sprzedała hotelu, ale nawet nie chciała o tym słyszeć.

– Ale jak to? – bąknęła Eliza bez przekonania. – Przecież na tym domu jest numer 170. Sprawdzałam to dwa razy, bo liście z winorośli oblepiły tabliczkę…

– Proszę pani – wtrąciła się sekretarka. – Proszę spojrzeć. – Podsunęła segregator bliżej.

Na zdjęciu widniał jak byk numer 170A. W aktach oznaczenie identyczne. Nie mogło być mowy o jakiejkolwiek pomyłce.

– O Boże, liście… To one przykryły to przeklęte A! – wyszeptała słabym głosem Eliza.

– A może jednak koniaczku? – zaoferował notariusz.

– Podwójny poproszę.

Poniedziałek miał się ku końcowi.

Leszek, który wrócił już z konferencji, wyraził chęć spotkania po południu, ale Eliza wykpiła się bólem głowy. Po wizycie w kancelarii zawiadomiła szefa, że z przyczyn osobistych bierze urlop na żądanie, i wróciła na Starówkę. Jako że u notariusza wypiła dwa podwójne koniaki, a w domu poprawiła jeszcze dwoma mocnymi drinkami, z tej rozpaczy po prostu się upiła. I od razu poszła spać. Około siedemnastej obudziła ją potworna suchość w ustach; śniło się jej, że przemierza pustynię w samo południe, a teraz musiała jakoś pokonać drogę do kuchni z życiodajną wodą. Półtoralitrową butelkę nałęczowianki wyżłopała łapczywymi haustami, połknęła tabletkę od bólu głowy i wróciła do łóżka. Ledwie proszek zaczął działać, ponownie zadzwonił Leszek, ale Eliza nie miała ochoty z nim rozmawiać, a co dopiero się spotykać! Wyobraziła sobie ogrom trudu, jaki trzeba by było przedsięwziąć, by wziąć się do kupy i wyszykować do wyjścia. Mowy nie ma! Możliwości Elizy przekraczało obecnie nawet zamówienie pizzy przez telefon, a o obiedzie w restauracji nie było co marzyć. Leszek zagadnął jeszcze o notariusza, ale został spławiony burknięciem, że absolutnie nie ma się czym ekscytować. Wykręciwszy się złym samopoczuciem, Eliza nabrała wody w usta. Wściekła, obiecała opowiedzieć mu wszystko przy najbliższej okazji i udała umierającą. Z Igą poszło trudniej – oczywiście, jak człowiek potrzebuje świętego spokoju, to wszyscy jak na komendę przeszkadzają mu, jak mogą – ale i ją dało się spławić obietnicą szczegółowej relacji w innym terminie. Rodzice zaanonsowali przemożną chęć pogadania przez Skype’a, ale gdy tylko Eliza uświadomiła sobie, że będzie to rozmowa na wizji, wykpiła się chorobą.

Przyłożyła wreszcie ciężką głowę do poduszki, ale sen nie przychodził, choć szczerze zamierzała przespać ten cholerny czas, w którym wszystko poszło nie tak, jak trzeba. Jeszcze tego ranka była chodzącym, a raczej fruwającym, entuzjazmem, by chwilę później zmienić się w chodzącą kupkę nieszczęścia. Zamiast willi marzeń dostała jakąś ruderę, zwaną szumnie hotelem. W dodatku podpisała dokumenty, w których wyraziła zgodę na przyjęcie spadku, godząc się na warunki postawione przez ofiarodawcę.