Dziś jak kiedyśTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Zdenerwowany mężczyzna wyszedł przed odrapany budynek szpitala, podszedł do strażnika i poprosił o papierosa. Odpalił z trudem, trzęsącymi się dłońmi. Nie zdarzyło mu się to od kilkunastu lat, ale teraz potrzebował nikotyny jak nigdy. Łapczywie zaciągnął się szarym dymem, choć ręce drżały mu tak bardzo, że ledwie trafiał pomarańczowym filtrem do ust.

– Proszę pana, tu nie wolno palić – upomniał go rosły ochroniarz.

– Mam to gdzieś! – odburknął mężczyzna, a ochroniarz, o dziwo, dał mu spokój. – Omal nie zabiłem człowieka!

– Współczuję… Co dokładnie się stało?

– Nie wiem. Wyjechałem zza zakrętu, a ona już tam była. Hamowałem, ale dystans był za krótki. Nie dałem rady. Potrąciłem ją. Jest nieprzytomna.

– Bądźmy dobrej myśli. Ale proszę zgasić papierosa, bo mogę mieć kłopoty. Tym razem udam, że nie widziałem – powiedział ochroniarz wielkodusznie.

– Załatwione. Dzięki chłopie.

Słowa mężczyzny trafiły w próżnię, bo jego rozmówca zdążył już zniknąć w ciasnej kanciapie…

Spojrzał na zegarek. Dochodziła druga w nocy, a on nadal nie miał pojęcia o stanie zdrowia tej kobiety. Wielokrotnie nagabywał lekarza, ale zdołał się jedynie dowiedzieć, że pozostaje nieprzytomna, ma rozbitą głowę i wstrząs mózgu. Ma ogólne potłuczenia, a złamaną rękę już nastawiono, bo złamanie nie było skomplikowane.

Nigdy nie był gorliwym katolikiem, ale tym razem zmówił pacierz za siebie i za swoją ofiarę. Gdyby zmarła, nie byłby w stanie z tym żyć…

Nie znał jej. Nie miała przy sobie dokumentów. Biegała późnym wieczorem po Bąszynku w piżamie. Wniosek nasuwał się sam – musi być stąd.

Mężczyzna zamyślił się głęboko i raz jeszcze odtworzył w pamięci całe zdarzenie. Doskonale pamiętał, że w panice nie mógł sobie przypomnieć numeru telefonu alarmowego i numeru na pogotowie. Gdy w końcu wezwał karetkę, przyklęknął przy leżącej i zbadał jej puls. Wiedziony resztkami zdrowego rozsądku powstrzymał się od podniesienia jej i umieszczenia w swoim aucie, wyjął koc z bagażnika, okrył ją i usiadł tuż obok, wsłuchując się w słaby oddech. Żyła.

Jeszcze.

***

– Jak się pani nazywa? – W głowie Aleksandry niemile zaświdrował natarczywy głos. – Niechże się pani wreszcie obudzi i poda nazwisko, bo muszę wypełnić formularze. No, już!

Półprzytomna Ola usłyszała polecenie i – jako osoba z głęboko zakorzenioną dyscypliną wewnętrzną – zrobiła wszystko, by się odezwać i odpowiedzieć na pytanie.

Wydawało się jej, że porusza ustami i była pewna, że zaraz usłyszy swój głos. Ale wargi i język były jak z drewna.

– Wody… Gdzie moja woda? – wykrztusiła ochryple.

– No nareszcie! Grzeczna dziewczynka! – Tym razem w głosie pobrzmiewały ciepłe nuty. – Jak się nazywasz, złotko? Powiesz mi sama, czy mam przynieść sole trzeźwiące? Uprzedzam, śmierdzą okropnie! – Pielęgniarka stanowczo, choć delikatnie, ścisnęła dłoń pacjentki.

– Wody…! – wychrypiała Ola.

– Już, już, ale tylko odrobina na język. Za chwilę dostanie pani więcej, jak się pani porządnie obudzi. – Pielęgniarka zwilżyła jej usta. – Panie doktorze! Budzi się! – zawołała.

Aleksandra drgnęła i poczuła w głowie tępy ból. Odruchowo chciała chwycić ją w dłonie, ale nie mogła. Prawa ręka była ciężka jak z ołowiu.

– Gdzie ja jestem? – Usłyszała własny głos, który brzmiał jak przesuwany po szybie papier ścierny.

– W szpitalu. Samochód panią potrącił. Ma pani pękniętą kość strzałkową prawej dłoni i sporego krwiaka nad uchem, ale wyliżesz się z tego, złotko. O, pan doktor już idzie.

Pielęgniarka rutynowo sprawdziła pikającą aparaturę, spisała odczyty i odsunęła się od łóżka, żeby zrobić miejsce lekarzowi.

Ten sprawnie zbadał pacjentkę.

– Ma pani szczęście, że głowa cała. Paskudne rozcięcie przy samej skroni, naprawdę mogło się źle skończyć. Teraz, jak już odzyskała pani przytomność, będzie trochę bolało, ale mam nadzieję, że w poniedziałek rano już panią wypiszemy.

– I nic mi nie będzie? – zapytała z nadzieją Aleksandra.

– Tak sądzę. – Lekarz uśmiechnął się ciepło. – Jak się pani nazywa?

Obolała Ola przekręciła się na łóżku i jak z pepeszy wyrecytowała swoje dane, włącznie z numerem dowodu osobistego i PESEL-em.

– Dziękuję… Czy my się przypadkiem nie znamy? Pani nazwisko brzmi znajomo…

– Zgadza się. Poznaliśmy się kilka dni temu. Pracuję w winiarni, w Bąszynku. Czy pan Adam Obrębski?

– No przecież! Oczywiście, teraz sobie przypominam! – Uradował się doktor. – Po prostu nie poznałem pani, bo wygląda pani jak… Jak… Jak osoba potrącona przez samochód. – Nie mógł opanować rozbawienia, które udzieliło się również i pielęgniarce, i pacjentce. – Proszę spróbować teraz zasnąć i odpocząć.

– A ten łobuz, który mnie potrącił? Pewnie uciekł?

– Skądże znowu! To on wezwał karetkę, przypilnował, by nic gorszego się pani nie stało, a teraz cały w nerwach czeka, aż się pani ocknie. Wiem, kto to jest i mam wszystkie jego dane, więc proszę się nie martwić. Zaraz pójdę do niego i powiem, żeby już pojechał do domu. Niedługo kończę dyżur i nie potrzebuję zawału do kompletu…

Na wieść, że niebezpieczeństwo minęło, mężczyzna pobladł z ulgi.

– Dziękuję, panie doktorze, bardzo dziękuję! Czy mogę ją zobaczyć? – zapytał cicho.

– To niemożliwe. Pacjentka teraz odpoczywa, ale jutro jest sobota i odwiedziny zaczynają się o dziesiątej. Może pan przyjść, jeśli pan chce.

– Oczywiście, że chcę! Jeszcze raz bardzo dziękuję, panie doktorze.

Mężczyzna uścisnął z wdzięcznością dłoń lekarza i wykończony dowlókł się do samochodu. Zaczynało świtać, a on miał za sobą długi i ciężki dzień.

Następnego ranka Aleksandra obudziła się z piekielnym bólem głowy, przestraszona, że rozsadzi jej czaszkę na kawałki. Litościwa pielęgniarka wstrzyknęła do kroplówki środek przeciwbólowy i zmierzyła pacjentce ciśnienie.

– Która godzina, siostro?

– Dziesiąta.

– O Jezu! – Olę poderwało. – Jezu! Moja głowa! Auć!

– Czy pani zwariowała? – Czujna pielęgniarka przytrzymała ją na poduszce.

– Ale ja muszę! Jestem umówiona!

– Gdzie?

– Z koleżanką. Miałyśmy dziś o dziewiątej pojechać do fryzjera!

– Ludzie, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! – Zgorszona do granic pielęgniarka pokiwała głową z ubolewaniem. – Mam rozumieć, że teraz wybiera się pani do fryzjera? W takim stanie?

– Nie, nie wybieram się. Ale koleżanka czeka, a ja nie mam ze sobą telefonu. Nie mam przy sobie niczego, nie licząc tej idiotycznej piżamy. Muszę dać jej jakoś znać… O matko, co za pech! I co ja mam teraz zrobić?

– Wyleczyć się z łażenia po nocy. – Rozległ się głos Teresy. – Jak się czujesz? Żyjesz?

– Tak… Co ty tu robisz? I skąd wiedziałaś, gdzie jestem? Jesteś jasnowidzem?

– Chyba sobie żartujesz. Moja droga, nie doceniasz mnie i nie doceniasz Bąszynka.

– Że niby co?

– Normalka. Zaraz wszystko ci wyjaśnię.

– To gadaj, bo umieram z ciekawości!

– Najpierw dzwoniłam kilka razy, ale nie odbierałaś telefonu. Nie podejrzewałam cię jednak o nagłą zmianę planów, więc pojechałam do winiarni. Jak tylko zaczęłam się do ciebie dobijać, na waszej portierni mi powiedzieli, że wyszłaś wczoraj późnym wieczorem i nie wróciłaś. Wręcz zasugerowali, że spędziłaś noc poza domem. Konkretnie u Mariana.

– Co ty bredzisz? U Mariana? – Zdumiona Ola popatrzyła na koleżankę jak na przybysza z innej planety.

– Nie bredzę. Wiedzieli, że byłaś u niego wcześniej, więc sama rozumiesz. Tu nic się nie ukryje. A takie smaczne sensacje rozchodzą się lotem błyskawicy…

– Rany, ale heca!

– …no i całe szczęście, że tutejsze tam-tamy działają bez pudła, bo w sklepie natychmiast mi donieśli, że w nocy jakieś auto potrąciło pieszego i że chwilę wcześniej chyba właśnie ty kupowałaś wodę.

– O kurczę! A miałam wrażenie, że sprzedawczyni mnie nie poznaje…

– No właśnie. Ona nie miała pewności, ale ja szybko dodałam dwa do dwóch i dotarłam do ciebie jak po sznurku. He, he, mój brat jest detektywem – zaśmiała się zadowolona Teresa.

– Nie wiem, jak ci dziękować!

– No i jeszcze cię pocieszę, że świtem ktoś widział Mariana, jak ten wyjeżdżał w stronę miasta, więc wersja z waszym domniemanym romansem zeszła na dalszy plan. Teraz chyba cały Bąszynek cię szuka. Twoja cześć została uratowana.

– Matko jedyna! – Olą targnęły konwulsje nagłego śmiechu. – Auć, matko, nie mogę się śmiać, bo mi zaraz łeb odpadnie!

– Niewiele myśląc, przyjechałam tutaj i znalazłam cię na liście pacjentów. Mów, czego ci trzeba.

Uzgodniły, że Teresa pojedzie do mieszkania Aleksandry i przywiezie stamtąd dokumenty i inne niezbędne rzeczy. Najważniejsze to kosmetyki i bielizna. No i ubranie na poniedziałek, żeby nie było głupio wychodzić ze szpitala w piżamie w jakieś głupie kotki z kokardką. Na koniec Ola dorzuciła jeszcze komórkę z ładowarką.

Teresa wzięła klucze i zaczęła zbierać się do wyjścia.

W progu niemal wpadła w ogromny bukiet pąsowych róż.

– Dzień dobry – powiedział postawny mężczyzna. – Ja do pani… Jeśli można?

Obie kobiety zaniemówiły. Aleksandra, bo nigdy jeszcze nie widziała tak przystojnego faceta, Teresa zaszokowana.

– Maks? – wykrztusiła.

– Witaj. Co ty tu robisz?

– A ty? – Głos Teresy zabrzmiał dziwnie złowrogo.

– To wszystko moja wina… – Mężczyzna zwrócił się do Oli. – Chciałem sprawdzić, jak się pani czuje i przeprosić za całe zajście, już dzwoniłem do mojego towarzystwa ubezpieczeniowego, dostanie pani odszkodowanie – wyrzucił z siebie na jednym oddechu.

– Eee… – Ola nadal nie mogła wydobyć głosu.

 

– Jestem Maciek Wójtowicz, ale tu wszyscy mówią do mnie Maks. Bo Maćków u nas w pracy jest aż czterech.

– Aleksandra Milewska. To miłe, że pan przyszedł. Nic się panu nie stało?

– Nie, nic. Już zdążyłem się dowiedzieć, kim pani jest. Cóż, pozostaje mi zaopiekować się panią, dopóki nie zdejmą tego gipsu…

– Ależ nie trzeba… – wtrąciła się Teresa. I dodała z naciskiem. – Poradzimy sobie bez ciebie. Prawda Olu?

– Nie mogę na to pozwolić – zaoponował. – Przynajmniej tyle mogę zrobić, żeby choć trochę zrekompensować pani krzywdę. Przecież wiem, że to z mojej winy. Zatem do zobaczenia. – Pożegnał się uprzejmie, kładąc obok łóżka ekskluzywne czekoladki.

Teresa podążyła za nim.

A Ola próbowała otrząsnąć się z szoku. Sprawy potoczyły się tak błyskawicznie, że przestała nadążać. Głowa znów zaczęła ją boleć i chciała sobie wszystko poukładać od nowa. Szczęściem w nieszczęściu było to, że trwał weekend i na ośmioosobowej sali leżała całkiem sama. Mogła wypoczywać i w spokoju dochodzić do siebie. Zjadła skromne szpitalne drugie śniadanie i zapadła w sen. Tym razem krzepiący i zdrowy, bo obudziła się dopiero późnym popołudniem. Wprawdzie przespała obiad, ale niezbyt uprzejma salowa przyniosła jej do pokoju zastawioną tacę.

– Ktoś tu był i zostawił to dla pani. – Bez ceregieli cisnęła obok łóżka torbę z ubraniem i kosmetykami. – Jak pani zje, to niech pani dzwoni tym guzikiem przy łóżku.

Kobieta odwróciła się na pięcie, szurnęła fartuchem i odrobinę za głośno zamknęła za sobą drzwi.

Aleksandra z trudem poradziła sobie z jedzeniem lewą ręką. Wreszcie sięgnęła do torby. Najbardziej na świecie pragnęła teraz umyć zęby i twarz. Po obiedzie poczuła się o niebo lepiej i choć całe ciało bolało ją jak obite z góry na dół grubym kijem, ostrożnie przeszła do łazienki. Wstrząs mózgu najwyraźniej mijał, bo wreszcie przestało ją mdlić. Gips mocno jej przeszkadzał. Z zabandażowaną głową wyglądała jak weteran wojny w Wietnamie.

Rany, i jeszcze to podbite oko…, przeraziła się.

Siniec znad skroni powoli rozlewał się w stronę twarzy, gdzie zaczął tworzyć klasyczne fioletowe limo.

Aleksandra nieudolnie odświeżyła się w zaniedbanej łazience i wróciła na salę. Z zadowoleniem zauważyła, że Teresa przytomnie zapakowała jej niedokończoną książkę, więc pojawiła się nadzieja, że czas w szpitalu szybko zleci. No i miała telefon.

Wieczorem spróbowała dodzwonić się do Jerzego i uprzedzić go, że w poniedziałek nie przyjdzie do pracy. Po raz kolejny jednak usłyszała komunikat: „Abonent niedostępny”, wobec czego wykręciła numer do Mariana i w skrócie opowiedziała mu, co się wydarzyło. Niepokojące wieści dotarły do niego już wcześniej, więc ucieszył się, że Ola zasadniczo jest cała i zdrowa. Marian miał wrodzoną tendencję do bycia tak zwaną kwoką i na jego interwencję nie trzeba było długo czekać. Następnego dnia w porze obiadu jak taran wparował do szpitala. Sapiąc jak parowóz, pokonał wysokie schody i obładowany pojemnikami z jedzeniem wtoczył się do pokoju chorej.

– Czy szanowna pani zamawiała w naszej restauracji obiad z dostawą? – Zadowolony z siebie zarechotał rubasznie. – Nie wiedziałem, co wolisz, dlatego spakowałem wszystkiego po trochu.

– Miej litość, ja nie zjem tego przez najbliższy tydzień! – Przerażona Aleksandra powiodła oczami po kilkunastu pokaźnych pudełkach.

– No co ty? Moich grzybów nie zjesz?

– No jasne, że zjem! Szpitalne żarcie jest dość podłe, ale chyba mnie jutro stąd wypuszczą… A przynajmniej taką mam nadzieję.

– I słusznie, bo wszystko będzie dobrze – odezwała się przemiła pielęgniarka. – O, cześć kochanie! – zwróciła się do Mariana, a ten natychmiast poderwał się na równe nogi i porwał kobietę w objęcia.

Hm, ciekawe, czy jest tu ktokolwiek, kto nie zna kogoś, kogo ja znam?, zadała sobie w duchu pytanie Ola. Patrzyła z uśmiechem na parę w uściskach.

– To moje kochanie. Poznajcie się. – Rozochocony Marian przedstawił sobie kobiety.

Aha, więc to siostra Danuta była jego miłością! Poznali się niedawno w sanatorium. Teraz gapili się na siebie tak żarłocznie, że niemal gołym okiem można było zobaczyć przebiegające między nimi iskry.

– To jak robimy, Oleńko? – Marian ocknął się na chwilę z miłosnego ogłupienia. – Przyjechać jutro po ciebie?

– Nie, dziękuję. Jesteś kochany, ale pewnie odwiezie mnie Teresa.

– To w takim razie zdrowiej. I melduj, jakbyś czegoś potrzebowała.

Para kochanków postała jeszcze chwilę pod drzwiami sali chorych. Nie przejmowali się obecnością pacjentki i umawiali na nadchodzącą noc u Danuty.

Aleksandra pobłażliwie pokiwała głową i uśmiechnęła się w duchu. Już dawno nie widziała ludzi tak bardzo zakochanych i tak szczęśliwych.

Nie, nie zazdrościła nikomu, bo sama czuła się wypalona doszczętnie. Poza wielką i już od dawna nieaktualną miłością do męża, podobne uczucia były jej zupełnie obce. Owszem, zdarzały się jej czasem drobne i niezobowiązujące flirty, ale bardziej w sferze towarzyskiej. Mimo że od lat nie kochała męża, a ich związek był oczywistą fikcją, jakoś nie przyszło jej na myśl, żeby przyprawić Pawłowi przysłowiowe rogi, a tym samym skomplikować sobie życie. Spokojnie dryfowała po emocjonalnej płyciźnie, a zdrowy popęd seksualny jakoś tak sam z siebie umarł śmiercią naturalną. Czasami Aleksandra czuła się pusta jak odpustowy balonik, ale z drugiej strony szybko wynajdywała dobre strony takiego nieskomplikowanego życia. Niekiedy próbowała sobie wyobrazić, jak to jest mieć rodzinę i dzieci, wizja rozkosznych rumianych dzieciaczków rodem z reklam pryskała jak bańka mydlana w zderzeniu z widokiem zaślinionego, ząbkującego szkraba, który wydzierał się wniebogłosy. Zwykle towarzyszył jej widok umęczonej matki lub tracącego głowę ojca.

O nie, to nie dla mnie! Ja nie mam cierpliwości. Zresztą niby co takiego atrakcyjnego jest w tych dzieciach? Drą się po nocach, jedzą jakieś brejowate paskudztwa i robią w pieluszki. No i wciąż się ślinią i brudzą. Później są starsze i też same z nimi problemy. Jakieś choroby wieku dziecięcego i dwóje w szkole. Potem pyskowanie, nieciekawy bunt okresu dojrzewania i pryszcze, a ptaszek i tak na koniec wylatuje z gniazda i koniec końców zaczyna podrzucać wnuki na weekend. Też mi atrakcja, phi! Nie rozumiem, co ludzie w tym widzą.

Tłumaczenie najwyraźniej skutkowało, bo Aleksandra ze zdwojonym zaangażowaniem rzucała się na zawodowe wyzwania. Zapewne dlatego była tak dobra w swoim fachu i tak szybko wspinała się po szczeblach stromej drabiny kariery.

Liczyła się wyłącznie praca, która eksploatowała ją ponad miarę, ale życie w twardym świecie biznesu nie znało kompromisów. Powszechnie obowiązująca zasada była prosta – nie nadążasz, nie radzisz sobie, to wynocha. Albo jesteś na fali, świetnie wyglądasz i udajesz, że nie śpisz, albo jesteś do niczego. Albo nastawiasz sobie budzik i wysyłasz mejle o trzeciej nad ranem, żeby sprawiać pozory pracy przez okrągłą dobę, albo jesteś obibokiem i nierobem. Albo co tydzień biegasz do kosmetyczki i fryzjera, albo jesteś zaniedbanym babsztylem, z którym nikt nie chce rozmawiać. Albo bywasz, gdzie trzeba i z kim trzeba, albo jesteś dziwakiem, odludkiem, który się nie liczy.

Początkowo ta gra pozorów szokowała i przerażała, ale z czasem Aleksandra przywykła i przyjęła bezwzględne zasady jako własne. Teraz jednak miała okazję na jakiś czas się od nich oderwać. Choć zderzenie z prowincjonalną rzeczywistością, tak odmienną od wystawnego życia przesiąkniętego korporacyjną misją, nie było wcale przyjemne ani łatwe.

Jej nowe miejsce zamieszkania i pracy nijak nie mieściło się w dotychczasowych standardach. W Bąszynku wszystko było po prostu byle jakie. Chwilami zderzenie obu skrajnych rzeczywistości, które znała Aleksandra, bywało ujmujące czy wręcz zabawne, ale per saldo nie dawało się lubić. Trzeba było przyzwyczaić się do sytuacji, w których obniża się loty. Zapomnieć o wysiłku włożonym kiedyś w skompletowanie ekskluzywnej garderoby, z której było się tak dumną, kiedy sytuacja zmusza do zakupów na bazarze. W Warszawie wszystko szło bajecznie prosto. Szło się do ulubionej galerii handlowej, kierowało się do wybranego butiku i mierzyło kilka zestawów. Następnie zostawiało w kasie pensję przeciętnego Kowalskiego i wychodziło ze sklepu z eleganckim firmowym pokrowcem w dłoni. Pakowało się do eleganckiego auta i wracało do eleganckiego mieszkania, by nieco później zjeść kolację w eleganckiej restauracji, płacąc firmową złotą Visą.

Tutaj wszystko było na opak i mimo upływu kilku tygodni Aleksandra nijak nie potrafiła się przestawić.

Na każdym kroku napotykała na trudności. Zewsząd atakowali ją jacyś ludzie ze swoimi problemami, na które przecież musiała reagować. O ileż łatwiej było rozmawiać za pośrednictwem internetowych komunikatorów. Dużo prościej napisać na bezdusznym ekranie, że właśnie przyszli goście, i odezwać się dopiero po kilku tygodniach, kiedy ten ktoś po drugiej stronie już dawno zdążył sobie poradzić z problemem.

Aleksandra twardo stąpała po ziemi i doskonale zdawała sobie sprawę, że technika to wygodny sposób na chowanie głowy w piasek, ale tak przecież żyło się dużo łatwiej. Bo w Bąszynku bezpośrednie kontakty międzyludzkie były na porządku dziennym, a rozmowy w cztery oczy zmuszały do reakcji. Nie można było tak po prostu zawinąć się na pięcie i wyłączyć się pod byle pretekstem.

Do tego byle jaka praca, byle jakie mieszkanie i byle jaki standard wszystkiego, co otaczało Aleksandrę. Generalnie całe życie było tu byle jakie. I jeszcze na dokładkę ten wypadek, i pobyt w byle jakim szpitalu, zamiast w ekskluzywnej klinice, który wcześniej gwarantowała firmowa polisa zdrowotna.

Aleksandra dumała intensywnie, gdy nagle kątem oka dostrzegła na ścianie jakiś ruch. Wytężyła wzrok i prawie krzyknęła. Po równej powierzchni przebiegało właśnie kilka dorodnych karaluchów.

– Dość! Wszystko ma swoje granice! – Bezsilnie zacisnęła dłonie w pięści. – Ja nie chcę tu być!

Wściekła z trudem wygramoliła się z łóżka i chwyciwszy w zdrową rękę kapeć, z zapałem miażdżyła robactwo. Po brutalnej egzekucji z obrzydzeniem spojrzała na rozmazane czarno-krwawe placki na ścianie. Zatrzęsła nią odraza.

– Dość! – Usiadła z powrotem na łóżku i rozpłakała się jak dziecko. – Błagam, niech ktoś mnie stąd zabierze…

– Czy coś się stało? – Do sali nieoczekiwanie wszedł lekarz.

– Nie, nic… – wychlipała Ola. – Wszystko dobrze.

– Nie sądzę. Ale niech i tak będzie – stwierdził z powątpiewaniem doktor. – Jak się pani czuje?

– A jak mam się czuć? – odparła opryskliwie. – Ledwie żyję i wszystko jest do dupy!

– Ojoj! Chyba w końcu mija szok powypadkowy…

– Co pan opowiada? Jaki szok? – rozsierdziła się Aleksandra. – Życie tutaj jest do dupy! Tak jak ten robaczywy szpital!

– Kwestia optyki i tyle. Na razie sprawdzimy pani głowę.

– Kto to widział, żeby karaluchy łaziły pół metra od pacjenta? Obrzydlistwo! – Aleksandra krzyknęła i rozpłakała się ponownie, mając w nosie lekarza.

– To stary szpital, niestety. Też bym wolał pracować w lepszym miejscu. Myśli pani, że ja lubię karaluchy? Siedzą, gady, w starych murach i nie dają się skutecznie wytępić.

– A guzik mnie to obchodzi! – warknęła wściekle.

– Hm… – wymruczał doktor, zadowolony, że pacjentka zdrowieje. Skoro jest tak wkurzona i ma siłę się pieklić, może to oznaczać tylko jedno: że właśnie odreagowuje szok i dochodzi do siebie. – No dobrze. Proszę się nie ruszać, obejrzę panią. Boli?

– Nie! – odburknęła Ola, obrażona na cały świat.

– Pięknie! Ładnie się goi. Za kilka dni wyjmiemy szwy i będzie pani jak nowa. Teraz już nic nie będziemy bandażować, tylko założymy mały i przewiewny opatrunek.

– Mogę to zobaczyć?

– Proszę bardzo.

Aleksandra podeszła do lustra. Opuchlizna nad uchem wyraźnie sklęsła, ale siniak pod okiem stał się ciemnogranatowy. Dokładnie obejrzała zaszytą kilkucentymetrową ranę i nagle dotarło do niej, że na sporej powierzchni głowy nie ma włosów.

– Boże! Jak mogliście?

– Co się znowu stało? – Lekarz powoli zaczynał tracić cierpliwość.

– Kto wam pozwolił ogolić mnie na łyso? Co?

– Czy pani zwariowała?

– Co? Ja zwariowałam? Nie widzi pan, jak wyglądam? To ja pana opitoliłam do łysej glacy czy pan mnie? Jakim prawem? Wystąpię o odszkodowanie od tego zawszonego szpitala!

– Siostro! – Doktor nie wytrzymał. – Proszę podać pacjentce coś na uspokojenie.

– Pan zwariował! – krzyknęła Ola przez łzy. Lekarz błagalnie wzniósł oczy ku niebu.

 

– Dzień dobry… Przepraszam, nie przeszkadzam? – Maks stał w progu, spoglądając niepewnie na kłócącą się parę.

– Gość przyszedł. Nie wiem, co pani na to? Będzie pani teraz bić czy płakać? – Zwrócił się do Oli doktor, zaciskając zęby.

– Wejdź Maks – odparła zrezygnowana. – A z panem to sobie jeszcze porozmawiam! – warknęła i na odchodne posłała mordercze spojrzenie Bogu ducha winnemu medykowi. Usiadła na łóżku i westchnęła ciężko.

– Czy coś się stało? – zapytał Maks.

– A nie widać?

– Widać. Wyglądasz strasznie, ale to przejściowe. Mam wyrzuty sumienia. Przepraszam…

– Nie o to chodzi. Nic nie widzisz? Przecież ten prowincjonalny konował mnie ogolił!

– I o to ta awantura?

– Tak!

– A niby jak miał to pozszywać? Razem z włosami? Przecież tak się nie da…

Aleksandra zamilkła na chwilę.

– No faktycznie… Nie pomyślałam.

– No widzisz. Włosy odrosną.

– Ale kiedy? Popatrz na mnie. Co widzisz?

– Patrzę. I widzę bezbronną, zmęczoną życiem osobę, która jak mały, zezłoszczony kotek śmiesznie prycha na prawo i lewo. Wiem, że to przeze mnie, więc jak chcesz, kupię ci perukę.

– Nie, no coś ty… – Aleksandrze nagle zrobiło się głupio.

Weszła siostra Danuta i z szerokim uśmiechem podała jej łagodny środek uspokajający, twierdząc, że to tylko witaminy.

– Dziękuję – powiedziała Ola z uśmiechem.

– No więc jak się czujesz? – zagadnął Maks.

– Jakby mnie czołg przejechał – zadrwiła. – Czekoladki były pyszne. Dzięki.

– Nie powinienem był wtedy jechać taki kawał drogi bez przerwy. – Maks zwiesił głowę. – Spędziłem sądny miesiąc u mojej matki. Miała udar i ją sparaliżowało. Zanim tam, na miejscu, zorganizowałem jakąś opiekę, upłynęło sporo czasu. Załatwić kogoś zaufanego dla niepełnosprawnej staruszki wcale nie jest tak łatwo. Ale udało się, więc jak głupi wyprułem stamtąd w te pędy. Jechałem cięgiem dziesięć godzin, a powinienem był przenocować gdzieś po drodze. Byłem wykończony tym wszystkim. Chyba podświadomie chciałem już być w domu i w końcu oderwać się od tamtego koszmaru.

– A nie byłoby lepiej, gdybyś wziął mamę do siebie?

– Myślisz, że nie chciałem? Uparła się, że umrze we własnym łóżku! Dodatkowo moja ciotka mnie przekonała, że nie przesadza się starych drzew. I pewnie ma rację. Tyle że ta odległość… Nie mogę zostawić roboty i przenieść się do mamy. To niemożliwe.

– No, fakt. Nie pozostaje ci nic innego, jak uszanować jej wolę. Tym bardziej jestem ci wdzięczna, że przyjechałeś dziś do mnie.

– Jakże bym mógł nie przyjechać? Narozrabiałem, to muszę się o ciebie troszczyć.

– Ale to nie tak… Posłuchaj. Ja sobie świetnie dam radę. Miło mi, że interesujesz się moim zdrowiem. Doskonale rozumiem, że z mojego powodu masz moralnego kaca, ale ja naprawdę jestem dzielna. Nie potrzebuję opieki.

– Ho, ho! Czyżbym trafił na wyemancypowaną i samodzielną kobietę?

– Jaka tam ze mnie emancypantka! Raczej odwrotnie – zaśmiała się cicho Ola i ziewnęła potężnie. Lekarstwo zaczęło działać. – Ups, przepraszam… – zdążyła jeszcze wydukać, zanim przymknęła ciężkie powieki i zapadła w błogi niebyt.

– Śpij, śpij. Spokojnie – mruknął Maks pod nosem i wyszedł na parking.

Ledwie uruchomił silnik, tuż obok zaparkowała Teresa. Wysiadła.

– Ty znowu tutaj? – zapytała z lekkim wyrzutem. Starała się nie okazywać irytacji, ale szło jej raczej marnie.

– Tak. Nie masz po co tam iść, bo Ola właśnie zasnęła. Dostała środki na uspokojenie.

– A po co?

– Nie wiem. Przed moim przyjściem chciała chyba zamordować lekarza, za to, że zgolił jej włosy…

– O Boże! Biedactwo.

– Nie dało rady inaczej. Przyjedziesz po nią jutro, czy ja mam to zrobić?

– Mogę przyjechać, ale w sumie to rób, co chcesz. Możesz przyjechać, mnie tam bez różnicy.

Nie czekając na odpowiedź, Teresa z powrotem wsiadła do auta. Przepuszczona przez Maksa nieco zbyt gwałtownie wycofała samochód i wyjechała na główną drogę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?