Dziś jak kiedyśTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Poranek bez zaproszenia na kawę z alkoholowym dodatkiem stanowił miłą odmianę. Aleksandra, w doskonałym humorze, nastawiła czajnik i poszperała w firmowej lodówce w poszukiwaniu mleka, które kupiła dwa dni wcześniej.

– Pani Aurelio? Nie widziała pani może mojego mleka?

Sekretarka drgnęła, zaskoczona.

– Nie, nie widziałam. To znaczy widziałam, jak wczoraj prezes jakieś mleko mieszał z malibu, ale nie wiem, czy to właśnie o nie chodzi – odparła, usiłując ukryć uśmiech.

– Pewnie o nie… – Aleksandra została pozbawiona złudzeń. Z braku poważniejszych zadań na nadchodzący dzień, jak również z braku mleka, postanowiła w końcu spróbować, jak smakuje kawa z domieszką egzotycznego trunku. Zanurkowała w lodówce.

– Pani Aurelio? Przepraszam, nie widziała pani malibu? Wczoraj stała tutaj pełna butelka…

– Prezes wypił – oznajmiła krótko sekretarka i zrobiła dziwną minę.

– O co chodzi? – Aleksandra błyskawicznie wyczuła wiszącą w powietrzu konspirację.

Pani Aurelia ukokosiła się wygodnie w fotelu i odchrząknęła.

– Hm, nie wiem, jak to powiedzieć, ale… Mój szwagier chciałby się z panią zobaczyć.

– Czy mogę mu w czymś pomóc? – zainteresowała się Ola.

– Sama nie wiem… Miał wczoraj nockę na bramie i chyba chciałby panią przeprosić. Strasznie się boi o posadę.

Dopiero po dłuższej chwili Aleksandra zdała sobie sprawę, w czym rzecz, i mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie nadgorliwca. Wbrew pozorom, za postawę należała mu się nagroda, a nie kłopoty.

– Nie ma sprawy, niech przyjdzie. – Zawinęła się na pięcie i z kubkiem czarnej kawy weszła do obszernego gabinetu.

Dziwnie tu jakoś było bez Jerzego. Żeby wypełnić pustkę, Ola włączyła radio. Przeglądała właśnie codzienną prasę, gdy rozległo się ciche pukanie.

– Proszę.

Do gabinetu wkroczył uparty brodacz z portierni.

– Dzień dobry, pani prezes. Chciałem przeprosić za wczoraj, ale ja naprawdę nie wiedziałem, kim pani jest. Miesiąc byłem na chorobowym, a kolega z poprzedniej zmiany nic mi nie powiedział.

– Nie szkodzi. Ważne, że nie musiałam spać pod mostem – roześmiała się Aleksandra. Nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł. – Proszę tu zaczekać, zaraz wrócę!

Jak burza wypadła z gabinetu i szybko poszła do działu płac. Tu, na szczęście, pracownice zdążyły ją już poznać, więc od razu zapytała o system premii uznaniowych. Dwie leciwe damy zrobiły mądre miny i z powagą pokiwały głowami. Wymieniły między sobą kilka rzeczowych uwag i z uśmiechem podały Aleksandrze wypisany kwitek, pod którym pani wiceprezes złożyła zamaszysty podpis. Jeszcze tylko firmowa pieczątka od pani Aurelii i sprawa będzie załatwiona!

Po dziesięciu minutach Aleksandra wróciła do gabinetu.

– Proszę. – Położyła dokument przed zdenerwowanym brodaczem.

Przerażony mężczyzna skurczył się o połowę.

– Co to jest…? – zapytał niepewnie.

– Proszę przeczytać. – Przyjazny uśmiech numer pięć. – Śmiało.

Kątem oka Aleksandra zauważyła drżące ręce gościa. Mężczyzna pobladł.

– Proszę pod koniec miesiąca zgłosić się z tym pismem do działu płac.

– To… nie jest wymówienie?

– Czy wy wszyscy powariowaliście tutaj z tymi wymówieniami? Nie. To nie jest wymówienie. To jest premia za doskonałą robotę.

– O Boże, dziękuję! Jest pani naprawdę w porządku.

– To pan jest w porządku. Wczoraj myślałam, że pana uduszę, ale przecież wzorowo wypełnił pan swoje obowiązki, więc uważam, że należy się panu nagroda. W normalnych warunkach byłaby wyższa, ale w związku z ciężką sytuacją mogę dać panu tylko tyle.

– Dziękuję. Bo wie pani, moja żona jest ciężko chora i ledwie starcza nam na lekarstwa… Jeszcze raz dziękuję. – Brodacz miał wyraźną ochotę uściskać szefową, ale nie śmiał, więc tylko głośno cmoknął ją w mankiet i w podskokach wybiegł do sekretariatu, żeby zdać relację szwagierce.

Jak to fajnie zrobić komuś przyjemność, pomyślała Ola, ale nie dane jej było długo cieszyć się w samotności. Do gabinetu z impetem wparowała rozanielona Aurelia.

– Pani prezes…! – Aż się zatchnęła z emocji.

– Słucham, pani Aurelio.

– Czy może pani pójść ze mną?

– A gdzie?

– Eee… Nooo… Nigdzie. Tylko razem z Józefem chcielibyśmy pani coś pokazać – powiedziała sekretarka niepewnie. Emocje ledwie pozwalały jej utrzymać język za zębami.

– No dobrze. – Aleksandra uśmiechnęła się pod nosem i zaintrygowana podążyła korytarzem za sekretarką.

Cóż oni znowu nawyczyniali?

Tuż za zakrętem pani Aurelia zatrzymała się i uchyliła drzwi do jednego z pokoi, które ostatnio pokazywała szefowej.

– Proszę. Zapraszam – powiedziała.

W środku, przy oknie, stał pan Józef. Bardzo przejęty.

Ola weszła do pomieszczenia, które jeszcze kilka dni temu przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy.

Rozejrzała się i w pierwszej chwili nie poznała zaniedbanej klitki. Ściany lśniły śnieżną bielą, a z framug starych, skrzynkowych okien skapywał jeszcze nadmiar świeżego lakieru. Na podłodze z wyszczerbionych płytek PCV ktoś ułożył krzywo docięte, podniszczone linoleum z deseniem na podobieństwo dębowego parkietu, pośrodku ustawiono niską ławę i cztery małe fotele obite szorstkim materiałem. Aleksandra pamiętała, że w czasach jej dzieciństwa takie same straszyły niemal w każdym biurze… Na blacie czarnej ławy pyszniła się nowiutka cerata, nieudolnie udająca koniakowską koronkę, oraz mały wazonik z bukiecikiem różowych plastikowych kwiatków.

W kącie pokoju królowało biurko. Podobne meble, stanowiące połączenie paździerza i stalowych rurek zakończonych plastikowymi nakładkami, w dzisiejszych czasach można było spotkać jedynie w prowincjonalnych przychodniach albo w bardzo starych biurach. W przeciwległym rogu pyszniła się obskurna czarna szafa, której drzwi ktoś dla dodania urody pociągnął białą olejną farbą. Całości dopełniały: rozchwiane krzesło przy biurku, plakatowy kalendarz z zeszłego roku i niezliczona ilość zadbanych doniczkowych roślin, które śmiało mogłyby stać w gabinecie dyrektora ogrodu botanicznego z lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

Z okien roztaczał się widok na zakładowy śmietnik. Aleksandra ze zgrozą rozglądała się po odnowionym pomieszczeniu, ale w lot załapała, że to ma być jej nowe miejsce pracy. Tłumiąc wzbierające rozbawienie, ukradkiem spojrzała na panią Aurelię i pana Józefa.

Stali obok siebie i z najwyraźniej zapartym tchem czekali na jej reakcję. Dwoje dojrzałych ludzi, wyglądających w tej chwili jak para przedszkolaków, która z okazji Dnia Matki właśnie zagniotła ciasto na nowym dywanie i z dumą oczekiwała pochwały.

Aleksandra z trudem ukryła uśmiech i stanęła przed spiskowcami. Dostrzegła, że Józef ukradkiem gładzi pomarszczoną dłoń sekretarki; zapewne chciał dodać Aurelii otuchy. Niespodzianie panią wiceprezes ogarnęło wzruszenie. Podeszła i spontanicznie uściskała każde po kolei.

– Dziękuję. – Energicznie otarła zbłąkaną łzę z kącika oka. – Jesteście kochani!

– Eee, nieee… My tylko tak, od siebie. – Pan Józef chwycił sekretarkę za rękę, bo kobieta wyglądała tak, jakby miała za chwilę rozpłakać się w głos.

– Nie wiem, co powiedzieć… Po prostu bardzo wam dziękuję. – Głos Aleksandry zadrżał niebezpiecznie. – Bardzo mi się podoba moje nowe biuro. A telefon działa?

Bo aparat telefoniczny wyglądał dość podejrzanie. Aleksandra po raz pierwszy w życiu widziała cudo z tarczą do wykręcania numerów, a nie bezdusznie ponumerowanymi przyciskami.

– Się zobaczy – ożywił się pan Józef. – Bo sam podłączałem instalację. – Dumnie wypiął pierś i stanął wyprostowany jak żołnierz na warcie. – A o rośliny proszę się nie martwić. Będę o nie dbał, bo to moje najlepsze okazy.

– Zauważyłam, że są piękne. Jeszcze raz dziękuję.

– Do usług. – Pan Józef skłonił się szarmancko.

– To ja w takim razie zapraszam na kawę i ciacho, tylko skoczę do cukierni. Zaskoczyliście mnie, nie ma co… – Aleksandra uśmiechnęła się i poprosiła, żeby zaczekali na nią w sekretariacie.

– Ale numer! Jasny gwint! – powiedziała do siebie w drodze po słodkości. – Ciekawe, co jeszcze mnie tu spotka, bo jak dotąd codziennie ktoś mnie czymś zaskakuje i powala na kolana. Jak tak dalej pójdzie, to ani chybi wykończę się na nerwy!

Po tradycyjnym poczęstunku w firmie, do budynku biurowego zaczęło ciągnąć coś w rodzaju pielgrzymki. Wszyscy koniecznie musieli zobaczyć na własne oczy nowy gabinet pani prezes; oglądanie i kurtuazyjne rozmowy trwały niemal godzinę. Gdy ludzie w końcu powrócili do roboty, Aleksandra rozlokowała się przy zdezelowanym biurku – nadgryziony zębem czasu, zniszczony blat starannie oklejono samoprzylepną tapetą w jasny, marmurkowy wzorek – i przesunęła dłonią po śliskiej powierzchni. Pod cieniutką warstwą okleiny wyraźnie dawało się wyczuć głębokie nierówności. Efekt był opłakany, choć pan Józef zrobił, co mógł.

Rozbawienie mieszało się w Oli ze wzruszeniem.

– O rany! Toż to inny świat! Serdeczni i prostolinijni ludzie, i te emocje… Proste. I zero miejsca na wyścig bezwzględnych szczurów, zaprogramowanych na sukces. Nie ma ułudy niedoścignionego szczytu kariery za cenę wzajemnego skakania sobie do gardeł – wymamrotała do siebie poruszona. Podeszła do drzwi.

Jeszcze nie zdążyła ich otworzyć, gdy usłyszała na korytarzu podniesiony damski głos. Stanowczy i roszczeniowy. Właścicielka głosu rozmawiała przez telefon, wcale nie przejmując się, że jej donośne rozkazy odbijają się głośnym echem po całym budynku.

Zaciekawiona Aleksandra wyszła z gabinetu, niemal zderzając się w progu z jazgotliwą babą. Skąd ja ją znam?, pomyślała.

 

– No cześć! Nareszcie cię znalazłam! – Rozradowana Teresa rzuciła się Oli na szyję. – Wybacz, że tak długo się nie odzywałam, ale wiesz, obłęd w pracy. Zjeździłam pół Polski, natłukłam kilometrów jak kierowca tira, przytyłam na przydrożnym żarciu i generalnie ledwie żyję. A ty? Jak się miewasz?

– Teresa? – Aleksandra z trudem rozpoznała szefową sprzedaży welonów z sąsiedniego zakładu. – Przepraszam, nie poznałam cię. Zmieniłaś fryzurę?

– No i jak? Ładnie? Wiesz, odkryłam w mieście fantastycznego fryzjera. Mówię ci, czadowy gość. Pracował kiedyś w telewizji, ale go wylali i teraz założył własne studio. Uuu… – Teresa fachowym okiem oceniła ciemne odrosty na włosach znajomej. – Koniecznie musisz do niego pojechać.

– Wiem. Tylko ciekawe czym?

– Nie masz auta? – zdziwiła się Teresa.

– Nie mam. Jeszcze nie.

– No to cię podrzucę. Może jutro? Chcesz?

– Jutro jest sobota.

– No właśnie. Podjadę po ciebie o dziewiątej. Jakbyś jeszcze czegoś potrzebowała, to mów. Załatwimy wszystko hurtem.

– Nie wiem, jak ci się odwdzięczę…

– Spokojnie, pamiętam jeszcze moje pierwsze dni tutaj. Wiem, jak to jest i jak bardzo przydaje się bratnia dusza. – Mrugnęła dla dodania Oli odwagi.

Nie zamierzała zdradzać, że jeśli przyśle fryzjerowi kolejną klientkę, następne strzyżenie będzie gratis. A co to szkodzi? Przecież, w sumie ją lubię, a odrosty ma straszne, pomyślała, udzielając sobie rozgrzeszenia.

– Może Ikea? Potrzebuję stamtąd kilku rzeczy. I jeszcze muszę założyć konto w jakimś lokalnym banku.

– Nie masz konta? – Teresa była zdumiona.

– Mam, ale potrzebuję jakiegoś banku na miejscu. Bo bankomat na rynku nie działa, a ja potrzebuję pieniędzy.

– Nie rozumiem…

– O rany, kobieto! Nie mam jak dostać się do mojego rachunku, bo nie mam komputera. Nie mam jak wypłacić pieniędzy, bo nie działa bankomat. Nie mogę pojechać do innego bankomatu, bo nie mam czym, a głupio mi pożyczać od prezesa pieniądze na busa. Zupełnie nie mam kontroli nad własnymi finansami, bo w firmie nie ma Internetu. Wymieniać dalej?

– Nadal nic nie rozumiem, ale jutro zawiozę cię do bankomatu, to wypłacisz pieniądze. Rachunek otworzysz, gdzie chcesz, ale uprzedzam: bank w Bąszynku omijaj z daleka.

– Dlaczego? Teraz ja nie rozumiem.

– Słuchaj, ja mieszkam tu już od ponad roku, więc zdążyłam co nieco poznać lokalną społeczność. Generalnie mili ludzie. Wszystko fajnie i cacy, ale ja nie mam ochoty, żeby magazynier w mojej firmie wiedział, ile zarabiam i ile płacę za majtki. Tu wszyscy wszystkich znają, a ty – jako nowa przyjezdna szyszka – aktualnie stanowisz największą atrakcję. To chyba największy plotkarski tygiel, jaki kiedykolwiek widziałam.

– O Boże! – Aleksandra wzniosła oczy ku niebu. – Nie sądziłam…

– No coś ty! Wszyscy o tobie gadają. Nawet ja wiem, w jakim kolorze masz miotłę i kubeł na śmieci.

Teresa zaniosła się śmiechem na widok miny koleżanki.

– Co ty mówisz? Myślałam, że tylko na wsiach wszyscy się znają…

– Prawdę, moja droga, samą prawdę. A na wsiach i owszem, też się znają i też gadają, ale tu jest znacznie gorzej.

– Nie wierzę.

– To uwierz. Sama pochodzę z małej wioski, ale tam jest inaczej. Ludzie mają mnóstwo pracy, prowadzą gospodarstwa i nie wiedzą, w co ręce włożyć. Nawet babcie emerytki karmią kury i doją krowy. A tutaj? Tutaj po pracy większość etatowo się nudzi. Więc uważaj, bo w takim miejscu trudniej zadbać o prywatność niż pod obstrzałem paparazzi na Piątej Alei. – Teresa celnie skwitowała miejscowe realia. – Słuchaj, a może przejdziemy teraz do ciebie, machniemy jakąś kawę i pogadamy?

– Ekhm… – Ola z trudem przełknęła ślinę. – No właśnie jesteśmy u mnie.

Mina nowej koleżanki była bezcenna.

– Serio? Jaja sobie robisz? – zapytała podejrzliwie Teresa.

– Mówię poważnie. To moje biuro.

– Kurczę, a więc to prawda, że u was się nie przelewa…

– Prawda, ale mam nadzieję, że to stan przejściowy. Pieniądze na inwestycje zapewne wpłyną niebawem, a ja i tak zamierzam się stąd zwolnić. Nie na takie warunki się zgodziłam. Czekam tylko na sensowną propozycję od mojego łowcy głów i natychmiast zwijam manatki.

– Ale numer! – Teresa pokręciła głową i odebrała dzwoniący telefon.

Obie kobiety zdecydowanie przypadły sobie do gustu. Już podczas pierwszego spotkania Teresa uruchomiła swój wewnętrzny, niezawodny radar i odebrała pozytywne fluidy. Aleksandra również. Ola była tak złakniona poznania kogoś, kto ją zrozumie, że nową znajomość powitała z niekłamaną radością i niemal natychmiast zauważyła, że nadają na tej samej fali.

Spragnione damskich pogaduszek zrezygnowały z kawy w firmie i poszły do Zamkowej, gdzie dzień wcześniej właściciele zainstalowali na zewnątrz bardzo ładny ogródek, więc nie trzeba już było wdrapywać się na piętro. Poza tym stali bywalcy spelunki na parterze uznali ogródek za wydumaną, wielkomiejską fanaberię i postanowili konsekwentnie go bojkotować, zajmując stałe miejsca wewnątrz swojskiej kufloteki.

– A tak w ogóle, to skąd ty się tu wzięłaś, skoro nie chcesz tu być? – zagadnęła Teresa.

– To długa historia, ale dość, że jestem po rozwodzie. Przez pecha i głupi zbieg okoliczności straciłam świetną pracę, a przez głupotę palnęłam nie tam, gdzie trzeba, że najchętniej wyjechałabym na koniec świata. No i mam! Jak widać, marzenia się spełniają – powiedziała z ironią Aleksandra.

– Ojej, współczuję tego rozwodu…

– Nie ma czego. Pobraliśmy się w wieku szczenięcym, było fantastycznie. Spełniliśmy się zawodowo, ale wielkie uczucie gdzieś się po drodze rozlazło. Nie było sensu ciągnąć fikcji, zwłaszcza że mój mąż się zakochał. Rozstaliśmy się w zgodzie. Po prostu taka kolej rzeczy.

– I co zamierzasz? Nie łyso ci bez chłopa? Nie masz parcia na rodzinę?

– Nie. A ty?

– Ja wręcz przeciwnie. Mam już trzydzieści cztery lata, a licznik bije. Ale tutaj ciężko o sensownego faceta.

– Nie ma tutaj żadnego sensownego? – zainteresowała się Ola.

– Jeden jest. Poznałaś już Maksa Wójtowicza?

– Nie. A kto to?

– Dyrektor finansowy w mojej firmie. Teraz pojechał do ciężko chorej matki, ale pewnie niebawem wróci. Facet naprawdę wart grzechu. Mówię ci, fantastyczny. – Teresie na samo wspomnienie zaświeciły się oczy.

– I co?

– I nic. Użyłam już wszystkich znanych mi sposobów na uwodzenie i ni cholery. Raz udało mi się go wyciągnąć na kolację. Było bajecznie, bo to nieziemsko bystry i wykształcony facet, ale co z tego, jak później tylko odwiózł mnie do domu, jeszcze w samochodzie wręczając mi bilans mojego działu do przejrzenia na następny dzień. – Teresa skrzywiła się komicznie.

– Jesteś w nim zakochana?

– Nie. Ale jakby było trzeba, w pięć minut zakochałabym się w nim na zabój.

Obie śmiały się do rozpuku i cały czas trajkotały jak najęte. Rozgadane zjadły lekki lunch i umówiły się na jutrzejszy ranek.

Po drodze Aleksandra kupiła mleko i zrelaksowana, spacerkiem wróciła do biura. Nacisnęła klamkę drzwi do sekretariatu, ale nie zdołała ich otworzyć. W pomieszczeniu kłębił się tłum, który jednak naraz się rozstąpił i oczom nowej wiceprezes ukazała się zarumieniona z podniecenia pani Aurelia. A gdy jeszcze odsunął się od biurka pan Józef – również komputer. Z całą pewnością nienowy, ale nie wyglądał na bardzo stary. Dopiero teraz dotarła do Oli doniosłość chwili, więc tłumiąc śmiech, pogratulowała sekretarce nowego sprzętu i zniknęła za drzwiami gabinetu prezesa. Odszukała namiary do operatora telefonicznego i zapytała o możliwość podłączenia modemu. Przedstawiciel zapewnił, że nie ma problemu i że chętnie podłączy w firmie darmowy Internet.

No, no, kto by pomyślał? Może i da się tu jakoś wytrzymać, jak złapię kontakt ze światem? Zadowolona Aleksandra spojrzała na zegarek – właśnie dochodziła szesnasta. Przejrzała szybko plany sprzedaży dostarczone przez handlowców i złapała się za głowę. Kierowniczce działu nawet nie przyszło do głowy, żeby zebrać informacje w tabeli i przekazać je w jako tako sensownej formie.

Przekładając niechlujnie zabazgrane, postrzępione kartki, Aleksandra dostała szału. Niestety, kierowniczka już wyszła. Wiadomo, piętnasta minęła godzinę temu.

– Co za partactwo! Normalnie skandal! Banda wałkoni! – Wściekła dyrektor handlowa zmełła w ustach przekleństwo i pomaszerowała do domu.

Znakomity po spotkaniu z Teresą humor prysł teraz jak bańka mydlana, a na domiar złego w drodze dopadła Aleksandrę potężna majowa ulewa.

Przemoczona dopadła drzwi mieszkania i od razu chwyciła za ręcznik, żeby wytrzeć ociekające wodą włosy. Zrzuciła z siebie ubranie i przejrzała się w nowym lustrze. Wyglądała jak zmokła kura, a tymczasem czekała ją wizyta u Mariana! Aleksandra wiele by dała, żeby się z niej wymigać, ale nie mogła ze względu na intencje gospodarza. Poza tym była głodna. To przeważyło szalę.

Wysuszyła włosy i przebrała się w wygodne ciuchy. Przed wyjściem założyła gumiaki i długą, ciemną pelerynę. Nie wypadło jej iść z pustymi rękami, więc wyjęła zza kuchennej szafki Kochanicę Kowboja, z nadzieją, że Marian wykorzysta wino do kolejnej golonki.

Mimo wczesnej pory na zewnątrz było prawie całkiem ciemno. Burza chyba minęła. Po niebie przetaczały się jeszcze ciężkie, ołowiane chmury, a z oddali dobiegał głuchy łoskot grzmotów, ale deszcz przestał lać się strumieniem, choć nadal nieprzyjemnie zacinał.

Ola naciągnęła na głowę obszerny kaptur i zawinięta w nieprzemakalną materię, niczym tajemniczy mnich, podążyła w znajomym kierunku.

W połowie drogi przeklęła własną głupotę, że nie skorzystała z propozycji podwiezienia. Miasteczko tonęło w głębokich kałużach, w które co i rusz wjeżdżał jakiś samochód, ochlapując z góry na dół nielicznych przechodniów.

Po kilkunastu takich przymusowych prysznicach Aleksandra dotarła nareszcie na miejsce. Gospodarz przywitał ją wylewnie, z wdzięcznością przyjmując butelkę taniego wina. Stół był zastawiony jak na królewską ucztę, a w kominku napalone. Zziębnięta Ola poszczękiwała zębami, więc z przyjemnością przycupnęła przy palenisku, żeby ogrzać skostniałe dłonie. Ogień buzował głośno.

Popisowe grzyby Mariana nie miały sobie równych, ale jeszcze większym zaskoczeniem była banalna prostota przepisu. Kiedyś Aleksandra lubiła gotować i chętnie eksperymentowała w kuchni, niemniej jednak nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby do grzybów dodać przecier pomidorowy.

– Przepyszne! – pochwaliła ciekawe danie.

– Bez zbędnej kokieterii odpowiem, że wiem. Wszyscy je uwielbiają, ale do rzeczy. Czy masz pomysł, co zrobić z Jurkiem?

– A gdzie tam! Liczyłam, że ty coś wymyślisz… – Sądziła, że Marian poda jej przynajmniej ogólny zarys.

– Nic nie masz? No to bieda. – Zasmucony załamał ręce.

– Nie, to nie tak. Nie chcę być źle zrozumiana, ale to twój przyjaciel, dobrze go znasz i…

– A twój nie? – Marian wpadł jej w słowo.

– Chyba żartujesz! Znam go dopiero od niedawna, a na dodatek formalnie jest moim przełożonym. Jaki przyjaciel? – Aleksandra za żadne skarby nie chciała się wtrącać w czyjeś prywatne sprawy. W dodatku tak delikatne jak problem z alkoholem.

– To mi nie pomożesz?

– Czy ty mnie słuchasz? Oczywiście, że ci pomogę, ale… Na przykład… No nie wiem, w roli szpiega w pracy? Mogę dyskretnie kontrolować Jerzego, ale to wszystko. W przeciwieństwie do ciebie nie mam na niego żadnego wpływu. Nie wiem dokładnie, jak z nim postępować, ale ty możesz chyba porozmawiać z jego żoną? Wspólnie przyciśnijcie go do muru. Moja obecność przy czymś takim byłaby po prostu niestosowna. Rozumiesz, co mam na myśli?

Ola w duchu złożyła sobie gratulacje, że kiedyś z własnej i nieprzymuszonej woli zapisała się na krótki trening asertywności. Teraz była z siebie dumna, bo wyglądało na to, że właśnie wywinęła się od poważnych kłopotów.

– Oboje weźcie go w obroty, postraszcie go czymś – ciągnęła. – Może chorobą? Masz jakiegoś znajomego lekarza?

– Mam! – ucieszył się Marian.

– No widzisz? – powiedziała Ola z uśmiechem. – Nie znam się na sprawach odwykowych, ale może jakoś się wam uda nakłonić Jerzego do terapii. Bo ze zgrozą patrzę, jak on jeździ po pijanemu…

– Do terapii? – zdziwił się Marian. – Myślałem raczej, żeby on skończył z jazdą na podwójnym gazie…

– Posłuchaj, mój były teść jest alkoholikiem. O ile mi wiadomo, taki zabieg niewiele rozwiązuje. Najpierw pogadaj z jego żoną.

– No i widzisz? Bardzo mi się przydałaś. Dziękuję.

 

– To ja dziękuję za pyszną kolację.

– A, jeszcze jedno! Jerzy zapomniał. – Marian sięgnął na półkę i wręczył zdziwionej Oli pudełko z nowiutkim telefonem komórkowym. – W środku masz wszystko, co potrzeba.

– Ojej, nareszcie! – pisnęła i z radości uściskała gospodarza.

Zrobiło się późno, ale rozpogodziło na tyle, że Aleksandra wróciła piechotą. Podziękowała za propozycję podwiezienia i szybkim marszem wróciła do siebie. Tym razem bez przeszkód dostała się na teren zakładu i resztę wieczoru spędziła na przeprowadzce danych do nowego służbowego telefonu. Wykąpana i przebrana w zabawną różową piżamę z logo Hello Kitty starannie przyszykowała pościel. W telewizji zapowiadano właśnie jeden z jej ulubionych filmów.

Położyła się do łóżka i automatycznie rozejrzała za czymś do picia, ale dysponowała tylko winem, więc nie namyślając się długo, narzuciła na piżamę ciepłą bluzę od dresu, bose stopy wsunęła w adidasy i pobiegła do marketu. Kupiła wodę i wyszła ze sklepu, podśmiewając się w duchu z miny sprzedawczyni, która usiłowała sobie przypomnieć, skąd zna tę klientkę. Nigdy wcześniej nie widziała miejscowej atrakcji nieuczesanej i bez makijażu.

Ubawiona, z butelką wody mineralnej pod pachą, Aleksandra pognała w stronę winiarni. Gdy zza zakrętu wyłonił się samochód, ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała, było oślepiające ostre światło i przeraźliwy pisk opon hamującego auta.

Czuła się dziwnie. Miała wrażenie, że ktoś omotał ją grubym pledem, bo dźwięki docierały do niej przytłumione, jakby z oddali. Ze wszystkich sił Ola spróbowała wytężyć słuch i przebić się przez spowijającą ją lepką i miękką barierę. Spokojnie, tylko spokojnie. Bezskutecznie walczyła z ogarniającą ją niemocą i niemal natychmiast pogrążyła się w ciszy.