Dziś jak kiedyś

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wykręca? A skądże! Otwieramy to nożem albo zębami. Dobranoc pani.

– Dobranoc.

Skonsternowana Ola ciężko przysiadła na rozchwianym taborecie i uważnie przyjrzała się butelce Wściekłego Bizona.

– Matko święta… – wyszeptała.

Co to jest, do diabła?, zamrugała kilka razy, by się upewnić, że to nie sen. Wino robią tu w dwa tygodnie i zatykają butelkę czymś, co się otwiera zębami?

I co to za nazwy?

Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że wcale nie została zatrudniona w wytwórni prawdziwych win. Jej nowym miejscem pracy okazała się najzwyklejsza w świecie wytwórnia tanich jaboli.

Kurczę, ale wdepnęłam!, westchnęła w duchu Ola. Jak Magda mogła mnie wsadzić na taką minę? Jak ją dorwę, ze skóry obedrę!

Wściekła miotała się po kuchni, jednocześnie wypakowując skromne zakupy. Boże drogi, Kochanica Kowboja i Ranczo! I te bawole rogi… Ja nie mogę! W jednej chwili wściekłość znalazła ujście w spazmach śmiechu. Miejscowa rzeczywistość znacznie odbiegała od zapewnień przyjaciółki, a z przedstawioną ofertą pracy miała tyle wspólnego, co nic. Czyste kuriozum.

Przez pierwszy dzień Aleksandra nie zrobiła niczego pożytecznego, nie licząc odmawiania szefowi picia napojów wyskokowych. Nie dostała obiecanego samochodu, który dałby jej trochę swobody, nie miała miejsca do pracy, nie miała nawet służbowego telefonu, nie wspominając już o laptopie czy choćby komputerze stacjonarnym. Warunki mieszkaniowe urągały wszelkim zasadom przyzwoitości – zapewne w hotelu robotniczym przy Stoczni Gdańskiej miałaby lepiej. Na razie poznała kilkudziesięciu spoconych opojów na stanowiskach, załatwiła sobie kilka roślin doniczkowych i otrzymała w prezencie szeroki wybór jabcoków na wieczór.

A, cholera, co mi tam!, wzrok Aleksandry ponownie padł na butelkę Wściekłego Bizona. Wzięła ją do ręki i zgodnie z instrukcją pana Józefa spróbowała otworzyć zębami. Niestety, nie miała wprawy, więc posłużyła się nożem. Przy drugim podejściu poszło łatwo i zatyczka szerokim łukiem poszybowała w najdalszy kąt kuchni. Co mi innego pozostało? – pomyślała. Przecież i tak się stąd zwolnię. Jestem całkowicie odcięta od informacji ze świata, ech, żeby tak chociaż jakiś telewizor albo radio…

Ola zwiesiła nos na kwintę i powąchała zawartość butelki. Hm, całkiem nieźle, może nie jest takie najgorsze? Z szafki wyjęła kultowy czerwony kubek do kawy i z towarzyszeniem charakterystycznego bulgotu świeżo napoczętej butelki wypełniła go po brzegi ciemnoczerwonym płynem. Skosztowała.

– W sumie daje radę – mruknęła do siebie i rozsiadła się z książką na kanapie.

Zadowolona, że fabuła rozwija się obiecująco i tym samym pozwala oderwać się od dziwnej nowej rzeczywistości, Aleksandra szybko opróżniła kubek. Ze zdziwieniem skonstatowała, że słodki napój nawet jej posmakował, więc nalała kolejną porcję. Wino było coraz lepsze, a nastrój pani wiceprezes poprawiał się z minuty na minutę.

Świetne samopoczucie i przytomność umysłu towarzyszyły jej do połowy książki, dopóki nie trzeba było pójść do łazienki. Nagle, nie wiedzieć czemu, Ola poczuła, że nogi ma jak z waty i że kończyny odmawiają jej posłuszeństwa. Dodatkowo obcemu uczuciu towarzyszyło wrażenie nieopisanej lekkości ciała. Pofrunęłaby, ale co z tego, skoro za nic nie mogła poderwać się do lotu? Wreszcie, po kilku nieudanych próbach, jakimś cudem, udało się jej podnieść z kanapy i prawie natychmiast runęła na podłogę. Jeszcze nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego… Dziwny stan straszliwej niemocy, względnie jasny umysł i absolutny brak władzy nad nogami…

Aleksandra na czworaka poszła do łazienki. Na klęczkach zmyła makijaż.

Na koniec umyła zęby i znów na czworaka rozpoczęła pełną niewidzialnych przeszkód drogę powrotną. Koniec końców przewróciła rzeźbę, która padając z wielkim hukiem, wybiła całkiem sporą dziurę w gipsowej gładzi na ścianie w przedpokoju,

– Kurde, jak daleko do łóżka… – wykrztusiła. – Jezu, ja chcę spać!

Szczęśliwie dotarła do sofy, za to poczuła się jak na karuzeli. Wszystko wokół wirowało w szalonym tempie. Wnętrzności zaczęły wywijać fikołki.

Boże, ale odlot! Ja chyba umieram? Już teraz wiem, dlaczego ludzie w rowach leżą! Nigdy więcej! Zdycham…

Wreszcie Aleksandrę zmorzył głęboki, pijacki sen. Całą noc nękały ją koszmary, a rankiem obudziła ją potworna suchość w ustach. Bezradnie rozejrzała się za czymś do picia; jak na złość nic do picia nie miała pod ręką. Uniosła znad poduszki obolałą głowę, ale obraz sypialni nadal pozostał w pozycji horyzontalnej. Do pionu powrócił dopiero po chwili i nareszcie się ustabilizował. Ola poczuła, że coś boleśnie chlupocze jej w głowie.

– O Jezu! Masakra! Co mnie podkusiło? Idiotka! – jęknęła.

Minęła dłuższa chwila, zanim szturchana poczuciem obowiązku wstała z łóżka i z trudem dowlokła się do kuchni. Drapieżnym ruchem chwyciła butelkę wody mineralnej, błyskawicznie osuszyła ją do dna, po czym łakomie przyssała się do kranu.

Szybko zażyła dwie tabletki od bólu głowy w wersji max i z premedytacją wymierzyła sobie karę w postaci lodowatego prysznica, przy okazji dosadnie klnąc własną głupotę.

Po kwadransie poczuła się odrobinę lepiej, ale niestety jej oddech wciąż pozostawiał wiele do życzenia. Nie pomogło nawet wielokrotne mycie zębów.

Przy kolejnym nakładaniu pasty na szczoteczkę Aleksandra na głos solennie obiecała sobie, że już nigdy więcej nie dotknie firmowego asortymentu. Na potwierdzenie tych słów wylała resztę Wściekłego Bizona do zlewu. Pozostałe butelki upchnęła za kuchenną szafką.

Dobrze, że poprzedniego dnia przygotowała spodnie i elegancki sweterek-bliźniak, bo tego ranka najpewniej miałaby kłopot z wyborem. Początek dnia generalnie obfitował w kłopoty, bo każda prosta czynność zdawała się panią wiceprezes przerastać. Nawet założenie butów przysporzyło trudności.

W pracy powitał ją Podsiadło. Wyglądał na wypoczętego, chociaż nie powinien.

– Ojoj… Czy coś się stało? – zapytał z troską.

– Nie. A dlaczego?

– Wydaje mi się, że jest pani zielona na twarzy. Ale może to przez światło…

– Tak, tak, zdecydowanie przez światło. Co mamy dziś w planie? – Aleksandra szybko ucięła dyskusję, starając się nie chuchać w stronę prezesa.

– Sporo rzeczy. Za chwilę spotkanie z dyrektorami. Później idziemy na posterunek straży miejskiej i na policję.

– A po co? Stało się coś złego? – Ola zaniepokoiła się nie na żarty.

– A skądże znowu! Tylko musi pani poznać najważniejsze osoby w miasteczku.

Rozdział 3

Po tygodniu codzienna rzeczywistość w Bąszynku bulwersowała niezmiennie, lecz Aleksandra powoli przyzwyczajała się do nowego rytmu. Podczas zaledwie kilku dni zdążyła poznać kierownictwo sąsiednich firm, proboszcza, aptekarza, notariusza i doktora. Wizyty w straży miejskiej i na policji również zaowocowały cennymi znajomościami. Podsiadło w relacjach towarzyskich czuł się jak ryba w wodzie, więc na następny tydzień zapowiedział kolejne spotkania zapoznawcze, między innymi u komendanta straży pożarnej i jedynego w miasteczku adwokata.

Prezes codziennie się upijał, z zegarmistrzowską precyzją odmierzając czas spożywania kolejnych alkoholi. Dzień zaczynał od obowiązkowych dwóch kaw z malibu, w okolicy południa przerzucał się na autorską wersję tequila sunrise, czyli wódkę z sokiem pomarańczowym, a popołudniami, jak twierdził, bastował już i pił tylko piwo. Następnie wsiadał w starego nissana i jak gdyby nigdy nic spokojnie wracał do domu.

Zaprosił nową współpracownicę na obiad do restauracji Zamkowa, tej samej, którą Aleksandra próbowała odwiedzić kilka dni wcześniej, ale zrezygnowała zniechęcona widokiem obskurnego wnętrza.

Jak się okazało, na piętrze lokalu urządzono całkiem przyzwoite miejsce, gdzie można było zjeść, a liczne kolorowe balony podwieszone u sufitu sugerowały, że odbywają się tutaj wesela i zabawy. Paradna sala, w przeciwieństwie do pomieszczeń na parterze, prezentowała się bardzo schludnie, podobnie jak przemiła obsługa. Serwowano tu pyszne dania kuchni polskiej w cenach, które wprawiły Aleksandrę w osłupienie. Wystawny obiad na dwie osoby kosztował dokładnie tyle, ile jedna kawa na warszawskiej Starówce.

Personel traktował gości jak VIP-ów, a już klientów z lokalnej socjety – z pełnymi honorami. W porze obiadowej nie było problemu z wolnym stolikiem, kelnerka w regionalnej zapasce sprawdzała, czy obrusy nie są zbyt poplamione, i lojalnie informowała, która potrawa jest świeża, a która wczorajsza.

Po kilku dniach Aleksandra stała się w miasteczku osobą powszechnie znaną i rozpoznawalną.

Wreszcie udało jej się wstrzelić w godziny otwarcia sklepu z artykułami gospodarstwa domowego i kupić potrzebne rzeczy. Zaskoczeniem zareagowała na propozycję sprzedawcy, że on z przyjemnością zaniesie jej nieporęczne zakupy do firmy.

– To pan wie, gdzie pracuję?

– Oczywiście, że wiem. Wszyscy wiedzą. – Fakt był najwyraźniej oczywisty. Młody mężczyzna popatrzył na klientkę z politowaniem. – To jak? Przynieść za godzinę?

– Oczywiście, będę wdzięczna. – Aleksandra uśmiechnęła się uprzejmie.

Na dostawę czekała podniecona, nie pamiętając, by kiedykolwiek wcześniej tak się ekscytowała zakupami miotły, mopa czy kosza na śmieci…

Jej puste lokum powoli zaczynało przypominać w miarę normalne mieszkanie.

Najważniejszym jednak wydarzeniem w początkowych dniach pobytu była dostawa lodówki. I poznanie Mariana Rzepki.

Pewnego dnia prezes z tajemniczą miną poprosił ją o klucze od mieszkania i zniknął. Zaintrygowana Aleksandra podbiegła do okna, w samą porę, by zauważyć, że jacyś ludzie z wielkim namaszczeniem taszczą ogromne pudło. Tak się ucieszyła, że przemilczała przed samą sobą fakt, iż lodówka miała co najmniej piętnaście lat i że najprawdopodobniej jakiś Niemiec wystawił ją przed dom, podobnie jak stary telewizor, również na chodzie. Aleksandra była przeszczęśliwa. Z pierwszej wypłaty kupię sobie składane tekstylne szafy, jakąś komódkę na drobiazgi, mały regalik do kuchni i niewielką pralkę, pomyślała. W sprawie pralki wolała nie liczyć na mitycznego Mariana, w obawie, że ten przywiezie jej jakiś kolejny przechodzony zabytek. Generalnie nie planowała obrastać w zbędne sprzęty, bo w najbliższym czasie i tak przecież chce się zwolnić z pracy. Trzeba tylko mocniej przycisnąć Magdę…

 

Gdy nareszcie udało jej się dodzwonić do przyjaciółki i zdać jej relację z początku pobytu, Magda popłakała się ze śmiechu.

– Rany, wybacz Ola! Ja naprawdę nie miałam pojęcia, że to fabryka jaboli.

– Tiaaa, jasne.

– Przysięgam! Byłam przekonana, że to jakaś rozlewnia win!

– Nie chrzań, tylko zabierz mnie stąd!

– Jest aż tak źle?

– Owszem! Ja nawet nie mogę tu pracować, bo ciągle mnie ten zapijaczony prezes gdzieś ze sobą ciąga!

– A gdzież on cię tak znowu ciąga?

– Po popijawach w sąsiednich firmach! Tu ciągle ktoś ma powód, żeby świętować, a że ta cholerna mieścina to dziura zabita dechami, to wszyscy się znają i trzeba łazić. Nie uwierzysz, ale do tej pory nie zrobiłam w pracy nic merytorycznego!

– Moja droga, to, o czym mówisz, nazywa się „obowiązki reprezentacyjne”. A ty między innymi po to siedzisz w firmie na wysokim stołku, żeby takie rzeczy robić.

– Na wysokim stołku? Chyba raczej na rozchwianym zydlu! – W głosie Aleksandry pojawiły się niebezpiecznie łzawe nuty.

– Nie przesadzaj, będzie dobrze, zobaczysz… – uspokajała Magda.

– Magda, błagam cię, znajdź mi coś innego! Cokolwiek. Do dziś nie zobaczyłam służbowej komórki, że o reszcie nie wspomnę. Jeszcze żadnego klienta na własne oczy nie widziałam. A handlowcy siedzą w biurze i grają w okręty na pececie z epoki kamienia łupanego!

– To pogoń ich w teren, przecież potrafisz. Nie rozumiem, w czym problem.

– Na butach mam ich pogonić? Przecież aut nie mamy. Kasy od inwestorów jak nie było, tak nie ma. W firmie bieda aż piszczy. Ciekawe, czy pensję dostanę. Chociaż właściwie to nie wiem za co, bo pierwszy raz w życiu nic nie robię!

– Spokojnie, załatwione. Poszukam ci czegoś sensownego, ale musisz zaczekać, aż coś się trafi. Dasz radę?

– Aha. W sumie nie powinno być bardzo źle, zwłaszcza jeśli zapłacą mi za nic, ale klimaty takie, że czasem płakać się chce. Marzę o kawie w jakiejś ładnej kawiarni, tęsknię za zakupami w galerii handlowej i z przyjemnością posterczałabym sobie samochodem w korku w godzinach szczytu. Rozumiesz?

– No, tego akurat zrozumieć nie potrafię, ale niech ci będzie. A faceci? – Magda na wszelki wypadek zmieniła temat.

– Co: faceci?

– Są tam jacyś?

– A i owszem! Cały tabun brzuchatych ramoli! Jak chcesz, to przyjedź i zobacz sama. Może coś wybierzesz – roześmiała się Aleksandra. – Większość ma już wnuki, a tylko patrzą, jak tu uszczypnąć sekretarkę w tyłek.

– Zabiorę cię stamtąd na pewno… – Magda znów zakrztusiła się ze śmiechu. – Tylko cierpliwości, kochana. Cierpliwości.

– Małpa! – krzyknęła Ola do telefonu, ale przyjaciółka już się rozłączyła.

Poznanie Mariana Rzepki, czyli najlepszego przyjaciela Jerzego Podsiadły, było wydarzeniem dość miłym. Przesympatyczny, zwalisty mężczyzna, który z powodzeniem mógłby być ojcem Aleksandry, od razu zapałał do niej sympatią. Ona również polubiła go od pierwszego wejrzenia, więc czujny prezes tylko zerkał, aby nie uronić chwili, gdy ta dwójka zechce zostać sama. I ewentualnie dyplomatycznie się wycofać. Ogromnie chciał wyswatać swego druha, a Aleksandra wydawała mu się kandydatką idealną. Nie była klasyczną pięknością, prezentowała urodę delikatną i raczej nienachalną, choć trudno zaprzeczyć, że w reprezentacyjnym i atrakcyjnym stylu. Szczupła, zgrabna, do tego zadbana, miła i bystra. Podsiadło wprawdzie snuł intrygę, ale w pijanym widzie zapomniał, że córka Mariana jest dokładnie w wieku Aleksandry, a sam Marian niedawno poznał w sanatorium sympatyczną panią z sąsiedniej miejscowości i często odwiedzał ją w celach wiadomych.

Mimo to, niezrażony, pewnego dnia zaaranżował kolację u przyjaciela, który tak kochał jeść, że z czystej fanaberii odbył ostatnio kurs gotowania. Teraz codziennie szykował dla siebie i córki wymyślne potrawy i z tygodnia na tydzień tył coraz bardziej, nie bacząc na problemy z sercem.

Podsiadło po cichu liczył na to, że szczupła warszawianka przystopuje nieco te zapędy i Marian wreszcie zacznie się odchudzać.

– To jak, zbieramy się? Idziemy na kolację do Mańka. O, już po nas jedzie! – Nie czekając na reakcję Aleksandry, stanowczym gestem ujął ją pod rękę.

Na podjeździe pojawił się wypolerowany do błysku mercedes. Ola grzecznie przywitała się z Marianem, który z kurtuazją otworzył przed nią drzwiczki. Kontrast z rupieciem, którym jeździł prezes, był ogromny, więc z lubością zapadła się w kremowy skórzany fotel i z łezką w oku przypomniała sobie, że jeszcze do niedawna na co dzień korzystała z podobnych luksusów.

Po trzech minutach jazdy zaparkowali pod najbardziej okazałym domem w okolicy. Rozłożysty, parterowy budynek, z wieżą w stylu gargamel, wyglądał na nowy; połączony był wąskim przejściem z drugim, równie wspaniałym, choć nieco mniejszym. Ogród nie wyglądał na zagospodarowany – wszędzie zalegało błoto i trzeba było przejść po desce. Aleksandrze pomógł Podsiadło.

– Ten drugi Maniek wybudował dla córki… – Konspiracyjnie zniżył ton i mrugnął porozumiewawczo.

– Bardzo ładny. Aż pachnie nowością.

– Tak, wprowadzili się w marcu. Trochę się tną, bo ona ma chyba jakieś problemy ze sobą i zupełnie nie mogą się dogadać. Nawet mu nie podziękowała.

– Dziwne… – szepnęła Ola i urwała w pół słowa, bo Marian właśnie wytoczył się z auta i zamknął garaż. Podszedł zasapany i zaprosił gości do środka.

Świeżutkie wnętrze było przestronne i komfortowe. Pomieszczenia urządzono z przepychem, niepozostawiającym wątpliwości co do stanu majątkowego właściciela. Aleksandra doceniła doskonałą jakość wykończeń, choć sama gustowała raczej w oszczędnych i minimalistycznych formach. Lubiła przestrzeń. Nadmiar rzeźbień, ozdób i mnogość deseni zazwyczaj ją przytłaczał.

Marian poprowadził przybyłych w głąb wnętrza i poprosił, by rozgościli się w gigantycznym salonie, w którym królował stół na dwadzieścia osób. Sam zniknął w kuchni.

– Chodźmy, pokażę pani wszystko – zaofiarował się Podsiadło. – Zwiedzimy sobie parter, na górze są sypialnie – dodał i delikatnie pociągnął Aleksandrę za sobą.

Powierzchnie powalały ogromem. Wielka garderoba, mogąca pomieścić ubrania dla kilkunastu osób, oraz wspomniany już, na oko stumetrowy salon. W obszernym i stylowo urządzonym gabinecie Aleksandra łypnęła pożądliwie na nowoczesny sprzęt komputerowy i wpadła na chytry pomysł, aby poprosić o możliwość skorzystania z Internetu, ale dała sobie spokój. W końcu to pierwsza wizyta. Zwłaszcza że prezes pociągnął ją w stronę spiżarni.

– To gwóźdź programu, miła pani.

– Dlaczego?

– Proszę samej obejrzeć. Ja pójdę pomóc Mańkowi, bo jak zwykle zapewne potrzebuje podkuchennego i ubolewa, że nie ma kim dyrygować. – Podsiadło uśmiechnął się serdecznie, otworzył metalowe drzwi i zostawił Olę samą.

Kompletnie zaskoczona aż wstrzymała oddech. Spiżarnia była tak duża, że z powodzeniem mogła stanowić zaplecze sporego sklepu spożywczego. Całe ściany, od podłogi do sufitu, zabudowano specjalnymi regałami, na których właściciel zgromadził chyba wszystko, co może się zamarzyć łakomczuchowi.

Wszędzie, gdzie spojrzeć, pozawieszano pęczki suszonych ziół i urocze warkocze czosnku. Słoje z przeróżnymi domowymi przetworami, w bajecznych kolorach i ozdobione kapturkami w biało-czerwoną kratkę, zajmowały kilka głębokich półek. Tuż obok stały pokaźne zapasy produktów sypkich, a na lewo od wejścia utworzono coś, co spełniało rolę kopca na świeże produkty – w estetycznych skrzyniach złożono warzywa korzenne, ziemniaki i kilka rodzajów jabłek. Na przeciwległej ścianie królowały przeszklone zamrażarki, wypełnione po brzegi. Właściciel musiał dbać o porządek w zapasach, bowiem każda półka została starannie opisana, choćby datami mrożenia poszczególnych produktów. W spiżarni było wszystko: grzyby, mrożone owoce, rozmaite mięsa, ryby, mieszanki warzywne, przeciery z tego, z czego fizycznie udało się je zrobić, a nawet zamrożona siekana cebula. Również różne rodzaje ciast i spory stosik gotowych spodów do pizzy.

Temperaturę w pomieszczeniu regulował skomplikowany termostat; Aleksandra trochę zmarzła. Odwróciła się do wyjścia i oniemiała. Powyżej drzwi, na specjalnych, podnoszonych prętach zawieszono kilkanaście rodzajów kiełbas, wśród których rozpoznała oryginalne hiszpańskie wyroby z charakterystycznym białym nalotem, a wśród nich wielgachną suszoną szynkę serrano. Kusiły aromatyczne płaty wędzonej słoniny, a na sąsiedniej półce pokaźny wybór żółtych serów. Wychodząc ze spiżarni, która, jak nietrudno się domyślić, stanowiła dumę właściciela, Aleksandra natknęła się jeszcze na niewielki aneks z napojami i wysokogatunkowymi alkoholami.

– Nieprawdopodobne… – szepnęła i weszła do kuchni, gdzie zastała dwóch dowcipkujących, raźno krzątających się mężczyzn. Spojrzała i na dobre odjęło jej mowę.

Gdyby nie fakt, że znajdowała się w prywatnym domu, poszłaby o zakład, że znalazła się w kuchni renomowanej restauracji.

Nawet dla laika było oczywiste, że właściciel wydał fortunę na profesjonalne wyposażenie. Wszystko, wykonane z nierdzewnej stali, lśniło jak lustro.

– Matko, nie wiem, co powiedzieć… – powiedziała oszołomiona Ola i pokręciła głową. – To jest wspaniałe…

– Co? Podobała się spiżarnia? – Podsiadło odsłonił szczerby w szerokim uśmiechu. Marian natomiast usiłował zrobić minę, jakby sprawa go nie dotyczyła. Mimo to wyraźnie było widać, że pęka z dumy.

– Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś podobnego! Gratuluję pasji, panie Marianie. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

– E, tam… – zawstydził się Rzepka. – Jaki tam ze mnie pan? Ja prosty człowiek jestem. Mów mi Maniek! Szampana?

– No właśnie, a ja Jurek! – Rozochocony prezes za żadne skarby nie chciał pozostać w tyle, więc szybko napełnił kieliszki i ochoczo nadstawił się do tradycyjnego cmoknięcia.

– No dobra, siadajcie! – zarządził gospodarz i sprawnie nakrył dla trojga. Za chwilę na stół wjechało dziesięć gorących potraw.

– Czy to nie za dużo…? – Zaniepokojona Ola oszacowała pojemność własnego żołądka.

– A skądże znowu! Częstuj się dziewczyno, bo wyglądasz na niedożywioną! Na początek polecam smażone wątróbki marynowane w miodzie, a później golonkę duszoną w Kochanicy Kowboja. Są jeszcze racuchy, bigos, panierowane udźce z kurczaka po tajsku, ryby wędzone na ciepło, pomidorowa i krem z brokułów, a jakbyś miała ochotę na krupnik albo kapuśniak, wystarczy, że szepniesz słówko. Raz, dwa się machnie! – Marian, jak karabin maszynowy, wyrecytował kolacyjne menu.

– O nie, dziękuję. To stanowczo za dużo. A z naszymi produktami nie chcę mieć już nic do czynienia. Nie gniewaj się, ale golonkę sobie podaruję.

– A czemuż to? Przecież Kochanica Kowboja doskonale się do niej nadaje! Spróbuj chociaż – zachęcał Marian.

Nie wypadało odmówić. Zgodnie z zapewnieniem, golonka okazała się przepyszna, a inne potrawy smakowały równie wyśmienicie. Ola przyznała w duchu, że Marian jest samorodnym kulinarnym talentem.

W przemiłej atmosferze biesiadowali przez ponad dwie godziny, a gdy Jerzy zaczął zdradzać widoczne oznaki upojenia szampanem i wódką, Marian dyskretnie zadzwonił po jego żonę. Wprawdzie prezes upierał się i oponował, ale Marian wziął go pod włos, zapewniając, że właśnie sprowadził dla pani Podsiadłowej specjalne gruszki z Chin i chce jej wręczyć je osobiście, więc wreszcie dał spokój. Zareklamował Aleksandrze popisowe danie gospodarza – grzyby z cebulą w pomidorach.

– No, dziś go nie zrobiłem, ale zrobię jutro. Wpadniecie do mnie po pracy? – zapytał Marian z nadzieją.

– Raczej nie. Nie chcielibyśmy się naprzykrzać – Ola spróbowała się wykręcić.

– Ja też nie dam rady, bo mam jutro urlop, ale przecież nasza urocza pani wiceprezes nie ma nic do roboty. Siedzi, biedaczka, sama i się nudzi wieczorami – wypalił Jerzy.

Jego ofiara spojrzała na niego w taki sposób, że powinien paść trupem.

Chwała Bogu nadjechała jego żona. Uprzejmie przywitała się z Aleksandrą, przyjęła od Mariana kilka zwykłych, polskich gruszek, przesłała mu spojrzenie pełne wdzięczności, po czym zapakowała męża do auta i odjechała.

 

Zapadła niezręczna cisza.

– Przykro mi, że tak to wszystko wygląda… Jurek to mój najlepszy przyjaciel. – Marian przerwał milczenie. – Zupełnie nie wiem, co z tym fantem począć…

– Mianowicie?

– Zauważyłaś chyba, że za dużo pije?

– Tak, i to regularnie. Dzień w dzień. Przynajmniej odkąd tu jestem. Musiałam się sporo nabiedzić, żeby przestał mnie namawiać do picia w pracy – odparła smutno Ola.

– To on w pracy też tyle pije?

– I owszem. Zaczyna o ósmej rano kawą z malibu, a raczej malibu z dodatkiem kawy, a później już z górki. Widziałeś nasze zaopatrzenie w sekretariacie?

– Kiedyś widziałem, ale pomyślałem, że to przejściowe. O matko, jest aż tak źle?

– Obawiam się, że tak. Twój barek, to przy naszym mały pikuś.

– Jasna cholera! Najgorsze, że on w takim stanie jeździ samochodem…

– No właśnie. Nie mam pojęcia, jak mu to uchodzi na sucho. Nie boi się policji?

– A gdzie tam! Przecież go znają, a patrol, jak tylko widzi tego zardzewiałego gruchota, macha na powitanie. Sama widzisz.

– Nie zabawię tu wprawdzie długo… – Z namysłem powiedziała Aleksandra. – Szukam już innej pracy, ale dopóki tu jestem, może spróbuję pomóc.

– Dziękuję. Jeszcze nie mam koncepcji, ale razem na pewno coś wymyślimy.

– Nie ma sprawy. Możesz na mnie liczyć. A teraz już chyba pójdę do siebie, bo po tych twoich pysznościach zaraz pęknę w szwach – roześmiała się Ola i wstała od stołu.

– Zaczekaj, odwiozę cię! – Marian natychmiast poderwał z krzesła swoje ogromne brzuszysko. Jak na człowieka z tak dużą nadwagą, poruszał się z zadziwiającą lekkością.

Aleksandra liczyła na odrobinę ruchu po obfitej kolacji, ale nie wypadało oponować.

– Chodźmy.

Marian poczłapał do garażu po mercedesa i po kilku minutach zaparkowali na terenie winiarni. Rzepka ponowił zaproszenie na kolejny dzień.

– To jutro po pracy? Zrobię grzyby, zobaczysz, jakie dobre.

– Chyba nie dam rady… – Aleksandra usiłowała się wykręcić, ale zdeterminowany mężczyzna nie zamierzał odpuszczać.

– Rozumiem. Ale bez Jurka moglibyśmy spokojnie pogadać…

Ola zastanawiała się przez chwilę.

– No dobrze. – Uległa.

– Będę o siedemnastej!

– Nie, nie, sama przyjdę! – powiedziała stanowczo, pożegnała się i ruszyła do siebie.

Przebrała się w dres, założyła sportowe buty i ociężale podeszła do bramy. Odmeldowała się u portiera, że wychodzi na godzinę, i wolnym truchtem ruszyła spod szlabanu zabezpieczającego wjazd na teren wytwórni. Z pełnym żołądkiem nie należy przesadzać, bo dotkliwa kolka gotowa. Ola spokojnie dobiegła do ryneczku, okrążyła go dwa razy i ruszyła w znanym już sobie kierunku, czyli w stronę domu Mariana. Przed jutrzejszym spacerem chciała sprawdzić, czy zapamiętała drogę, ale pod charakterystyczną stacją LPG zmieniła zdanie, zawróciła i bocznymi uliczkami pobiegła w przeciwną stronę. A ponieważ jeszcze nie było całkiem ciemno, odkrywała przyjemność zwiedzania okolicy na sportowo. Dotychczas biegała głównie na elektrycznej bieżni i właśnie zdała sobie sprawę, że było to okropnie nudne. Bieganie na łonie natury okazało się zdecydowanie bardziej atrakcyjne, choć okoliczne krajobrazy wcale nie wprawiały w zachwyt: bezkresne, płaskie przestrzenie, gdzieniegdzie zmącone pojedynczym drzewem czy kępą krzaków. Łąki, mimo świeżej trawy i łanów żółtych mleczy, wyglądały monotonnie i usypiająco.

Ech, beznadzieja…

Ola odchrząknęła i pobiegła dalej.

Tuż za granicą Bąszynka odkryła prawdziwe wiejskie gospodarstwo, w którym można było kupić domowe produkty. Aleksandra miała w kieszeni trochę drobnych, zatem zapukała i od rumianej babuleńki w bielutkiej chustce na głowie kupiła dziesięć jajek. Trochę się zdziwiła, że skorupki mają nierówne, ale gospodyni zapewniła ją, że to od tego, że jej kury swobodnie łażą po zadbanym obejściu.

– Raz dziobną robaka, a raz ziarno, panienko.

Wprawdzie niewiele brakowało, żeby babina obraziła się na sugestię o dziwnych jajkach, ale miła aparycja i uśmiech Aleksandry złagodziły święte oburzenie.

Powrót do firmy zajął Oli niecałe dziesięć minut marszem. Nie biegła z obawy o jajka, a poza tym czuła się zmęczona. Gdy stanęła przed szlabanem, miała już dosyć. Uprzejmie ukłoniła się portierowi i przykucnęła, żeby przejść.

– Zaraz, zaraz! Gdzie lezie? – Z budki wyskoczył brodaty mężczyzna w średnim wieku. – Co pani wyprawia?! Tu nie wolno wchodzić! Jazda stąd!

Aleksandra stanęła jak wryta.

– Ale ja tu mieszkam. I pracuję w wytwórni! Dwie godziny temu zgłaszałam wyjście.

– Pierwsze słyszę. Jak się pani nazywa? – Mężczyzna warknął. Ola posłusznie podała nazwisko.

– Nie mam pani na liście wejść i wyjść. Tu wszyscy odbijają karty zegarowe.

– Ale ja nie odbijam. Wpuści mnie pan wreszcie?

– Nie! Proszę odejść – odparł stanowczo.

– Jezu, ile razy mam panu tłumaczyć, że ja tu mieszkam? Może pan zadzwonić do prezesa i potwierdzić.

– No dobra – odburknął niechętnie brodacz i wybrał numer. Aleksandra odetchnęła głęboko. – Lipa, droga pani. Poczta głosowa się włącza. Nic z tego.

– To mam nocować tutaj? A jest może pan Józef z kotłowni?

– Nie ma go dzisiaj. Coś słabo się pani przygotowała. Niechże już sobie pani idzie! Mówię po dobroci, bo jak nie, to wezwę policję.

Mężczyzna był nieugięty. Że też mi do głowy nie przyszło, żeby zabrać ze sobą dokumenty i pieniądze!, jęknęła w duchu Aleksandra. Gdyby miała przy sobie choćby dowód osobisty, mogłaby się przespać w obskurnym motelu, który straszył na sąsiedniej posesji. Pozostały jej dwa wyjścia: albo ułożyć się do snu na ławeczce w pobliżu restauracji, albo pójść do Mariana. Jedno gorsze do drugiego, więc Ola podjęła ostatni wysiłek w celu przekonania upartego jak osioł portiera. Wcale nie uśmiechała jej się noc na komisariacie, zwłaszcza że znajomego komendanta o tej porze na pewno nie było w pracy.

– Proszę pana… – zaćwierkała cieniutko.

– Co znowu?

Aleksandra miała wrażenie, że brodaty za chwilę wybuchnie.

– To wasze? – Podetknęła mu pod nos klucze od mieszkania, na których jak byk widniał napis: „Hotel”.

– A i owszem.

– No właśnie. Ja tam mieszkam, więc proszę łaskawie zamknąć na chwilę tę budę, zablokować szlaban i pójść za mną. Okej? W mieszkaniu mam dokumenty, więc spisze pan sobie moje dane. Pasuje?

– Co za namolna baba… – sapnął wkurzony portier, ale zgodził się, choć pozostał podejrzliwy, nawet gdy Ola na pewniaka otworzyła drzwi, bezbłędnie namacała wyłącznik światła i pokazała dokumenty.

– No dobra, niech już będzie. Dobranoc – westchnął.

– Dobranoc – wycedziła Aleksandra, siląc się na fałszywą uprzejmość, i z całej siły przywaliła drzwiami, żeby rozładować złość. Ale żłób!

Pofukała jeszcze chwilę jak rozzłoszczona kocica, zdenerwowana przemierzając długi przedpokój w tę i z powrotem.

Włączyła telewizor, ale oferta programowa lokalnej telewizji nie trafiła w jej gust, więc zasiadła do książki. Dopiero po godzinie poczuła, że ochłonęła. Już na spokojnie wypastowała kupione w Bąszynku półbuty rodzimej produkcji, które znakomicie sprawdzały się na błotnistych wertepach, i po raz kolejny wyszorowała pożółkłe wnętrze leciwej lodówki.

Przed snem spróbowała połączyć się z Magdą i pogonić przyjaciółkę w wiadomej kwestii, ale ta była właśnie na kolacji z klientem i nie mogła rozmawiać. Obiecała oddzwonić, jak dowie się czegoś konkretnego.

Matko, co za dzień! Ola leniwie przeciągnęła się na kanapie.

Rzeczywiście, nie było łatwo.