Dziś jak kiedyś

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Przeprowadzka do Bąszynka przebiegła bez większych przeszkód; miejscowość była niewielka, więc bez problemu dotarli do wytwórni. Z pomocą kolegi, który dysponował obszernym kombi, Aleksandra przewiozła wszystkie rzeczy do służbowego mieszkania na terenie zakładu i rozlokowała się w nim natychmiast. Wysoka i dość ciężka rzeźba okazała się zawalidrogą, więc tymczasem stanęła w przedpokoju, w oczekiwaniu na docelowe miejsce.

Nowe lokum było świeżo pomalowane i miało przedziwny układ: na prawie stu metrach kwadratowych cztery pokoje, kuchnia i łazienka, do których wchodziło się kolejno z niesamowicie długiego i wąskiego przedpokoju. Wyglądało to jak połączone dawne biurowe pokoje. I tak zapewne było.

Zmęczona Aleksandra wciągnęła w nozdrza zapach świeżej farby i ze zgrozą otaksowała koszmarne podłogowe panele w prawie czarnym kolorze. Odchrząknęła; zwielokrotnione echo rozniosło się po pustym pokoju. Mebli było jak na lekarstwo, ale ważne, że wstawiono rozkładaną kanapę i przygotowano czystą pościel. Całe szczęście, że wzięłam ze sobą rozkładane stojące wieszaki, pomyślała, bo inaczej całą garderobę musiałabym trzymać w workach i pudłach!

W kuchni królował nieco przechodzony zlewozmywak, stała stara kuchenka, dwa taborety pamiętające lepsze czasy, i chwiejący się stół. Wyposażenie stanowiło kilka wyszczerbionych kubków do kawy, obdrapana patelnia i zestaw jednorazowych talerzy. Aleksandra, wypakowując swoje ekskluzywne garnki, nie mogła oprzeć się ogarniającemu ją rozbawieniu – kontrast był nierealnie duży. Ze zdziwieniem odkryła brak lodówki, więc udała się do portiera, który wcześniej dał jej klucze, z zapytaniem, czy na terenie fabryczki znajduje się miejsce, w którym można byłoby przechować żywność.

– Pani, ja tam nic nie wiem. Dziś niedziela, jutro będzie prezes, to się pani dowie, ale jakby czegoś pani potrzebowała, to jestem do dyspozycji – zapewnił ją mężczyzna, aczkolwiek Aleksandra nie bardzo wiedziała, w czym mógłby jej pomóc.

– Dobrze, dziękuję – odparła, nie tracąc nadziei.

– A widziała pani, jak pięknie kierowniczka od administracji powiesiła firanki?

– Co takiego? – Aleksandra wybałuszyła oczy. – Ach, firanki… Faktycznie, upięte ładnie, ale mówiąc szczerze, wolałabym zamiast nich lodówkę. Dziękuję i do zobaczenia – ucięła i zniknęła w ciemności, odprowadzana pełnym aprobaty wzrokiem miłego portiera.

Zrezygnowana wróciła do mieszkania, wystawiła jogurty na parapet za oknem i dokładnie zlustrowała łazienkę. Tu również odkryła deficyt podstawowych przedmiotów, czyli szczotki do czyszczenia toalety, lustra, uchwytu na papier i wieszaka na ręczniki.

– Cóż, chyba czekają mnie grubsze zakupy… – mruknęła niezadowolona, ale na razie wniosła do łazienki wiekowy taboret, który posłużył za prowizoryczną półkę, i wzięła prysznic. Podziękowała opatrzności za ciepłą wodę, pościeliła sobie na wielkiej, rozkładanej sofie i spróbowała zasnąć.

Nic z tego. Nawet jej własny oddech wywoływał w pustych murach pogłos. Następnego dnia miała być w pracy o ósmej, a tymczasem poczucie, że na terenie wymarłego o tej porze zakładu przebywają tylko ona i portier, wprawiało Aleksandrę w stan nerwowego niepokoju i nie pozwalało zapaść w sen.

Podczas pierwszej wizyty w firmie prezes Podsiadło zapewniał solennie przyszłą wiceszefową, że wszystko będzie super i prosił, żeby o nic się nie martwiła. Stwierdził wprawdzie, że się nie przelewa, ale będą robić, co mogą, dopóki nie wpłyną fundusze od nowych udziałowców.

Aleksandra szczerze powątpiewała w ten optymistyczny scenariusz, bowiem wytwórnia wyglądała jak kompletna ruina. Liczne, stare i po części opuszczone, zabudowania straszyły wybitymi oknami i odpadającym tynkiem. Na omszałym dachu budowli, w której w przyszłości podobno miało mieścić się eleganckie biuro zarządu, rosły całkiem spore drzewka samosiejki. Drzwi wejściowe chwiały się niebezpiecznie na jednym zawiasie, a zardzewiała do granic rynna zwisała smętnie, prawie dotykając ziemi. Pozostałe budynki wcale nie przedstawiały się lepiej, a ich opłakany stan wyraźnie świadczył o tragicznej kondycji przedsiębiorstwa. Nieco lepiej prezentowały się trochę nowsze wielkie magazyny, kotłownie i pomieszczenia do produkcji, ale za to prymitywne linie produkcyjne pamiętały chyba czasy króla Ćwieczka, choć Aleksandra na własne oczy zobaczyła, że sprawnie działają i produkują wino. Powitała ten fakt westchnieniem ulgi, ale i tak nabrała przekonania, że to graniczy z cudem, zapewne za sprawą kamiennego posągu pulchnego Bachusa, wylegującego się nad fasadą głównego biura. Trzymetrowa figura boga wina nie miała rąk, jednej nogi i połowy twarzy. Nieznany artysta nie poskąpił ongiś swemu dziełu wieńca o monstrualnych liściach oraz wielkich kiści winogron złożonych u stóp postaci, a w chwili obecnej – u jednej jej stopy.

Ze szczerbatym uśmiechem prezes Jerzy Podsiadło z dumą zaprezentował zdemolowany posąg i posłał Aleksandrze poczciwe spojrzenie.

– Wie pani, jak tylko dostaniemy fundusze, od razu go odnowimy. On tu jest od zawsze i szkoda byłoby się go pozbyć. Prędzej sam stąd odejdę, niż pozwolę na coś takiego – wyseplenił.

– Oczywiście – odparła niepewnie.

Nie była sobie w stanie wyobrazić, jak wielkie pieniądze są potrzebne, by doprowadzić to wszystko do jako takiego stanu. A tym bardziej reakcji inwestorów na niemałe koszty odnowienia jakiejś figury.

– Tak zrobimy, tynk może poczekać. A Bachus to dusza naszego zakładu – dodał stanowczo Podsiadło.

Aleksandra spojrzała na niego z ukosa i nagle stanęła jej przed oczami kanciasta twarz byłego szefa, który za taki niedorzeczny pomysł, w najlepszym razie, wyrzuciłby ją z gabinetu i obciąłby jej premię.

Cóż, podobne rozważania wcale nie pomagały w zasypianiu, lecz Aleksandra postanowiła, że następnego dnia poprosi prezesa o butelkę wina do degustacji. W końcu powinna poznać produkty, które ma sprzedawać… Wstała do łazienki i jeszcze raz rzuciła okiem na swoje nowe, puste mieszkanie. W myślach zaczęła układać listę niezbędnych rzeczy do kupienia w ciągu najbliższych dni i w końcu, znużona, usnęła.

***

Każdego pierwszy dzień w nowej pracy przyprawia przynajmniej o lekki stres. Pomijając powyższą oczywistość, Aleksandra od samego rana nieustannie przecierała oczy ze zdumienia, a po południu z trudem powstrzymywała śmiech.

Całą noc śniło się jej, że jest zmęczona i przewraca się z boku na bok, więc gdy budzik zadzwonił o siódmej, zwlekła się z łóżka kompletnie nieprzytomna. W duchu podziękowała losowi, że w mieszkaniu nie ma lustra, bo nawet odbicie w okiennej szybie nie napawało optymizmem.

Licząc na spotkanie z dyrektorami i resztą zarządu, wybrała elegancki popielaty kostium od Armaniego i pasujące doń wysokie szpilki od Jimmy’ego Choo. Z braku laku skorzystała z maleńkiego lusterka w kosmetyczce i drżącą dłonią zrobiła dyskretny makijaż. Na ślepo rozczesała włosy. Ponownie otworzyła okno, żeby ocenić efekt w lśniącej szybie i względnie zadowolona z własnego profesjonalnego wyglądu zjadła jogurt schłodzony nocą na parapecie. Tuż przed wyjściem podniosła z podłogi efektowną teczkę od Mandarine Duck, na którą kiedyś wydała majątek w sklepie na lotnisku w Monachium, i pomaszerowała do biura. Zgrabnie zeszła po schodach i wyszła na zewnątrz. Głęboko zaczerpnąwszy powietrza, raźno ruszyła przed siebie. Pierwszy dzień, nie wypadało się spóźnić. Całe szczęście, że do przejścia mam zaledwie kilkadziesiąt metrów, pomyślała.

Niestety, zadanie okazało się niełatwe. Na placu, który musiała pokonać, w porannym słońcu pyszniły się rozległe placki błota. Próbowała ominąć je sprytnie, potykając się na zapadniętym i nierównym bruku, który pamiętał chyba jeszcze pierwszą wojnę światową.

Klnąc pod nosem, Aleksandra po dłuższej chwili dotarła wreszcie do zapuszczonego biurowca. Stare, ciężkie, metalowe drzwi niemal ją przygniotły, gdy usiłowała ominąć kolejną pułapkę w postaci wielkiej drucianej wycieraczki. Złośliwych wnyków zastawionych na jej drogie buty było w tej firmie w bród, więc wściekła, urągając pod nosem, wytarła chusteczką błoto z obcasów i obiecała sobie przy pierwszej nadarzającej się okazji kupić jakieś gorsze obuwie.

Na tym nie koniec – Aleksandra musiała się jeszcze wykazać cyrkową zręcznością na wyszczerbionych schodach, by wreszcie cało dotrzeć do sekretariatu. W progu powitała ją kobieta w wieku przedemerytalnym, przedstawiła się i zasiadła przy maszynie do pisania marki Optima. Potrząsnęła trwałą ondulacją wykonaną sposobem domowym i ze zgrzytem umieściła pod wałkiem czystą kartkę. Wiedziona zawodowym zboczeniem Aleksandra ze zgrozą otaksowała zniszczone włosy. Wizerunku sekretarki dopełniał dziergany na drutach, wielgachny, powyciągany sweter, zmechacone spodnie i rozdeptane, brudne mokasyny.

Jezu, maszyna do pisania, westchnęła w duchu pani wiceprezes. Ostatni raz widziała taką dziesięć lat temu na podmiejskim posterunku policji, gdy poszła zapłacić mandat. Nie sądziła, że w dobie komputerów, nie licząc biednej policji, w jakiejkolwiek instytucji można jeszcze spotkać zdatne do użytku archaiczne urządzenie. A jednak.

– Prosimy, prosimy. Zapraszam do mnie. – Z przyległego gabinetu wyłonił się Jerzy Podsiadło, uśmiechając się bezzębnie. – Na kawę. Aurelio, dwie kawy poprosimy – rzucił znaczące spojrzenie sekretarce. – Jaką kawę pijemy? – zapytał.

– Białą poproszę. Ale mogę sobie zrobić sama. – Aleksandra nie chciała sprawiać kłopotu.

– Mleka nie ma – burknęła korpulentna Aurelia i powróciła do walenia w klawisze.

– Nie szkodzi. W lodówce jest malibu – powiedział Podsiadło z satysfakcją.

– Malibu?

– Tak. Dziś świeżo przywiozłem.

– Eee… – Skonsternowana Aleksandra na chwilę straciła głos.

– A co? Nie lubi pani malibu? Przecież wszystkie kobiety je lubią. Dobre jest. Do kawy super!

 

– Nie, no lubię… Ale nie o ósmej rano.

– No to trzeba iść do sklepu po mleko.

– Nie trzeba, wypiję czarną. I sama ją zrobię, żeby pani Aurelia nauczyła się, jaką pijam, na wypadek gdyby przyszło ją zrobić przy okazji spotkania z kontrahentami. Bo w normalnych okolicznościach kawę robię samodzielnie.

Stwierdzenie to spotkało się z pełnym aprobaty spojrzeniem sekretarki i pani Aurelia łaskawie skinęła głową na znak uznania. Aleksandra włączyła elektryczny czajnik; kątem oka dostrzegła stojącą przy wejściu do sekretariatu wielką lodówkę. Wiedziona nadzieją na tymczasowe ulokowanie w niej swoich nielicznych wiktuałów, otworzyła drzwiczki. Widok wnętrza mógł wprawić w osłupienie każdego: dosłownie całe wyładowane było rozmaitymi trunkami, piwem i sokami. Całkiem pokaźnych rozmiarów zamrażalnik pękał w szwach, do granic wyładowany zmrożoną wódką.

– Rany Julek! – szepnęła cichutko Aleksandra i szybko zamknęła drzwiczki. Nie było najmniejszej szansy, żeby wcisnąć tu choćby jeden mały jogurt.

Tymczasem w czajniku zagotowała się woda. Pani wice zrobiła sobie kawę i lekko onieśmielona wkroczyła do gabinetu prezesa.

Pomieszczenie było ogromne i porządnie zagracone. Stanowiło jednocześnie miejsce pracy szefa i salę konferencyjną, oczywiście w dobrze pojętym wyobrażeniu asystenta pierwszego sekretarza PZPR z okresu Gomółki. Ciężkie, podniszczone meble, obowiązkowe zielone sukno na stole, kremplinowe zasłony i charakterystyczne krzesła, które dziś można oglądać tylko w filmach Barei.

Jak się wkrótce okazało, w wielkim gabinecie miała się urządzić również nowa pani wiceprezes do spraw handlowych.

– No i co? Pomieścimy się tutaj razem, prawda? – zagadnął zadowolony Podsiadło.

– Słucham?

Aleksandra nigdy wcześniej nie pracowała w podobnych warunkach. Zwłaszcza odkąd zaczęła zajmować wysokie stanowiska w korporacyjnych strukturach.

– Przecież miejsca jest dosyć i nie będzie mi pani przeszkadzać.

– Czy to oznacza, że nie ma dla mnie osobnego biura? A komputer? – Zaskoczona bezradnie rozejrzała się dokoła.

– Ależ mamy pomieszczenia, tyle że nie mamy pieniędzy na nowe meble. A komputer ma być w przyszłym tygodniu. To się zresztą świetnie składa, bo nasza Aurelia trochę się go boi, a tak wytłumaczy jej pani, co i jak z tym pisaniem…

– Ekhm… – odchrząknęła Aleksandra dyskretnie, zdawszy sobie właśnie sprawę, że to miejsce pracy nie będzie w niczym przypominać poprzedniego. – Dobrze. Pomogę pani Aurelii. Pisać pewnie szybko się nauczy, ale z Internetem może być gorzej…

– Z jakim Internetem? – zdziwił się prezes. – A po co nam Internet? Mamy przecież nowy faks.

O kurczę!, pomyślała Ola i coraz bardziej rozbawiona zapytała o lodówkę do mieszkania.

– Oczywiście, zaraz załatwimy lodówkę. Mój przyjaciel właśnie wraca z Niemiec, to mu powiem, żeby coś przywiózł. Przesympatyczny i dobry człowiek, no i najbogatszy miejscowy biznesmen. Buduje domy, a gotuje jak marzenie! Jak tylko wróci do Polski, pewnie od razu tu przyjdzie, więc się poznacie.

– Słucham?

– Ach tak… Wiem, to przez te zęby – wytłumaczył się prezes z bełkotania. – Żona mnie goni do dentysty, ale ja się boję i nigdzie nie pójdę.

Cóż, koszmarne braki w uzębieniu nie zapowiadały się na stan przejściowy, i w zestawieniu z zaniedbanym zarostem, wyświechtaną marynarką i wymiętą koszulą stanowiły opłakany obraz całości. Optymistycznie nastawiony do świata pan Jerzy zdawał się jednak wcale tym nie przejmować. Ledwie Aleksandra dokończyła kawę, natychmiast zaproponował jej kolejną. Ponownie zasugerował dodatek malibu, ale odmówiła grzecznie.

– A może woli pani jakąś bardziej konkretną banieczkę? – Mrugnął porozumiewawczo. – Nie mamy dziś wiele do roboty, a przed południem musimy wpaść z wizytą na imprezę. Dyrektor fabryki krzeseł ma dziś pięćdziesiąte urodziny.

– Na razie dziękuję.

– To super. Jak wrócimy z urodzin, zrobię pani pysznego drineczka. Tequila sunrise się nazywa. Dopiero niedawno odkryłem, jakie to dobre. – Podsiadło mrugnął figlarnie i poszedł skorzystać z obfitości zamrażalnika. Po chwili pojawił się ze zwykłą szklanką do herbaty, w której kołysała się mętna, żółtawa ciecz. – Naprawdę się pani nie napije? A może pani w ogóle niepijąca? – zapytał z wyraźną obawą.

– Zazwyczaj nie nadużywam alkoholu. Lubię czasem wypić dobre wino wieczorem albo piwo przy ognisku, ale w pracy nie piję niczego poza kawą. – Aleksandra uśmiechnęła się delikatnie, prawie pewna, że jej najbliższy współpracownik ma zaawansowany problem alkoholowy. – A właśnie, czy mogłabym poprosić o jakieś wino na wieczór? Chciałabym się dowiedzieć, co mam sprzedawać.

– Załatwione. – Prezes natychmiast chwycił za komórkę i polecił magazynierowi dostarczyć do mieszkania pani dyrektor cały produkowany asortyment. Dokończył drinka i zaprosił Aleksandrę do samochodu. Przerażona Ola, zważywszy na stan prezesa, chciała poprowadzić, ale gdy tylko zobaczyła starego nissana liczącego chyba tyle wiosen, co ona sama, natychmiast zmieniła zdanie. Rdza odpadała płatami, opony były łyse jak kolano, a z przepełnionej popielniczki niedopałki wysypywały się na podłogę (równie dobrze można byłoby gasić papierosy na zniszczonym dywaniku). Wewnątrz było tyle ziemi, że na pewno powiodłoby się założenie trawnika.

Po parokrotnym przekręceniu kluczyka silnik wreszcie zakaszlał i zaskoczył. Z rury wydechowej wyleciał okazały kłąb dymu w kolorze smoły i na chwilę ograniczył widoczność na obszernym placu.

– Jak pani będzie chciała, to mogę czasem pożyczyć pani moje auto – zaofiarował się Podsiadło. – Na razie nie ma szans na służbowe samochody.

– Dziękuję… Czy mogę przynajmniej liczyć na służbowy telefon? – zapytała z rezerwą Aleksandra.

– Tak, po południu coś dla pani znajdziemy – zapewnił prezes, a ona oczami wyobraźni zobaczyła przedpotopowy model komórki i uśmiechnęła się w duchu.

Urodziny dyrektora fabryki krzeseł, na których już w południe alkohol lał się strumieniami i gdzie krojono różowe torty, okazały się doskonałym pretekstem do poznania miejscowych notabli. Wyszło na jaw, że Bąszynek, maleńka stara mieścina, stanowił swego rodzaju produkcyjną enklawę: oprócz wytwórni win i fabryki krzeseł była tu jeszcze spora cukrownia, fabryka kapci regionalnych, młyn i prężnie działająca, znana wytwórnia ubrań roboczych oraz jej filia produkująca wianki komunijne, welony i inne ozdoby do włosów na podobnie uroczyste okazje.

Aleksandra, z obowiązkowym kieliszkiem szampana w dłoni, ciekawie przyglądała się towarzystwu. Niemal sami podchmieleni mężczyźni oscylujący w okolicy pięćdziesiątki. Zachowywali się dość swobodnie i rechotali rubasznie w przekonaniu, że świat do nich należy, a każda kobieta już przy poznaniu powinna paść przed nimi plackiem. Oczywiście, jak jeden mogli się pochwalić większymi lub mniejszymi brzuchami, które w przeważającej większości prezentowali wszem i wobec poprzez rozłażące się guziki od koszul. Oraz równie okazałymi podbródkami.

Boże, co ja tutaj robię? – pomyślała zdegustowana Ola i mimowolnie przewróciła oczami. Nawet nie zauważyła, że tuż obok stanęła ładna blondynka, mniej więcej w jej wieku.

– Cześć. Niezłe stado nabzdyczonych indorów, co? Jestem Teresa Dudziak. – Wyciągnęła rękę na powitanie. Aleksandra odruchowo odwzajemniła gest.

– Miło mi. Aleksandra Milewska.

– Nie widziałam cię tutaj wcześniej. Jesteś nowa? – Teresa pełnym aprobaty wzrokiem otaksowała nową znajomą z góry na dół, a Aleksandra nie pozostała jej dłużna. Ta bezpośrednia kobieta sprawiała bardzo sympatyczne wrażenie, zwłaszcza gdy się uśmiechała. Na policzkach miała urocze dołeczki, po oczach znać było diablika.

– Tak, dziś mój pierwszy dzień w pracy. Pracuję w winiarni. I od razu trafiłam na imprezę. Nie jest źle – roześmiała się Ola.

– Przyzwyczajaj się. Tu wiecznie ktoś ma urodziny, imieniny, pępkówkę albo inny pretekst, żeby się alkoholizować. Co najmniej dwa razy w tygodniu jest powód do świętowania. Radzę ci popracować nad jakimś dobrym wykrętem, nie będziesz musiała bywać na każdym spędzie. Sama widzisz, że to wątpliwa atrakcja.

– Poważnie jest aż tak źle?

– I owszem. W przyszłym tygodniu czeka cię pogrzeb i stypa po dyrektorze finansowym z wytwórni pantofli. I imieniny głównej księgowej, a zarazem prokurentki, z cukrowni. Wystarczy?

– A ty? – Aleksandra, ucieszona, że ma towarzyszkę niedoli, poczuła rozczarowanie.

– Ja? Wyjeżdżam na cały tydzień! Jestem dyrektorką od wianków i welonów, a jak wiesz, mamy maj, szczyt sezonu, więc i mnóstwo pracy. Produkcja idzie pełną parą, a ja muszę dopilnować interesu w terenie. No i Bogu dzięki. Takie wyjazdy to oddech, bo czasem miewam wrażenie, że się tutaj kiszę. Na dłuższą metę można zwariować. Ale teraz muszę już lecieć! Daj mi numer telefonu, okej?

Wstukała numer do komórki, pokręciła się chwilę przy jubilacie i zmyła po angielsku.

Około czternastej impreza urodzinowa zaczęła przygasać. Aleksandra odnalazła mocno już wstawionego Podsiadłę i zaproponowała szybki odwrót. Manewr nie był łatwy do wykonania, bo jej rozochocony szef ani myślał wyjść, gdy na stole pozostało tyle wódki. Ola zaproponowała więc, że wróci sama, piechotą, i jeszcze raz rozejrzy się po zakładzie, a prezes przystał na to z radością.

Droga powrotna zajęła jej zaledwie kwadrans. Dzień był piękny, więc szła spacerkiem i z lubością chłonęła wiosenną aurę. Po drodze minęła ryneczek, przy którym stały stare, urokliwe kamienice, mocno zaniedbane, ale z klimatem. Miasteczko było nieduże, o czym informowała stojąca tuż za winiarnią tablica. Pełna wrażeń Aleksandra postanowiła, że po pracy wybierze się na rekonesans po okolicy i zrobi zakupy. Nie mogła przecież mieszkać w gołych ścianach i żywić się wyłącznie jogurtem. Całe szczęście na dyrektorskich urodzinach podawano sałatki i wędliny, więc na dziś odpadł problem obiadu.

Na portierni przywitał ją miły dozorca, poznany poprzedniego wieczoru, i pani wiceprezes nieśpiesznie przeszła przez teren zakładu. Raz jeszcze zerknęła na zaniedbane zabudowania, licząc, że w świetle słonecznym zyskają na urodzie. Nic z tego. Ruina to ruina, niezależnie od oświetlenia. Po drodze do biura Aleksandra postanowiła zajrzeć do kotłowni i zauroczona aż przystanęła w progu. Wielkie pomieszczenie tonęło w zieleni. Nie sposób było zliczyć mrowia roślin doniczkowych, które rosły w cieple dorodnie, niczym tropikalny las.

– A pani to czego tu szuka? Niezatrudnionym wstęp wzbroniony! – rozległ się ostry głos.

Zza wielkiego kotła wyłonił się pryszczaty młodzieniec.

– Ja tutaj pracuję. Od dzisiaj.

– A kim pani jest? Bo ja pani nie znam.

– Ja pana też. Nazywam się Aleksandra Milewska i jestem wiceprezesem i dyrektorem do spraw handlowych. Oglądam zakład – wypaliła.

Młodzieniec skurczył się niemal o połowę.

– Przepraszam… – powiedział pokornie. – Nie wiedziałem – wydukał przestraszony.

– Nie szkodzi. Oprowadzi mnie pan? – Aleksandra posłała mu ciepły uśmiech, nieco zdziwiona potulnością chłopaka.

– Jeszcze raz panią przepraszam. Jestem Wojtek. Wojtek Sadzik. To chodźmy.

Widać było wyraźnie, że z jednej strony Wojtek się boi, z drugiej jednak stara się pokazać z jak najlepszej strony, choćby recytując z pamięci parametry techniczne głównego kotła.

– Bardzo panu dziękuję. Dlaczego pan się tak denerwuje? – Przerażenie pracownika nie dawało Oli spokoju.

– Boję się o posadę… – wyznał. – Przecież nie wiedziałem, kim pani jest, a powinienem. Mój kolega wyleciał kiedyś za coś takiego.

– Chyba pan żartuje!

– Wcale.

– Bez obaw. Ja pana nie wyrzucę. Aha, i dziękuję za fachowe informacje. – Uśmiechnęła się ponownie, tym razem pokrzepiająco, i zapytała o rośliny. – Czy nie zechciałby pan podzielić się ze mną choćby jedną? Strasznie pusto mam w mieszkaniu.

– Mieszka pani w hotelu?

– Nie. Mieszkam tutaj. – Ola wskazała głową sąsiedni budynek.

– No to w hotelu. My tak go nazywamy. – Wojtek w końcu się uspokoił. – Ale kwiatka pani nie dam, bo te badyle są prawie jak rodzina dla mojego szefa. Dla pana Józefa. Ale jak przyjdzie na nockę, to mu powiem. Może coś się wykombinuje.

– Cóż… W takim razie dziękuję za dobre chęci. I proszę pamiętać, że ja naprawdę nie gryzę.

Korzystając z nieobecności prezesa, Aleksandra poprosiła panią Aurelię o pokazanie pustych pomieszczeń, które ewentualnie można by zaadaptować na małe, oddzielne biuro. Kobieta niechętnie otwierała kolejne pokoje, wszystkie niemiłosiernie obdrapane i zagracone do granic. Ale na końcu korytarza znalazł się jeden, niewielki, któremu do miejscowego standardu wystarczyłoby pomalowanie.

 

Ola zapytała przy okazji panią Aurelię o sklep z butami i ubraniami, uznając, że jej ekskluzywna i ekstrawagancka garderoba na dłuższą metę nie nadaje się na Bąszynek. Ludzkie reakcje sprawiały, że czuła się w tym swoim armanim jak kosmitka, a nie lubiła odstawać.

Na pytanie o ciuchy początkowa rezerwa leciwej sekretarki nagle gdzieś prysła i pod koniec oględzin Aleksandra dysponowała już wiedzą, gdzie i kiedy w okolicy odbywa się odzieżowy kiermasz. Jeśli wierzyć zapewnieniom pani Aurelii, można było kupić tam cały asortyment od łódzkich producentów, w dodatku za bezcen.

Gadatliwa kobiecina rozkręciła się na dobre i przy okazji przekazała pani wiceprezes bezcenną wiedzę dotyczącą powiązań i relacji międzyludzkich w firmie. Aleksandra już po godzinie wiedziała, kto jest czyim pociotkiem, kto z kim sypia, lub sypiał, kto się z kim nie lubi i kto z kim rywalizuje. Relacje były nieco zagmatwane, ale łatwo dawało się zauważyć, że największą sensację stanowi romans kierowniczki działu sprzedaży z zastępcą komendanta ochotniczej straży pożarnej. Fakt ten mocno bulwersował lokalną społeczność, bowiem zastępca komendanta owdowiał zaledwie przed rokiem, a atrakcyjna pani kierowniczka zdążyła przybyć do miasteczka i natychmiast sprowadziła go na manowce. W Bąszynku zawrzało.

Ech, te senne małe miasteczka…, zasępiła się Ola. Chyba muszę uważać, tylko jeszcze nie wiem na co.

Podziękowała sekretarce za pomoc.

Pani Aurelia uprzątnęła swoje biurko i zaczęła zbierać się do wyjścia, a nowa szefowa z zaskoczeniem odnotowała fakt, że jest dopiero piętnasta. Wyjrzała przez okno. Najwyraźniej nie tylko Aurelia skończyła; przy portierni tłoczyli się chyba wszyscy pracownicy wytwórni, żeby punktualnie odbić karty zegarowe.

Niebywałe! W Warszawie to środek dnia! Aleksandra pokręciła głową z niedowierzaniem i również udała się do mieszkania. Na prezesa nie było co czekać, bo wyglądało, że na dobre przepadł na imprezie i na razie nie wróci. Ciekawe, jak on się dostanie do domu, skoro mieszka kilkanaście kilometrów od Bąszynka?

Cóż, ponieważ i tak nie mogła pomóc, Ola szybko przebrała się w postrzępione dżinsy od Abercrombie & Fitch i w cienką, oczywiście również markową, kurteczkę. Zdjęła wysokie szpilki, z uczuciem ulgi zamieniając je na wygodne mokasyny, i wyszła z mieszkania. Lekko zbiegła po schodach i skierowała się w stronę kameralnego ryneczku. Szła, pogwizdując wesoło, gdy ze zdziwieniem zauważyła, że sklepy są zamknięte. Z niepokojem zerknęła na zegarek; jeszcze nawet nie wybiła siedemnasta. W pierwszej chwili Aleksandra pomyślała, że być może mieszkańcy Bąszynka, wzorem Hiszpanów, urządzają sobie coś na podobieństwo poobiedniej sjesty, ale nic z tego. Wszystko było pozamykane na głucho. Nie pozostawało nic innego, jak pooglądać sobie zapyziałe wystawy. Przez zakurzone szyby Ola wypatrzyła dywanik oraz inne niezbędne akcesoria do łazienki i kuchni. Zadowolona z odkrycia ruszyła w stronę jedynej w mieście restauracji, ale zrezygnowała już w progu. Gdy tylko otworzyła drzwi, charakterystyczny brzdęk grubych kufli i gwar panujący wewnątrz ustały w jednej chwili. Biesiadujący mężczyźni w pół gestu zatrzymali dłonie dzierżące kufle piwa i zamilkli w pół słowa, wpatrzeni w dziwną klientkę. Speszona Aleksandra omiotła wzrokiem wnętrze – ustawione bezładnie, przechodzone stoliki pokrywała wypłowiała cerata w kwiaty. Tu i ówdzie stały kulawe krzesła z rurek, tapicerowane wiśniowym skajem, a z półek za barem zwisały trójkątne fragmenty papierowych serwetek. Jakby tego było mało, tęga bufetowa z dumą prezentowała specjalny biały fartuch i siatkowy czepek, jakie noszono w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Pod ciężarem spojrzenia ze dwóch tuzinów par oczu Aleksandra rozpoczęła odwrót. Wyszła i z nadzieją ruszyła na poszukiwanie jakichkolwiek artykułów spożywczych. Na ulicach było pusto, ale całe szczęście z okna obok restauracji wychylał się znudzony staruszek, który z radością udzielił dokładnej instrukcji, jak dojść do sklepu. Najwyraźniej wyglądanie przez okno stanowiło dla mężczyzny treść życia, bo rozgadał się i przez dobry kwadrans Aleksandrze z trudem udało się ignorować mało dyskretną przepytywankę. Znamienne, że starszy pan zaproponował swoje usługi o charakterze informacyjnym również w przyszłości. Jak zapewnił, od lat nie wychodzi na ulicę, ale jego parapet to znakomity punkt obserwacyjny.

Sklep znajdował się na przedmieściach Bąszynka, czyli jakieś dwieście metrów od rynku.

Według informacji przy wejściu mały sieciowy supermarket był otwarty całą dobę i w tej chwili jawił się Aleksandrze jako ostatnia ostoja cywilizowanego świata. Choć brak lodówki wykluczał większe zakupy, nie stanowiło to problemu, zwłaszcza że należało wyżywić nimi jedną osobę, która generalnie nie miała ani czasu, ani głowy, żeby jeść.

Przy kasie Aleksandra uregulowała wyjątkowo niski rachunek i nieśpiesznie skierowała się do mieszkania. Zasapana wychodzeniem po schodach omal nie potknęła się o coś pod drzwiami; złapała równowagę i pochyliła się zaintrygowana. Na wycieraczce stało kilkanaście butelek z naklejkami we wściekłych barwach. Królowały etykiety w odcieniach czerwieni, fioletu i pomarańczu, połączonych w dziwacznych konfiguracjach, tworzących, w zależności od butelki: bizonie rogi, kowbojski kapelusz, biuściastą kowbojkę, koński łeb i dwa skrzyżowane rewolwery.

Po otwarciu drzwi Olą targnął przeciąg, więc szybko przekroczyła butelki i postawiła zakupy w przedpokoju. Cofnęła się po flaszki. Ledwie zdjęła buty, rozległo się energiczne pukanie.

– Dobry wieczór. Pani Milewska? – odezwał się siwy mężczyzna.

– Zgadza się. Dobry wieczór.

– Miło mi panią poznać. Józef Sitek z kotłowni. Wojtek mówił, że potrzebne pani jakieś rośliny, więc przyniosłem co nieco.

– Och, dziękuję, proszę wejść! – Mile zaskoczona Aleksandra zaprosiła gościa do środka. – Proszę postawić gdziekolwiek.

– Widzę, że się pani wprowadza. Pusto tutaj jeszcze – odparł pan Józef z troską.

– Nie szkodzi, z czasem się urządzę. Najważniejsze, że mam już kwiaty. Bardzo dziękuję.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Tylko proszę o nie dbać, bo są dla mnie jak dzieci. Widzę, że dzisiaj będzie oblewanie? – Wzrok mężczyzny zatrzymał się na butelkach. – Sporo tego…

– No właśnie. Nie mam pojęcia, co to takiego. Przed chwilą znalazłam to na wycieraczce – odparła Ola niepewnie.

– Jak to, pani nie wie? Przecież to nasze wino! – Pan Józef schylił się i chwycił za szyjkę jedną flaszkę. – O, proszę! Toż to nasz znakomity Puzon!

– Że co…? – Aleksandra wytrzeszczyła oczy.

– Mówię przecież! To Puzon, nasz numer jeden. A tu jeszcze Teksas, Ranczo i Wściekły Bizon! – Gość z entuzjazmem prezentował asortyment osłupiałej gospodyni, wpatrzonej w plastikowe białe zatyczki, pełniące rolę korków.

– O! Jest i Kochanica Kowboja! Kiedyś najbardziej lubiłem właśnie te dwa. Ech, to były czasy! Teraz już nie to zdrowie, za to jest co wspominać. Zwłaszcza robotę przy obciągu…

Aleksandra miała wrażenie, że śni.

– Przy czym?

– No, przy spuszczaniu wina z tanków po fermentacji, jak już odpowiedniej mocy nabrało. Ciężka, ale wdzięczna robota. Całe dwa tygodnie człowiek cierpliwie czekał, aż się wino ustało i później przelewał je, nie roniąc ani kropli. Cóż, miło się gwarzy, ale ja już muszę do moich kotłów, bo za długo są bez nadzoru. Jakby pani chciała więcej kwiatków, wystarczy powiedzieć. Podzielę się. – W kieszeni mężczyzny zadzwonił telefon. – Przepraszam najmocniej, to moja małżonka.

– Jeszcze raz bardzo dziękuję. Aha, czy może mi pan powiedzieć, jak się wyjmuje tę zatyczkę? To się jakoś wykręca?